dziś z domu po tym, jak przesiedziałam tydzień na dupie w chałupie, Kochany Pamiętniczku.
Nagrzana do granic możliwości.
Raz, że jest jak jest, dwa - praca, za którą tak tęskniłam i którą kocham tak, że nawet w czasie urlopu pracuję - podbiła mi ciśnienie tak, że oberwał biedny wice :) Jak zwykle - niewinny, ale dyżurny chłopiec do bicia. Inna para, że zna mores przed moimi siwymi włosami i przepraszał, że mnie zdenerwowali :)
Taka jędza jak ja to wszędzie ma dobrze.
Ale po kolei (co zawsze wywalam z reportaży moim kochanym redachtórom, bo mogę) :) Bo to zapchajdziura i mamrotanie jest, jak się nie wie, co napisać. :)
Dni leniuchowania płynęły leniuchowo, w zasadzie nie odchodziłam od kompika, co świadczy o tym, że jestem jak najbardziej Anonimową Komputeroholiczką i powinnam się leczyć.
Wciągnęłam, co się wciągnąć dało.
Włości raporty podsyłały, jak dzielnie forsują zaspy śnieżne (śmiech na sali, jak to były zaspy), ale zdjęcia Łobuzów i Kundla, z Inżynierem w tle - miło było.
I sensacja na skalę światową - dwa dni ogarniali w pocie czoła - i mają spiżarnię. Z prawdziwego zdarzenia - są półki, wszystko ma swoje miejsce. Ponoć stały tam jeszcze kartony z ostatniej przeprowadzki sprzed 3 lat, więc było co robić. Najwyższa pora zacząć ogarniać to wszystko, bo chata nowa, a zagruzowana :)
A ja niby miałam w planach to i owo, ale Niechciej zwyciężył. No na bieżąco ogarniałam, ale żeby się wysilać i dokopywać, nie.
Pocieszam się myślą, że jak pójdę do Abrahama na piwo (choć wolałabym na wino), to już nie będę się musiała martwić o te wszystkie rupiecie i przydasię.
Niszczarkę kupiłam, to będą mogli spokojnie poniszczyć to, co trzeba.
W środę z radością wróciłam na pracowy memłon, nieco już znudzona nicnierobieniem, chociaż w czasie urlopu z doskoku i z dobrego serca skorekciłam powolutku to, co podesłali do bydełka. To jakoś ratowało moją tęsknotę.
I... rozczarowałam się.
Na poczcie nie było nic. Nie było nic aż do 13. Nic. Null, zero. A w czwartek miało lecieć do drukarni. Niby tylko 32 strony, z czego większość już odfajkowałam w I korekcie, niemniej jednak...
Do 15 przyszły jakieś 3 teksty.
A ja: grałam, żarełko było gotowe, bo została mi z 6 stycznia piękna porcja karpia, bez jednej ości, zrumieniona, niezmulona, nie tak jak ten wigilijny spalony karp teścia I., którego (i teścia, i karpia z zapałem godnym lepszej sprawy bronił I.). Do 17... Kurwa. A mogłam iść w stronę słońca, ale nie - myślę - jutro do drukarni. Na emilka nikt nie odpisywał, dopiero pod wieczór uświadomiłam sobie, że w redakcji pustki, bo... seminaria w terenie. Jak dojechali - chujwi, bo na terenach, gdzie zasypało po kokardkę i kucyki. Dlatego nigdy nie chciałam być reporterem, choć namawiał mnie polonista - że mam pióro. Może i pióro mam, ale... Nie cierpię włóczenia się po świecie, a już teraz na stare lata najchętniej nie wychodziłabym w ogóle z chałupy - dobrze mi tu.
To i p. M. przepadła, bo miała na głowie GS - profesora, a jakże... Tego, którego pisowni nazwiska muszę zawsze pilnować, bo piszą takie cuda wianki, że ojapierdolę :) A jest z umlautami, które uwielbiam :)
No nic. W czwartek sobie pospałam prawie do 9, I. już od 8 badał teren, czy matka jeszcze żyje, czy już może odetchnąć, że spadła mu z karku, a że od 1 stycznia zasiłek pogrzebowy wzrósł, to ma już prawo odejść...
Więc kurcgalopkiem odpisałam, że ma się nie łudzić, jeszcze się do zasiłku nie dorwie i drugim kurcgalopkiem poleciałam na pocztę, oczekując kolejki. Poczta pusta była. Ogarnęłam wyrko, powłóczyłam się z sensem i bez sensu w koszulinie, oczka zakropiłam, pigułki zeżarłam, kąpiołka, śniadanie zrobiłam i skonsumowałam. A poczta pusta. Pasjanse ułożyłam codziennie, których nie ułożyłam rano, i dopiero wtedy wpadł pierwszy tekst. Na wydruczku. Potem drugi, od JB, wice, z podkreśleniem, że funkiel nówka prosto z Podlasia :)
I do 13.30 cisza. A ja, kurwa, powinnam pracować od 9 do 13. A dziś do drukarni. O 13.30 z lekka ruszyło, ale na moje emilki jasnej odpowiedzi nie było.
I tak się zwlekło do 14.30, kiedy przerobiłam kurcgalopkiem (no co, dobra jestem w te klocki) to, co miało być przerobione, po czym po przepraszającym emilku od wice dowiedziałam się, że druga redaktorka jest od dziś do jutra na zwolnieniu lekarskim, beniaminek od krófków ma jeszcze tylko spis, ale będzie jutro. A wiszą ludzie z drugiej gazety (nie cierpię współpracy z nimi), których naczelny przysłał mi teksty w grudniu, gdy byłam w szale zamykania ukochanej gazetki, z poleceniem na MSG, że na cito. Zgrzytając zębami zrobiłam na cito, dziękując, że wcześniej, bo idę na urlop.
Zamknęłam ukochaną gazetkę, poszłam na urlop, wróciłam z urlopu, by dziś dowiedzieć się, że oni do II korekty przyślą teksty... jutro. Bo sobie przesunęli zamykanie, bo się nie wyrobili. Jak, kurwa, skoro pisałam, że słać, bo nawet w czasie urlopu ogarnę?
Tego lekceważenia cudzego czasu nigdy nie ogarnę. Tu nie ma usprawiedliwienia, poza tym że to są ludzie z Warsiawki - co ich nie usprawiedliwia, ale wyjaśnia cały bajzel.
Oberwał wice, a potem wzięłam na uspokojenie i mi przeszło.
I tak się ogarnęłam, ubrałam, zgarnęłam z balkonu zgromadzony na nim plastik i dwa 10-litrowe worki bio, błogosławiony niech będzie mróz, dołączyłam 3. 10-litrowy worek bio, no co, zielska dużo jem, więc są obierki i założywszy zimowy płaszczyk (kupiony na wyrost, więc wciąż się w niego mieszczę), pomaszerowałam najpierw do śmietnika, a potem do Lidla.
Zakupy jak na wojnę, bo wciąż wysyłają te jebane alerty RCB, że apokalipsa, armagedon i koniec świata.
Dokupiłam 5 porcji suchych drożdży - jak coś sobie chleba napiekę, nie muszę lecieć do piekarni.
Boję się śliskiego, nie chcę się połamać, albowiem - jak już pisałam, nie ma chętnych na pchanie wózeczka :)
A tymczasem droga do Lidla była suchuteńka, wzorowo odśnieżona - no niecała, bo już przy budowie nowego centrum - błocko i nieodśnieżony kawałek. Ale zawsze mogę iść do Aldi - tam wszystko ogarnięte. I jezdnia, i chodnik - cut malina - aczkolwiek przechodząc na pasach czuję, jak klną ci, którzy mnie przepuszczają, bowiem te białe pasy są śliskie - chyba przez farbę.
Jakby na to nie patrzyć, krócej będą czekali, zanim ja przepełznę, niż gdybym się tak na środku jezdni rypła :)
I tak, spora część kraju jest zasypana i maja tam kłopoty. Ale u nas jest normalna zima. I tam, gdzie jest dużo śniegu powinni się cieszyć, bo primo po pierwsze - zasiewy przykryte taką warstwą śniegu przetrwają bez szwanku nawet minus 20. Primo po drugie - takie warstwy śniegu odbudują zasoby wodne, których naprawdę brak.
No ale mamy XXI wiek - wszystko zmechanizowane, skomputeryzowane, ekologiczne, praktyczne, idealne - w praktyce się wali.
Nie ma prądu - i dupa blada.
Bo nie ma wind, wody, ogrzewania, łączności, samochody elektryczne (a my mamy tu w Koziołkowie też i bimby, i autobusy na prąd) nie ruszą nienaładowane.
Lepsze jest jednak jak widać wrogiem dobrego. Przegięliśmy w drugą stronę.
A i ja coraz częściej łapię się na tym, że głupieję.
Bo zamiast jak kiedyś szukać rozwiązania problemu w książkach - szukam w necie. Bo łatwiej, bo wklepujesz w wyszukiwarkę i już masz.
Tyle, że coraz częściej odpowiada AI, która się uczy i bzdury mówi.
Chociażby w mojej działce - korekcie - kłamie jak najęta, jakby jej za to płacili.
A i cudowne filmiki okazują się dziełami AI, spreparowanymi tak, że nie do odróżnienia jest, czy mówią prawdę, czy kłamią.
I nie każdy jest na tyle biegły (ja nie jestem), żeby zawsze dostrzec deep fake.
I zmieniająca się z dnia na dzień terminologia, żeby ją ogarnąć, potrzebuję pomocy właśnie AI :)
Ze wzruszeniem wspominam zdziwienie Kierownika Budowy na widok moich półek, zawalonych książkami. Pytającego, po co mi te wszystkie książki, skoro jest Internet, gdzie jest wszystko? Po co mi stara Mała encyklopedia PWN z lat 90. (nie chce mi się włazić na drabinę i szukać roku wydania), wydrapana pazurami spod ziemi? Że już wiele rzeczy jest nieaktualnych. Zgadzam się, ale gdy będzie blackout i padną internety, może nawet na wieki wieków amen (tego się obawiam), moje stare książki będą jednak - w większości - źródłem informacji.
Widzę to już po rolkach - kocham rolki, kocham, zwłaszcza Pawlaka i Lubersona, bo pozwalają mi przetrwać to jebane czekanie na pracę.
Ale...
Nacięłam się i już nie raz, nie dwa na rolki żarełkowe.
Pokazują, że to, śro, tamto i cut, mjut o ożeszki. Tak było, że kaki (uwielbiam), zmiksowane, dodać kakao, schłodzić i jesteś w raju. Zrobiłam. Dupy nie urwało, kubki smakowe nie oszalały i... Wolę samo kaki. I tak wychodzi z większością tych rolkowych cudów. Bardziej smakują mi potrawy z dzieciństwa, ze starych przepisów z książek kucharskich, gotowane z pamięci, z zeszytu z przepisami.
Dojrzewam do stwierdzenia, że te wszystkie cudne cuda to robienie sobie zasięgów przez celebrytów (olaboga, ci współcześni celebryci - jakie brzydkie słowo - bo nie są to dawne gwiazdy jak - od żarełka Ćwierciakiewiczowa) to pic na wodę i kasa dla nich. A dla mnie bardzo często zmarnowane produkty, jem, bo nie umiem wyrzucać do kosza dobrego, aczkolwiek nie za smacznego jedzenia.
I te wszystkie cudne diety odchudzające. Gimnastyki na krześle. Tai chi. Żyć, nie umierać. Masło szkodzi, masło leczy.
Jedz margarynę, bo margaryna to dobry przysmak dla Gagarina.
Tak, czasy są jakie są.
I pora włączyć zdrowy rozsądek.
Dziś poczytałam sobie w internetach, dlaczego trampek tak bardzo chce Grenlandii.
Bo tam są wszystkie tajemnice Wszechświata i obcych, które zakasowały nawet Strefę 51.w podziemnych tunelach, olaboga, nie ogarniam tej spiskowej teorii dziejów, bom nikim, ale że trampek musi zdobyć Grenlandię, żeby się wszystkiego dowiedzieć - to dla mnie już absurdalnie niepojęte, ale cóż, bywa i tak :) (Zapisać w kajeciku - za dużo sf. Chociaż - wiele SF się dziś spełnia). C'est la vie. I za to je AŻ tak kocham, że nieprzewidywalne, zaskakujące, czasami nawet miło.
Jak miło zaskakują mnie możliwości komunikacji dziś - mnie, osobę niedosłyszącą, dla której telefon jest złem wcielonym. A gdy w autobusie widziałam kogoś, rozmawiającego migowym - na MSG, na Face Time, na innym komunikatorze - jaki piękny jest dziś świat, co nie?
Więc z jednej strony fajny jest ten XXI wiek. Niesie tyle możliwości oraz jednocześnie narzędzi zagłady, hakerzy i inne takie tam, jest nieprzewidywalny i bardziej szalony niż XX.
A z drugiej, ja, urodzona w XX wieku, wciąż powtarzam jak mantrę tę piosenkę:
z moim ukochanym, w skrytości, Klenczonem, bo wiedziałam, że to nie moja klasa i nie moje sfery, ale kręcił mnie (i kręci do dziś, ale śmieszne)...
I ten wiersz Małgorzaty Hillar. Zapisany w jednym z wielu zeszytów z wierszami, przepłakałam przy nim wiele nocy:
My z drugiej połowy XX wieku
rozbijający atomy
zdobywcy Księżyca
wstydzimy się
miękkich gestów
czułych spojrzeń
ciepłych uśmiechów
Kiedy cierpimy
wykrzywiamy lekceważąco wargi
Kiedy przychodzi miłość
wzruszamy pogardliwie ramionami
Silni cyniczni
z ironicznie zmrużonymi oczami
Dopiero późną nocą
przy szczelnie zasłoniętych oknach
gryziemy z bólu ręce
umieramy z miłości
A ja, SJ, przeżywszy już pierwsze ćwierćwiecze XXI wieku, wciąż żałuję, że bliżej mi do końca, niż do tamtych wzruszeń.
Wciąż ciekawa, co jeszcze rypnie. I nie mam tu na myśli ukochanej gazetki :) (Chociaż oczami duszy widzę zespół lamentujący za czasami, kiedy korekciłam ja, a nie AI) :)
I wciąż dziwię się światu. I nie planuję już nic.
Bo życie jest nieprzewidywalne do bólu.
Ale jednak - piękne.
Się rozpisałam znów.
Pewno to znak, że koniec za rogiem i muszę się wygadać, zanim zamilknę na zawsze.
Też Cię kocham, Kochany Pamiętniczku :)
Jakos tak sentymentalno-melancholijnie sie porobilo. Ja tez wolalam tamten swiat, papierowych encyklopedii, pieniedzy w gotowce, ludzi w poblizu, a nie w sieci, pisania listow, robienia i wywolywania zdjec. Wtedy wszystko bylo prawdziwe, teraz juz nie ma takiej pewnosci i to mnie troche przeraza. A najbardziej przeraza mnie to, ze nie trzeba wojny, zeby zalatwic caly narod, wystarcza azylanci i lewaccy terrorysci.
OdpowiedzUsuńO! Poczytalam o Grenlandii- na 500m pod lodowcem znależli odchody ludzkie:) W sam raz dla trampka! A z mądrosci internetowych- ogloszono jako cud- odkrycie roku- że pranie zamoczyć na parę godzin przed wlozeniem do pralki😁.No chyba prabacie to już wiedzialy!( a i że ścierki kuchenne wygotować- był filmik, jakpańcia ze szponami na 5cm, miesza drewnianą łyżkąsciereczkę gotującą się w rondelku😅.Czasem patrzę na przepisy, w mojej po prabaci ksiązce kuchatskiej pare przepisów -aczyna się od: Jeśli slużby jest duzo i dobrze wytresowana-, można - i tu przepis zeby 60 żóltek ucierać itd.Nie mam nawet źle wytresowanej, więc właśnie robię krem z bialych warzyw( bo przyjadą moje małe, a one uwielbiają! Z groszkiem ptysiowym, oczywiście!)
UsuńO proszę, czyli moja mama jest bardzo "trendy", bo ciągle gotuje pościel, ścierki, białe podkoszulki. Tzn. mama jest trendy cięgiem już od kilkudziesięciu lat 😄😄
UsuńNo ja nie gotuję już, bo pościel mam tylko z kory, wyrosłam z gotowania, krochmalenia i maglowania. A pamiętam, jak moja mama jeszcze na tarze w balii prała. I farbkowanie pamiętam. Fajne to było, ale nie będę sobie dokładała roboty na stare lata :) Choć stare sposoby stosuję - ostatnio nawet dziecko zaczyna pytać, co zrobić w takiej a takiej sytuacji, jak mu już ani Google, ani YT nie pomaga :)
UsuńKoleżanka pożyczyła mi dawno, dawno temu antologię poezji polskiej czy coś takiego i pamiętam, że ten wiersz też dość mocno mnie poruszył 🙂
OdpowiedzUsuńJa go na pamięć umiem, odkąd został napisany :) Jak i całą masę innych duszoszczypatielnych poezji. Nie na darmo mam stertę zeszytów, do których przepisywałam ukochane wiersze, których wówczas kupić nie można było, a o internecie nawet nikt nie marzył... I tak sobie czasem powtarzam je w nocy, nie mogąc spać. Lecz smutno wspomnieć, że daremnie młodość ci w duszy zaszumiała, że ty zdradzałeś ją nikczemnie i że cię młodość oszukała... I po rosyjsku też to umiem. To były czasy ;)
Usuń