padam, Kochany Pamiętniczku...
Z hukiem.
Cztery dni przepracowałam ciurkiem i już sama nie wiem, czy się tak zestarzałam, czy roboty wciąż w chuj.
No, dodatek był, pani M. na moje protesty powiedziała, że to tak jak budowlanka. Z tym że budowlanka to góra 4 strony, a to były 32 strony, razy dwa to już 64. I to robione w dwa dni, oprócz normalnego zapieprzu, też od poniedziałku. I jeszcze pół warzywek, bo akurat na delegację pojechały...
W międzyczasie mail od Bossa, że literówkę znalazł. Nosz, kurwa, więc zapieprzam i faktycznie, na 4-stronicowy artykuł jest jedna literówka. Idę się powiesić.
Kilka godzin później wywiad Bossa i ministrem. W wywiadzie info, że cena prądu zamrożona na 785 zł za kWH...
Coś mi nie pasuje...
Podkreślam i piszę, że chyba za MWh.
Zero reakcji.
A ja, kurwa tego nie muszę wiedzieć, ja tylko kropki i przecinki, literówki i ortografy.
Żadnego dziękuję, a chyba to większy kiks niż moja jebana literówka w takim tempie?
Bo ortografy wyłapałam, a trochę ich było, jak na przykład gródka. No cóż, wojsko może wejść do gródka, ale ziemi to jest raczej grudka, co nie?
Dziś skończyłam o 18 i jednak poszłam na zakupy, bo gdzie mogę iść po ciemku, zastanawiając się, czy zawroty głowy to stres, zawał, zmęczenie czy gorąco w markecie.
A, na coś w końcu trzeba zejść.
W sumie zostało mi jakieś 14 stron jutro, małe miki, problem tylko z tym, że nie wiem, kiedy to dostanę, ale luz, dzień gospodarczy sobie zrobię, na spokojnie chatę ogarnę.
A w poniedziałek tylko wstępniak - w sumie jakieś 15 minut pracy i kilka godzin czekania, ale są nowe seriale, więc spokojnie.
A potem wolne, i wezmę pierwszy tydzień listopada urlop i w dupie będę miała wszystko przez dwa tygodnie.
Może się ogarnę wreszcie i nawet do lekarza dokulam.
I nie, nie będę dbała o zdrowie chodząc na kijkach, a już na pewno nie na parkrunie.
L.już mnie co dzień egzaminuje, czy chodzę. No cóż, pracuję na etacie i nie ma tak, że mogę sobie wyjść kiedy chcę, nawet jeśli mam home office.
Zresztą nie pozwala mi na to uczciwość.
Na FB się dziś zaprezentowałam, czego zazwyczaj nie robię, bo nie warto się kopać z koniem. W sprawie pana Jerzego Stuhra, że w stanie wskazującym jechał. To, co wrzuciłam dla znajomych, nie budziło żadnych obiekcji, bo moi znajomi to normalni ludzie są. Poukładani i z olejem w głowie.
Za to na grupie broniącej rodziny Stuhrów i na innych, gdzie ośmieliłam się stwierdzić, że prawo jest jednakowe dla wszystkich, zostałam opluta, postawiona pod ścianą, uznana za pierdolonego pisiora i zmieszana z błotem.
Nie wzruszyło mnie to absolutnie, albowiem nie będę się zniżała do poziomu półgłówków. Ludzie, nieznający mnie absolutnie, nieczytający do końca postów, wiedzą wszystko o mnie, o moim życiu i o moim zachowaniu na postawie zdjęcia w tle. No cóż, taką mam fantazję, żeby takie zdjęcie wrzucić, bo jestem na nim cała ja.
Tak, pokazuję fuck you.
Tak, mam za plecami napis no entry.
Ale nie złamałam wtedy żadnego przepisu, złamałam sama siebie. Pokonałam prawie 400 stopni, wchodząc na wieżę w Warwick, schodami tak wąskimi, że czasem musiałam pokonywać je bokiem (ma się te gabaryty), gdzie można było iść tylko do wyjścia, nie można było się cofnąć. Przede mną kroczył Baran, z satysfakcją fotografujący mnie, czego delikatnie mówiąc, nie lubię. Na samej wieży trzymałam się kurczowo ściany, nie podchodząc do murku, albowiem podłoga była z lekka pochyła i miałam wrażenie, że zlecę. Kiedy już zlazłam, pokazałam fotografowi brzydki gest, który w naszych układach jest pełen czułości.
Więc nie, nie wlazłam tam, gdzie nie wolno.
Ot, cała bajka.
Moja bajka. I tylko moja.
I zdania nie zmienię. Dura lex sed lex. Tak samo potępiam rządzących, jeżdżących po alkoholu, jak i przeciwników rządu, chociażby najświętsi byli i najlepsi na świecie.
Eks, niepijący do bólu, abstynent wzorowy (dlatego za niego wyszłam, bojąc się losu mojej matki), dał się kiedyś skusić na pół lampki koniaku na jakiejś imprezie. Ciotka Klotka z rodziny zażyczyła sobie podwózki do domu, właśnie od Eksa. Odmówił, zamówił jej taksówkę (za komuny to był cud, ale teściowa miała zaprzyjaźnionego taksiarza), naraził się na wykreślenie z testamentu, ale nie pojechał. Pił, nie jechał...
Nie tak, jak ja :)
Ale oj tam, oj tam, samoloty tak nisko nie latają, drony też :)

Mam prawo jazdy od 1972 roku i kiedy mialam pic, na picie jechalam tramwajem/taksowka i wracalam podobnie, a kiedy juz sie nie dalo inaczej jak autem, to nie pilam. Dla mnie to nie byl problem, bo ja pic nie lubie, wiec zadna to kara. Tyle tylko, ze sluzylam wszystkim za szofera. Nadal lubie Stuhra i uwazam, ze to doskonaly aktor, ale nawet dla geniuszy nie mam litosci i nie znajduje usprawiedliwienia, a tlumaczenie ich, "ze sa tylko ludzmi" uwazam za idiotyczne. Sa bowiem przestepcami i tyle w temacie.
OdpowiedzUsuńI tu się z Tobą w 100% zgadzam. Sama nigdy nie miałam problemu, po prostu nie mam prawa jazdy, tak wyszło. Moja teściowa wiozła kiedyś morrisem w nocy z imprezy trójkę chłopa i mnie, ja też w stanie wskazującym. Patrol. Śmierdziało tak, że kazali jej zaraz dmuchać, a ona jak łza czysta :) Nie mam nic do Stuhra, wkurwia mnie hipokryzja, zarówno pisiorów, jak i "naszych". Temu, który został kaleką przez pijanego kierowcę lub stracił bliskich jest obojętne, kto go tak urządził. To właśnie jest starożytne dura lex. Szacunek dla Ciebie, ale gdybym miała prawo jazdy, postępowałabym tak samo, jak Ty.
UsuńStuhr na drodze publicznej kierujący autem jest po prostu uczestnikiem ruchu drogowego. Jak zwał tak zwał. I przepis jest jeden. Od ludzi publicznych trzeba więcej wymagać a nie mniej.
OdpowiedzUsuńW zupełności się z Tobą zgadzam i o to właśnie mi chodziło. Tak działa prawo.
Usuń