plecie, Kochany Pamiętniczku.
Pocztę zamknęłam dokładnie 13.12, ogarnęłam się i do Lidla, do Lidla, bo miałam nadzieję, że dostanę tam Carlo Rossi Dark, bo to ulubione wino Inżyniera i powiedział, że chętnie je przyjmie, choć miał opory, bo prezent łapówkowy dostał na urodziny. Ale uważam, że Łobuzy powinny się nauczyć też, że inni dostają prezenty, w tym rodzice, a że whisky już nie chce (kiedy mi dziecko tak urosło i sporządniało?), to szukam tego wińska i nigdzie nie ma. Może być każde inne, byle czerwone i niesłodkie, ale wiem, że to lubi najbardziej.
Idę więc najpierw do śmietnika, plastiku się pozbyć i spotykam panią A. Pani A. ma sklep w piątce. Pamiętam, jak wprowadzała się do tego sklepiku w piwnicy, byłam jedną z pierwszych klientek. I mówiłam, że to pechowe miejsce, bo najpierw był tam sklep z meblami i padł, warzywniak też padł. Pani A. uśmiechnęła się i powiedziała, że zrobi wszystko, żeby to miejsce odczarować. I udawało jej się, przez 27 lat. A dziś, przy tym śmietniku mówi mi, że zamyka budkę na kłódkę, bo się nie opłaca. I narzeka na zagraniczne dyskonty - w sumie ma rację - w linii prostej na odcinku pół km mamy Lidl, Aldi i Biedronkę.
Sklep pani A. - jak dla mnie - był kołem ratunkowym. Nie robiłam tam zakupów co dzień, bo na przykład pieczywo wolę z Faworu, a odkąd mam nową lodówkę i jestem sama, kupuję raz na tydzień to, co chcę i mrożę. Ona ma pieczywo z piekarni takich sobie, z polepszaczami. Bułek na śniadanie nie jadam, nie skakałam więc prosto z łóżeczka po bułki. A inne artykuły ma droższe niż w dyskontach i piątka zawsze była dla mnie miejscem awaryjnym, gdy czegoś zabrakło w ostatniej chwili, a nie chciało mi się lecieć po musztardę czy inny majonez.
No i alkohol - zawsze było tam moje ulubione piwo, więc gdy mnie przypiliło, to leciałam, nawet w dresach i w deszcz.
I gdy jeszcze pracowałam na mieście, to po zamykaniu często gęsto był to jedyny sklep w okolicy, nie licząc Żabki, do której nie wchodzę, bo ojca derektora jest, gdzie mogłam za pięć dziewiąta kupić piwo...
I jak czegoś szukałam, a nie było, to zazwyczaj mąż pani A. następnego dnia to przywoził.
Ale że odkąd mam historie z ciśnieniem nie piję piwa - to i do sklepu już parę miesięcy nie zaglądałam, dopiero dziś na mnie zleciała ta nowina jak grom z jasnego nieba.
A jeszcze wpadłam po Lidlu, bo i tam tego Dark nie było, pomyślałam, że może w piątce będzie. Nie było, ale pani A. zapisała i mam jutro pytać.
Jak Inżynier dostanie swoje wino, to tylko dzięki temu, że piątka jeszcze jest.
I tak, żal tych małych sklepików, przyjaznych dla człowieka.
Których właściciele ciężko pracują, bo pani A., mimo poważnych kłopotów z nogami i wielomiesięcznej rehabilitacji wróciła do pracy.
Pracuje tam jeszcze jedna ekspedientka - no i straci pracę.
A pani A. w każdą niedzielę zasuwa, bo dzięki jebanemu pisowi w niedzielę może pracować tylko właściciel.
Ale i to nie wystarczyło, żeby sklep przetrwał. Pani A. idzie na emeryturę, nie wiem, jak jej mąż, nie pytałam, nie chciałam kobiety dobijać.
Będzie mi tego sklepiku brakowało, choć rzut beretem mam Aldi, otwarte do 22.
Ale nie wracam już po zamykaniu do domu, zmęczona jak koń po Wielkiej Pardubickiej i nie szukam piwa.
Z home office wskakuję prosto do wyra i modlę się, żeby zasnąć.
Jakaś epoka kończy się.
Czy to dobrze. Nie sądzę.
Wprawdzie i kasjerki z Biedronki znam, bo zawsze grzecznie mówię dzień dobry, nawet młodszym ode mnie, bo to ja tam jestem gościem. Znam - wielkie słowo, ale zawsze mi pomogą, a jak o coś proszę, to nie pokazują ręką "tam", ale lecą ze mną do konkretnej półeczki.
Pewno, że nie pogadam z nimi jak z panią A. czy z jej ekspedientką (nawet nie wiem, jak kobieta ma na imię, ale ja w ogóle taka nieogarnięta jestem jak kupa gnoju i niewiele wiem). Jeszcze nie dojrzałam do etapu, że gadam ze wszystkimi sprzedawczyniami i usługodawcami w okolicy, z tej jebanej samotności.
Ludziom wlatującym tam na pogadanie będzie brakowało tej placówki.
W sumie ja tak mało wiem, bo nie latam i nie gadam, więcej ostatnio dowiaduję się z FB, gdzie powstała osiedlowa grupa.
Może dlatego, że mam sporo netowych znajomości - łatwiej mi się czasem wygadać na blogu czy komuś w necie, niż w realu.
A i z najważniejszymi osobami w życiu mam kontakt właśnie dzięki temu wspaniałemu wynalazkowi, jakim są komunikatory. I stąd wiem, że dzisiaj Kalafiorkówna dzielnie popylała z wózeczkiem (jak babcia, kurde, jak babcia), a kitki rozkoszne miała...
Tania siła robocza, co nie? Do Biedronki szła (do ciebie szłam z daleka, z daleka, a nie, wróć, za płotem im postawili Biedronkę, więc olewają pobliskie Dino - i u nich decydują względy finansowe - bo taniej i większy wybór, niż w polskiej sieci Dino - nie oceniam, bo nie byłam w Dino nigdy, choć związane jest osobą właściciela z moim rodzinnym miastem - nie mam go nigdzie w okolicy, a na włości nie pojadę, by tam zakupy zrobić).
Alienek zaś wracał stamtąd dziedzicznie obciążony
albowiem srajtaśma nie zmieściła się w wózeczku.
I parę innych ploteczek z włości do mnie dziś dotarło, za co internetom dziękuję, ja, nietelefoniczna istota :)
Pozostaje jeszcze kwestia zapisania się do okulisty (trzeba dzwonić) i przedłużenia opłaty za grób moich rodziców i brata (jest strona internetowa, opcja załatwiania przez nią, ale wpisałam i emilka mego, i telefon Inżyniera - obie opcje wymagane, ale cisza i u mnie, i u niego). Skończy się pewnie na tym, że będzie trzeba się do K. dodzwonić, co dla I., który ma pracę jaką ma jest wyczynem na miarę wejścia na Kilimandżaro, a Inżynierowa, chociaż słyszy dobrze, jest jeszcze większym wrogiem telefonów niż ja. Pierworodny nie może w zasadzie używać telefonu w pracy - no i na chuja strona netowa i emilki, skoro i tak dupa wołowa?
Parę dni temu zaczepiła mnie na ulicy pani, mieszkamy w tym samym bloku od początku, czyli już 37 lat. I ja do dziś nie wiem, jak ona ma na imię, jak się nazywa, kto jest jej dzieckiem (bo ma w tym samym bloku siostrę bliźniaczkę i nigdy nie wiedziałam, której z nich to jest syn). Jej mąż zniknął mi jakiś czas temu z radaru i właśnie dowiedziałam się z potoku słów, że już od kilku lat nie żyje. Nie wiem nawet, na którym piętrze mieszkają, wiem, że wysoko :) Pani pyta mnie, czy wiem na co zmarł mąż - tu pada nazwisko - sąsiadki - której jak żyję nie kojarzę, nie mam zielonego pojęcia, że ktoś taki mieszkał w moim bloku (może i z widzenia znam, ale nie lokalizuję). Ale za to ona zna znakomicie ludzi z mojego piętra (ja nowych lokatorów spod numeru "**" znam, są mili, zamieniamy ukłony i parę słów o pogodzie), ale że to nowi ludzie, a mój wideowizjer rejestruje istne pielgrzymki do ich mieszkania o różnych dziwnych porach, nie wnikam, nie pytam, nie wiem...
Takie ze mnie dziwadło. Sąsiadów drzwi w drzwi znam, dostawali klucze do mieszkania jak byłam w UK, podlewali badyle, ale wiem, że miałam przejrzane wszystkie kąty :) Ja im też podlewałam badyle, ale kątów nie przeglądałam.
Inne mieszkanie stoi puste, pan zmarł, dzieci zabrały mamę z demencją albo i alzheimerem i cisza w eterze.
Ot, moje piętro i ja, jak sowa w mojej dziupli, zadowolona, że nikt nic ode mnie nie chce.
W całym wieżowcu kojarzę parę rodzin, tych, co się wprowadzali razem ze mną.
Ale po nazwisku tylko kilku, z piętra i byłych kolegów Pierworodnego, a i tak nie pamiętam za dobrze nazwisk, raczej opisowo: wiesz, ci, co zawsze mieli takie grube przegubowce, co ledwie po schodach schodzili. Albo: wiesz, ich chłopak, taki rudawy, pracował w UM. Albo: ci od szewca.
I tak mi życie minęło, nie czuję, żeby wiele mnie ominęło. Zawsze broniłam się przed mieszkaniem w klimatach mojego R., gdzie co prawda znałam prawie wszystkich (teraz już to tak nie działa), ale jak spuściłam zasłony i kichnęłam o pierwszej w nocy, to sąsiadka z przeciwka pytała nazajutrz, jak mój katar.
Gdzie zawsze byłam córką nauczycielki i musiałam świecić przykładem.
Gdzie każdy mój pocałunek był odnotowany przez babcie, siedzące w sobotę do niedzielnego ranka w oknach, żeby zobaczyć kto, z kim, gdzie i jak...
Od tego uciekłam, nie przyjmując zaraz po studiach czekającej na mnie posady DYREKTORKI biblioteki w K., naprzeciw mieszkania cioci mojej, o co ona do końca życia miała do mnie żal.
Zaraz po studiach w dyrektory bym poszła.
Takie to były czasy.
Ale też perspektywa mieszkania z ojcem alkoholikiem, wówczas już niepracującym i żyjącym na krzywy ryj nie wiadomo z czego, powrotu do tych miejsc, które wciąż bolały po tej pierwszej, wielkiej, tragicznej miłości, a i drugiej, która też dziwnie się skończyła, w to wsiowe bagienko...
Nie.
I tym pięknym sposobem popełniłam kolejny życiowy faux pas, wychodząc za Eksa i wchodząc do toksycznej do bólu rodziny wielkomiejskiej "elyty".
No cóż, miłość jest ślepa, ale małżeństwo jest doskonałym okulistą.
I nie, nie żałuję.
To były piękne dni.
I mam dwóch wspaniałych - każdy na swój sposób jest taki - synów.
I gromadkę wnuków na medal.
I moje ukochane badylki, o :)
Środkowa papryczka, wyhodowana przez Inżyniera z nasionka, ogłosiła dziś zgon, ale reanimowana metodą usta-liść nabrała chęci do życia i może coś z niej jednak wyrośnie.
Geranium zaś, nad którym latami ubolewałam, zazdroszcząc koledze w pracy, że u niego rośnie, a u mnie zdycha, po przesadzeniu po bez mała 10 latach do większej doniczki zwariowało i już się rozglądam za kolejną... Miałam kiedyś takie drzewo geraniowe od nieboszczki Feluni, psiapsiółki mojej teściowej, że się w mieszkaniu nie mieściło, więc wyeksmitowałam je na korytarz, wtedy jeszcze badyli nie kradli, choć domofonów nie było, ale sąsiad, ten nieżyjący już traktował je jako toaletę dla swojego boksera, i drzewko padło. To jest praprawnuk tamtego :)
Co z tym tałatajstwem zrobię, nie mam pojęcia, niedługo się nie zmieści nigdzie, a przesadzić trzeba będzie.
W małym pokoju na razie luz i hasta manana, ale czuję, że to już niedługo...
A biedronkowe leluje może i nie pachną, ale za to są urocze :) Za całe 7,99. Kwiaty są coraz droższe, więc nie wiem, jak długo będę jeszcze cieszyła się ciętymi.
Bo jednak je lubię.
I te wszystkie filmiki z rolek o cudownym rozmnażaniu się badyli na ziemniaku i innych cudach wiankach o kant dupy można potłuc.
Nie działają.
A, i zakisiłam młodą kapustkę z cykorią. Bo tak wyszło, bo dla mnie nawet maleńka główka kapusty to problem. A że przy okazji kupiłam cykorię, bo uwielbiam jej goryczkę, to się nazbierało w szufladce. A że wszędzie i na Manhattanie, i w dyskontach zostawiam coraz więcej kasy, staram się nic nie zmarnować, a żołądek mam tylko jeden. To dopiero pierwszy dzień, ale smak jest bardzo ciekawy. Mało soliłam, bo jak wyżej. Ale jest ciekawie.
A jutro czeka mnie wczesna pobudka, bo chcę przed pracą ogarnąć wszystko, by w sobotę, dla której zapowiadają mordercze upały, na dnie, znaczy się na fotelu lub na kanapie, z honorem lec.
W niedzielę grill, ale nie planuję tak daleko.
A dzisiejszy wieczór sponsoruje
Czasami tęsknię za tym, żeby ktoś tak do mnie szedł.
Ale tylko czasami.
Bez bicia - nie trafił mi się w życiu mężczyzna, przy którym czułabym się tak bezcenna. No dobra, trafił. Ale kupił mieszkanie, nie pytając mnie o zdanie, powiedział, że chce, żebym w nim siedziała jak ta laleczka na telewizorze. Kojarzycie te laleczki w sukienkach z gąbki, siedzące na telewizorze? Ja, walcząca o siebie, o swoje marzenia, siedząca na kanapie i obsługująca męża na każde skinienie? Ja, mająca propozycję zostania dyrektorką biblioteki, sprowadzona do roli żony, skaczącej wokół męża? Miałabym najlepszą teściową na świecie, była za mną jak nikt...
Nie wyszło, choć chemia była... Ale chemia to nie jest coś, co może zapełnić życie.
Teraz już to wiem, i wiem, że podjęłam dobrą decyzję wtedy.
Na wspominki mi się zebrało, aż wstyd.








Takie sklepy maja w Niemczech swoja wspolna nazwe, Tante Emma Laden (sklepik ciotki Emmy) i tez jeden po drugim bankrutowaly, bo zjadly je dyskonty. Czyli wszedzie to samo.
OdpowiedzUsuńJestes jak moi rodzice, mieszkali w tym sprzedanym mieszkaniu blisko 50 lat, a kojarzyli jedynie kilku sasiadow, glownie z nizszych pieter, bo malo korzystali z windy.
Rozmnazanie rozy na ziemniaku zaowocowalo u mnie wyrosnieciem dorodnego krzaka ziemniaczanego i nawet dorobilam sie bulw pyrkowych, byly pyszne. :)))
Mezczyzni marzen trafiaja sie tylko w romansidlach, moj to wieczny chlopiec, przez cale zycie trzeba go bylo pilnowac, zeby nie robil glupstw, a kiedy juz dojrzal, tez trzeba go pilnowac, bo dostaje demencji. A ja taka wieczna mamuska i juz jestem tym zmeczona.
Tak, Pantero, każdy ma swoje piekło, tak już ten świat stworzony jest. Ty masz na głowie wszystkie rzeczy, które mnie ominęły. Nie wiem, co to jest opieka nad starszymi, ale też od młodości mogłam liczyć tylko na siebie. Nie wiadomo, co lepsze. No nic, trzeba swoją melodię wygrać do końca. Przytulam mocno :*
Usuń