Kochany Pamiętniczku.
Niejako pod przymusem pojechałam z MW I Papryczkiem na tę świąteczną bimbę, bo widuję ich od wielkiego dzwonu.
W tym tygodniu wyjeżdżają do O. i nie wiadomo kiedy wrócą.
Zadeklarowałam bez większej ochoty, że 2 i 3 stycznia mogę ich wziąć do siebie, bo inaczej znów muszą jechać do O.
Problem w tym, że Papryczek nie chce już do żadnej babci :)
A MW na pytanie, czy chce, zresztą na każde pytanie odpowiada: nie wiem. Ze słuchawkami na uszach non stop, nawet ja, aczkolwiek umiem czytać z ust i potrafię rozmawiać w czasie słuchania muzyki, ze zwykłej grzeczności nie słucham jej.
Mniejsza z większym.
Świąteczna bimba okazała się koszmarem do potęgi. Mieliśmy o tyle szczęścia, że udało nam się wejść jaki pierwsi i dzięki temu mieliśmy miejsca siedzące. I nie, nie poczuwałam się do ustąpienia miejsca małym dzieciom, albowiem znów mi kopyto napierdala i na pewno nie wytrzymałabym godzinnego (bo tyle trwała jazda) stania w tłoku, przy którym śledzie w beczce mają luz. Inna para kaloszy, że ludzie też są bezmyślni, bo połowa tramwaju to byli ludzie z dziećmi tak małymi, że po kilku minutach przejażdżka przestała być dla nich atrakcją, a na pewno zmęczył je tłok, smród i hałas. Smród, bo sporo z ludzi woniało przetrawionym alkoholem, a i pani z roczną dziewczynką była w stanie lekko wskazującym na spożycie. Dziecko, stojące na siedzeniu, liżące szybę, i wrzeszczące monotonnie, z tatusiem jeszcze mocno wczorajszym. I hałas, bo Gwiazdor paplał przez godzinę bez przerwy, dzieci odpowiadały i śpiewały kolędy.
Synowa nie chciała wcześniej wysiąść, bo "Papryczek będzie płakał". MW siedziała ze słuchawkami na uszach i miała na wszystko wyjebane.
Wiedziałam, scenariusz sprawdził się co do joty, ale gdybym powiedziała, że nie pojadę, to byłoby "niedobra babcia wymawia się bólem nogi".
No a potem z głodnymi dziećmi na zakupy, bo musi kupić cukier waniliowy, papier do pakowania i zielone legginsy i czapkę elfa dla P. na jasełka.
Gdzie, a oczywiście koło babci.
Wzięłam na obiad na stoisku w galerii, bo żal mi było dzieci, ale to przy tej drożyźnie już prawie 100 w najtańszej jadłodajni. Gdy zorientowała się, że w zestawie w cenie jest zupa, nastroszyła się, że po co kupowałam dzieciom zestaw, mogły zjeść samą zupę, a my drugie.
No, matka roku. Dzieci zjadły prawie wszystko, a zupka w zestawie to taki cieńkusz i niezbyt smaczna.
No trudno.
A potem do mnie, a jakże, po czapeczkę elfa, bo oczywiście nigdzie nie było, a ja mam. Zielonych legginsów też nie było, ale tego nie miałam.
W dupie mam, ja swoje dzieci z wyprzedzeniem przygotowywałam.
No i nasiadówka u mnie, jeszcze Pierworodny po pracy wleciał, nakarmiłam, a jakże, nie mam zwyczaju głodzić ludzi. I tak zamiast spokojnej niedzieli miałam hałas, sprzątanie i stertę zmywania znów.
Więc niebiosom dziękuję za samotne święta.
W nocy znów wrócił koszmar, że ktoś się ze mną szarpie, zrywając ze mnie kordełkę i nie wiem, czy to była jawa, czy sen.
I nad ranem miałam wrażenie, że mam atak serca.
Ale potem i zakupy zrobiłam, ciasto zamówiłam, okna wszystkie pomyłam i "odświęciłam" mieszkanie, w międzyczasie pracując w warzywkach, więc chyba to jeszcze nie zawał. Chociaż kto wie, może i z zawałem można okna myć? :)
Mój stary drapak - podstawkę gdzieś mam, ale nie mam zielonego pojęcia gdzie. Wzięłam ciężką donicę, wsadziłam folię bąbelkową, na wierzch bieluchną miękką folię zabezpieczającą, świetnie udaje śnieg i wszystkie ocalałe bombki, choć korciło mnie, żeby kupić nowe, takie "na topie). Ale... Każda z tych wytartych, poniszczonych, sporo jeszcze z mojego rodzinnego domu - to tyle wspomnień. Nie ma już tych ogromnych bombek, które dostałam na imieniny od pani Herczyńskiej, ale i tak mój marny drapak by ich nie uniósł. W porównaniu z wypasioną choinką u Barana, moja to takie mikre byle co... Ale... Jest moja. Po tylu latach znów mam swojego drapaka i swoje miejsce na ziemi.
Jest cudnie.
I jest moje.
A w Biedronce mają wyfiletowane karpie, drogie, ale prawie ani kawałka ości i nie wonieje mułem. Jak kupiłam, to zjadłam od razu i na święta też to kupię :)
Jutro Papryczkowe jasełka, w środę na wydruki warzyw, chciałabym jeszcze do M. skoczyć, wywalić bajzel z grobu Eksa. Wkurwia mnie to. Pierworodny nie może. Z jednej strony rozumiem - wczoraj przyszedł z pracy jak zombie.
Z drugiej - a co z moim zawałem? :0
Nosz, kurka wodna :D


Jest cudnie Jedzo i najwazniejsze, ze w koncu do tych wolnych spokojnych dni dobiegniesz.
OdpowiedzUsuńJak zwykle pedem.
Dla mnie karp wigilijny musi byc smazony w dzwonku , inaczej mi nie smakuje – za to wiem , ze mowi sie
dzwonko a nie dzwonek , o!
Zycze ci Jedzo kochana oprocz zdrowia , pieknego, spokojnego, swiatecznego lenistwa – takiego extra special w slicznej scenerii, jak widac na zalaczonym obrazku.
Serdecznie pozdrawiam
Serdecznie dziękuję, Kitty Katty. I ja Tobie życzę spełnienia świątecznych marzeń, niech będą jakich sobie zażyczysz.
UsuńI cieszę się, że ktoś się łączy ze mną w miłości do karpia.
Dziś znów skonsumowałam na obiad, nie dzwonko, ale półtuszkę, dla mnie to obojętne, a półtuszkę łatwiej się smaży :) Ale jako że de gustibus non est disputandum - smacznego dzwonka :) (W UK karpie, o ile są, są tak drogie, że nie miałam sumienia nalegać, tym bardziej że nikt z moich wygnańców karpia nie jada. Raz jadłam tam francuskiego, ale jak to Żabojad, nie umywał się do naszego.)
Jedzo - karpie u nas sa z Polski polskie sklepy sprowadzaja i zycza sobie tylko 5 funtow za kilo, wiec tyle co kilo schsbu 🤗👍 Karp musi byc!
UsuńMoże i niedrogo, ale... Nikt z moich tam karpia nie jada i akurat w pipidówie, w której byłam, karpia nie było... :) Teraz nadrabiam zaległości. A tak między nami, polskie sklepy są lepiej zaopatrzone, jak te w PL, bo są w nich tylko podstawowe rzeczy w najlepszym wyborze, jak np. majonez kielecki, a nie morze wszystkiego tak, że nie wiadomo co kupić :P
UsuńO rety, szacun za t bimbę😀
OdpowiedzUsuńKlimatycznie masz, kolorowo,pachnąco, nic tylko wypoczywać pod kocykiem.
I takoż czynię, życząc i Tobie, żebyś wreszcie wypoczęła, chociaż w święta, bo jeszcze musisz do domu dojechać, a potem to już kurcgalopek.
UsuńTak jest!*
OdpowiedzUsuń