sobota, 20 stycznia 2024

Nie ma się co

 denerwować, Kochany Pamiętniczku :)
Złego diabli nie biorą, ot co :) 

Trochę się odcięłam od bloga, bo i nie za bardzo było co pisać.

Jak założyłam, tak uczyniłam, pierwszy tydzień nowego roku spędziłam na wszystko mogę, nic nie muszę.

No i nie musiałam :) 

Połaziłam po okolicy, zastanawiając się, kiedy będę musiała mieć przewodnika. Tuptam sobie lewa, prawa i nagle nie wiem, gdzie jestem. No bo jak to?

Nie było mnie tu może jakieś 3 tygodnie, fakt, przejeżdżałam autobusem, ale nie patrzyłam na boki.

A tu taka dziura.

W miejscu, gdzie stoi to auto był pawilonik piekarni Książ. Czasem, jeszcze jeżdżąc do pracy kupowałam tam chleb albo jakąś drożdżówkę. A teraz zamiast pawiloniku (kiedy go rozebrali?) stoi ten wóz, też z piekarni Książ.

Nie pojmuję tej filozofii, ale OK, piekarnia dalej jest.

I tak dociągnęłam do powrotu do pracy, nic nie robiąc i kontemplując

u drzwi mnie witał...
... w pokoju pilnowały i nawet kolegi z Irlandii się dorobiły na pocztówce...
... światełka, fajny serial...
... badylków więcej niż włosów na głowie...

... i takich pięknie śmierdzących :) 

Żyć, nie umierać, co nie?

A powrót do pracy to było jak twarde lądowanie na Księżycu.

A, zamykanie bydła w zagrodzie na wariata. I jeszcze wiadomość, że do końca miesiąca musi wyjść 100-stronicowy dodatek o oborach. Który będzie prowadził i redagował... Boss.

Jaciepierdolę.

Więc chybcikiem emilka naskrobałam, że sorry, Winnetou, ale włączając urlop, to ja 22 stycznia, kiedy zamykamy budkę na kłódkę, z powodów osobistych żadnej dodatkowej pracy nie wezmę. Że uprzedzam dużym wyprzedzeniem, więc niech sobie weźmie jakąś bezrobotną korektorkę, które stadami chodzą po ulicach (oczywiście, że tego dosłownie nie napisałam, ale sens taki był).

No i foch jak chuj, że żal.pl, że nigdy tak nie zrobiłam.

No to odpisałam, że niestety, ale nie widziałam ani grosza za robotę na urlopie, którą na jego prośbę zrobiłam i jednak mam życie osobiste.

Cisza w eterze.

Kilka dni później dowiaduję się, że... zamykamy nie 22, a 23, bo przesunął se.

O mało nie zeszłam na zawał, bo na 24 i 26 zamówiona byłam na włości do przedszkola, na Dzień Babci, raz do Alienka, raz do Kalafiorkówny.

A muszę przyznać, że choć mam już 13-letnią Małą Wiedźmę na stanie, nigdy nie byłam na Dniu Babci w przedszkolu. Od MW mnie ominęło, bo siedziała w UK, a Papryczek i Łobuzy zawsze mieli imprezy w dniu mojego zamykania, a jak wiadomo - nie wyrwę się wtedy, chyba że umrę.

A w tym roku - ostatni rok Alienka w przedszkolu idealnie, zamykanie 22.

23, wzdech, przeżyję.

Ale zaczęłam ogarniać z kalendarzem wszystko i okazało się, że jednak 26 nie dam rady, bo mam okulistę 26, a nie 29 (pokićkałam z 29 listopada, kiedy  miałam pole widzenia). Podobno Kalafiorkówna wybaczyła mi ten afront, ale nie sądzę :( No trudno, nie przełożę okulisty, coś się ze ślepiami dzieje, a terminy są jakie są...

Kalafiorkówna jeszcze rok będzie chodzić do przedszkola, a pojedzie dziadek.

W trakcie roboty, o detalach której zamęczać nie będę, M. od bydełka mówi, że Boss mnie chce, że zapłaci, że mam się upierać. W sumie nie tyle Boss pewno chce, co w tym swoim bałaganieniu nie załatwił korekty, a ona chce mnie, bo: pani to zrobi w 3 dni z ręką w dupie, a inny korektor będzie jeden tekst pół dnia czytał. Że mam chcieć kasę jaką ja chcę, że jak ja odejdę z redakcji to ona też, bo nie widzi innej korektorki (ma dysleksję). Miłe, ale Boss milczy, no wiem, miesza, gdzie się wtykać nie powinien, grzebie, opóźnia, no i... Polagra jest :)
W dupie to mam.

Znów się upominać o pieniądze miesiącami i szarpać sobie nerwy - zwyczajnie nie chce mi się.

Żal mi M., bo została sama w dziale, ale nie mogę robić za zbawicielkę narodów.

Tym bardziej że w tych dniach będę ogarniała maszynki, a potem katalog ciągników (450 stron) dla maszynek.

A. z maszynek sprawę postawił jasno: ma taki budżet na korektę, netto tyle jest - mnie satysfakcjonuje, bo tylko jedno czytanie, a miałam próbkę i mało tekstu, mało błędów, dużo fotek, fakt, że nudne jak flaki z olejem, ale jak będę chciała iść na zakupy, to napiszę, że będę za dwie godziny i dziury w moście nie będzie.

Cały ten tydzień przesiedziałam na dupie, aż mi mięśnie zanikły, z tego większość czekając na pracę. A praca przychodzi po godzinach, a zrobić muszę, bo nikt tego za mnie nie ogarnie. A gdybym napisała, że potrzebuję godziny czy dwóch wolnych, byłby skandal na całą UE i darcie szat.

Mam dziką satysfakcję na myśl, co będzie, gdy mnie już tam nie będzie.

Bez chwalenia się...

No i zima zaatakowała, wprawdzie nie tak, jak w innych zakątkach PL, a nawet mojej wioseczki, bo gdy pół wiochy stało w korkach i padał tam śnieg, u mnie za oknem było tak

Teraz leży śnieg, ale chodniki są odśnieżone i posypane - dzięki zakupom na tydzień ominęło mnie latanie za czymkolwiek po szklance.

Więc są plusy dodatnie i plusy ujemne całej tej sytuacji.

W piątek, czekając na pracę (ekipa siedziała na Polagrze, kto układał harmonogram wydań - a jakże, Boss), wkurzyłam się i znudziłam oglądaniem kolejnego odcinka Bankshee. Nawiasem mówiąc, fajny serial na zapchajdziurę, ale nieprawdopodobne, żeby sińce po łomotach tak błyskawicznie schodziły, to już jest męczące. Ja jeden siniak hoduję ze 3 tygodnie, no ale może to ze mną jest coś nie tak? Rozebrałam więc choineczkę i inne zabawki, aczkolwiek Gnomy siedzą dalej ze mną, choć poupychane po kątach. I zdziwiłam się, jak duże mam mieszkanie :)

A dzisiaj trójca zorganizowała dziadostwu imprezę.

U dziadka, bo u dziadka jest więcej miejsca, większa kuchnia, no i trzeci z ekipy to rodzony dziadka wnuk, a mój przyszywany.

Dziadek szarpnął się i obiad zrobił (surówka była przecudna, zażerałam się), reszta nie najgorsza, ale ja mając taką ekipę do wykarmienia zrobiłabym ucztę z gotowaniem przez dwa dni. Dobrze, że nie miałam na to czasu, więc stery przejął dziadek i był git majonez :) 

Prezenty rozbiły me serce w drobny mak


Alienek napisał wszystko sam, bez odpisywania. Czyta wszystko, co widzi, a jak nie może odczytać, to męczy otoczenie :)

Wiedząc o tym założyłam T-shirt z napisem Cool Babcia, nawet nie pamiętam, kto mi go sprezentował i kiedy, no i oczywiście, babcia od razu przeczytał bez zająknięcia, choć Cool sprawiło mu kłopot - mówi po angielsku, ale nie pisze i nie czyta :) 

A te urocze błędy to po to, by babcia miała robotę.

Kalafiorkówna tęczowe serduszka mi zafundowała, aczkolwiek przytulaska odmawiała.

A Mały T. dał herbatkę (z przedszkola) i laurkę, ale nawet się dotknąć nie dał. Synowa pocieszała mnie, że ona od 3 lat go prosi o "apka" i się nie doczekała (to jej siostrzeniec jest) :) Więc nie mam się przejmować, bo mnie rzadko widuje :) 

No i to tyle. 

Teraz się będzie działo, bo i do włości muszę bladym świtem dojechać w środę, a w piątek do szpitala do Puszczykowa, też o nieludzkiej porze.

Wciąż mam kłopoty nie tyle ze spaniem, co z zasypianiem. Zajmuje mi to trzy godziny co najmniej.

I nie, nie denerwuję się, odpukać, problemów nie mam, nie takie, których nie dałoby się przeskoczyć.

Ale chyba mam jakiś feler w mózgownicy.

Zasypiam po alkoholu, a że odstawiłam go już ponad miesiąc temu całkowicie, piguły nie robią na mnie wrażenia. I nie, nie przeżywam odstawienia jak Kamiński, bo też nie piłam nałogowo, po prostu po lampce wina łatwiej było mi zasnąć. Wódki nie pijam, piwo rzuciłam już ponad rok temu, czasem okazyjnie wypiję jedno. 


No nic, zobaczymy, co będzie dalej. 

A tort był przesmaczny


 

choć reklamowałam, że tabliczka jest "najlepszy dziadek na świecie". Kazali mi spadać, bo była też tabliczka "Dzień Babci".

A rezolutna smarkula na moje, że przytulasek, bo Dzień Babci, odpyskowywała, że dzień babci jest jutro.

Już ja jej to kiedyś przypomnę. Zapomniałam jej dowalić, że jej urodziny świętowane były dwa razy w tym roku i żadna impreza nie była w terminie. Wygarnę jej, a co :P

A kwiatki z tortu zeżarłam ja. To były żywe kwiatki, nie żaden sztuczny szajs. Smaczne były :)



6 komentarzy:

  1. Mam Ci latarka oswiecic droge na moj blog czy narysowac mapke?
    Ja ostatnio mam tyle aktywnosci i zbyt wczesnego wstawania, ze wieczorem padam na twarz i czesto zdarza mi sie zasypiac na siedzaco przed telewizorem. A kiedy klade sie do lozka, to nawet nie wiem kiedy, zasypiam w locie. Pogoda poprawila sie, wiec korzystamy z Toyka, bo juz niedlugo dobrego, za dwa dni ma zaczac padac, a u nas pada od pazdziernika z niewielkimi przerwami, znow bedzie nas zalewalo, a o spacerach mozna bedzie zapomniec, bo obie z Toyka nie przepadamy za nadmiarem wilgoci. Mozna zardzewiec.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Czytam, nie zawsze komentuję. Bo czasem mam niewiele do powiedzenia, a czasem zwyczajnie nie mam czasu (ostatnie 4 dni to była u mnie masakra piłą teksańską, ale nie chcę na blogu całej pracy wyciągać). Ja przez ten tydzień nosa z domu nie wychyliłam, kwitnąc przed kompem, bo po ciemku w ślizgawicy bałam się nawet na ulicę wyjść, a ciemno robi się już o 17, a pracuję do 19-21. Wybacz :* Tez bym chciała paść, ale gdy padam, to włącza mi się ta "marudząca" część mózgu i już nie zasnę... :) No i nie mam Toyki, a w te mrozy to nawet do śmietnika nie muszę co dzień, bo bio spokojnie w loggii wytrzyma - wynoszę hurtem :P

      Usuń
  2. Piknie Alienek napisał i narysował.
    A ten Twój Boss to tragedia. Co on zrobi, jak Ty sobie pójdziesz? Pewnie nic, bo on i tak tych błędów, które Ty wychwytujesz, nie zauważyłby, choćby mu płacili więcej niż teraz zarabia. Niewdzięczny pajacyk.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki za dobre słowo. A nic, będzie dalej żył i rządził, zatęsknią za mną redaktorzy i będę dla nich legendą :) To wiem na bank. Dla tych, którzy zostaną tam, będę legendarną panią Basią :)

      Usuń
  3. Wiosna idzie, w Dino możesz już kupić ulubione cebulki mieczyków. Posadź pod płotem. Ja tak robię, później obdarowuję sąsiadki z miasta.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie mam ogrodu, do ogrodu Inżyniera nie dotrę, long story, więc chętnie oddam to kumpeli :)

      Usuń