poniedziałek, 11 maja 2020

Tylko

spokój może nas uratować, Kochany Pamiętniczku, co nie?
Wyszedłszy z tego założenia miałam seksualne podejście do większości problemów od czwartku.
Seksualne, bo je kocham.
A co kocham, to pierdolę.
W piątek już

A jakże, ciepło było i w końcu kiedyś trzeba ten sandałkowy sezon zainaugurować. Do domu wróciłam cała i zdrowa, nóg nie obtarwszy, tralalala :)
I w ten piękny sposób zakupy ogarnąwszy w piątek i dalej nic nie robiąc, w sobotę, wstawszy bladym świtem (a jakże, weekend), zrobiwszy się na (u)bóstwo, plecaczek zarzuciwszy na ramiona, na nogi założywszy buty od kijków (na bose stopy), kijki chwyciwszy w dłoń, na mord maseczkę wdziawszy, polazłam lewa, prawa, lewa, prawa do apteki z receptą.
Dotarłam prawie zombie, maseczka i kijki, niestety, wykluczają się wzajemnie.
W aptece więc wykupiłam receptę, powinnam mieć spokój na kilka miesięcy, więc nawet kwota nie powaliła mnie na kolana, ale bystre me oko dojrzało przyłbicę...
No ba, za całe 19,99 zeta, ale... zapakowana w folię, w niej druga folia (okazało się w praniu, że druga folia to celofan, więc nie tak źle), którą urocza pani magister, odziana w takąż (przyłbicę, nie folię) polecała i jeszcze mówiła, żeby z tyłu gumkę pasmanteryjną zamocować, co zademonstrowała na przeuroczym łebku, więc skusiłam się. Tylko dlatego, że na Manhattanie maseczki od wielu dni leżą luzem, na kupie, w kurzu i innych takich tam... Wiem, można kupić i umyć. Ale kosztują tyle samo, co w aptece :)
Więc zanabyłam

zaraz za apteką założyłam i... lewa, prawa, lewa, prawa, wdychając gorące powietrze Dębca, podpierając się kijkami, pomaszerowałam lewa, prawa, lewa prawa...
... po drodze mijając

 car bike mini, ale nie wiem, ile kosztuje, choć napaliłam się na nie jak szczerbaty na suchary, albowiem żeby poznać cenę, trzeba zadzwonić :) No i trzeźwo myśląc: nawet jak się w tym zmieszczę, to jak ja z tego wylezę bez dźwigu? :)
A potem już Dębina i


inne takie tam, szał ciał, coraz większy spokój i...
Dlaczego moje nogi mówią NIE?
Aaaaa...
Pęcherze.
Do domu doszłam jak ten włóczęga znad Bajkału, w poniedziałek z trudem założyłam buty, obklejając nogi toną plastrów.
To było do przewidzenia.
Więc w niedzielę, gdy pogoda była wymarzona, serce i ręce rwały się do kijków, kuśtykałam tylko do lodówki, kuchenki i kibelka, modląc się, by żadne świństwo się nie wdało w te kopytka.
Inżynier, narzekający na kłopoty z Alienkiem (w sensie odpieluchowywania, zabrali się jak żaba do jeża, Alienek ma już ponad 3 lata, no ale nie moja bajka) na moje jęki polecił mi alkohol doustnie, ale raz, że nie czułam potrzeby, dwa, doczołganie się do windy, zjechanie na parter i dotarcie do piątki i powrót - nie, to przerastało moje pokaleczone nogi. Za to zostałam zaproszona, bo zapytałam o odebranie poddupnika na mój pracowy fotel, deklarując hycnięcie pod ich dom i spierdalanie z rzeczonym poddupnikiem, na pomidorówkę  wykonaną ręcami Inżyniera,tak się składa, że mającego urlop, ale to już inna bajka, za długa do opisania, bo wciąż ma nieuregulowane pracowe bajki, nierobienie scen i wdrapanie się na 3. piętro, nacieszenie się Łobuzami i krótką pogawędkę.
Z zaproszenia z radością skorzystałam :) Za to cenię Inżynierostwo: idę do nich, bo idę do nich. Nie sprzątają na moją cześć, bo ja też miałam małe dzieci i nawet nie mając ich, nie mam w domu idealnego porządku. Dom jest dla ludzi.
Osobiście wolałabym karmić Kalafiorkównę łyżeczką, niż kąpać ją po obiedzie, ale nie mój cyrk, nie moje pchły :)
Z pustymi ręcami pojechałam tym razem, albowiem Inżynier wziął mnie krótko za pysk i powiedział, że mam nic nie mieć, bo Alienek kojarzy mnie tylko z pełnym ręcami, a on sobie nie życzy, by jego dziecko kochało mnie za łapówki i za zachcianki, ma mnie kochać za całokształt, albo i nie. To samo łopatą kładła mi do głowy Inżynierowa, no ale kto słuchałby Synowej, co nie? (włażę pod stół i odszczekuję).
Emilka pracowego wysłałam, że jestem od 9 do 13.
Od 9 do 13 siedziałam na dupie, aż mi nogi w nią wrosły i nic.
Ani be, ani me, ani kukuryku.
Więc 12.59 spuściłam na to zasłonę (w redakcji wylazłabym już o 11) i poszłam w świat.
Bez plecaczka, z torebką, rozmyślając, że jak to, na urlopie pracowałam po 10-12 godzin, a tu dokończyłam Już nie żyjesz?
Nie, żeby mnie to cieszyło, wkurwiało mnie, ale cóż.
Lało, więc z domu wyszłam w szaliku na pysku, wychodząc z założenia, że jak mi zaleje przyłbicę, to będzie mi brakowało tylko białej laski.
Nie mam na niej wycieraczek.
W autobusie zaczęły mi pikać aparaty.
Baterie z Geersa są tak badziewne, że padają momentalnie.
Przy przesiadce mam Geersa, pikanie jest WKURWIAJĄCE na maksa, zapas baterii został w domu.
Idę zatem kupić baterie. Pani na mój widok wciąga maseczkę, uprzejmie proszę o zdjęcie maseczki, bo nie widzę, co mówi...
A dalej jest jak w pojebanym filmie. Pani i owszem, zdejmuje maseczkę, ale traktuje mnie jak niepełnosprytną. Pytam o baterie innej formy, które mieli kiedyś w ofercie, a ona, że jak kupię 10 blistrów tych, to zaoszczędzę 10 zł...
Kurwa, nie chcę oszczędzać 10 zł, dołożę i 20 do baterii, które nie padną w ciągu tygodnia.
Proponuje mi kupno, osuczaszy i innych cudów wianków, które mam...
Nie dociera do niej, że MAM je.
Analizuje, kiedy kupiłam aparaty, gdzie...
Kurwa.
Kupuję jeden blister, biorę fakturę i wypierdalam...
Ostatkiem sił  wsiadam do łodzi, na wiosłach zaciskam swą dłoń...
Znaczy się, dojeżdżam do przystanku docelowego, dzwonię, Inżynier ma fajny domofon, po naciśnięciu numeru mieszkania wyświetla: właź, kurwa i nie dzwoń :P
No właśnie, zbudziłam Kalafiorkównę, ale ponoć spała 2 godziny, więc OK.
Alienek dopada mnie z pytaniem o prezent.
Odpowiadam, że najpierw mycie łapek.
Umyłam, dopada mnie. Akurat, gdy wymieniam baterie, pikające co chwila...
Tłumaczę, że przyszłam do nich, bo się stęskniłam i za nim, i za Kalafiorkówną, i za moim Synem, i za ich Mamą (która wyrwała się w siną dal).
Że przytulam, a akurat nie ma powodu do prezentów.  Że bardzo Go kocham i jestem z niego szalenie dumna. Bo zaczął sam sikać na nocniczek. Że i u mnie czeka na niego nocniczek i nakładka na kibelek...
A potem: rozmowa z Inżynierem (potrzebował tego, to wiem), z Synową (chyba już nie jestem jej największym wrogiem), i - mój potępiany przez rodziców moich wnuków śmiech - ale co ja za to mogę, że sytuacje, które kiedyś mnie denerwowały są  rozczulające?  Jako babcia mająca nierówno pod sufitem mam swoje przywileje.
Wracałam do domu w ziąbie, że ojapierdolę.
Ale wiedziałam, że będzie i miałam zimową kurtkę.
Odpaliłam firmową pocztę, popracowałam.
Na zleceniach.
Etat olałam. Lubię ludzi, ale pisałam: do 13...
Poczta przyszła po 16 poczeka do jutra.
Będę miała rano co robić i nie będę się wkurwiała.

Jak dobrze móc powiedzieć: wkurwiała i nie narażać się na karcący wzrok własnego dziecka, wskazującego wymownie wzrokiem na Kalafiorkównę.
Przesłodką :)
Moje marzenie: móc nauczyć Kalafiorkównę klnąć.
Bo to też w życiu się przydaje, co nie?
Dryfuj taborecie, póki masz przychylny wiatr, bo jak wyjdę ze sztilu, to ci tak dziób wytrałuję, że na własny farwater bez astronawigacji nie trafisz...
Jak pojedzie na Mazury, jak znalazł, co nie?



12 komentarzy:

  1. Oj, ten tekścior na koniec... Bajka! Kupuję!
    Szczęśliwaś. Ja mam zakaz kontaktowania się z moim Wnusiem :-((

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Współczuję. Ja nie mam. Ale co ma być, będzie :) Nie całowałam własnych dzieci inaczej jak w czubek łebka, więc i z wnukami nie mam problemu. Nie dajemy się do końca zwariować, co ma być, będzie :0

      Usuń
  2. Możesz na razie uczyć przeklinania nawet mnie. Brakuje mi czasem wyrafinowanego słownictwa w wyrażaniu mocnych emocji.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie mam czasu, rozumiesz? Polecam słowniki. Ja na co dzień nie klnę aż tak wyrafinowanie :)

      Usuń
  3. Nie lubię przeklinania. To pójście na łatwiznę, sorry. Glkz

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ano, masz rację. Ale czasami warto iść na skróty :) Tak wygodniej :)

      Usuń
  4. Milczysz. Mam nadzieję, że nie przeze mnie. Baaardzo lubię cię czytać i te kilka przekleństw, które używasz, są jak przyprawy podnoszące smak dania. Ok? Glkz

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nawet mi to do głowy nie przyszło, żeby zamilknąć, bo nie lubisz przekleństw. Pracowałam. Ten model tak ma, że czasami pracuje do wypęku :) To mój blog, w realu nie mogę kląć, to tutaj sobie popuszczam. Jak komuś nie pasuje - przykro mi :P Pozdrawiam, Glukozo:)

      Usuń
  5. Soczysta kurwa, czasem musi paść i już! Pozdrawiam Cię Jędzuniu złota 😁, z mojego zawirusowanego Śląska!

    OdpowiedzUsuń

  6. Pasiasta! Mam nadzieję, że Ciebie stestowano i że, kurde, nic Ci nie jest! Pozdrawiam równie zawirusowanej, aczkolwiek niestestowanej Pyrlandii, gdzie nawet do gemeli w przyłbicy popylam :) Trzymajmy się :)

    OdpowiedzUsuń
  7. Gruby mojego starego (kopalni mojego męża) nie testowano, więc i mnie nie. Mają 2 potwierdzone przypadki, ale weź! Te testy przesiewowe, to podobno już plusa pokażą, jak na boreliozę się chorowało czy na inną zakaźną, a mówią nawet, że wystarczy mieć błahą infekcję . Wśród górników wre, bo na płytkowych wychodzi, że zakażeni, a z genetycznych, że zdrowi. No i jak mieli jechać do Warszawy, to ich zaczęli testować. Na całej grubie się gada, że w lutym masa ludzi miało dziwne objawy, potracili smak i węch, a teraz się dopiero mówi, że "chorują"! To straszne, jaki hejt się na nas wylał, piszą o moim Śląsku, że druga Lombardia lub Wuhan!
    Żyjemy normalnie, na tyle ile się da. Córka w domu, narzeka na ogrom pracy, masę czasu przy kompie. Chodzimy w maseczkach (mama mi naszyła), ja dodatkowo na zakupy zakładam jednorazowe rękawiczki. Z mamą widuję się 2 razy w tygodniu, kiedy robię jej zakupy przy okazji swoich, wyłącznie na klatce lub na zewnątrz bloku. Od świąt w grudniu, nie widziałam się z braćmi i ich rodzinami, od połowy lutego nie spotykam się z przyjaciółkami. No ale jestem brudasem, co to zarazę roznosi ☹️ Sorry Jędzuniu, że się tak rozpisałam prywatnie, ale mi się ulało. Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zapomniałam dodać, że jesteśmy zdrowi. Ja przeziębiona byłam w grudniu, a córka z moją ładniejszą połówką, chorowali w połowie lutego. A co przechorowali (zwłaszcza Alicja, która okrutnie się męczyła z suchym kaszlem), tego nie wiem.

      Usuń