piątek, 8 maja 2020

Miłość

ci wszystko wybaczy, Kochany Pamiętniczku, co nie?
No nie, do pewnej granicy, potem już o kant dupy wszystko.
Nauczona doświadczeniem, że Papryczek nie rozumie, co to znaczy ciszej, a padnięta po dniu z nimi jak betka, nawet głowy nie umyłam, tak zaspałam.
No nic, umyłam po śniadaniu. Wiedzą, że jak mam mokrą, to nie mam aparatów.
Kłopotów z komunikacją nie było, więc zadowolona oznajmiłam Papryczkowi, że może trzaskać auteczkami do woli, wzięłam swoje zabawki i poszłam do małego pokoju pracować. A praca pchała się drzwiami oknami, namiętnie, tak że nawet (już drugi dzień z kolei) nie zagrałam w żadną swoją grę.
Tak, tak, mam coraz mniej czasu, ojapierdolę, już nie tylko kalorie co noc zaszywają mi ciuchy w szafie, ale i czasu mam coraz mniej. Jakim cudem i kto jest za to odpowiedzialny?
Zaglądałam do pokoju. Mała Wiedźma i iPad to nie ma dziecka, raczej trzeba się na nią drzeć, żeby się oderwała.
A Papryczek zwinięty na kanapie,nakryty kocem, myślałam, że śpi, ale nie, protestował. Jak Gandhi. Bo on nie chciał samochodzików i nie chciał nimi trzaskać.
Drugie śniadanie zrobiłam, ale zostało nieskonsumowane w postaci resztek niedojedzonych owoców, tak byli objedzeni. Papryczek oczywiście śniadania nie zjadł, bo nie, bo chciał coś innego, ale za to żółtego pomidora (są przepyszne), którego położyłam do obłożenia kanapek wrąbał tak, że dla nas na kanapki nie zostało.
Bo miał fantazję, choć pomidorów kijem nie tyka.
O 11 leżał na kanapie i łkał, więc włączyłam mu Netfliksa, dając moje nowiuteńkie słuchawki, bo głos z kompa mam na słuchawki, a nie mam zielonego pojęcia, który kabel wyciągnąć, żeby głos był. No i MW...
Z zastrzeżeniem, że jak będzie chciał je zdjąć, ma przyjść do mnie. Słuchawki Blutooth, nówka nieśmigana, kosztują jak za zboże, sama już dwie pary zniszczyłam...Kazałam wszystko trzy razy powtórzyć, z informacją, że jak ktoś głodny czy spragniony idzie do małego pokoju i ciągnie, dotyka aż zareaguję... Zostawiłam na stole karton soku pomarańczowego, z zastrzeżeniem, że ja nalewam, jak coś. To takie dzieci, że co nie jedzą i nie piją, wokół jest pobojowisko. I placek drożdżowy z owocem był, herbatniki, no i kryształowy badziew pełen Michałków.
Nosz, kurwa...
W międzyczasie (kołysząc kołyskę nogą, coby dziecko nie ryczało - licentia poetica)  na obiad upichciłam przepyszną (jak się okazało, tylko moim zdaniem, zupkę kalarepkową, krem, upewniając się przedtem u synowej, że kalarepę jedzą. Kalarepka młoda, kosztuje jak za zboże też, do tego same warzywa, sobie taką  zupę gotuję na dwa dni, łyżka w niej stoi i jeszcze mi się nie znudziła) , a przed ugotowaniem jej pytałam, czy ktoś jest głodny bądź spragniony, ale nie, hasta manana...
Rozdziały o masturbowaniu knura w celu uzyskania od niego nasienia oraz o podniecaniu maciory w celu jej zapłodnienia, o srających prosiętach i kolorach ich kup były tak fascynujące, na dokładkę ilustrowane prawie że pornografią (gość klęczący i obciągający knurowi, ojapierdolę), że czas migusiem mi minął, choć orgazmu nie miałam.
Cisza była, bo ja bez aparatów, więc pracowałam.
Dzieci tylko chyłkiem, boczkiem i ukradkiem do kibelka mknęły...
Idylla, a przez głowę mi przebiegało, dlaczego matki nie mogą pracować zdalnie, skoro dzieci są tak idealne?
Już byłam w ogródku, już z gąską się witałam...
SMS, że są już w autobusie, więc rzuciłam te rozpustne świniory i poszłam odgrzać zupę.
A w kuchni w zlewie dwie łyżki, jedna ubabrana jakby nasieniem (po tej pracy mogłam już mieć TYLKO skojarzenia). WTF? Jedna od zupy, ok, ale skąd ta sperma?
Pytam.
Mała W. nieprzytomna, patrzy na mnie, jakbym z Księżyca zleciała i nie kontaktuje.
A Papryczek nic nie wie, nic nie widział, nic nie słyszał.
Nie ma słuchawek.
Gdzie są?
A, siedzi na nich.
Kurwa.
Nawet po pijaku nie usiadłabym na słuchawkach.
A ta łyżka w zlewie?
Jaka łyżka?
Otwieram lodówkę, a tam niespodziewajka.
Były 4 serki Danone czy inne jogurty, nie ma ani jednego.
Nie ma też Michałków, a na stole niedojedzone banany. Bo nie chciał bananów, chciał serki. Że miał przyjść i powiedzieć, że jest głodny? Nic takiego nie mówiłam. Ogarniam stół, nie ma ani kropli soku w litrowym kartonie, a Michałki zostały dwa. Z pół kilograma.
No nic.
Powiedziałam, że jestem bardzo niezadowolona, że źle zrobił i że nie podoba mi się to.
Atak histerii, zakrywanie się kocem i udawanie, że jest się poszkodowanym, bo on może w domu wszystko.
Spokojnie oświadczam, że może w domu może, ale jest u mnie, nie w swoim domu i niestety, nie może robić tego, co chce.
Że poinformuję jego rodziców.
I że bardzo mi się to nie podoba.
Pudełka po danonkach poupychał w różnych kątach, mając nadzieję, że prawda nie wyjdzie na jaw.
I nie, jak dla mnie to nie jest OK. Dałabym mu wszystkie, kupiłabym nowe, ale... trzeba zapytać.
Nie otwiera się w cudzym domu, bo mój dom jest dla niego cudzym domem, mimo że jestem jego babcią, lodówki, szafy, czegokolwiek i nie wyciąga się tego, na co się ma ochotę.
Ukochany wnuk mojej teściowej wyciągnął jej spod łóżka płyty srebra (a tak, babcia gromadziła, były potrzebne w firmie, sprzedał, biżuterię też zgarnął i babcia została bez jednego pierścionka).
Rodzice Papryczka nie skomentowali moich zastrzeżeń, choć nie atakowałam,chłodno stwierdziłam fakt, w sumie mnie już to śmieszyło.
Zupka okazała się niewypałem, bo była za ostra, za dużo w niej było pieprzu, który trzeba było wyciągać (Zmorka coś o tym wie, ale nie grymasiła, pracowicie wyciągała), w końcu synowa dramatycznie zażądała czegoś do picia (a, wróć, syknęła: K. daj mi coś do picia, więc poszedł kolejny sok, który teraz tkwi w lodówce niedopity, albowiem ja soków nie pijam, a do końca nie raczyła dopić, bo zapragnęła kawy), Mała Wiedźma, zazwyczaj jedząca wszystko stwierdziła, że jednak nie zje, utulanie Papryczka, który poczuł się skrzywdzony, bo nie mógł stukać w stół (kto nie nosił aparatów nie wie, jak drażni takie bezcelowe stukanie), a potem nie mógł walić w stół, bo się robią dziury (tak, pod koniec remontu zaczęło mi brakować kasy i stół mam badziewny, wystarczy paznokieć mocniej wbić i jest dziura, nie mówiąc już o tym, ze zaprotestowałam przeciwko  ciągnięciu za oparcie krzesła, bo krzesła są z tej samej parafii, badziewne, Inżynier tłustym tyłkiem wybił szczebelek z oparcia siadając). Synowa miziała więc drącego się Papryczka, całowała i pieściła, bo taki nieszczęśliwy. I pokrzywdzony, jednocześnie odpychając MW, która chciała jej coś pokazać. Im bardziej starałam się porozmawiać z Pierworodnym, tym głośniej darł się Papryczek i tym czulej go tuliła.
Syn zjadł dwa talerze zupy, wciągnął pól, którym pogardziła nieszczęśliwa synowa, powiedział, że matka w czasie klepania biedy nauczyła go jeść wszystko i nie marnować, poklepał się po brzuszku i przeżył. 
Nie muszę chyba mówić, że przeszczęśliwa byłam, kiedy się wynieśli i chociaż obiecałam sobie, że posprzątam, spasowałam.
Kolejny rozdzialik o porodach świniorów ogarnęłam, pograłam i poszłam spać, szczęśliwa, że nie muszę dziś o 6 wstawać.
Wieczorem było mi zimno i miałam dreszcze, ale nie pisałam scenariuszy, wlazłam pod kordełkę i dwa koce, dwie polopiryny zeżarłam i jakoś dotrwałam do rana.
Obudziłam się zgrzana, no ale żyłam.
I postanowiłam: rodzina rodziną, ale najważniejsza jestem ja.
Pracuję ciężko. I też miałam ciężko, mając małe dzieci. Ale to były moje dzieci, moje reguły. Więc nie, nie będę walczyła z czymś takim, co mam u wnuków.
W dupie to mam, i dobrze mi z maniem w dupie.
Amen.
Niespiesznie zwlokłam zwłoki szlachetne z łóżka, pościel zmieniłam, pranie włączyłam, kąpiel, śniadanko i Manhattan. W aptece proszę o "moją" maść na zajady. Odkąd noszę maseczkę, wyskakują mi namiętnie, mimo witamin, suplementów i innych cudów. No i ciężka praca. Zawsze tak mam. A pracuję TAK ciężko, jak w te moje sławetne "cztery dni". Pani daje żel, też na a... Kasuje. Z mojej młodej piersi wydziera się jęk...  Pani zrozpaczona pyta: WTF? Na to ja spokojnie: bo gdzie nie wejdę, zostawiam majątek (moja maść miała kosztować ok. 13 zł, apteka za cudowny żel zaśpiewała 45). Pani wzdycha, idzie na zaplecze i cud... Jest moja maść, mimo tego, że zapłaciłam kartą kaska w gotówce wraca do mnie... No kurwa, aż tak bogata nie jestem i jednak czasem warto zagrać biedaka, co nie? A mogłam spiąć poślady i iść w siną dal, martwiąc się,  że znów tyle kasy poszło się jebać nie wiadomo na co, ale kąciki ust bolą i nie, nie od niecałowania :D
Biedronka i ojapierdolę, po markecie włóczą się hordy staruchów, do rączek biorą co się da i nie da, macają, odstawiają, przy kasach się awanturniczą... Po co, kurwa?
W maseczkach, w rękawiczkach, a jakże.
Ja nawet rękawiczek nie kupuję, bo po co?
Namiętnie myję ręce, te "wieczne" rękawiczki są brudniejsze niż moje ręce.
Nawet nie zauważyłam, że jest w mojej Biedrze kasa dla staruchów. Stałam obok. Koleś stojący do tej kasy, na oko jakieś 20 lat młodszy ode mnie grzecznie chciał mnie przepuścić, ale uśmiechnęłam się (pod maseczką), podziękowałam grzecznie i powiedziałam, że na złość życiu wytrzymam i postoję. Chyba mu się to podobało, bo powiedział, że spieszy się do pracy i podziękował :)
Też się spieszyłam do pracy, ale praca nie zając, nie ucieknie, co nie? Wszak jestem na urlopie :)
Wpadam do chatki, odpalam firmowego kompika, w międzyczasie SMS, że w księgarni za mną tęsknią...
Na poczcie ZERO, piszę do pani do świniorów, że dziś po południu, bo kurde, nie wyrabiam na zakrętach.
I nagle pik, emilek od Bossa, że od poniedziałku wszyscy wracają na memłon, że w kuchni nie przesiadywać, że majowa gazetka marna była, że w maskach na korytarzach, że drzwi zamykać (ja zawsze mam zamknięte, zwariowałabym przy otwartych), że jedyną osobą wyrzuconą poza nawias społeczeństwa pozostaje nasza Pani Korektorka (dużymi literami, ojapierolę), albowiem praca zdalna w jej wykonaniu się sprawdziła na medal...
Kurwa mać.
Mam w główce scenariusz, że już tak zostanie.
Niby nic, nie muszę się tłuc autobusem i bimbami, ale...
Pracuję spokojnie, bo nikt mi przez ramię nie patrzy. I rosołek sam się gotuje :)
Ale, potrzebuję ludzi.
No nic, na razie jest Ok, więc i tak napisałam, dziękując, mówiąc, że tęsknię, ale jednocześnie informując, że to tydzień po 4 godziny i nie ma mocnych :D
Do księgarni pojechałam


 Pojebało mnie kompletnie, bo Zabić drozda znam na pamięć, ale... Komiks?
No w końcu na coś muszę kasę wydawać, zanim inni wydadzą ją za mnie. Wciąż myślę o Cioci...
Jak bardzo musiała mnie kochać i jak teraz potrafiłabym ją nauczyć, by kochała też siebie...
Ale na pewne rzeczy w życiu czasem jest za późno.

Wracam do domu, w torebce raban. Dzwoni Pierworodny jak na pożar. Kochany jest, jest moim sekretarkiem :) Dodzownił się do przychodni (mamy tę samą) i... TADAM :) Działa. Mam wejść na profil zaufany w banku, ale po 16. O 13 z groszami dostaję SMS, że mam taki a taki nr recepty, jak podam w aptece nr i swój PESEL, mam piguły :) Dwie godziny później na emilku mam PDF recepty :)
Serio?
W PL?
A ja, po skorekceniu pisanego na kolanie artykułu o ASF, którego redaktorka nawet małym palcem od nogi nie tknęła, stwierdziłam, że pierdolę sprzątanie, wypiję piwo i ugotuję rosołek, słuchając Radia Pogoda: a świat się kręci jak stara płyta...
Jak dożyję do jutra, sprzątnę.
Jak nie, to niech się martwią ci, co po mnie zostaną.
Bez okularów niewiele widać :D

Tylko moje miasto nie jest już moim miastem, ale jakąś pustynią, po której hula mnóstwo staruchów (wiem, też jestem staruchą, ale nawet raz na tydzień nie szwendam po mieście)... Nie mam czasu, pracuję.
No nic, ktoś pracuje by lenić mógł się ktoś.
A Duduś jebany (kurde, na Pierworodnego też mówiliśmy Duduś Dudulek) obiecuje 2500 zasiłku dla bezrobotnych plus 1200 chyba wsparcia.
Tyle to nawet ja, ciężko pracując nie mam.
No nic :)
Kochamy się z pracą.  Namiętnie :P

6 komentarzy:

  1. sorry ale głupio postępują rodzice , wiem że wiesz ale Ty możesz tak myśleć bo to rodzina a ja niekoniecznie ale jakby mi ktoś powiedział że Kuba sam wyżarł coś z lodówki lub pół kg cukierków to miałby pogadankę że hej co do pieprzu to owszem wyciągałam ale lubię dobrze popieprzone tyle że wolę zmielony :D dzielna jesteś , serio piszę masz więcej energii niż nie jedna moja rówieśniczka , no bo ode mnie na pewno :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zmoreczko :* Ja to wszystko wiem, ale życie to nie je bajka. Ty u mnie tyle przeżyłaś, że jesteś moją bohaterką :*

      Usuń
  2. Odpowiedzi
    1. Doro,nie ma takiej opcji :P Nie dobijaj mnie :P Nie mogę mieć więcej energii od Ciebie :)

      Usuń
  3. Rozbawiłas mnie do łez tym knurem i perypetiami z dziećmi. Acha, dzięki Tobie dowiedziałam się o Maryli z Zielonego Wzgórza, dzięki, już łyknęłam:) Drozda też znam, ale Alabamę mam blisko i nie odpuszczę wizyty w miejscu akcji. Pozdrowienia:)

    OdpowiedzUsuń
  4. Cieszy mnie bardzo, że mogłam Ci coś podrzucić. Wycieczki do Alabamy zazdroszczę... Albo i może nie :) Nie można mieć w życiu wszystkiego i... Najpiękniejsze wspomnienia to te, które są jeszcze przed nami :)Będzie mi miło, jak nawet na niezwiązanym z tematem mojej notki napiszesz, ja Ci poszło w Alabamie. Dzięki netowi świat zmalał
    bardzo :)

    OdpowiedzUsuń