niedziela, 25 lutego 2024

To była

 jazda bez trzymanki, Kochany Pamiętniczku ;)

Bladym świtem poleciałam na Manhattan i wróciłam obładowana jak wielbłąd, albowiem oprócz żarełka w ilości dla pułku głodnego ruskiego wojska nakupiłam kolejne bratki i stokrotki, bo te posadzone rosną jak głupie, no i kto bogatemu zabroni?

Po drodze zaś szłam w stronę słońca, które grzało coraz wiosenniej i kontemplowałam



listki, krokuski i inne takie tam, tudzież słoneczko w kałużach i inne tralalalalala...

Chciało się żyć.

Rosołek profilaktycznie nastawiłam na wszelki wypadek niedzielny, albowiem umówiliśmy się, że jak rodzice wpadną po Łobuzów, zjemy razem obiad. Wprawdzie nie rosołek, bo aż taka głupia nie jestem, żeby nad garami sterczeć, ale zaprosiłam, bo miło czasem zjeść przy stole, a nie przy komputerze i w miłym towarzystwie. Wygłupiać się z gotowaniem nie miałam zamiaru, od tego są różne pizzerie i burgerownie.  Ale Łobuzy czasem nie mają fazy na nic, więc rosołek zawsze ratuje. A jak nie, to w lodówce mu się krzywda nie dzieje i mam cały tydzień z głowy :)

Szok był już po wkroczeniu najeźdźców na moje terytorium, albowiem pierwsza wkroczyła Kalafiorkówna i... rzuciła mi się na szyję, ta moja Panienka Nie Dotykaj Mnie, i laurkę specjalnie dla mnie wręczyła. Alienek zaś nóżkami przebierał i prawie płakał, że nie może się do mnie dopchać.

Zalana zostałam falą gorącej miłości, ale sytuację opanowałam dopiero, gdy wywaliłam rodziców i wprowadziłam moją dyscyplinę - gdzie co ma leżeć (jeden plecaczek uparcie wracał na sam środek przejścia w dużym pokoju, w newralgicznym punkcie, gdzie krzyżują się wszystkie drogi, ustatkował się dopiero w niedzielę, gdy zademonstrowałam, jak umiera babcia przez ten plecaczek. Musiałam solennie obiecać, że więcej umierać nie będę. No, wiadomka, raz tego nie dotrzymam, ale cóż). I od razu zapytana zostałam o przekąskę, bowiem dzieci głodne mi podrzucono, nie jadły nic od tygodnia chyba :)

Wafle uczyniłam. Takie zwykłe wafle, przełożyłam masą karmelową ze skondensowanego mleka i krówkową z tegoż. Nie kręciłam sama masy, to już nie te lata. Alienek oszalał, gdybym mu pozwoliła, zjadłby wszystkie, a potem rzygałby, no ale jestem rozsądna i nie dopuściłam do rzygania.

Kalafiorkówna zaś obraziła się, bo ona chciała suche wafle.

Na całe moje szczęście suche mi zostały, więc i wilk był syty, i owca cała.

W końcu, widząc jak brat wcina te przesłodzone, skusiła się, ale biedna dała radę wciągnąć tylko pół wafla :) Ona nie jest fanką słodkiego, je za to bez opamiętania wszelkie zielsko.

Dzieci chodzą jak szwajcarski zegarek. Przyjechali o 16, przekąska, 17.45 meldują, że głodne są i chcą kolację.

Proszą łaskawie o żarełko.

Kalafiorkówna łatwa w obsłudze: chlebek z masełkiem, podgrzany w opiekaczu, szyneczka, rzodkieweczek parę, mleko od krów yersey (a jakże, babcia spod ziemi wykopała, najlepsze mleko w PL).

A z Alienkiem dupa. Dostaje chleb z miodem wg zamówienia (znów słodkie, ale miód nostrzykowy, więc spuszczamy zasłonę milczenia). W połowie skibeczki zauważa, że w chlebie (orkiszowym, zdrowiej już nie można) są, o zgrozo, nasiona. Tych nasion jest tyle (nawet nie wiem, jakie to są), że pod mikroskopem ich szukać, ale nieważne - SĄ NASIONA - dziecko chleba nie przełknie. Mea culpa, mea culpa, mea maxima culpa. Nie kupiłam chleba bez nasion ani bułek. Po prostu kalkulując zakupy widziałam szufladę w zamrażalniku pełną chleba i zapomniałam o fochach A. W panice szukam innego chleba, dziecko je resztę suchych wafli, bo głodne, przekładanych mu nie dam, bo  rzygnie. Znajduję chleb orzechowy, ze skórką obsypaną sezamem. Sezam to nie nasienie, lubi sezam (japierdolę tę klasyfikację). Ale chleb ma inny feler - jest ciemny. A on ciemnego kijem nie tknie. Tłumaczę, że to nie jest razowy (bo nie jest, z prywatnej piekarni, pewno karmelem barwią, skusiłam się, bo myślałam, że będzie z orzechami, a tam orzecha nie znajdziesz nawet pod mikroskopem elektronowym). Szewskim targiem odmrażam pół skibki, skubie i łaskawie oświadcza, że zje. Ale nie chce z miodem, tylko z powidłami, bo lubi powidła. Uradowana wyciągam powidła, ale kolejna drama. To nie są powidła, bo... TO jest w słoiku po koncentracie pomidorowym :| Skunks biegle czyta. A mnie się nie chciało odmaczać etykiety. Jemu się treść z zawartością nie zgadza, łaskawie próbuje na czubku noża i wzdech...

CHCE, TERAZ, ZARAZ już...

Z drugiej strony słoiczka nakleiłam (nie zauważyłam, bo zazwyczaj nie naklejam nic), że to POWIDŁA (NUT). Trafiłam na te, do których dosypałam kakao to ciemne  - taka domowa nutella. Na słowo nutella kolacja przebiegła gładko.

Kazałam im postać na baczność i popatrzyć, jak zmywa moja zmywarka (znaczy się ja), a potem zespołowo zaczęliśmy słać łoże, przy czym leciał kurz, bo nie przyszło mi do głowy, żeby skakać po kanapie jak na zawodach w skoku w dal...

Ogarnęłam kanapę, pot lał mi się po plecach, cudem uratowałam łańcuszki rolet od zerwania (pan, zakładający 11 lat temu rolety mówił, że spokojnie 10 lat pociągną, jeśli nie będą do nich miały dostępu dzieci i koty)...

W łazience kolejny sajgon, bo banda golasów (nie, nie była to dwójka, to była banda) chciała na główkę skakać do wanny. Do pustej wanny.

Udało mi się tę bandę wykąpać i nie stracić ani jednego osobnika. Aczkolwiek zastanawiałam się, kiedy zabrzmi dzwonek u drzwi i zjawi się policja, bo darli się tak jakbym ich obdzierała ze skóry żywcem i nawet straszenie pająkami i stworami wychodzącymi z kratki wentylacyjnej i zostawiającymi odbicie brudnych stópek na suficie i ścianach nie pomagało. I nie, nic się nie działo, dawali upust radości z powodu kąpieli w wannie. W domu mają prysznic, na wannę na razie brak funduszy, jest w planach. 

I awantura od K., że jak to, na drukarce nie wydrukuję jej obrazków do kolorowania, bo ona w domu ma drukarkę i mama jej drukuje. Jakoś do niej nie docierało, że lapek firmowy, drukarka też, że nie wiem, jakie obrazki, że dostała książeczkę do kolorowania - ale nie, ona nie chce książeczki, chce wydrukowane obrazki.

Lapek na wszelki wypadek poszedł do drugiego pokoju.

Jeszcze przegląd kolekcji naparstków i moich pierdół, a mam rozliczne, tłumaczenie, dlaczego NIE ŚCIĄGAMY, przy okazji parę rzeczy wylądowało na podłodze, może to głupie na maksa, ale to są MOJE z pierdolnika, każdy ma swoją historię, a wiem, że jak im dam, to i tak pójdzie w kąt i pamięć o tym zaginie. Zdaję sobie sprawę z tego, że za jakiś czas to wszystko będzie niczym jak i ja, ale dlaczego nie mam mieć miłych chwil, patrząc na jakąś pierdołę? Konkluzja była taka: dziadek nam na wszystko pozwala, ale u ciebie jest lepiej.

Klękajcie narody, da się jednak coś ogarnąć z tej kuwety :)

Zapakowani do łóżka oglądali swoje bajki na ipadziku, każdy swoją (mają inne, na całe moje szczęście mam Netflixa od ich rodziciela i mają tam swoje konto). Alienek zaś zabrał do łóżka książeczkę o dinozaurach - czyta już płynnie sam. Jestem w szoku, ale mnie to nie dziwi, po babci (po TEJ babci taki mądry), sama czytałam już w wieku 5 lat :)

Po bajce lektura. Przywieźli cały plecaczek osobny książek, ale to te badziewia z Biedronki o tych ekologach, zwierzakach i co to tam było, głupie jak but i nudne jak flaki z olejem, więc po jednym rozdziale powiedziałam, że moje gardło więcej nie działa, poczytają im rodzice w domu. Aż tak daleko moja miłość babcina nie sięga, nigdy też nie przepadałam za głośnym czytaniem, czytam za szybko, żeby usta zdążyły to wyartykułować, co oczy widzą. Dlatego moje dzieci słuchały wierszy, bo te umiem mówić wolniej.

Pół łóżka zajmowały maskotki, te z tych biedronkowych książeczek...

Dobranoc, pchły na noc, karaluchy pod poduchy, a szczypawki do zabawki i zadowolona ja polazłam na swoje, pewna, że spokój.

Nie minęło 5 minut i tupot małych nóżek, bo A. zabrał K. kordełkę.

Zrozpaczona, wyjęłam kolejną kordełkę z mojej kanapy, powlokłam, zmieniłam układ na kanapie z podłużnego na poprzeczny (są na szczęście jeszcze na tyle mali), nagle znalazło się miejsce dla ich maskotek, moich miśków, a i oni byli zabezpieczeni przed skulknięciem się :)

Zasnęli, a i ja wkrótce po nich padłam jak ta brzoza smoleńska.

Na trzeźwo padłam...

Ale przedtem kontemplowałam


... myśląc, że nie zasnę, ale gdzie tam, zasnęłam jak kamień.

A rankiem pierwsza była Kalafiorkówna w kuwecie, sorry, w kibelku :) 

Wywaliwszy Alienka do kibelka (gad deski nie podniósł, ale  nie osikał, kazanie dostał), sama w galopie ogarnąwszy się, zła, bo niekąpana, a dzieci głodne, w piżamce ruszyłam robić śniadanie...

I tak K. dostała: dwie skibki chlebka z masełkiem, 4 marcheweczki, pęczek rzodkiewek i biały serek wiejski w pudełku, broń blog z serkiem coś robić. Zjadła, całego serka nie zmogła. I zażyczyła sobie... jajecznicę na bekonie. Instruowana przez I. już dawno na temat jajecznicy (jego dzieci jedzą suchą jajecznicę, mój ojciec gonił mnie za taką, jajecznica miała być mokra), uczyniłam takowąż, a ta chuda kruszynka wpieprzyła jajecznicę z 2 jaj (w sumie, bo mam jajka z dwoma żółtkami). Popchnęła borówkami i truskawkami, nie żebym jej żałowała, ale podziwiałam pojemność żołądka.

Alienek zaś zażyczył sobie chleba z powidłami, zjadł tylko dwie skibki, bo przy trzeciej współpracy odmówił toster, zszedłszy śmiercią nagłą a niespodziewaną, więc żeby nie umarł z głodu (A., nie toster) w ramach rekompensaty dostał jednego wafelka...

A potem dzieci zbudowały barykadę z plecaczków, w których skitrały rozliczne dobra, zwinięte od babci do domu ( w tym pół kilo orzechów laskowych, zapakowanych z mojego kosza do torebek i upchniętych w plecaku, żeby mama nie widziała, bo nie pozwoli zabrać przez zapobiegliwą K., A. orzechów nie toleruje). I inne takie tam, łącznie ze śmigusówkami za 2 zł polskie, no co, babcia też może czasem zaszaleć.

A że rodzice po nocnej włóczędze wciąż milczeli, zaproponowałam spacer.

K. była za, A. odmówił. Roztropna dzieweczka  stwierdziła, że możemy A. zostawić i same iść na spacer. A. był za, ale ja miałam obiekcje.

Jako że nie wolno mi nic na dzieciach wymuszać, stanęło na klockach, innych pierdołach, no i w końcu na puzzlach na ipadziku... Bo wiersze Brzechwy, po które wdrapałam się na drabinie, nudziły ich. A na uzupełniającą interpretację idziemy na wycieczkę, bierzemy misia w teczkę zaprotestowała K. która błyskawicznie nauczyła się okaleczonej wersji i innej nie przyjmuje do wiadomości. A. oszalał na wieść "ze misiu fiku-miku, narobił w teczkę siku" :)

Jako że czas na przekąskę nadchodził, K. dostała zielsko, a A. zaproponowałam skyr. Waniliowy, na czubku łyżeczki, mój ukochany. Spróbował, wzdrgnął się, oświadczył, że to nie jego klimaty i został skazany na życie bez przekąski. Po jakichś 5 minutach zajrzał do mojego pudełka i oświadczył, że to jest dobre, mało tego, bardzo dobre i że on też chce.

Na moje szczęście miałam dużo skyru i dziecko nie umarło z głodu. Wprawdzie synowa, słuchając tego wzruszyła ramionami, że przecież A. dostaje jogurt, nie wdawałam się już w dyskusje, że to jednak nie to samo, bo jogurt dla A. to ten badziew z dodatkami w postaci płatków i innych chrupek.

Bez owoców i innych takich. No cóż, nie moja jurysdykcja.

Mimo pogody nie dało się ich wyciągnąć z domu, ale zmęczona kłótniami o każdą pierdołę, odpuściłam sobie, dostali swoje filmy, ja też włączyłam swój i tak dotrwaliśmy do powrotu rodziców Łobuzów.

Przywitali się grzecznie, rodzice przedarli się przez barykadę z plecaczków i potem nam fajnie płynął czas. 

Załatwiliśmy bieżące zaległości, czekając na pizzę, nie umywała się do pizzy I., ale była spoko, rosołek okazał się zbędny, zjedli wszystko. 

Wycyganili, co jeszcze wycyganić się dało, pożegnaliśmy się czule i serdecznie, K. nie dała się zapakować do samochodu, zanim mnie nie wyściskała - czarną kredą w kominie zapisać.

I.idzie jutro do apostazji, gładko mu poszło. Może znajdzie czas, żeby w mojej sprawie zadzwonić, bo na maile głucha cisza.

W sprawie kwietniowego niańczenia Łobuzów w czasie delegacji I., dziadek odmówił współpracy, bo ma wycieczkę do Rzymu. A ja się łamałam, że odmawiam, bo nie dam rady i pracy i niańczenia...

Na drugą turę nie odmawiam już, ale będę musiała do nich jechać już w niedzielę, w poniedziałek jeszcze tam pracować i potem Łobuzy do przedszkola tachać.

Trudno, Inżynierowa musi mieć dni wolne na pierwszą delegację, ja nie zaryzykuję mojej pracy. Ma jakieś zastępstwo, ja nie - jestem jedyna i niepowtarzalna.

Uczę się dbać też o siebie.

Pierworodny znów w opałach. Podobno MW padł telefon, a padnięty i tak nabił rachunek na 1200 zł (kto 13-latce daje telefon na abonament?), na jakichś rozmowach do USA. Reklamuje.

Nosz, kurwa.

I nie, nie wiem tego oficjalnie.

Sama mam telefon do lat, za namową I. na kartę. W tej chwili mam tam 100 zł. Starczy mi to na rok z hakiem. Jak mi ktoś zhakuje, to będę 100 zł w plecy, przeżyję.

Lata całe miałam za namową Pierworodnego abonament, płaciłam za nowe aparaty więcej niż ustawa przewiduje w tym abonamencie. 

Dostałam od I. pierwszego ajfonika (mam go do dziś), przeszłam na kartę i - żyję.

Z tym, że ja w ogóle niedzwoniąca jestem, ale jakimś cudem za tę kasę mam kontakt z ludźmi na całym świecie.

I w tej chwili 113 giga, a że nie oglądam na telefonie filmów, to starczy mi to do usranej śmierci, choć nie ograniczam sobie korzystania z internetów w terenie.

Ale się dziś napisałam, polityczne rewelacje next time.

Dziś powoli idę w objęcia Morfeusza.

Zasłużyłam uczciwie, co nie? :)

Tym optymistycznym akcentem żegnam się z państwem :P 

To były szalone dwa dni :P

 

8 komentarzy:

  1. umęczon czytając ;-) fajna jesteś babcia ! szkoda, że od pierworodnego tego nie widzą, ale Inżynierowe dziecka wynagradzają co nie ;-) fajnie masz jako i ja ;-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Przepraszam, nie chciałam Cię zmęczyć :) No mam, mam, nie da się ukryć. Ale przed Tobą jeszcze dłuuuga droga jakby co :P Na razie to N. jest nieszkodliwa, za mała jeszcze. Poczekaj, będzie ciekawie :D

      Usuń
  2. Dzieci będą pamiętać jak wspaniale spędzały czas z babcią.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Taką mam nadzieję. Dlatego uczę ich brzydkich wierszyków i widzę, że to działa :) Jako i moja pruska musztra też. Poniekąd.

      Usuń
  3. Gdy czytam Twoje opowieści, z jednej strony cieszę się ogromnie, że nie jestem babcią. Bo zmęczonam po samym przeczytaniu. Z drugiej strony emocje dodają życiu smaku, i jest wesoło.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja też jestem zmęczona, realnie, ale te odbite wszędzie łapki, bon moty i laurki - rozświetlają szare dni :) Coś w tym jest.

      Usuń
  4. Przyjmij wyrazy podziwu!Ewa

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję, przyjmuję, doceniona się czuję :D

      Usuń