niedziela, 9 lutego 2025

Niedziela

 łatwa i przyjemna  nie była, Kochany Pamiętniczku.
Pojechali pod (do) Warszawy po tego kundla (nie mów kundel, bo to niemiłe), no i tak moje nerwowanie zbiegło się z nerwowaniem Pantery, której córka ma jeszcze gorzej, bo jedzie sama 600 km w jedną stronę z dwojgiem maleńtasów.

Mnie ochrzan już spotkał od Inżyniera, że droga prosta jak w pysk dał, że autostrada i inne sranie w banie. 
Jak dla mnie, bo dla mnie najbezpieczniejsze jest latanie samolotem. Jak spadniesz to na amen i raczej nie ma wielu opcji.

A tu, nieważne, czy autostrada, czy droga do K. (nawiasem mówiąc, coraz wygodniejsza i lepsza), mam uraz do jazdy samochodem. Od zawsze. Eks kiepskim kierowcą był, w zasadzie nie powinien jeździć. Odziedziczył to po nim Pierworodny (choć są tacy, co mówią, że dobrze prowadzi), któremu dwa razy zapłaciłam z prawo jazdy w PL (pół mojej pensji), egzaminu nie zdał, w UK zdawał już za własną kasę, ale też nie zdał - a samochód miał - a, long story, szkoda palców na pisanie, kiedyś już o tym pisałam. 

Ma uprawnienia na wózek widłowy, może i nie jest złym kierowcą, ale... Jego zdolność do dekoncentracji jest porażająca, więc co ranek dziękuję niebiosom, że nie ma prawa jazdy i popyla zbiorkomem. Jego żona, nadęta, a jakże, sama nigdy nie myślała o robieniu prawa, więc w sumie w dupie to mam. Pytał, czy mu pożyczę na kurs, ale nie, włączyła mi się asertywność. Niech sobie odłoży, co mnie do tego?

Ja nie zrobiłam prawa, bo mnie Eks wywiózł za miasto, pod samą Mosinę, wsadził za kierownicę i kazał jechać, a jak ruszyłam, wrzeszczał: jak, k..., jedziesz? Wysiadłam, wzięłam dziecko i na piechotę wróciłam do domu. Tak. Twarda jestem, dziecko niosłam na rękach :) Teściowa nie miała czasu, by zaopiekować się wnukiem, kiedy chciałam zrobić prawko, no i jojczeli, że ze względu na mój słuch musiałabym mieć żółte półkole przy tablicy rejestracyjnej. Jakby to był jakiś grzech. Nie policzę stłuczek, które miał Eks, kasy, jaką utopiliśmy w maluchu i najszczęśliwszym dniem był dla mnie ten, gdy go sprzedaliśmy. A miał go, "bo coś mu się od życia należy". Mnie się nie należało, ale kto by się tam tym przejmował, co nie?

Pierworodnego też wsadził za kierownicę, jak chłopię miało niespełna 10 lat i kazał mu jechać. U matki, za warsztatem, nad rowem. Zostawił włączony wsteczny i kazał dziecku jechać, nic mu nie tłumacząc, bo cała jego rodzina miała "samochód we krwi" :) No i P. pojechał, wylądował w rowie - maluch na dachu. Akurat obiad gotowałam, gdy Inżynier (in spe wówczas) wleciał do kuchni, wrzeszcząc, że maluch jest na dachu w rowie. Ponieważ znany był z kawałów i rozrabiania, nikt tego nie wziął na serio, ale ponieważ nie zmieniał zeznań, teściowa poleciała na miejsce wypadku... Malucha wyciągnięto traktorem od sąsiada, trochę lakier miał obtarty, ale nikomu nic się nie stało. Kto był winny, zdaniem rodziny? Oczywiście Pierworodny, bo nie umiał prowadzić :) 

Inżynierowi zapłaciłam raz za prawo jazdy - też coś koło połowy pensji. Nie poszedł na egzamin, bo miał ważniejsze rzeczy na głowie (nie wnikam). Uznałam temat (i portfel za zamknięty)... Wyjechał do UK. Sam zapłacił za prawo jazdy, złotówki nie dołożyłam, no i za swoją kasę już znalazł czas na egzamin, zdał za pierwszym podejściem.

A dla mnie ideałem kierowcy był przez długi czas Baran, nawet dzieci się buntowały, że z nim to jeżdżę i nie jojczę, że jakby oni tak jeździli jak on, to zamordowałabym ich :) 

Inżynier zdetronizował Barana, bo to moje dziecko :) Bałam się, że będzie jeździł jak wariat, wspominając gry, w które grali, ale o dziwo, nie. Jest bardzo rozsądnym kierowcą, chociaż klnie siarczyście. Nie szarżuje.

A traum mi zafundował, że ojapierdolę.

Jak wiadomo (patrz wyżej) prawko robił w UK i tamże jeździł.

Gdy przenosili się do PL, na samym początku pandemii, Inżynierowa  z Łobuzami była już w PL u ojca. On miał sprzedać samochód i przylecieć samolotem. Coś się pokićkało, nie dostał się na samolot, załapał się na ostatni prom i... przejechał pół Europy w ruchu prawostronnym, w angielskim samochodzie... Dobrze, że kasę miał, zanocował bodaj w Belgii, nie pamiętam już. Ale gdy dotarł do Świecka, akurat zamknięto przejście i skierowano go do Kołbaskowa. Meldował się, a jakże, a ja wraz z Inżynierową, śledzącą go na apce (nie chciałam apki, bo nie spałabym wcale) przeżywałyśmy jak mrówki okres. Dojechał do mnie na kwarantannę...

I tak popyla tym angielskim dziwadłem do dziś.

Nie chce go wymieniać, ogarnia i swój, i żony (już z kierownicą z dobrej strony).

Raporty zdawali dziś, fotki dostałam, Łobuzy się od razu zakumplowały z  kundlem...  

Kundel zaś z gatunku tych, które mordę sobie na ścianie rozbiły :) 


Na moje nieśmiałe, że mnie do samochodu nie biorą, bezczelnie mi dziecko odpisało, że jak będę dwa kilo ważyła, to zabiorą :) 

W domu Edek z Fabryki Kredek próbował się zaprzyjaźnić z Kundlem, zaś Księżniczka popatrzyła na niego z politowaniem i poszła na górę na swoją miejscówkę. 

Ja na razie jestem jak Szwajcaria, nie jestem fanką sierści, jak mnie nie będzie zaczepiał i nie będzie mi nosa na talerz i do kroku pchać (tak mam z kundlami większej postury, nie wiem, co je do mojej dupy i talerza ciągnie), to możemy nawet zostać kumplami, bo przyjaciółmi to raczej wątpię.

 (Wątpię też mamy - stary żydowski kawał.)
Z polecenia Klarki, jednej z bloggerek zaczęłam oglądać  

 


 co pomogło mi przetrwać ten dzień, no i zaśmiewałam się jak rzadko kiedy :) Chociaż nie jestem fanką takich filmów, ale ten mnie wciągnął. Absurdy są porażające i odrywają od szarości życia :) 

A juterko znów do orki na ugorze, silna, zwarta, gotowa.

Za dwa tygodnie na wycug prawie na cały tydzień, no i wizyta w szpitalu. Sama widzę, że moje oczy szwankują, ale mam nadzieję, że jeszcze nie czas. No i zawsze mogę powiedzieć nie, nikt mnie siłą na salę operacyjną nie zaciągnie przecież (tak się pocieszam) :) Mogę sobie spokojnie ślepnąć, kto bogatemu zabroni, co nie?

Spotify nadaje same przeboje do tańczenia, a ponieważ nie ruszyłam dupska dziś dalej niż do kuchni i do kibelka, choć słońce świeciło (ale: zimno, jak mnie jest zimno, to jest zimno), więc sobie pląsam co kawałek i...

Tak, tego mi żal, że nie udało mi się więcej w życiu potańczyć.

Tańczyć nauczył mnie ojciec - na zabawach ludowych, był świetnym tancerzem. Dzięki niemu tańczę i tango, i walca, i bostona, poloneza, wiele innych klasyków, twist i kazaczok to już moja młodość, no i to wyginanie przy szarpidrutach. Mimo słuchu mam poczucie rytmu.  Młodość przetańczyłam - na wiejskich potańcówkach z moimi kolejnymi miłościami (miałam szczęście do świetnie tańczących i chłopaków, i przyjaciół - niezapomniany Marek H., ciekawa jestem, jak się potoczyło jego życie), na potańcówki jeździłam nawet kosztem snu i czasu już ze studiów. I do dziś pamiętam dreszcz, gdy w ramionach mej największej miłości tańczyłam Acropolis adieu i Goodbye my love..., umierając z rozkoszy. I Z., zakochany we mnie bez pamięci, ja - może nie tyle zakochana, co - do pewnego momentu - szczęśliwa, że aż tak mu na mnie zależy, co minęło mi jak ręką odjął, gdy zlekceważył moje studia, że łaskawie godzi się na tę fanaberię, bo mnie kocha, ale jego żona nie będzie pracowała, bo będzie siedziała jak ta laleczka na telewizorze - te laleczki w takich gąbkowych spódniczkach, siedzące na odbiornikach - ktoś je jeszcze pamięta? - i kupujący mieszkanie dla nas, beze mnie... - ale tańczył tak, że miałam orgazm w jego ramionach. 

Będę musiała częściej puszczać tę składankę, potańczyć, tylko muszę znaleźć skarpetki antypoślizgowe, bo nie chcę się wywalić, w moim wieku to jednak ryzyko jest.

Ale zamykam oczy i znów jestem młoda, znów tańczę i...

Moi chłopcy nie umieją tańczyć, absolutnie. To pokolenie beztańcowe. 

Nie wiem, jak im się to udało.

Nawet taniec pary młodej był delikatnie mówiąc w obu przypadkach - lepiej zamilknę.

Na dokładkę Pierworodny wybrał, a jakże, Windą do nieba. Zapytali mnie, podsunęłam im Portera - Surround me with my love :)  Wprawdzie Inżynier twierdzi, że to bardzo smutna piosenka, ale jak dla mnie nie - to piosenka, która niesie nadzieję. I fajnie się do niej tańczy, zwłaszcza jak ktoś nie umie tańczyć :) 

Eks nie umiał, wszystkie tańce z nim (a niewiele ich było) to dwa na jeden, nieważne, co leciało.

Kilka miesięcy przed ślubem dziewczyna, z którą mieszkałam, wywlokła mnie na potańc na Golęcin - do szkoły podoficerskiej, bo tam uczył się jej chłopak. Poszłam w charakterze przyzwoitki i tak, jak tam (ostatni raz w życiu) nie wytańczyłam się już nigdy. Na jedenastocentymetrowych obcasach (w tych butach szłam potem do ślubu, były z teksasu, z wyhaftowanymi kwiatkami, pasowały mi do sukienki, byłam za biedna na kupowanie nowych butów do ślubu), podchorążowie byli świeżo po kursie tańca (z tej okazji była potańcówka), dziewcząt nie było tam na lekarstwo, więc... Wracałam do domu na boso, noc była ciepła :) 

A następnego dnia horror. Bo mieszkałam i ja, i Eks na Winiarach. Wsiadamy do bimby, do dziewiątki, do dziś pamiętam, do pierwszego wagonu, na samym końcu. A w drugim wagonie moi tancerze z wieczora, machający do mnie i śmiejący się, choć z żadnym nie chciałam się umówić i uczciwie mówiłam, że mam chłopaka :) 

Udało mi się wyciągnąć Eksa na następnym przystanku i...

Nie, nie zdradzałam go, po prostu żyłam. Tym, czego on nie lubił i nie ogarniał...

Ale to było moje ostatnie tańcowe szaleństwo.

Już po ślubie, gdy mieszkaliśmy razem z teściową w jednej kamienicy - ona w piwnicy, my na strychu, najmłodszy z jej synów organizował czasem five'y. 

Miał kolumny - ten dźwięk umarłego by z grobu wyrwał.

A gdy tańczyłam, zawsze szwagier latał do mnie co kilka minut i pytał: słyszysz, jak grają...

No, widać, kurwa, że nigdy nie był na wiejskiej zabawie :) 

Ani na podmiejskiej (bo to zabawa jest podmiejska i można znaleźć się na deskach, kiedy trafi się źle) :)

 A tak mi się dzisiaj zebrało na wspominki...

Pojechała mi bajka poza góry, doliny i nic jakoś mi nie żal, choć powinno być żal...

Idę młody, genialny, niosę but w butonierce, stawiam kroki milowe, zamaszyste jak świat.

Tak mi mojo, tak dobrze, aż rechoce się serce...

 

 Znaków przestankowych nie pamiętam, być może ich tam nie było, ale Brunon (nie Bruno) Jasieński wciąż jest mój :)  


I tak, by nam się serce śmiało do ogromnych, wielkich rzeczy. A tu pospolitość skrzeczy...

 No dobra, włączam


i trochę zatonę...

W tamtych ramionach :) Kto bogatemu zabroni?

 

10 komentarzy:

  1. Mnie niby rodzice zafundowali prawo jazdy w wieku 16 lat, ale co mi po tym, kiedy nie mialam czym jezdzic. Dopiero po osmiu latach wsiadlam do malucha, ale praktycznie musialam uczyc sie od nowa. A co sie nasluchalam od ojca, jak bardzo nie umiem jezdzic, ze mi zostalo do dzisiaj, mimo ze niby umiem, ale nie czuje sie pewnie za kierownica, za to soczyscie umiem przeklinac. I nie lubie szybko jezdzic, wiec autostrady u mnie odpadaja, a po zapadnieciu ciemnosci slepne.
    Slepne tez naprawde, prawe oko widzi jakby dokola za mgla. Termin do okulisty zrobilam, a jakze, na czerwiec, moze do tego czasu zdolam zachowac wzrok.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jak widać - każdy ma swoje piekło. Trzymam kciuki za okulistę, Pantero :*

      Usuń
    2. A ja do dziś kocham taniec i nawet teraz, idąc w stronę słońca ruszam kubańską tłustą dupą w rytm melodii ze słuchawek, co czasem z boku dziwnie wygląda, zwłaszcza gdy leci boston w słuchawkach. Ale w dupie to mam (znaczy się, rytm bostona...) :P

      Usuń
  2. Miłego tygodnia życzę i pozdrawiam serdecznie.

    OdpowiedzUsuń
  3. Oj, zazdroszczę trochę tych tancerzy- ja lubię tańczyć w parach, z dobrze prowadzącym partnerem, ale na takich trafiłam w życiu dwóch i do dziś to pamiętam :-) Z tymi, których mam "pod ręką", to orka na ugorze, więc z żalem wmówiłam wszystkim, że nie lubię tańczyć i tego się trzymam. Muszę zajrzeć do tych filmików, skoro tak zachęcacie- i Ty, i Klarka.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mnie się jeszcze Baran ostał, z nim fajnie mi się tańczy, ale też już od paru lat się nie widzieliśmy, pozostaje mi pląsanie solo :)

      Usuń
  4. Piesek w wersji szczenięcej jest boski, ale już jako osobnik dorosły to zupełnie nie moja bajka.
    Filomena też jest boska, oglądałam jakiś czas temu na Netflixie i chyba poszukam, czy jeszcze jest, pośmieję się raz jeszcze. Poczucie humoru totalnie absurdalne, ale miny ekspertów którym zadaje pytania - bezcenne :-)))
    Tańczyć nie lubię i nie umiem. Jak ognia unikam wszelkich konfrontacji na parkiecie, zarówno tych 1 na 1 jak i w grupie. Ilekroć znajomi chcieli mnie wyciągnąć na jakieś potańcówki zawsze była walka na argumenty, w końcu szłam, bo przeważał jeden - ktoś musi stolika pilnować ;-p
    No cóż, nie czuję się zbyt komfortowo ze swym ciałem wprawionym w ruch skoczno-posuwisty, mogę zrozumieć że czyjeś poczucie estetyki cierpi, więc unikam :-D
    Auto z kierownicą "po złej stronie" wbrew pozorom prowadzi się równie łatwo w ruchu lewo jak i prawostronnym :-) Jedyna niedogodność pojawia się w momencie kiedy trzeba wziąć bilet z maszyny otwierającej szlabany. Wtedy przydatny jest pasażer albo... wypinamy doopsko i sięgamy rąsią przez otwarte okienko. :-))))
    -Aśka-

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mam te same odczucia co do auta z kierownicą ze złej strony. To ja robię za kierowcę, jak gdzieś jedziemy i wyprzedza. Z biletami też takie problemy :) Ale reszta spoko :) Co do kundla się nie wypowiadam, lubię platonicznie, nie znam się, nie kręci mnie to. To nie są moje klimaty :)

      Usuń