A ja??? Odkryłam
Od wczoraj przeleciałam cały sezon 1., do 2. są już dwa odcinki, a wciąga, jak chodzenie po bagnach :) I moja słabiutka znajomość angielskiego okazała się wystarczająca do obejrzenia odcinka bez napisów polskich jeszcze. Pękłam z dumy i z zadowolenia, a teraz muszę czekać, bo... kolejnego odcinka jeszcze nie ma.
Magiczny świat lat 50., jak dla mnie, 1959 rok - rok urodzin mojego brata. U nas siermiężnie, a tam - wypas... TV już była i jakież całkiem inne życie. Wiem, wiem, że to kapitalizm dziki, jak u nas teraz, ale... Aż się wierzyć nie chce, że tam jeździły wtedy limuzyny wypasione, a u nas przez wioskę jak jeden samochód na tydzień przejechał to było wielkie halo... Pierwsza syrenka pojawiła się gdzieś koło 1965 r., bo kilka lat później jechałam nią do szpitala na operację... I telefon na każdym rogu, w każdym domu. Moja Mama zmarła, bo za późno przyjechało pogotowie, a żeby je wezwać musiałam polecieć na posterunek (10 minut kurcgalopkiem), a zanim przez telefon na korbkę połączyli się ze szpitalem i zanim karetka dojechała te 14 km w jedną stronę, była już musztarda po obiedzie. A to były już lata 70.!!! Nie ma co nawet porównywać światów, teraz wszystko się bardziej wyrównało wizualnie, bo w rzeczywistości nie. Zdaję sobie sprawę z tego, że to są dwa różne byty. Teoretycznie mam takie same szanse, praktycznie dzieli je przepaść. Mam komputer, ajfonika, mieszkanie, pracę, głodna nie chodzę. Ale też na taki dom opieki nigdy nie będzie mnie stać, a już na pewno nie na prywatnego pielęgniarza. Oczywiście, że pokojówki nie miały tam tak dobrze, ale... Na pewno miały i mają szersze perspektywy, jak my tu. No nic, po prostu urodziłam się w złym miejscu i w złym czasie.
Ale miło oderwać się od skrzeczącej rzeczywistości i przejść w bajkowy świat lat 50., najlepszych lat na ziemi, te talie osy, suknie, rękawiczki noszone na co dzień (nie wyobrażam sobie noszenia rękawiczek w te upały), hula hop (to akurat do mojej wioski dotarło, miałam hula hop, drewniany, ale miałam), i Frank Sinatra i jego niezapomniane przeboje, Armstrong, Nat King Cole i w ogóle. Brak komórek, komputerów i czas wolniej płynący. Ludzie rozmawiający ze sobą. Realnie, nie wirtualnie. Cuba libre i... Wiem, nasrane mam w tym łysym łbie, ale co ja za to mogę, że mnie to kręci??
Wczoraj Kolega Inżyniera wleciał z Wujkiem Fachowcem, zeskrobali ściany tu i ówdzie, omówiliśmy strategię działania i jak dobrze pójdzie po 1 lipca zaczynamy. Wiedziałam, że się przeciągnie, ale nawet się nie nerwuję, bo po kiego grzyba??? Co ma być, będzie, a czy wcześniej, czy później, nie ma znaczenia. Okazuje się, że panele będziemy kłaść na lenteksie, bo jest w dobrym stanie, zatem unikniemy częściowo wielkiej tragedii, jaką jest zrywanie tego i kucie podłogi. Tyż piknie. I taniej będzie :)
A kibelek poczeka aż Kolega będzie miał czas. Nic groźnego się nie dzieje, mam zakręcać i odkręcać. Upierdliwe to, ale da się z tym żyć. I już wiem, jak zdejmować pokrywę, ale grzebała nie będę, bo a nuż coś jeszcze bardziej spsuję??
Zatem niespsuwając nic idę szukać czegoś do oglądania, a jutro zaczynam akcję ewakuacja mienia i trzepanie szaf w małym pokoju, Plan strategiczny jest, na pierwszy ogień idzie mały pokój, potem przerzucamy graty z dużego do małego, a potem losujemy: kuchnia, łazienka czy przedpokój.
No i proszę (odpukać) jak szybko uwinęłam się z remontem ;)
Wszędzie dobrze, gdzie nas nie ma. Pamiętamy dawne czasy i darzymy je sentymentem po części dlatego, że byłyśmy młode, zdrowe i świat stał przed nami otworem. Przynajmniej tak nam się wydawało. Też mam swoje okienko pamięci, do którego wracam, gdy jest mi źle. Muzyka była inna, stroje bardzo szykowne. Jednak wyobraź sobie ciasny gorset (stąd talie os), krochmalone halki i...prasowanie tego wszystkiego żelazkiem bez termostatu. Takich drobiażdżków jest więcej. Pralka wirnikowa, lodówka bez odszraniania, albo tzw. zimna szafka w kuchni zamiast, samochody bez klimy, drewniane okna, które trzeba rozkręcać do mycia i tysiąc innych rzeczy, o których już dawno zapomnieliśmy. Sentyment jest, ale wrócić bym nie chciała.
OdpowiedzUsuńKocie, nawet z prasowaniem bym się pogodziła, żeby znów mieć taką sylwetkę i móc nosić takie kiecki. Nawet halkę bym krochmalila i założyła pończochy, czego nienawidzę z duszy serca... :) Ale tak ogólnie chodzi mi o ducha czasu... :) Pięknie było...
Usuń