Kochany Pamiętniczku, przybywa nocy, a ubywa dnia.
I tak się to wszystko kołem toczy od lat.
I czytam, że Ziemia się przechyla, że doba się wydłuża, że za kilka miliardów lat będzie miała 25 godzin.
Że jądro Ziemi się kolebie.
Że Słońce wygaśnie.
Że kometa znów przeleci.
To dopiero są problemy na skalę światową.
A nie wojna w Ukrainie.
Nie szaleństwa rządzących i opozycji, nie wskazując brudnym pazurem (a może i umytym, ale wprost) na konkretne ugrupowania w konkretnym kraju.
Nie głodne dzieci na całym świecie.
Nie zanieczyszczenie środowiska i zmiany klimatyczne, które dzielnie zwalczamy i zapobiegamy dalszym dzięki zwracaniu (albo i nie) kaucjonowanych butelek i puszek.
Nie ebola i inne takie tam.
Nie AIDS, bo to, co kiedyś bezlitośnie zabijało, tak samo jak dżuma, cholera i inne paskudztwa - dziś jest już w miarę okiełznane.
A ospa (ta prawdziwa) ponoć nawet eradykowana bezapelacyjnie, choć ja jeszcze pamiętam epidemię czarnej ospy we Wrocławiu.
I nie wyskakujące z każdego kąta codzienne problemy, tragedie, ale i radości.
Bo znów zbliża się magiczny czas świeczuszek, lampeczek, cienia. Przytulenia, zadumania, zapomnienia.
My echo, my shadow and me.
Ale najpierw trzeba przeżyć te kolejne dni, kiedy ma temperatura skoczyć do 40 stopni.
Sobie tego nawet nie wyobrażam, nie przeżywałam tego.
Jeszcze jutro polecę do apteki, bo nie było dziś kropli do oczu.
I Pana od Pomidorków nie było.
Bladym świtem, jak kiedyś polecę.
I jedyną pociechą w tym wszystkim jest to, że noc się wydłuża, a dzień skraca...
I żadnych katastroficznych filmów, chyba już wszystkie możliwe klęski przerobiłam i nie mam w tej chwili nastroju na żadną.
No, zombie nie przerabiałam. I. twierdzi wprawdzie, że zombie to taka metafora i nie o zjadanie mózgów chodzi, ale nie, moje zamiłowanie do horrorów ma swoje granice. Nie obejmuje zombie, laleczki Chucky, czy też ulicy Wiązów. I jeszcze paru innych sytuacji.
Cóż, mieszkam sama, sama też w nocy muszę rączo bieżyć do kibelka.
Za to lubię wampiry, wilkołaki też mi nie przeszkadzają :)
I arbuza dziś kupiłam, zgodnie z zaleceniem Zmorki, akurat była promocja w Lidlu, 2,99 za kilo to naprawdę okazja. Tyle że wciąż nie mogę rozgryźć tej aplikacji lidlowej, w ogóle mnie nie słucha. Ale pani kasjerka pomogła, więc mam arbuza drobnopestkowego. Może mi życie uratować w ten gorąc.
I niepomna obietnic zajrzałam na pracową pocztę, a tam znów emilki. Mimo ostrzegawczego emilka, który wysłałam, że mnie nie ma.
Ale nie ugięłam się i nie otworzyłam żadnego z nich. Poleżą do 1 lipca. Jak uczyła teściowa - nie podnosi się tego, co leży :)
A odczytywacz liczników z Enei dopiero dziś rączo przemknął korytarzem, więc skąd oni faktury wzięli, to homoniewiadomo.
Jak pisał I. - jak ruscy hakerzy zaatakowali dziesięć lat temu Eneę, tak do dziś szukają wyjścia z niej :)
Dobry tekst I., nie słyszałam go wcześniej :-) Też ze zgrozą patrzę na prognozy temperatur.
OdpowiedzUsuńMa gadane, Skunks jeden :)
UsuńEneę chyba pogięło! Już nie staram się zrozumieć, tylko płacę😀I
OdpowiedzUsuńma rację! Upal przeżywam w chlodzie bo taki mam na parterze:)
To jednak zamienił stryjek siekierkę na kijek, jak się wyprowadzisz, chyba że sobie klimę założysz...
UsuńW sumie jak wydłuży się doba to czy znaczy, że będziemy dłużej spać?
OdpowiedzUsuń