połowa stycznia, Kochany Pamiętniczku, za nami.
Pracowo to tylko płacz i zgrzytanie zębów.
Przede mną jeszcze 3 - najgorsze dni - a potem zaraz maszynki.
Ślizgawicę przesiedziałam w domu na dupie, tłustej, kubańskiej, śniegu u nas dużo nie było, jeden dzień powyżej zera i za oknem znów zieloniuteńko :)
Wczoraj uaktywnił się Pierworodny. Zaanonsował się sam na sobotę, więc OK, nie będę własnemu dziecku broniła dostępu do rodzinnych progów.
Ajwajwaj jaki skruszony był za święta i Nowy Rok. A ja tym razem, jak oaza spokoju, jak kwiat lotosu, ale jasno powiedziałam, że OK, jak się zapowiedzą, mogą wlatywać, ale ja nie zapraszam do siebie, bo mnie też się nie zaprasza. I straszenie mnie przegubowcem nie pomaga, bo akurat na mnie ten przegubowiec nie szczeka.
W sumie - w dupie to mam.
A do siebie nie zapraszam, bo...
... miejsca na moim jedynym stole na 5 osób nie mam. Nie mam nawet na 3 :)
Poszłam dziś po równym tygodniu do Lidla i było 25 żonkili po niecałe 12 zł, więc kupiłam dwie wiązanki. Zasłużyłam, bo przez tydzień nie wydałam ani złotówki. A za dwa pierwiosnki zapłaciłam 10 zł razem (bo promocja 2 w cenie jednego), a zostaną mi fajne osłonki :)
I tak nakarmiłam gada, bo znów z resztki rosołku ugotował mi się makaron z zupą pomidorową. Jeszcze na jutro mi zostało. Tak więc cały tydzień opędziłam zupkami z jednego rosołu, ugotowanego na skrzydełkach i korpusie kurczaka za 30 zł - z chowu bez antybiotyków. Cycki i całą resztę (musiałam sama go dzielić) mam zamrożoną. A cycki bez jednego białego włókna, więc nie był tuczony na gwałt. I rosołek ma jednak lepszy smak niż na zwłokach z budki. Tak też będę czynić - rybki, kurczaczek, rybki...
No może wołowinka od czasu do czasu, jak gdzieś się dopcham bez kolejki i bez wrednych bab za ladą.
Da się żyć.
Podziwiam Pierworodnego, aczkolwiek zakręcony jak słoik po ogórkach, to też ma nielekko. Niełatwo, ja przez całe życie nie nalatałam się z dziećmi tyle po lekarzach, ile on. Papryczka skierowano do poradni dietetycznej (no - jest dobrze zbudowany, nie jest otyły, ale ma nadwagę, nie da się ukryć, ale też miesiące całe siedział w O. u babci J., karmiony tym, co sobie zażyczył, znaczy się lodami i "zdrowymi" jogurtami, tudzież przekąskami i soczkami z tubek). Jak wiadomo, wszystkie te cuda wianki dla dzieci, ułatwiające ich żywienie to w większości sam cukier, syrop glukozowy i inne cudowne wynalazki. Błogosławione moje czasy, że dzieci jadły marchewkę z jabłuszkiem, ucieraną pracowicie moimi własnymi ręcami (często pokaleczonymi) na tarce, kiszoną kapustę i animrumrały, jak wchodzące wtedy na rynek napoje w puszkach były zakazane w chałupie. Sokowirówkę miałam i choć klęłam, myjąc ją co dzień, dostawały soki świeżo wyciskane. Za biedna byłam na kupowanie gotowców. Puszek. Jako jedyne na osiedlu nie miały kolekcji puszek na szafie, do czasu aż sąsiadka, znudzona wycieraniem kurzy z kolekcji puszek syna (PPD, co tydzień każdą puszkę wycierała własnoręcznie, stojąc na drabince) nie dała jej Inżynierowi. Obiecał ścierać kurze. Po dwóch miesiącach mu się znudziło, mnie jeszcze szybciej i cała kolekcja wylądowała w koszu wiklinowym do bielizny, w którym wożony był po urodzeniu jego brat i on... I dalej na śmietniku :) I tak się skończyło rumakowanie z puszkami.
Jakoś nigdy nie kusiły mnie gotowce, poza mrożonkami, bo wiadomo, pracowałam.
Dzieci od małego pyry obierały. Ja, wróciwszy do pracy, gdy Pierworodny miał lat 12, a Inżynier 8, jako że z Eksa pożytku w kuchni nie było żadnego - do jedzenia pierwszy, do roboty ostatni, fochał się i jechał na Wygwizdowo do mamy na kawę, ogarniałam mięso - a resztę ogarniały wg rozpiski dzieci. Brytfanna, już od lat nieużywana, ale wciąż w kącie szafki zachomikowana służyła do zapiekania risotta - uwielbiali, a starczała na dwa dni, mimo trzech materiałów żrących, bo ja to jak ptaszek jadłam :) No było i mięsko, i ryż i masa warzyw.
Zdrowo.
Gdyby Papryczek stacjonował u mnie (a stacjonował kiedyś przez tydzień i po tym tygodniu uświadomiłam sobie, że dziecko nie dostało ani pół loda w tym czasie, a i na zakupy ze mną chodził, nie śmiał w sklepie zamarudzić o cokolwiek, choć ponoć babcia J. miała pól wózka wypchanego słodyczami i zachciankami), dalej byłby tak podle żywiony jak jego ojciec :)
Małej Wiedźmie się upiekło, bo ona po SJ jest. Lubi kwaśne, ostre, a słodkie liźnie, ale nie przepada :) No i jest jak SJ w młodości, smukła, idealna - najidealniejsza, bo ma cycki, których babcia nigdy nie miała (i nie ma).
Ale wracając do Papryczka. W poradni dietetycznej (na wizytę tam czekali 1,5 roku - chciałam zasponsorować prywatnie, ale wykręcali się, a że trochę schudł, myślałam,że coś ogarnęli) wyśmiano skierowanie, bo aczkolwiek dziecko ma nadwagę, nie jest otyłe. I... skierowano do poradni diabetologicznej. Wizyta jakoś na jesieni. Na moje, że na badanie insulinooporności kieruje lekarz rodziny od ręki, a i ja mogę zapłacić jak coś prywatnie (400 zł - niemało, ale oj tam, oj tam) P. zaczął się wykręcać, że żona, że sranie w banie. Nie to nie. Biła się nie będę.
MW ma kolejne badanie krwi (ta torbiel), ginekolog zaliczony, przed nią wizyta u psychologa na ten autyzm...
Chyba bym oszalała na ich miejscu.
Sama leciałam do lekarza na każde kichnięcie.
Do rodzinnego.
Ale Eks przy wszystkich swoich wadach miał jedną zaletę - byli w środowisku lekarskim.
I tak, każde choróbsko było zaraz ogarniane hurtem, z dostępem do profesorów (P. zeżarł kiedyś głąb od kapusty, było podejrzenie wyrostka, wylądował na oddziale prof. Fibaka, wśród dorosłych pacjentów, którzy traktowali go jak maskotkę). A i mnie w początkach depresji po stracie pracy, gdy Świtalski zamknął wszystkie gazety z dnia na dzień, a ja zostałam na lodzie z 700 zł renty ogarnął też profesor, który jako jedyny lekarz w moim życiorysie przyklęknął i obmacał mi kostki u nóg, by stwierdzić, że fizycznie jestem idealnie zdrowa, ale że to stres - i błyskawicznie wyciągnął mnie. Za pomocą najprostszego środka uspokajającego, po którym spałam jak aniołek, nie zdążyłam się uzależnić i wróciłam do formy.
P. na huśtawce takiej góra-dół przytrzasnął sobie duży palec u nogi. Palec sczerniał. Telefon do TEGO szwagra. Przyjechał, a jakże, w nocy. Kazał sobie dać cerówkę i zapalić świeczkę. Jednocześnie rozglądał się po mieszkaniu i lustrował książki. Kazał P. mocno trzymać i czytając kątem oka książkę, która go zainteresowała, nagrzewał igłę w płomieniu świecy. Odwrócił się nagle, wbił igłę w paznokieć, krew siknęła aż na ścianę. No i... Pierworodnemu nic nie było :)
Tak, że wspominając wiele innych historii chorobowych moich dzieci, łącznie z tym, że u Pierworodnego lekarka rodzinna stwierdziła zwichnięte bioderka, na co wparowałam do chaty, obrzucając brzydkimi słowami TEGO szwagra, który był właśnie w trakcie specjalizacji ze zwichniętych bioderek, miałam go za godzinę w domu i kazał powiedzieć lekarce, że ma rozum zwichnięty :), widzę, jak wiele trosk mnie ominęło, pomijając tę nieszczęsną historię z Inżynierem, kiedy już byliśmy sami i miałam kasę. Ale i w zwykłym szpitalu ogarnęli go wspaniale, a na moje, że zapłacę, ile chcą, wyśmiali, bo... leczyli go aspiryną, idealnie (odpukać, niech dalej będzie tak cudnie, jak jest, choć zmądrzał na tyle, że półmaratonów już nie biega).
Podsumowując - P. chce tylko ogarnięcia dzieci.
I w tym mu kibicuję.
I nieważne, jak gówniane mam stosunki z jego żoną (może w jakiś sposób to moja wina, ale pierdolę, nieważne, choć włosy dęba mi stanęły na wieść, że na wyprzedażach kupiła 10 par butów, co z tego, że za 400 zł - na chuja komuś 10 par butów, zwłaszcza że pewno im się w tej ciupie nie mieszczą, a dawałam kasę na buty dla Papryczka, bo pogryzł mu pies i nie miał w czym chodzić, za mało dałam, nie znając cen butów, bo ja buty kupuję, jak mi z kopyt spadną, dopiero sobie przypomniałam, że w UK, mając dla siebie jeden pokój, mieli w nim skrzynię, w której ona miała 30 par butów, on zasuwał w jednej). Liczą się dzieci. MW ma teraz ferie, mówił, że chodzi z koleżankami, a dopiero wieczorem uświadomiłam sobie, że... Ona, ucząc się w szkole w chmurze, ma teraz ferie razem z województwem mazowieckim. Wielkopolska ma ferie w lutym.
Trudno, nie zapewnię rozrywki (a chciałabym), bo ten tydzień mam na maksa zapchany, łącznie z czwartkiem, kiedy jadę z Dziadkiem (nie, nie mam faceta) do L. na imprezę do Małego T. do przedszkola, z okazji Dni Dziadostwa (a już myślałam, że mam to z głowy).
Pracując z maszynkami, ale to nieważne jeszcze, kiedy zrobię, zaś w następnym tygodniu też luzu nie mam, bo zamykam maszynki, a potem już od razu ukochana gazetka, jeszcze na luzie, ale nie do końca.
Nakarmiony, puszczony z torbami
Jego aktówka, gdy pracował u W., znalazłam w niej ważne papiery I., które czekają na niego...... i moja, autentyczna torba lekarska, z prawdziwej skóry, dzięki tej torbie m.in. dostałam pierwszą pracę w korekcie, bo moja szefowa powiedziała, że lubi kobiety z dużymi torbami. A ja odstałam ją od TEGO szwagra. Wypastować, oczyścić i jest super. Nawet nie podziękowała (a chciała taką). Ja już nie potrzebuję, nie udźwignę, a i boję się, że ktoś może mi ją z rąk wyrwać( wszak jestem staruszką). Trochę mi było żal się z nią rozstawać, ale cóż, do grobu nie zabiorę, jak wywali na śmietnik (ja nie miałam serca), może znajdzie amatora? Zapytałam, czy dostała, odpowiedziała, że spoko :)
A Inżynierostwo, pojechawszy na zabawę z pracy Inżynierowej, podrzucili Łobuzów dziadkowi i ciotce, o czym dowiedziałam się jakoś okrężnie (I. się sumitował, że nie miał czasu, jak oni wszyscy nie mają czasu, że to pierwsza samodzielna nocowanka Łobuzów u dziadka, no u mnie już przebrali miarę...). I nie, nie przeszkadza mi to. Łobuzy były zdegustowane długą wyprawą tramwajem po mieście.
A ja, odprawiwszy Pierworodnego, który nie spieszył się jakoś w wyjściem, zakończyłam dzień rozmowami (plotkowaniem) na MSG, stąd wiem wszystko.
I słuchaniem moich piosenek na Spotify...
Kontemplowaniem, nicnierobieniem (poza tym, że korytarz dyżurnie umyłam, ale nie czułam się źle), pranie zrobił automat, aj tylko wieszałam (pranie, nie siebie, of course).
I Białymi kołnierzykami na Disneyu, ojeżukolczasty, jakże ekscytowałam się 1, sezonem z torrentów.
Na streamingu mam sezonów 6. Może ogarnę wszystkie.
I gra Matt Bomer.
Ma oczy jak moja pierwsza, jeszcze przedszkolna miłość.
Który już jest w lepszym świecie.
Wiem, wiem, głupia jestem.
Mój ojciec zawsze się ze mnie śmiał, mówiąc - sama nie wiem, gdzie leży przyczyna, gustuję w brunecie, wzdycham do blondyna :)
I w MOIM wieku gustować i wzdychać?
Jarać się?
Moje oprogramowanie fabryczne jest jednak od początku sfelerowane :)
Ale co w tym złego, że wstając (wreszcie) od kompa i słuchając (ja, niedosłysząca) Carnival, kręcę się, zamykając oczy i czując, że znów jestem w TYCH ramionach?
Chociaż wczoraj, gdy przez moment moje serce za
biło dziwnie i czułam, że zanika mój mózg...
No cóż.
Nic nie może wiecznie trwać :)
Ale żyję,a narcyzy jutro wszystkie chyba będą już rozwinięte. Cała pięćdziesiątka...
Dzisiejszy wieczór sponsoruje Hugo Strasser and his Orchestra :)




Moje dzieci na szczescie nie miewaly groznych chorob, ale mieszkajac w Lodzi, drugim co do stopnia zanieczyszczenia powietrza miescie w Polsce, wciaz mialy infekcje gornych drig oddechowych. Nasz prywatny pediatra zalecil przeprowadzke. I rzeczywiscie, tutaj skonczyly sie bronchity, nawet wyslalam do niego kartke pocztowa, ze mial racje. Ale co sie nameczylam ze srednia i jej ADHD, to moje, pisalam o tym na starym blogu. Dzieciaka znali juz po imieniu na sorze w klinice uniwersyteckiej, bo ciagle gdzies wchodzila w szkode.
OdpowiedzUsuńJa tam do dziś drżę o swoje dzieci, niesłusznie, powinnam przystopować. I wściekam się, jak nie słuchają co do swoich dzieci - np. bez drgnienia oka podają paracetamol, którego ich pediatra nie pozwalała stosować. Ale co pani zrobisz, jak nic nie zrobisz?
UsuńMiłej niedzieli życzę i pozdrawiam serdecznie,Małgorzata.
OdpowiedzUsuńDziękuję, wzajemne - pozdrowienia Małgorzatko :)
UsuńWspólczuję P., bo nie ma ( dla mnie) większych zmartwień, jak chore dziecko.Insulinooporność? Zbadali cukier?( pewnie tak, jak takie podejrzenia) A może chlopiec po prostu ma taką mocną budowę?A czasem bywa taki powolny metabolizm, oby nic poeażnego.A torbę( piękna) dostala M.W.( tu zrozumialy oszczędny zaxhwyt), czy synowa?( A czas zasuwa tak, jakby Ziemia przyspieszyla!🤔A serducho niech nie robi takich numerow! Spokojnego tygodnia!
OdpowiedzUsuńPowinni, dużo rzeczy powinni, ale nie słuchają. To nie pcham się już. Torbę dostała synowa (teraz żałuję, choć nie używam jej od jakichś 30 lat). To nie są klimaty MW. Nie da się nikogo na siłę uszczęśliwić. Posłałam fotki, powiedziała OK, to dałam. Przecież do grobu tego nie zabiorę. Nic nie zabiorę. Mam trochę świecidełek i... najchętniej zabrałabym je do grobu - dla mnie są ważne, a dla nich to nic. MW chciała kolczyki, specjalnie pojechałam z nią do sklepu, żeby miała takie, jak chciała. Nigdy jej w nich nie widziałam. Czasami łapię się na tym, że szkoda mojej kasy.
Usuń