niedziela, 14 czerwca 2026

Zakręcone

 dni Kochany Pamiętniczku.

Najazd z włości zapowiedziany był, zatem polazłam na Manhattan klnąc, bo stare nogi coraz ciężej niosą, ale... 

Groszek. 

Po groszek poszłam, no i po pasztet. Bo dość miałam lamentów, że szynka musi być eksportowa.

Groszku kupiłam kilogram, mając w pompie lament I., że drogo. W domu wpadłam w depresję, że kto kilo tego zje? I kalarepkę kupiłam, jedną, u Pana od Pomidorków, jedną, wielką, mięciutką, chrupiącą, ale jedną, bo Alienek niewarzywny jest.

Ale pół umyłam, postawiłam na stole, ogarniętym na okazję najazdu i czekałam.

Meldują, że wyjadą za chwilę, bo zawsze meldują.

Ale zaraz odezwał się P., czy może wlecieć za 10 minut na 10 minut.

Jak to przy meldunku P., wpadłam w panikę, że coś się stało :)

No ale co mam dziecka do domu nie wpuszczać.

Wleciał.

I zanim tamci wyjechali i dojechali (meldują zawsze, że wyjeżdżają, , żebym się trzęsła, jak w przepisowe pół godziny nie dojadą), P. całe pół kilo groszku zjadł :) 

Zamieszanie było przy wleceniu, bo wszyscy na wyprzódki meldowali, co się dzieje, a bracia się witali.

Ale P. odkąd ma prawo jazdy monotonny jest, tylko jak kto jechał na polnej drodze, jak GPS prowadził, jakie debile są na autostradzie i inne takie tam z polskich dróg. Ciężkostrawne, choć ciężko mi to przyznać.  

I Kalafiorkówna wpadła w czarną rozpacz na widok miski pełnej łupin od groszku...

Na całe szczęście kupiłam kilo :)

Pierworodnego eksmitowaliśmy poza zasięg kolejnego groszku, a K. podzieliła się z ojcem, który też jest pies na groszek.

A ja żałowałam, że nie kupiłam dwóch kilogramów.

I tak w głębi serca było mi bardzo żal P., który dopiero co wrócił z Mazur po całym tygodniu, a żona wzięła sobie wolne, MW poszła w tango do Term, a Papryczek nie chciał wyjść z domu. 

P. w poniedziałek jedzie na Lubelszczyznę.

Mnie to boli i to bardzo. Cóż. 

P. pojechał obiad gotować dla Papryczka, miałam chwilę z I., omówiliśmy ogólnie i zostałam z Łobuzami.

Kolacja dzięki pasztetowej i małosolnym, zakiszonym w piątek przebiegała idealnie. Pół godziny po kolacji Kalafiorkówna zapytała o groszek, a że groszku nie było, wpadła w głodowy dołek. Na całe szczęście kupiłam kalarepkę, ale tylko jedną, a Alienek też chciał kalarepkę. Była idealna, od Pana od Pomidorków. Matka będąca w kontakcie na MSG ostrzegła K., że brzusio jej wysiądzie, więc reszta olbrzymiej kalarepki wylądowała w lodówce. Fakt, że mogli to popchnąć cukierkiem (K.: babciu, mogę zjeść tego cukierka w zielonym papierku, bo trochę mnie gardło zaczyna boleć, a ten cukierek pomaga - szczyt dyplomacji - i potem, szeptem, przed kąpielą, że jestem najkochańszą babcią na świeci, kurde jakie cuda może zdziałać jeden cukierek eukaliptusowy), to był szczyt szczytów :) Pomijając potężną kłótnię, prawie z wydrapywaniem sobie oczu, kto się pierwszy kąpie, rozstrzygnięty kamień - papier - nożyce. I awanturą Alienka, że on już się nie daje kąpać - nie ma opcji, chlapią tak, bo wanny w domu nie mają, że mam zalane pół korytarza, a i obawiam się, że łeb sobie rozwalą, Kalafiorkówna ma włosy do pół pasa, w domu sama myje - nie mój cyrk, ale umycia takich kłaków w mojej wannie nie ogarnie, tym bardziej że po ich umyciu znów nurkuje w pianie...

To cała operacja logistyczna.

I już miał zwycięzca, Alienek, włazić do wanny, gdy... jebło.

Rozpętała się burza, a ja stara jestem i patrząc na moje doświadczenia życiowe - burza i wanna - wykluczone. Matka Łobuzów zaskoczona była, ale wolałam im oddać ekipę żywą.

Przeczekaliśmy burzę, ogarnęłam, nie dopuszczając do zalania mieszkania, jakoś to przeżyli. Alienek miał pełną wannę piany, tak że klejnotów nie widziałam (ile ja się na jego klejnoty napatrzyłam i na inne, pieluchy zmieniając, ale mniejsza z  większym, rozumiem, też jestem wstydliwa, a K. nie że się wstydzi, ale ona wszystko sama) :) 

Film na dobranoc, ogarnianie maski K. w międzyczasie (ortodontyczna, moja heroina, ja bym w czymś takich zwariowała, ale z perspektywy lat widzę, że i ja miałabym mniej kłopotów w życiu, gdyby za moich młodych lat takie ustrojstwa były). Spacyfikowani legli, nie bez protestów, a ja, zmęczona bojami ległam w nogach mojego łóżka (Alienek stanowczo oświadczył, że nie zaśnie bez babci), padłam bezapelacyjnie i... spałam do 4.45 bez siku (szok!), zupełnie nie myśląc o biednym synu, szlajającym się po nieprzyjaznym świecie. Wlokąc się na sik o 4.45 (jeszcze nie wiedząc, że to ta godzina) ze zdziwieniem zapisałam w kajeciku, że syn marnotrawny wrócił.

Synowa zaraportowała później, że o 1 (szok, sic!).

A że od Alienka zaliczyłam w nocy 4 solidne kopy w łeb, zażyczyłam sobie  na next time zwrotu łóżka polowego albo kasku na główkę :) 

Ratując zaś dziecko, zmęczone imprezą (nie mam niestety drzwi), nakarmiłam Łobuzy wypasionym śniadankiem, dałam iPada, ale współpraca z grami nie przebiegała w spokoju, potem zaczęły się wycieczki osobiste, że on na mnie patrzy (później nauczyłam ich, że należy mówić: patrzy na mnie tak złowrogo, jakby chciał mnie ujeść) - rozmawiając o tym z synową, która mówiła, że teraz mają tak stale (a ona sama ze swoim bratem żyła jak pies z kotem - jak się dotknęli, to lecieli myć ręce), a później z I., doszłam do wniosku, że taka wrogość to jednak nie  z naszych genów, co podchwycił Alienek :) 

Bo ani ja z moim bratem jako dziecko się tak nie kłóciłam, ani później, choć nasze losy skończyły się tragicznie, ani moi chłopcy się tak nie żarli. U Eksa nie było to takie proste, ale też takich występów żrących nie było. Gdy młodsza siostra, chorująca na egzemę, zniszczyła mu pracowicie klejoną zabawkę, na sugestie, żeby ją po łapach pobił, odpowiadał: co ja będę takie biedne rączki bił.

Więc nie, to idzie z matczynej linii, nie z ojcowskiej, ta złość.

I tak napyskowawszy, smrodku dydaktycznego zapuściwszy, usadziłam dziatwę niepedagogicznie przed kompikiem i zapuściłam Pingwiny z Madagaskaru


 Kalafiorkówny nie widać z fotela, bo mikra jest...

I posprzątawszy kuchnię, zawaloną po śniadaniu, ległam na kupce kucyków.

Ja, niekładąca się od kilkudziesięciu lata na kanapie, żeby odpocząć.

I. wstał, wykąpał się, all inclusive, a jakże, śniadanko dostał. Kwestię huba do kompika ogarnął, włażąc pod biurko (my hero). 
W karty pograł z Alienkiem, Kalafiorkównę dopieścił, zagadkę logiczną wilk, kapusta i koza (którą poprzedniego dnia  męczyłam Łobuzy) rozwiązał bezbłędnie, spotkanie rocznika zraportował, ulewę przeczekaliśmy, kalaczyrzepkę (wynalazek słowny Kalafiorkówny) skonsumowali do reszty i... z lekka już znudzone dzieci zaczęły się pakować. 

I zaczął się magiel...

Ale wyjechaliśmy do Sfinksa.

For Łobuzy, bo my poszlibyśmy do knajpy. A że niedziela niehandlowa, w Sfinksie luz.

I tak, przekomarzając się, gdzie zostanę wyrzucona w drodze powrotnej, w lesie, czy na autostradzie, ku oburzeniu Alienka, który stanowczo oznajmił, że on babci nigdzie nie da wyrzucić, a jak już, pójdzie z nią (miód na moje serce), zamówiliśmy żarełko.

Ja, tradycyjnie

czarnego dorsza i

 bo miło jest wypić piwo w doborowym towarzystwie, nie do lusterka.

W deszczu odwieźli do domu, wchodzę i...

Zostawili maskę Kalafiorkówny.

W panice nawet na Face Time zadzwoniłam, jakoś mimo jazdy się skompatybilizowaliśmy i  

 wrócili po maskę. Bo kosztowała fortunę, a dziecko ma ją nosić 13 godzin dziennie. Śpi w niej.

Zniosłam, pojechali.
Wracam, ogarniam, o rety, syrop Alienka. Nie wracali po to, idzie jutro do szkoły, najwyżej kupią nowy. 

 Ogarnęłam chatę, badyle wciąż nieposadzone, ogarnę jutro, w korytku pięknie bryluje



 modraczek... Sam się jakoś zasiał.

Odzywa się M., ze zjazdu. Że nie mam za bardzo czego żałować, bo było jak było. Z czego zdawałam sobie sprawę, rezygnując z tego - co innego to dla ludzi tam żyjących, co innego dla obcych, takich jak ja.

I że za dwa lata 55-lecie matury i na to się umawiamy :)

Może się skuszę, może nie, trzeba jeszcze dożyć i...

Na razie proza życia - jutro znów zaczyna się "ten" tydzień i nakłada się zamykanie maszynek, ale oj tam, oj tam, no bez bicia - kocham te tygodnie :)

A dzisiejszy wieczór sponsoruje  

 


 Będę, jak wrócę.

Plany mam :)

Do miłego :)  

4 komentarze:

  1. Oby jak najszybciej!!!Milego dnia życzę i pozdrawiam serdecznie.Malgorzata

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję, odpozdrawiam, jak się odpracuję, to napiszę :)

      Usuń
  2. Nie wiem dlaczego, ale dopiero dzis wyswoetlily mi się nowe 2 posty!Wchodzilam codzienie, a wyswietlalo się, ze ajnwszy wviaż Nawiasem🙂Uśmialam się, bo moi też zawsze czegoś zapominaǰą, zanim wyjadą biegam po domu i sprawdzam, ale i tak znajduję coś np sweterek za kanapą.Moje są ze sobą wyjątkowo zaprzyjażnione, wiec wlasciwie zajmują się sobą bez potrzeby ingerowania, no i czasem właczają TV, bo u nas jest🙂, a oni nie mają.Spokojnej pracy!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Basiu, nie wiem, na czym oglądasz. Trzeba po prostu odświeżać stronę. Na telefonie też. Jak nie odświeżysz, nie wyświetla nic nowego :)

      Usuń