cisza w eterze, Kochany Pamiętniczku, za co dzięki bogu i partii :)
Co się będę licytowała i wyciągała stare gówna, kiedy ja już jestem w innej rzeczywistości.
Jestem z siebie bardzo dumna.
Tym dumniejsza, że powlokłam się do lekarza i o dziwo, tym razem trafiłam na młodego, ale z rozmowy z nim wynika, że bardzo kompetentnego lekarza.
No cóż, lata żyłam w lekarskiej rodzinie, lata pracowałam w medycynie, więc potrafię ocenić.
Wypisał mi skierowanie do okulisty, ale decyzję podejmę po rozmowie z Inżynierem, bo to na niego będę liczyć w razie W, jakbym ślepa do domu trafiła (bo chciałabym od razu oboje oczu zoperować, a wtedy sama nie ujadę).
O Lutyckiej, zalecanej przez koleżankę są bardzo niepochlebne informacje w necie. Taż koleżanka poleciła mi firmę do wymiany okien, do końca nie jestem z niej zadowolona, więc spasuję.
Za to Puszczykowo ma dobre opinie w necie. Problemem jest to, że muszę się zarejestrować do poradni telefonicznie, a to w moim przypadku nie takie hop-siup, bo raczej nie chcę nawet na badania wstępne iść w czasie zamykania ukochanej gazetki, więc wybranie terminu to też niezła łamigłówka. Biedny Inżynier...
Jeszcze żeby Inżynierowa dzwoniąca była, ale ona też do telefonu jak do jeża, a nie chcę jej wykorzystywać.
Wprawdzie bez szemrania załatwia moje zakupy na Alledrogo, ale też paczkomat ma pod nosem i po drodze, a z domu wychodzi, więc nie jest to wielkie poświęcenie, ma już konto w tym banku co ja i przekaz idzie błyskawicznie. A zakupy lubi robić.
No nic, zobaczymy, do Inżyniera wybieram się w następnym tygodniu na grilla, to będzie grill urodzinowy, mój mały synek będzie miał już 39 lat. nie do wiary, taki stary grzyb, a ma taką młodą i kwitnącą matkę :) Jak ten czas zapinkala.
A 4 lipca, urodzony 4 lipca mój brat miałby 64 lata, żeby tak głupio sobie życia nie zjechał.
I znalazłam artykuł w Polityce, który niejako potwierdza, że podejmując w swoim życiu dwie decyzje, które mnie kurewsko bolą - odejścia od Eksa i niebrania na swoje barki konsekwencji lat niefrasobliwości i nałogu mojego brata - tak naprawdę ocaliłam i siebie, i moje dzieci.
Wciąż czuję się winna, że jak to - nie było jak w amerykańskim filmie, że rodzina, że tylko to się liczy, że... sranie w banie.
Mną nikt z mojej rodziny się tak naprawdę nie przejmował, w zasadzie do wszystkiego doszłam sama, wyszarpując pazurami co się dało. Nawet Ciocia w którymś momencie, w przypływie szczerości powiedziała, że ma sobie za złe, że wtedy mi te 50 zł pożyczyła, a nie dała. Było ją stać na danie mi o wiele więcej kasy, ale nie dała. Uśmiechnęłam się, przytuliłam ją i powiedziałam, że ma sobie z tego powodu wyrzutów nie czynić, bo te pożyczone 50 zł pomogło mi dojść do samodzielności w życiu :)
Może gdyby mi je dała, nie ogarnęłabym się tak błyskawicznie?
Teraz liczą się moje dzieci. A i to nie tak do końca, bo ile bym nie stawała na głowie, to Pierworodny jest specyficzny.
Tak w zasadzie mogłabym tu umrzeć i skisnąć, czyniąc kłopot sąsiadom, a on nawet by tego nie zanotował.
Po pamiętnych lodach, kiedy mówiłam, że chcę mieć kontakt z wnukami, a nie wiedzieli jeszcze jakie plany mają na wakacje, zapadła cisza w eterze.
Nie będę się wyrywała przed orkiestrę, jestem niemuzykalna.
I też ciężko pracuję, jak na swoje lata.
Od Łobuzów mam prawie codziennie raporty, zdjęcia i jestem na bieżąco.
Stąd wiem, że Kalafiorkówna już odpisuje, co jej mama napisze, ale przecież ona ma dopiero 4 lata
więc tak, jestem z niej dumna, jest mądrą dziewczynką.
I jak pięknie napisała babcia :)
A, Łobuzy na zakończenie przedszkola po raz drugi przyniosły do domu pamiątkę.
Wszy.
Zaskakuje mnie to, bowiem ja, chowana w zabitej dechami wiosce dziewucha, w której domu nie było łazienki nigdy, wodę nosiliśmy lata całe z pompy na podwórku, urodzona w latach 50. nigdy nie miałam wszy.
Do dziś pamiętam słowa mojej wychowawczyni, która do koleżanki, już nieżyjącej, mówiła: Ty, W...ówna (opuszczę nazwisko), pamiętaj, żeby co dzień szyję myć, bo łatwiej szyję umyć, niż co dzień kołnierzyk prać i prasować. Mycie to podstawa. Dziewczyna była z bardzo biednej rodziny, bieda tam aż piszczała. Ale pani M. była bezlitosna i co dzień sprawdzała nam kołnierzyki przy fartuszkach.
Nie mieliśmy nigdy wszy.
Pierwszy raz ze wszami zetknęłam się... u moich dzieci.
A i to nie wiedziałam, że mają wszy.
Bo ja w życiu nie widziałam tych zwierzątek.
Chłopcy w piątek poszli do fryzjera karnie. W sobotę pojechaliśmy już na dłużej do teściowej, bo zaczynały się wakacje, wiadomo, Basia nie ma co robić, to i chatę ogarnie, obiad ugotuje, w warsztacie pomoże, a dzieci będą miały świeże powietrze. Dzieci drapały się po główce i na ten widok teściowa kazała sobie okulary przynieść i orzekła, ledwo okiem rzuciwszy: jedziecie do domu, dzieci mają wszy.
Dzieci, które co dzień myją łebki? Tak, wszy lubią czystych ludzi. Dostałam grzebień rogowy jeszcze z czasów wojny, specjalny, naftę miałam w domu (do lampy naftowej). To były koszmarne dni, dzieci miały popalone łebki, ale pozbyliśmy się paskudztwa i na szczęście ani Eks, ani ja, nie złapaliśmy żyjątek.
Łobuzy mają wszy już drugi raz. U Pierworodnego też były, jeszcze w UK.
Nosz, kurwa, technika, loty w Kosmos, łazienka prawie w każdym domu, półki w drogeriach uginają się od szamponów, a tu wszy?
Mnie wszy kojarzyły się z okupacją, znałam je tylko z książek o wojnie, o obozach koncentracyjnych.
A tu pacz pani Popiołkowa, XXI wiek, a ludzie na stronach przedszkoli (strony przedszkoli - kto o czymś takim w ogóle myślał w mojej wiosce?) piszą, że wszystkie dzieci nasze są i wszystkie mają wszy.
Albo i owsiki - to już doczytałam z jakiejś gazety, gdy drążyłam temat.
Owsiki i owszem, przerabiałam sama.
Ale...
Szkoła miała rząd sławojek.
Sławojki opróżniał co jakiś czas pan Walenty. Przyjeżdżał wozem z beczką, miał taki czerpak na długim kiju, wybierał zawartość sławojek i... wywoził na okoliczne pola.
Może jakieś niedomyte warzywa zjadłam? Bo nie ukrywam, nie byłam taką wariatką jak teraz i zdarzało mi się zjeść niemytą marchewkę czy rzodkiewkę, otarte o spódniczkę :)
Owsiki tępiono jedzeniem śledzi. Nie pamiętam już dokładnie jak, bo mała byłam.
Wiem, że teraz są genialne preparaty i na owsiki, i na wszy.
Ale wciąż nie ogarniam - jak to?
Ja, na stare lata, nie zjem nic nieumytego, nawet gdy na Manhattanie sprzedawca zachęca: pani spróbuje. Mówię, że wygląda pysznie i nie ruszę. Kupię, a nie ruszę.
Wracając do domu (lub wchodząc do pracy - z czego się ludzie śmiali i to bardzo) lecę do łazienki i myję ręce. Robiłam tak zawsze przed pandemią też. Zostało to Inżynierowi, Pierworodnemu trzeba przypominać. Wnuki dostają zawsze swoje małe ręczniczki. Goście też. Czy z nich korzystają, nie wnikam. Po gościach od razu zawsze piorę.
No wiem, starą wariatką jestem :)
Ale i takie mają prawo do życia ;)
Więc nie ogarniam.
Nie rozumiem.
Staram się z tym żyć.
Do fryzjera wleciałam dziś z duszą na ramieniu, ale siwe, rozwiewające się na łysej główce kłaki.
Nie będę już cudem (patrząc w lustro podczas strzyżenia myślałam, jaką idiotką byłam, zamartwiając się zmarszczkami - kurwa, jakie zmarszczki wtedy, krzywym nosem - jaki krzywy nos, mam całkiem fajny nos, a godzinami gapiłam się w lusterka ustawione pod różnym kątem, odstające uszy, które kazałam zasłaniać włosami w czasie strzyżenia - jakie odstające uszy, mam fajne uszyska, a aparaty słuchowe wyglądają w nich seksi - czego ja, do jasnej ciasnej od siebie wtedy chciałam, chcę wrócić i wypierdolić z pamięci te wyimaginowane wady i problemy...), ale ostrzyżona, nawet tym łysym łbem wyglądam lepiej.
I tak upewniłam się w spółdzielni, że dwa miesiące mogę nie płacić czynszu (taką mam nadpłatę i zamierzam z tego skorzystać, nie będę nieustannie sponsorować spółdzielni), a i tak trochę drobnych zostanie mi na koncie. Po wejściu do apteki opadły mi witki - zostawiłam tam prawie 100 zł za nic, no ale na coś trzeba wydawać emeryturkę, co nie?
I odsiedziawszy dziś uczciwie 4 godziny bez roboty, poleciałam na zakupy i od razu portfel mi zelżał.
Sezon lelujowy się zaczyna
Mieczyki ukochane były jeszcze na Manhattanie koło 14, ale klapnięte, więc odpuściłam, 5 zyla za klapniętego badyla nie kalkuluje się absolutnie...
Polecę jutro rano, jak wstanę...
A zaraz po 13 (w dupie mam siedzenie po godzinach, nic nie jedzie do drukarni) chcę się urwać do IKEA (a jawi mi się to jak zdobywanie Kilimandżaro, SKS, kiedy ja tam byłam), bo od dawna szukam kwietnika, wciąż płacząc nad kwietnikami z domu rodzinnego, które w mrokach dziejów przepadły, bo taki kwietnik to skarb, a na Alledrogo i w sklepach szajs za miliony monet, a w IKEA - jak dojadę i zdobędę, to się pochwalę :)
I dzięki Inżynierowej zaszalałam, obkupiłam się w Yardleya (Pewex, Yardley, szaleństwa młodości), śmieszne, wydać na siebie trochę własnej kasy i czuć się winną rozrzutności...
I pieczątkę zamazującą dane kupiłam, zobaczymy, czy się sprawdzi, bo mam tony papierów, których nie wyrzucam, bo dane wrażliwe, a kupiona kiedyś w Lidlu niszczarka na dnie z honorem legła i nie wstaje.
I tak się toczy dzień za dniem, spokojnie (odpukać, oby tak zawsze) Kochany Pamiętniczku...
Więcej grzechów - tfu, zdarzeń - nie pamiętam :)


Phi, to ja jestem lepsza, a co najmniej mam lepsze doswiadczemia z wszami. Pierwsze zlapalam jeszcze w przedszkolu, potem przynioslam ze szkoly, a na koniec moja corka przywlekla z przedszkola i mnie poczestowala. A zawsze mialam lazienke! Za to nie walczylam z tymi zwierzatkami za pomoca nafty, tylko byly juz jakies specjalne srodki.
OdpowiedzUsuńNo nam został rogowy grzebień od teściowej i nafta. Tak przekazała, a ja nieuczona pracowicie iskałam. I do dziś mnie dołują filmy, jak małpy się iskają.
Usuńczytam o wszach i od razu się szudram, na pewno mam hahaha. Też z pszeczkola przynosiłam wszy które w sumie nie były takie straszne ale te małe gnidy co się przyczepiają do włosów już tak, pamiętam mama mi paznokciami ściskała i robiło tak pyk i gnida nie żyła ;-)
OdpowiedzUsuńHania ładna, zdolna i bestia to wiadomix genów nie wydłubiesz ;-)
no i 39 lat matko jak ja bym chciała to zdrowie co wtedy miałam, choć czas dla mnie wtedy był smutny bo Mama odeszła ale mój człowiek jeszcze wtedy nie zrobił mi kukuś choć w planach już pewnie miał. Mój Kuba 27 kurde kiedy jak ? za chwilę sam zostanie ojcem ....a ja będę kupowała Paskudowi wertels oryginal i mówiła i ty kiedyś zostaniesz dziadkiem hahahaha bo na razie będzie tylko mężem babci hehehhe
i Tobie słodkiego miłego życia
Mnie czasami żal, że moje wnuki nie poznały dziadka, ale znając jego odpały, może to i lepiej. I jedne, i drugie mają dziadka, więc tak do końca nie są poszkodowane :) Powodzenia w babciowaniu, nie wpadłam na to, że można być TYLKO mężem babci :)
UsuńWitaj w klubie kobiet niezaleznych :D ja chyba tez od urodzenia bylam.. rodzina jemiolowata, szybko sie wynioslam i zawsze sama rzadze :P Denerwuja mnie niemoty zyciowe i tak juz chyba pozostanie. Musialam sobie radzic od zawsze sama. I co? Zyje. Niemotowatosc to zwykle bezczelne lenistwo jest. Nie popieram bezczeli.
OdpowiedzUsuńI to samo mam z uroda, jak na siebie patrze, coraz starsza! O co ja sie do siebie przyczepialam??? Ani krzywa, ani garbata, a miliony kompleksow mialam. I tamten dobry, mlody czas minal. Dzis juz zmarchy, siwe wlosy i z jaka radoscia znow mialabym 20-30 lat! (z wygladu). Tylko wrocic w czasie bym nie chciala. Ciezkie to byly lata i teraz nareszcie mam spokoj.
I ta radosc z dobiazgow! Kwiatki, dodatkowa kasa, dobre jedzenie czy mile spotkanie. Kto by pomyslal, ze to przychodzi z wiekiem? Ze dopiero wtedy umiemy sie pierdolami cieszyc? :)))
Atka
To ja, autorka bloga, pisać mogę (jestem zalogowana), ale w komciach jestem anonimem. Każdy ma swoje piekło i super, że Tobie udało się z niego, Atko wyrwać. Tak, z wiekiem człowiek uczy się cieszyć z drobiazgów, one są w sumie w życiu najważniejsze. Niech Ci się dalej wiedzie :) Tak trzymaj :)
UsuńA dziekuje i wzajemnie, oczywiscie!
UsuńPrzy okazji uzmyslowilam sobie, ze u Ciebie moge sobie klac do woli, co mi bardzo odpowiada, bo w zyciu klne nieco mniej :) I sie nie oburzasz swietojebliwie, ani nie pouczasz mnie jak to brzydko :DD
Atka
Klnij na zdrowie. Też lubię klnąć i ciężko mi przy wnukach, bo nie wolno :)
Usuń