czwartek, 22 stycznia 2026

Koszmar

zaczął się w niedzielę, Kochany Pamiętniczku.   Na pocztę wlazłam, pracową. A wiedząc, co napłodzili, znając ramy czasowe, zdałam sobie sprawę z tego, że w poniedziałek polegnę na dni. Z honorem, ale polegnę, a do kibla będę leciała z zaciśniętymi nogami. 
Więc (nie zaczyna się zdania od więc) tak: odcinek White Collar, to, co przyszło, odcink - taki przekładaniec sobie zrobiłam. Ach, jak byli zachwyceni. A ja milczałam jak kamień, miotając najstraszliwsze przekleństwa, ale morda w kubeł.

Pracowałam do 20.30, co z tego, że z własnej woli - nikt nie prosił, każdy pisał, że ustawia się w kolejce.

Tyle, że, kurwa mać, kolejka robiła się jak za komuny po mięso, bo pracowali wszyscy (no, prawie wszyscy), a ja jestem jedna, jedyna.

No nic.

W poniedziałek wstałam bladym świtem, a tam na poczcie już nowa kolejka i gdybym nie pracowała w niedzielę, byłaby co najmniej dwa razy taka. 

O 21 do drukarni pojechało wszystko, co miało pojechać.

A ja padłam na ryj.

We wtorek nie było lepiej, albowiem wtorkowej działki jazdy do drukarni nikt wcześniej nie dosłał, a było to kolejna porcja - 1/3 gazety. 

Skończyłam o 20.30, klnąc na czym świat stoi, jak rasowa wnuczka szewca. To był ten pierwszy przesunięty dzień. Niby przez reklamę, ale  skorzystali z tego dziennikarze, nie ogarniając w ubiegłym tygodniu nic, no bo mają... czas. Jeden z nich napisał mi nawet, że im się nie opłaca pracować wcześniej, bo pracują teraz nie na etat, ale zadaniowo.

Tyle że ja, kurwa, pracuję na etat, czyli muszę wyrobić i godziny, i ogarnąć wszystko - teoretycznie w ramach tych godzin. A nie ogarniam, bo... godzinami czekam na pracę. Tak, w luksusowych warunkach - nikt mi nie sterczy za plecami i nie mówi, że gram, czy że filmy oglądam, czy może sekszę? 

Tylko co mi z tego, kurwa, jak dostawszy tekst, który muszę ogarnąć pracuję w nadgodzinach, za  które nie mam ani złotówki?

Dlatego, że reszta ekipy pracuje zadaniowo?

We wtorek dodatkowo podniósł mi ciśnienie Inżynier. Albowiem dziecko me na cudnej główce od  dawna ma guz. Pospolity kaszak. Com się naprosiła - nie, nie, nie. Nosz, kurwa. Nagle mi pisze (zapomniał o starej, dobrej zasadzie - mamusię informujemy POST FACTUM - kiedy chcieli z lumpki wrócić w środę, pisali, że wracają w czwartek, i tym pięknym sposobem, gdy zlądowali w środę, matka była wniebowzięta, a omijało ją szarpanie nerwów i nieprzespana noc ze środy na czwartek), że jedzie do TP, prywatnie, do dermatologa, że być może uda mu się usunąć kaszaka. Bo ma luz w finansach. Matka w płacz, w szloch, że jak to, że mogła zafundować, że się martwi tym gównem od lat, i inne takie tam, bo może. Bo jest tak zaprogramowaną matką. Że jak po znieczuleniu samochodem będzie jechał. Bo matka ma koszmarne wspomnienia z czasów, gdy I. małoletnim pacholęciem był. Wykryła bowiem wtedy u niego w zgięciu kolanowym coś, co prawdopodobnie było kaszakiem. TEN szwagier był wówczas ordynatorem w Degi, ale akurat był na kontrakcie za granicą, bodaj w Afryce. Ale od czego rodzinne znajomości. Inżyniera przyjął bez kolejki kolega wujka, też jakiś rodzinny pociotek, bo tam lekarzy było jak mrówków. Przyszły Inżynier miał wtedy bodaj dwa lata. I pech chciał, że ukradli nam w przeddzień spacerówkę (trzymaną na korytarzu, ale wszyscy wtedy trzymali wózki na korytarzu, chociaż była wózkarnia - teraz mamy tam komórkę, do której nie lubię chodzić). Eks swoim zwyczajem pojechał na kawę do mamy na Wygwizdowo, bo mógł. A ja z dzieckiem do lekarza. Kaszaka (czy co to tam było, jakaś torbiel) kolega wujka usunął strzykawką, smród był nieziemski. Ale lekarz był wspaniały, bo ową śmierdzącą ciecz do laboratorium posłał i zadzwonił później, że spoko, że to zwykła gówno, nie nowotwór. A ja o mało nie umarłam, niosąc przyszłego Inżyniera na rękach i do tramwaju, i z pętli kuniec Dymbiec do domu, bo dziecko nóżka bolała, klnąc złodzieja.  Więc teraz męczę Inżyniera, już nie in spe, ale de facto, czy będzie analiza. Wyśmiał mnie, wyrechotał. Co pani zrobisz, jak nic nie zrobisz. Mam nadzieję, że mu się ten głupi łeb dobrze zagoi i nic mu nie będzie.

Niełatwo być matką.

W tej złości we wtorek, już po wymęczeniu mnie przez kolegę, spóźnionego jak cholera, przeleciałam jeszcze 3 teksty niezlecone, na zapas, z rozpędu i ze złości.

Środa. 7.45 wlatuje ten nieszczęsny tekst z Australii od Bossa, na który czekałam. A ja na poczcie byłam dopiero o 9. Ale luz. Nie reklamował, że jego emilki nie dochodzą do mnie, a mnie się znów wątroba przelewała. Bo zostałam udupiona - ostatni dzień to praca zaczyna się koło 13, bo taka moda. Ale nawet po zakupy nie mogłam skoczyć, bo chuj wie, kiedy dośle 2. korektę i znów zrobi sceny. A że tego dnia ważyły się losy Mercosur, to wszystko stanęło w miejscu, nie było opcji, zanim się nie dowiedzą, co z tym. A że zawetowali, to posypały się wszystkie newsy, wywiady, wywiady robiono na nowo, czekanie na autoryzację, kolejny raz moje życie osobiste poszło się jebać, dlatego się z nikim nie umawiam, bo... no nie wiem, o której wyjdę z pracy.

Kolega, który przetrzymał mnie we wtorek przez własną prokrastynację, dosyłając mi spis, zapytał, czy bardzo jestem na niego zła i czy zrobiłam laleczkę voodoo...

Odpisałam, że jakem jędza, nie wpadłam na to jeszcze, ale pomyślę, bo dobry pomysł jest.

I tak się pieściliśmy redakcyjnie, wstępniaczek, ostatnie strony i nagle uświadamiam sobie, że Australia do mnie nie wróciła, a było już dobrze po godzinach. Alarmuję p. M. pojęcia nie ma, że Boss blokuje składkę. Więc ufff, nie będę się wtykała między wódkę a zakąskę.

Niech się naczelna męczy.

Męczy się. Dostaję Australię, ale Antypody są dużą literą. Więc reklamuję, że bez I. Zanim dostałam odpowiedź, zdążyłam przelecieć cały tekst, okazało się, że był po I korekcie, ale... Antypody niezaakceptowane, co mnie zmyliło. Tekstów nie pamiętam zaraz po skorekceniu, ale błędy z nich tak.

Więc odsyłam w osobnym emilku, żeby się nie  zgubiło w piętrowym, bo potem jest, że nie dochodzą. I dostaję emilka, że sam wrzucał, skracał i może się coś popierdoliło. Więc odsyłam skany jeszcze raz, ze sznurkiem do antypodów, bo Boss ma swoje reguły ortograficzne. Jak poszło, nie wiem, w dupie mam (choć nie za bardzo, bo moje nazwisko jest w stopce).

I już byłam w ogródku, z gąską się witałam, gdy...

Nowy emilek od Bossa. Z notatką o wyjazdach. Do Japonii i Rumunii w tym roku. KURWA. Bo wiedzą o tym od dawna pewno, a notka po godzinach...

Zamknęłam o 20.30.

Lekko licząc mam w tym miesiącu jakieś 28 nadgodzin. Nie do odebrania.

W międzyczasie pytam p.M., czy pyry znów się przesuwają.

Pisze, że tak, że reklama chce je przesunąć z 2 na 6 lutego.

Wybucham.

Że OK, ogarnę, jak reklama zapłaci za mój czas. Bo co miesiąc coś przesuwają. Wyliczam pracę w styczniu. P.M. wie. Docenia. Ale tym razem to przesunięcie koliduje jej z gazetą, a wiadomo, bliższa ciału koszula, jak sukmana. A ja 6 lutego zamykam maszynki. I nie, nie mam już ochoty na sprężanie się i ogarnianie wszystkiego, bo co mi z uścisku dłoni P.M. i tego, że raz na pół roku mogę się urwać? W reklamie pracuje ludzi od metra. Fakt, że  rotacja na maksa, bo za tę kasę nikt z młodych nie chce się męczyć, ale dlaczego za tych młodych mam się męczyć ja?

Byłam gotowa rzucić pracę. I. mówi, że no problem, bo zaczną oddawać pożyczkę, bo wreszcie się jako tako ogarniają i spłacają na dniach debet (nie że kredyt za chałupę). Ale mnie ta kasa niepotrzebna, mam za co żyć. W tej chwili. Nie opłaca się oszczędzać ani inwestować, ani się na tym nie znam, ani nie mam odpowiednich kwot.

Ale dobrze, że mam taką opcję.

Pranie ładuję.

Mam wrażenie, że padła grzałka, ale... Cukiereczek ma już prawie 40 lat. Ma prawo paść. Podnoszę alarm, bo przeglądając pralki jestem zniesmaczona. Nie ma prostych pralek. I nie chodzi mi o kasę. Po co mi pralka, która śpiewa, tańczy, recytuje, daje dupy i gotuje? Z dotykowym ekranem zamiast poczciwego pokrętła. Sterowana smartfonem? Przecież potrzebne jest mi zwleczenia tłustej dupy z fotela, dotarcie do pralki - to już jakiś spacerek. A jak jebnie coś w tych elektronicznych cudach wiankach, to nic, tylko tysiące na naprawę.

Zrozpaczona, wlewam ocet do Cukiereczka i puszczam na 90 stopni. Nie piorę już od dawna nic na 90 stopni, bo nie mam takiej potrzeby. Cukierek grzeje. Alarm odwołany :) Kocham mojego Cukierka :) Bo na dokładkę nie tuczy :) 

W międzyczasie dostaję laurki od Łobuzów. Przecudnej urody, Alienek napisał DŁUGI wiersz, wzruszający, a Kalafiorkówna tresując babcię błąd zrobiła (na identycznej laurce dla dziadka błędu nie ma, nie ogarnąłby, kochana tresuje pracowe umiejętności babci) :) Wlecą z dziełami w sobotę, osobiście :) 

Z drugiego gniazda nic. Cisza. Ale już jestem z tym oswojona. Nic nie oczekuję. Chociaż... Nie wiem, gdzie jest P., może znów w terenie. Ale dzieci mają przecież matkę. I nie, kurwa, nic tego nie usprawiedliwia. Żaden autyzm ani inne zaburzenia rozwojowe. I tak, może laleczki voodoo nie zrobię, ale na pewno nie będę się wysilała na prezenty - już niedługo synowa ma urodziny. Może to i małostkowe, ale dlaczego ciężko pracując mam sponsorować kobietę, która nie pomyślała o mnie nawet w święta, w Nowy Rok, w moje urodziny? Której nic złego nie zrobiłam? Na 70. urodziny dostałam od nich... kubek... Niby okolicznościowy, bo ze zwierzem, którego nazwą od dawna mnie ochrzczono, no ale... Serio? Nawet nie był opakowany - dostałam z łapy do papy, z naklejką z ceną :) 

Nie, żebym nie lubiła niedrogich prezentów, ale...

Wolałabym laurkę, MW genialnie rysuje, a ja nie mam ani jednego jej rysunku.

Nevermind.  

Noc ze środy na czwartek to koszmar. Bo muszę być gotowa na 9.20, bo jedziemy z teściem I. do Małego T. na dziadowanie.

Uczucia mam mieszane, albowiem MT przyszyty jest na siłę niejako. Bo to kuzyn Łobuzów, bezbabciowy totalnie. A w ogóle bardzo zawiła story. I na dokładkę omija mnie jak śmierdzące gówno, szerokim kołem. 

Ma jechać z teściem I. Sama nie mam zielonego pojęcia, gdzie jest to przedszkole, ale autobusy lubońskie i sam Luboń to dla mnie czarna magia, choć jeżdżą spod mojej chaty.

Śpię jak zając pod miedzą - ostatnio koło 4 zasypiam snem ze snami, w końcu nieważne, kiedy ruszę na kompa i czy w piżamce, czy w pełnym stroju. Obudzona o 4 już waruję (a dzisiejsza noc to samo, bo jutro idę z MW do laboratorium na badania - tak, kurwa, babcia jest potrzebna).  

Ogarniam się, o 9.20 już kwitnę pod blokiem, bo ciężko o miejsce do parkowania, bo nie wiem, czy dziadek napisze na telefonie bez okularów, bo no ja gupia cipa jestem.

Dziadek się spóźnia o akademicki kwadrans (znam go, wiem, że się spóźni). A tu podjeżdża jakaś limuzyna, w a niej dziadek. Miał jakieś cienkocienko czy cuś takiego (nie znam się na samochodach).  I staje na środku osiedlowej drogi, blokując 5 (sic!) samochodów jadących za nim.  Ani drgnie. Lecę więc kurcgalopkiem, przepraszając gestem zablokowanych... Siadam. Ruszamy. W samochodzie coś wyje, dziadek tłumaczy, że zablokowała go jakaś śmieciarka, więc się spóźnił. Dalej coś wyje, zanim uświadamiam sobie, że mam niezapięte pasy. Dziadek nie ogarniał, bo poprzednie cienkocienko nie miało takich bajerów. Jazda to jest to, przed czym się bronię, bo latach jeżdżenia z Eksem, który dobrym kierowcą nigdy nie był. Dziadek też nie jest, mówi, że kupił tę limuzynę, której wyraźnie nie ogarnia do końca, nie mówiąc o tym, że na rondzie jest jak pijane dziecko we mgle (cóż, nie mam prawa jazdy, ale po latach pilotowania Eksa, który na znaki drogowe miał wyjebane, jestem starym, doświadczonym kierowcą, z tym, że nie ogarniam pedałów (hahahaha, tych akurat ogarniam, nawet mówili, że fajna ze mnie pedalica), błądzi w okolicy (okolicy akurat nie znam absolutnie, on ponoć w niej często bywał, bo mama MT tu mieszkała), no jadę z duszą na ramieniu. Technika jazdy też tak na 2. I tak, dziadek jest ode mnie o 3 lata starszy. Na lekach uspokajających. I tak, gdybym ja taka była, może nie obaj synowie, ale I. na pewno wykopałby mnie z auta. I słusznie. Ludzie w pewnym wieku, a 74 lata to już jest ten pewien wiek, zwłaszcza na pigułach - to czas na pożegnanie się z samochodem, a nie na kupno nowego. Napisałam do I., że nie ma już opcji, że będę jechała gdziekolwiek z jego teściem, choć jestem ubezpieczona na 400 tys. na wypadki komunikacyjne :) Trudno. Nie chcę skończyć na wózeczku w razie niepowodzenia - Alienek postawił sprawę jasno: nie pcha wózeczka. Kalafiorkówna chce pchać, ale krzepa nie ta. A ja nie mam córki, która ewentualnie mogłaby mi zmieniać pampersy (dlaczego zawsze zwala się te pampersy na córki?), a syn i pampersy na mojej kubańskiej dupie (wiem, zmienialiby, tego jednego jestem pewna jak w szwajcarskim banku, aczkolwiek nie chcę tego absolutnie sprawdzać) :) 

Impreza u MT była bardzo fajna. Wyrobił się jak haczyk od kibla. Daleko mu do kupki nieszczęścia, która zwiała z sali, gdy byłam zaproszona na pierwsze dziadowanie. Men pewny siebie, uśmiechnięty, tak jak Kalafiorkówna ani się nie zająknął w tekstach (Alienek nie ogarnia za bardzo wierszyków i tekstów - nie, że idealizuję mojego Przydupasa). Siedząca obok mnie  babcia patrząc na to, jak MT się do mnie tuli i daje (sic!) miziać po łebku i całować (a dziadek patrzy spode łba, oni są w familii niepieszczący), mówi: ale wnuk podobny do pani. Piszę to do mamy MT, a ta zaprzecza, że absolutnie nie, że nie ma opcji. W sumie nie ma, bo nie łączą nas geny, absolutnie. Ale MT bardzo się zmienił i byłam zaskoczona i zaszczycona tym, że dał się ukochać. 

Potem jeszcze żarełko, buzi-buzi - dziadek nie zabrał MT do domu, choć mieszkają razem, ode mnie dostał czekoladę wypasioną, ale na ręce dziadka, bo ponoć zjadłby całą bez wahania - no cóż, geny jak u Alienka...

A ja przeszczęśliwa dotarłam na domowy memłon.

Zapraszany na herbatkę dziadek odmówił. Nie wnikałam, ogarnęłam, co chciałam. 

Jutro znów poranna pobudka dla MW.

OK, ogarnę, cóż.  Nakarmię. Dziecko nie jest niczemu winne, aczkolwiek... Ogarnęłabym osobiste z autyzmem, nawet w latach bez internetowcy mądrości. Potrzeba tylko odrobiny chcenia. Moi chłopcy - nie boję się już tego określenia - niekochani przez babcię, nigdy na nią złego słowa nie powiedzieli.

Bo to była mama ich ojca - zasługiwała na ich szacunek. Tak samo jak ojciec, niespełniający się absolutnie w roli ojca. I. ma jego pogrzebie płakał. 

P. - sama wyhodowałam takie kulawe dziecko, sama jestem winna, że nie umie wychować swoich.

Chociaż pewno i mnie przerosłoby dziecko z autyzmem.

Nieważne. 

Do piekarni muszę lecieć, bo wyciągnęłam ostatni chleb z zamrażarki.

Mam nadzieję, że  ogarnę jutro to, co mam do ogarnięcia.

I trochę odetchnę.

Bo w sobotę mam nalot.

Nie, nie ICE, nie mają mnie dokąd deportować (to tak a propos polityki, już mi się nie chce o tym pisać).

Łobuzy nalecą. 

Aczkolwiek dziadek, u którego nocowali tydzień temu (po raz pierwszy sami), był zniesmaczony, bo na wystawę LEGO wydał 280...

No cóż - stara prawda - kto ma pszczoły, ten ma miód, kto ma dzieci, ten ma smród :) 

Ale... a, nevermind...

Chętnych zapraszam do odsłuchania genialnej piosenki, moich ukochanych Czarno-Czarnych


 Tak, wiem, ja i swing :)

Nie takie świat cuda zna :) 

 

4 komentarze:

  1. U nas nie ma dnia babci, a mnie nie chcialo sie dzieciom przypominac. Skoro same nie pamietaja, to nie musza, w koncu to tylko w Polsce sie obchodzi.
    Myslisz, ze i ja za 4-5 lat powinnam oddac prawo jazdy i sprzedac samochod, bo bede za stara na jezdzenie?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie wiem. Nie jechałam nigdy z Tobą. Moja teściowa, już po siedemdziesiątce, jeździła jak szatan, bezwypadkowo. Syn zabrał jej auto, bo jeździła maluchem, bał się, że ją ktoś rąbnie. Prawo jazdy robiła będąc w ciąży w 1959 r., mając 39 lat :) Nie oceniam, ale jako pilot Eksa, który włączając kierunkowskaz i nie zważając na to, co się dzieje na drodze trójpasmowej, "bo włączył kierunkowskaz i miał prawo" - nie patrząc w lusterko, jadąc dziś z teściem I., po kilku rondach - next time zamówię taksówkę. Wszystko zależy od tego, jak jeździsz - a tego nie ocenię. Mój teść po siedemdziesiątce co rusz powodował stłuczki, wyciągał go z tego TEN szwagier, bo to jego wzywał. Sama musisz sobie odpowiedzieć na to pytanie. Wiem, że dostanę sraczki, a nie wsiądę więcej z teściem I. do samochodu :)

      Usuń
  2. Ależ oni Cię wykorzystują w tej redakcji!No, nie dziwię się myśli o rzuceniu tego! Peqnie już czekasz( albo (w przychodni?)na MWTak, dziexko matkę, która powinna nauczyc zachowan spolecznych! Narysuj laurkę, bo babcia...Olej prezenty, zadnyxh Zajączków ani imieninowych prezencików.A wczoraj zapomnialam dodać, że Alienek bardzo ladnie pisze!Też mam moich w sobotę? Bez noclegu, bo w nd jakies urodzinkiw sali zabaw os rana( taka moda!).Juz dziś wielkie gotowanie! Tak , dwie zupki do wyboru😃, no bo kocham i zasluzyli! Przyjemnosci jutro!

    OdpowiedzUsuń
  3. Nie mogę odpowiedzieć. Bloggeru się znów wygło. Alienek ładnie pisze? Pisze jak kura pazurem, tak jak babcia. Genów nie wydłubiesz.
    Ja moich biorę do knajpy, ani mi się śni stać przy garach. A Ty uważaj na nogę, a nie zupkami rozpieszczasz...

    OdpowiedzUsuń