piątek, 28 lutego 2025

Lalalalala

 Kochany Pamiętniczku :) 

Przeżywałam jak mrówka okres ten wyjazd do okulisty (który to już raz), ale tym razem założyłam, że autobus nie wypadnie z kursu i zamiast dwie godziny za wcześnie, wylądowałam w szpitalu pół godziny przed terminem...

W kolejce siedziała pyskata pani, miałam wrażenie, że skądś ją znam, ale nie kojarzyłam. No i sobie miło popyskowałyśmy, nie paniując sobie, od razu na ty, co mi się bardzo podobało (była w mojej grupie wiekowej i wiedziała, co to jest korekta - już plus). I tak mi miło te pól godziny zleciało. Kolejka moja opóźniła się o 4 minuty, więc nie było źle, wiedziałam, że spokojnie zdążę na powrotny autobus.

Pan doktor (lubię go, seksowny jest, a jeszcze seksowniejszy odkąd zgolił zarost, ciemny, wyglądał z nim jak arabski terrorysta, a teraz gładko ogolony - jak smarkacz, ale seksowny, podczas dwóch pierwszych wizyt był zarośnięty, jak się ogolił, tom go pochwaliła z całego serca - widocznie sobie to zapisał) pomęczył moje oczka badaniami, śmiejąc się ze mnie, bo nadal jestem połamana po niańczeniu Łobuzów, złaziłam z fotela na fotel jak kaleka po Heine-Medina, no się usprawiedliwiłam :) Po badaniu zapytałam wprost: idę pod nóż... Jeszcze nie :) 

No tom się ucieszyła jak głupia, ale mnie zgasili, że nie mam robić nowych okularków (a mówiłam, że chcę nowe seksi oprawki), bo i tak po operacji będę musiała je zmieniać...

A kiedy operacja będzie, to na dwoje babka wróżyła - homo nie wiadomo...

Ale...

Następna wizyta za pól roku, co po kilku wizytach w odstępie trzech miesięcy jednak... chyba dobrze rokuje.

Recepta, uśmiech, dziękuję, życzę miłego dnia i sobie dożycia do następnej wizyty, żegnam się z panią z kolejki (siedziała z zakropionymi oczyma), w recepcji dowiaduję się, że JESZCZE nie ma zapisów na ten termin, po konwersacji, że ja nie dzwonię dostaję info, że mogę to ogarnąć sama online, cót, mjut i ożeszki pistacjowe...

Wychodząc ze szpitala natykam się na znajomą-nieznajomą z kolejki (wiedziałam, że skądś ją znam, ale nie miałam odwagi zapytać), bo ja często tak mam, że zdaje mi się, że kogoś znam, ale za Chiny Ludowe nie mogę tej osoby umiejscowić.

Pani pyta mnie, czy mieszkam na Dębcu. Bo ona pracowała na poczcie i moją twarz zna 😊

Zagadka rozwiązana. I miło było, a co 😊

Lecę na przystanek, podjeżdża akurat autobus, a że to jest taki dziwny przystanek, że podjeżdżają tam autobusy jadące i do Mosiny, i ten sam numer do Poznania, pytam wysiadających, gdzie jedzie, ale nikt nie wie. Autobus stoi jak zaczarowany i ogarniam, że to kurs kończący się przy szpitalu.

I tak, pojedzie do Poznania, ale  za dwadzieścia parę minut, więc sobie 15 minut spaceruję jak smród po gaciach, zanim kierowca drzwi otworzy :)
Jestem przeszczęśliwa, kombinuję jak koń pod górkę, że apteka i poszukam bratków...

Jednak padający deszcz i jednak zmęczenie po wycugu, no i stres przedwizytowy też swoje zrobił... Zmieniam plany, wysiadam koło domu. Pada coraz mocniej, więc jednak dobrze zrobiłam.

Nie wkurwia mnie nawet pismo ze spółdzielni z kolejną podwyżką czynszu, jeszcze nie tak dawno miałam 350 zł, teraz już dobijam do 700 powoli...

Emerytura też wzrosła, ale nie tak bajecznie, ale nic to, dam radę :) Już dostałam pismo o waloryzacji, bo przeliczając zwaloryzowali od razu i ojacierpiędolę. Całe 200 zł więcej z groszami.
Ale i tak emeryturę mam już wyższą niż pensja, więc morda w kubeł 😊

Do domu wkraczam z mocnym postanowieniem urządzenia sobie Dnia Dziecka.

Jak mówiła pani z kolejki – wszystko mogę, nic nie muszę. Już…

 

No dobra, sprzątałam w ubiegłym tygodniu, nie było mnie w domu, bałagan się nie zrobił, bo nie miał go kto robić…

Wobec tego odpuszczam sobie dzień gospodarczy w tym tygodniu, miejsca newralgiczne typu kibelek są ogarniane na bieżąco, a odrobina kurzu na półkach nikomu jeszcze nie zaszkodziła, co nie?

Obiadek mam od wczoraj, ale… Dupę urywa, bo był z gotowców z Lidla, nie miałam wczoraj ani czasu, ani ochoty na pichcenie. Skusiłam się na zupę pomidorową (chyba dobrze, że nie na wietnamską) – więcej było w niej zmiksowanej marchwi niż koncentratu, marchew niby zapierająca jest (marchwiankę stosowałam u dzieci), ale mnie raczej przeczyściło. I nie, nie jestem chora, ale dobrze, że miałam swój kibelek do wyłącznej dyspozycji i że bezboleśnie przeszedł wyjazd. A może to ta marchewkowa pomidorówka mnie uratowała?

Odgrzałam tylko zmieniaczki (takie gotowce, małe, do pieczenia w piekarniku) z wczoraj i dokończyłam surówkę z pora (też gotowca).

I tak, nie jestem fanką gotowców, czytam skład, wybieram najlepsze, ale…

Wolę spędzić czas w kuchni, kombinując sama. Nawet jak moje kombinowanie nie jest takie smaczne jak gotowce (znaczy się, nie ma tyle soli i konserwantów).

A moja pomidorówka to poezja, a nie marchwianka.

I tak mi spokojnie mijał Dzień Dziecka, trochę tam ogarnęłam, baterie wreszcie powywalałam z lampek, które się do cna wyświeciły, pójdą jutro do odpowiednich kontenerków.

Na balkonie czekają karnie boligówki do wyciągnięcia z doniczek cebulek (dostanie je koleżanka z pracy, jest zachwycona, że aż tyle i sadzi je bez animrumrania). Ale czekam na kilka stopni na plusie, bo chociaż mi ciepło, to jednak kaszelki mam…

Ciśnienie bez Bossa mam tak 110 na 60, więc z kolei za niskie, ale piguły łykam, bo jak odstawiam, to hyca w górę…

Tak źle i tak niedobrze…

Inżynier na moje pytanie o Alienka i bułki mleczne odrzekł, że nie rozwali rutyny, co rozumiem, bo jemu autem nie jest tak hop siup podjechać pod piekarnię na tej ulicy – co innego nam na pieszo z autobusu. I że Alienek musi mieć rutynę – a tę zachwiał jego wyjazd. No cóż, nie moja wina, że tę rutynę zaburzyłam, ale…

Idziesz koło piekarni i dzieci cię proszą o bułkę.

Żeby chciały gwiazdkę z nieba i kafelek z pieca (mam, dostałam od Barana), szybkę z okna (tak mój ojciec kwitował moje marzenia), odmówiłabym. Ale bułki dziecku? Nie umiem, aż taka twarda nie jestem, chociaż bułki teraz są na wagę złota, na same bułki, chleb i te nieszczęsne grzybki zostawiałam w piekarni ponad 20 zł codziennie…

Oczywiście nie ma do mnie o to żalu, mówi, jak jest.

A wystarczyło mnie uprzedzić, że nie – oparłabym się, choć nie było to wcale łatwe, bo Łobuzy mają wzrok kota ze Shreka.

Z HR info, że znów trzeba podać widełki dochodu, w mojej firmie o dziwo netto, no i znów potrzebuję Inżyniera do zakodowania zeznania, ojacierpiędolę, znajduję hasło z poprzedniego kodowania… Będzie dobrze. Ogarnie.

Na kolanach, w ciężkich bólach ogarniam podłączenie pracowych ustrojstw – ale dzielnie sobie poradziłam z ginącymi kablami i działa, działa, jestem wielka 😊 Com się naczołgała pod biurkiem i nastękała wstając, to moje 😊 Tak to jest za każdym razem, jak odłączam kable. I męczę się, by potem nie pisać do pracowego informatyka, który odpisuje: w pierwszych słowach mego listu… a kabelki są podłączone? 😊

I tak, dziękuję tym czytaczkom, które pod poprzednim postem mnie nie skrytykowały za bycie złą teściową.

Przypomniałam sobie, że moja koleżanka z liceum też ma taką synową i jej syn też tak działa (a to jest jego druga żona).

I tak sobie myślę, kontemplując Spotify i te lata pięćdziesiąte, no w sumie nie są jeszcze moje, bom wtedy siuśmajtką była, ale jakże piękne są te melodie…

Że jestem po prostu z innego pokolenia.

Nawet innego niż moja mama.

Bo ona nie odeszła, bo…

Pensja nauczycielki była marna…

Mój ojciec zarabiał ponad 2 tysiące, ona 918 – do dziś pamiętam kwoty.

Nie miałam stypendium ani akademika, bo byliśmy bogaci, ojca pensja i renta po mamie (a renty było też około 900 zł, takie to były czasy) to był za duży dochód na socjal na studiach.

Ja odeszłam, godząc się na wyrywanie sobie rękawów i wypruwanie żył, na tłumaczenie chłopcom, że nie stać nas. Inżynier ogarniał finanse, Pierworodny fantazjował, ale… Poradziliśmy sobie bez alimentów, chcąc mieć święty spokój, zdając sobie sprawę z tego, że rodzina Eksa ma kasę na adwokatów, którzy udowodnią, że to my powinniśmy jemu płacić alimenty, a nie on nam.

Przeżyliśmy, na ciuchach z lumpeksu, ale nie głodowaliśmy. Jako jednostka pracująca chroniona byłam przez dzieci, w sensie, że moje słowo było rozkazem. Może i dokładnie kurzy nie wycierali (wydało się po latach, rodzinną legendą mobilizującą były historie o ich babci, która pracując w czasie okupacji u Niemca – nawiasem mówiąc, dobrego Niemca, uratował ją od wywózki na roboty do Niemiec, miała panią, która co rano schodziła po schodach, sprawdzając w białych rękawiczkach, czy kurze są starte – olaboga, wycierać kurze, mój mem z AI – jak ten czas zapierdala – mamo, kupimy mamie białe rękawiczki, hahahaha), ale obiad był zawsze na stole, wspólnym wysiłkiem pichcony, ja byłam od mięsa, oni od reszty (wciąż mam karteczki: surówka z marchewki z jabłuszkiem, obierz pyry, ugotuj makaron) – nie migali się, a nawet czasem wykazywali inicjatywę kulinarną… Wspólne śniadania i kolacje. I czekanie na Pierworodnego, który uparł się na dziwne studia… i skończył na zaocznych, pracując i wracając o nieludzkich porach, za co mu cześć i chwała…

Nigdy nie przepraszałam gości za bałagan.

Bo aczkolwiek nie jestem CHPD, w domu był artystyczny nieład (teściową wkurzało, że u nas są wszędzie książki i gazety, abstrahując od tego, że u niej ja, po wejściu do niej, brałam się od razu za sprzątanie, zwłaszcza gdy dzieci były małe, bałagan to było jej drugie imię), pomijając pokój chłopaków, gdzie czasami potrzebna była zachęta w formie groźby – mieszkanie było zawsze ogarnięte. Na co dzień mogę do dziś jeść z podłogi. Nie muszę, ale mogę, nie brzydziłabym się.

Takie było moje pokolenie. Matki Polki, miałyśmy sprzątanie we krwi, kosztem swojego zdrowia niekiedy.

Bez pralek automatycznych, odkurzaczy samojeżdżących, zmywarek, tych wszystkich cudów wianków.

Nie, żebym  chciała powrotu do przeszłości. Fajne są gadżety ułatwiające dziś życie.

Ale i wiele z nich kradnie nam czas i życie.

Nie twierdzę, że jestem bez winy.

Chodziłam do kafejek internetowych na czaty – czat Łódź na Onecie to osobna historia w moim życiu… Ale dostosowywałam to do dzieci, już wtedy jedno było pełnoletnie, drugie dobijało do pełnoletności.

Potem internet domowy i moja przygoda na gejowskim czacie – zaowocowała przyjaźnią na całe życie, taką prze duże P – nie tylko dla mnie, ale i dla moich synów.

Jednemu z nich uratowała życie.

I nigdy nie wpłynęło to na nasz dom, był stabilny, biedny, ale fajny.

Może i jestem Starą Jędzą, ale mam swój urok 😊

 

I tak nawet życie internetowe nie zburzyło nigdy moich żelaznych zasad: ogarniamy mycie rąk, po wejściu do mieszkania (Inżynierowi zostało to do dziś, na pokaz, u mnie, ale zostało), po kontakcie z sierściuchami (z tego już wyrósł na swoich zasadach – ma swoje sierście i w dupie moje nauki, tak samo mają jego dzieci). Sama otwarcie mówię – nie pogłaszczę, bo będę musiała myć ręce. Takie mam zboczenie, niestety 😊

Ale też nie miewam biegunek, tych nowych wynalazków jak wirusówki i inne tam. Moje dzieci też nie miały.

Czasy się jednak zmieniają, co mówi już starożytne przysłowie:

Tempora mutantur et nos mutamur in illis…

Osobiście trzymam się starych, dobrych zasad i źle na tym nie wychodzę.

Nie będę polemizowała z mądrościami synowej, która mówi mi, że ona nie takie cuda w przedszkolu widzi i ma na wszystko receptę.

Nie mam  recepty na nic, życie leci swoją szosą.
Nie wszystko, co stare, jest złe.

Sama, wyzwalając się ze stereotypu żony usługującej mężowi, nauczyłam synów życia.

Bo moja mama wywalała mnie z kuchni, mówiąc: idź do pokoju się uczyć, dość się w kuchni nastoisz.

Uczyłam się życia z książki kucharskiej i z maskowania pijaństwa ojca.

Moich chłopców uczyłam życia, wpuszczając ich do kuchni i zagarniając do prozaicznych, codziennych czynności.

Co im w małżeństwie procentuje.

Czy są szczęśliwi?

Nie wiem.

Jestem Szwajcarią, pytam tylko jak mogę pomóc.

Pomagam, jeżeli mogę, ciesząc się, że JESZCZE mogę.

Ale i coraz częściej myślę, że pora pomyśleć o sobie.

Bo jeśli nie teraz, to kiedy?

Tym bardziej że moje synowe nie są mną.

Mną, która chciała mieć mamę i jej służyć.

Nie żebym tego służenia wymagała.

Zorientowałam się, że miały ekstraojców, jakiego ja nie miałam.

Nauczyli je, że świat kręci się wokół nich.

Bo są zajebiste.

I nic nie muszą robić, bo trzeba wokół nich latać.

Mój, kochający mnie po swojemu ojciec, mnie tego nie nauczył…

 

Uff, Kochany Pamiętniczku, dość na dziś, bo zaraz padnę.
A jutro muszę wstać, bo chleba w zamrażalniku już nie ma…

I tak dopada mnie proza życia…

Które nie składa się z oddychania, tylko z chwil zapierających dech…

Dzisiaj był fajny dzień – proszę cię – życie o kolejne takie 😊

 

 

 

 

6 komentarzy:

  1. Milego dnia życzę i pozdrawiam serdecznie.

    OdpowiedzUsuń
  2. Mnie czeka wizyta u okulisty, bo slepne na jedno oko, ale termin dostalam dopiero w czerwcu.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To jednak u nas z terminami lepiej. Ja do okulisty dostałam pierwszą wizytę szybko, ale też szukałam trochę. Potem to już wg zaleceń się umawiałam co 3 miesiące :) A mój doktor przyjmuje tylko w piątki, więc muszę to dopasować do mojego pracowego kalendarza też.

      Usuń
  3. Dopiero teraz, bo były moje małe i sama rozumiesz:)To tak w skrócie:1.Dobrze, że z oczami dobrze!2.Twoi chłopcy wybrali żony w podobnym typie :( Dziwi mnie tylko,że o taki nowy,piękny dom nie chce się zadbać i upiękniać !) Też tak mam z myciem rąk, a moje dziecię z rodziną ma to jeszcze bardziej :( Szczeniak w domu byłby zbyt trudny do przełknięcia:( 3.Tak sobie myślę, czy synowa zdobyła się na podziękowanie? Bo że gościnnością nie zgrzeszyła...Dobre wino I kwiaty co najmniej!Jak nie- to rozpieszczaj się teraz!( najwyższy czas!) I ja tak zrobię i pobiegnę do Chaty Polskiej po bratki!( są po 2,20!) Dobrego dnia!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bardzo się buntowałam na pierwszą synową, bo mieszkał z nią i Baran, i Inżynier - i żaden z nich nie był nią zachwycony (w sensie, że wynajmowali razem dom w UK). Zresztą mamy szerokie grono wspólnych znajomych i ani jednej pozytywnej reakcji. Ale psiapsi wytłumaczyła mi, że to nie jest moja bajka i nie ja mam być szczęśliwa. Za Inżynierową byłam, bo znała się z synem od lat (chodzili do jednej budy), chociaż nie byli parą. Są szczęśliwi, ja mniej, bo nie mamy ze sobą nic wspólnego. Ale w ich związkach nie chodzi o moje szczęście, tylko o ich. I nie, nie oczekuję takich podziękowań, to ja dziękuję winem bez kwiatów, bo ona kwiatów nie lubi, jak dostaję Inżyniera na wyłączność. Nie powinnam, ale tak mnie uczono - mówić dziękuję. Od niej tego nie usłyszę, ale wali mnie to :) Nie wychowano mnie na księżniczkę, ale na służącą, niech tak zostanie. A wino sobie sama kupię, dziś w Biedronce było moje ukochane Casillero del Diablo za 20 zł - stać mnie na nie :P Bratków zazdroszczę, w okolicy nie ma, nie mam też Chaty Polskiej, więc odpuściłam na razie :) Wzajemnie, dobrego i niech Ci bratki dadzą dużo radości :)

      Usuń