przeleciało.
Luty.
Z tego, co pamiętam... A sklerozę mam :P
24 stycznia pojechałam do Alienka na ten Dzień Babci. Ojecierpiędolę, to było hardcore. Pizgało takim złem, że normalnie nie wyszłabym z domu na krok, zapas żarcia wszak mam, no ale... Obiecałam. Alienkowi.
I tak wstałam o 5.30, ja, o tak nieludzkiej porze, pokwitłam na przystankach, bo oczywiście jechałam z założeniem, że coś wypadnie z kursu, a na włości dojechać to mogiła, ale dojechałam. I gdy wysiadłam z autobusu (ja, nie zabłądziwszy w tej dziczy, gdzie psy dupami szczekają, no dobra, przesadzam, znam okolicę, wszak tachałam tam Łobuzów do przedszkola), lunęło jak z cebra, a że wiatr piździł gorzej niż za cara na Skieletczyźnie, a droga była pod lekką górkę (dla mnie jak zdobycie Kilimandżaro), a w okolicy zawiewało palonym plastikiem (budynki popegeerowskie), dotarłam do przedszkola ponad pół godziny przed czasem (taki rozkład autobusów) w stanie tak tragicznym, że panie obsługujące mop do powierzchni płaskich w szatni, załamały nade mną swe spracowane dłonie i wpuściły mnie na memłon szatni, nie zważając na to, że zadeptuję ich trud.
I robiłam potem za odźwierną, wpuszczając kolejne dziadostwo.
Gdy już wpuszczono nas na salę, Alienek na mój widok oszalał
słaliśmy sobie serduszka i całusy tak, że reszta patrzyła na nas jak na z lekka stukniętych, ale co tam, u nas to rodzinne :) Ten występ na zawsze pozostanie w mym sercu i w mej pamięci, więcej szczegółów tu nie podam, bo to nasza tajemnica, Alienka i moja :)
Dziadek niestety się spóźnił, cieszyłam się więc, że nie zabrałam się z nim, bo biedne Alieniątko by się pewno zapłakało.
Ale zabrałam się z nim z powrotem do wioski i nie wiem, jakim cudem przeżyłam tę jazdę, bo swoim gratem (nie da się ukryć, ma grata nie samochód, no ale ma) progi zwalniające (a na trasie ich multum) pokonywał 60, aż bałam się, że mu podwozie odpadnie. A że tego dnia jechały też traktory na pierwszy strajk ostrzegawczy w wiosce, ja, stara wiedźma, żałowałam, że jeszcze nie noszę pampersów. No ale autobus była za 1,5 godziny, za mało czasu, by lecieć do Inżyniera (no w pracy był, na home office), a za dużo by w taką pogodę na przystanku kwitnąć.
Przeżyłam, a jazda MPK w mieście, bo kazałam się zaraz wysadzić, to był już lajcik...
Do Kalafiorkówny nie pojechałam już na występy 26, bo miałam wizytę w Puszczykowie.
Tu też zerwałam się bladym świtem, zakładając, że autobus pasujący wypadnie z kursu (wypada, jeżdżę nim na cmentarz do Eksa),pojechałam wcześniejszym, co zaprocentowało tym, że było super. Ponieważ kilka osób nie dojechało, ja, mająca mieć wizytę o 9, miałam ją o 8.30, skomplementowałam mojego doktora, że brodę i wąsy zgolił, dowiedziałam się, że next time to maj i wtedy zobaczymy, czy będziemy ciąć i kiedy. Mam nie zmieniać szkieł, bo jak będzie kęsim, to będę znów musiała zmieniać. Nie wnerwiłam się, co ma być, będzie, do maja daleko, dobrze nie jest, ale i źle też nie, pożiwiom, uwidiom :)
I w domu byłam o niebo wcześniej... No i uległam. Bossowi. Ale i awanturka była, bo rozmawiam z załogą o kasie. A nie rozmawiałam, tylko napisałam, że info Bossa, że pracuję jest fałszywe, bo na moje: brutto nie, ale netto tak nic nie odpisał.
Nie odpisywałam już, ale potwierdził, że będzie netto tyle, plus premia za dodatek. A koleżanka przekonywała, że 3 dni po 5 godzin i do widzenia ślepa Genia.
Nie, nie było tak... No ale kasa piechotą nie chodzi, a kasa, o której chłop nie wie tym bardziej.
Zresztą pracowo wszystko się jebie na maksa, w nadchodzącym tygodniu oczekują ode mnie cudu większego niż zamiana wody w wino w Kanie Galilejskiej.
Nie histeryzuję. W dupie mam.
Najważniejsze, że Boss poleciał do Brazylii (nie spadł, nie było wieści o żadnej katastrofie), ale nie wróci przed zamknięciem marca.
I dobrze.
I tak mijał dzień za dniem, raz zaśnieżony, a raz z oddechem przedwiośnia na pleckach, gdy szłam w stronę słońca, w stronę słońca aż po horyzontu kres
... w międzyczasie wkurwiając się na FB, że w Dzień Pamięci o Ofiarach Holokaustu władze miały wszystko w dupie...
co odkryłam, jadąc dzień po tym dniu do wujka Mietka, jako że w sam dzień nie mogłam, życie, władze mogły wszak...
Ale przy okazji takie cudo zauważyłam
Żurek upichciłam, przesmaczny :)
Z Pierworodnym w wielkich bólach ogarnęłam wymianę baterii w kuchni - temat na telenowelę, nie, nie będę jej pisać
Nowa bateria fajna jest, aczkolwiek Inżynier twierdzi, że powinnam kupić tę z IKEA z wysuwanym wężykiem, zaś Pierworodny, mój ulubiony hydraulik, odradzał mi ją z całego serca, zamontował tę, jestem zadowolona, łatwiej zmywać i nalewać wodę.
Może kiedyś opiszę, dziś mnie to przerasta.
W międzyczasie Łobuzy miały Sleepover at Grandpa, bo nalegały, a okazało się, że nie są po nim takie wniebowzięte, bo aczkolwiek poszły spać późno, Alienek po łapach oberwał. Ponoć nie był niewinny, ale... Dziś chodził i mówił, że tak, jak babcia to go nikt nie kocha. Aczkolwiek babcia twarda jest i nie negocjuje z terrorystami :P
Więc następna akcja Sleepover jest planowana at Grandma, co mnie przeraża, ale oj tam, oj tam. Jakoś ich spacyfikuję, a to dopiero w marcu :)
Mam tę moooc :)
No a wczoraj zwalił mi się na chatę, znaczy się, do Hotelika u Mamy, Inżynier.
Bez Łobuzów, ale wiadomo, w tango szedł.
Kijem zagroziłam, ale wyśmiał.
I poszedł zaszaleć.
No cóż, czasem trzeba, nawet na Ubera na powrót na włości szkoda kasy, więc oczywiście - mama.
No dobra, hotelik pięciogwiazdkowy prowadzę, tylko łabądka nie umiem z ręczników zrobić :)
To czekało na syna marnotrawnego. Synowa, obejrzawszy zdjęcie, nie wierzyła, że nawet Ciapka do towarzystwa dostał... :)
Wrócił o 1.03, wiem, mam EZVIZ :)
Ja akurat o 0.45 do kibelka dygałam, więc jeszcze nie usnęłam głęboko, światło z łazienki mnie zbudziło, ale szczęśliwa, że wrócił (cóż, lata mania studenta polibudy to koszmar, aczkolwiek dziecię me w alkoholizm nie wpadło), zasnęłam snem sprawiedliwych i co do mnie niepodobne - nie latałam na siku, a normalnie latam i potem nie mogę spać.
Rankiem odpuściłam wstawanie, Simpsonowie, pasjanse, Private practice, dziecię wstało jak nowo narodzone, a o to mi chodziło, by nie jechał na kacu...
Zaprosił na pizzę na włości.
Nie odmówiłam i to był kolejny dzień, zapierający dech...
Już w wiatrołapie zostałam zaatakowana prze Alienka, który nie dawał się odczepić, choć pchała się z laurką zaległą i kwiatkami Kalafiorkówna (SIC!), a potem... było z górki...
Tańce, hulanki, swawola, aczkolwiek okazało się, że najukochańsza na świecie babcia jednak czasem trąci smrodkiem dydaktycznym i nie wszystko akceptuje u najwspanialszego wnuka na świecie, znaczy się Alienka, który: uwaga, wnimanije, budiet tryskat: sam przeczytał: papuga nimfa, profil zoologiczny nie zająknąwszy się, mądry po babci jest, chociaż synowa zapytała:po której, ale ominęłam to pogardliwie milczeniem, wiadomo, że po mnie, taka prawda i to nie jest samochwalenie...
A Kalafiorkówna, puszczona na ogród bez płotów, wiała gdzie pieprz rośnie, niepomna na składane obietnice, że wiała nie będzie, no wiadomo, psy, samochody, pedofile, było wesoło... Na spacer ze mną nie chcieli iść, bo Alienek nie lubi spacerów...
A Inżynier pracował w pocie czoła nad pizzami...
Pół mojej dowiozłam do domu, więc mam jutro Dzień Dziecka, nie gotuję.
A jak aura dopisze, pójdę w stronę słońca...
Inżynier deklarował odwózkę do domu, ale wyśmiałam, odwiózł zatem na przystanek
a stamtąd, za jedyne 2,30 zł polskich, kontemplując, nie że pod określonym kątem plułam, delektując się widokami pól, zalanych, gdzie rośliny gniją, myśląc o gazetowych tekstach, ostatnim proteście rolników, o hejcie z nim związanym, hejcie ludzi, którzy gówno wiedzą jak to jest być rolnikiem, o mądrych słowach Inżyniera, o moich popieprzonych marzeniach o tych wspaniałych mężczyznach na tych wspaniałych jelonkach (John Deere) i Classach - beznadzieja, za stara jestem na takie cuda już, żeby mnie tam ktoś chociaż przewiózł...
Wróciłam na memłon.
Życie nie składa się z oddychania, tylko z chwil zapierających dech.
No i widać, że mam bardzo krzywo pod kapturkiem i żaden walec tego nie wyrówna :P















W Niemczech nie ma dnia babci i dziadka, wiec na szczescie nie musze brac udzialu w przedszkolnych przedstawieniach, bo akurat nie przepadam. Ale taka pizze wlasnej roboty to bym zjadla, jeszcze podana na takiej profesjonalnej lopacie i pewnie pieczona w profesjonalnym piecu do pizzy. :)))
OdpowiedzUsuńZwykły piekarnik, ale mają kamień do pieczenia pizzy. Sponsorowałam, bo to było marzenie Inżyniera. Ja się w życiu nie zhańbiłam pizzą, ale dziecko mi się wyrodziło, relaksuje się tym :) A co mu mam żałować, skoro robi mi w sezonie pizzę nawet ze szparagami?
UsuńWiesz, jak Ci zazdroszczę tej krzywizny pod kapturkiem? Trzymaj się cieplutko Kochana i omijaj walce (no, chyba, że na parkiecie w ramionach któregoś gościa z Twoich kalendarzy)
OdpowiedzUsuńJeszcze się taki desperat nie znalazł, co wziąłby mnie w ramiona, ale dziękuję :) A krzywiznę pod kapturkiem można łatwo wyhodować :P
UsuńFajną masz rodzinkę:)))A mieć taką Babcię z krzywizną pod kapturkiem to jest wyzwanie dla Łobuzów...<:)))E.
OdpowiedzUsuńWiem, wiem, biedne dzieci. Będą leżeć na kozetkach u psychologów, straumatyzmowane. Nic na to nie poradzę.
UsuńKocham Pania Stara Jedzo. Jestes DeBest
OdpowiedzUsuńZszokowana jestem, mam nadzieję, że nie masz pierścionka z diamentem i że to nie są oświadczyny?
UsuńHej:) Mój styczeń tez przeleciał błyskawicznie! Dzień dziadostwa w przedszkolu na Chociszewskiego, choć już chcieliśmy zrezygnować, bo pogoda...a potem wszyscy zjechali do nas , świętować dalej, bo w szkole nie było obchodów, a Pola też chciała nas uświęcić:):) A jutro czekamy, bo mama przywozi nasze dziewczynki na kilkudniowe wakacje( długość zależy od stopnia tęsknoty młodszej za mamusią), ja mam nadzieję , że tydzień , J . bardziej sceptyczna mówi o czterech dniach-zobaczymy. Mamy więc zapewnione atrakcje na najbliższe dni, a potem zaraz Wielkanoc! Serdeczności!
OdpowiedzUsuńChocisza... Me serce drży, bo tak blisko i tak łatwo... Ale to de ne vrati, są szczęśliwi na włościach. Super, że tak fajnie minęły Ci te dni, imienniczko. Niech będzie ich jak najwięcej :)
Usuńno powiem Ci że jakbyś dobrze poszukała to na yuotube byś znalazła jak się robi łabądki hahahaha, żurekiem bym nie pogardziła, nawet z niezliczoną ilością kulek hihihi mniej nierówno pod kapturkiem bo tych z gładkimi mózgami od ciula na świecie ;-)
OdpowiedzUsuńMoja miłość aż tak daleko nie sięga, żeby łabądki robić. Teraz już cedzę przed wlewaniem, więc kulek nie ma, ale miło, że pamiętasz :) No podobno gładkie mózgi są wybrakowane, więc dbam o moje bruzdy namiętnie :)
Usuń