poniedziałek, 31 lipca 2023

Jak nie urok

 to sraczka, albo inny przemarsz wojsk radzieckich, Kochany Pamiętniczku.

Znienacka Inżynier się wprosił w niedzielę na memłon z Łobuzami, bo Inżynierowa konspekty musi do domu porobić, a mając na karku dzieci, które sama zrobiła, nie daje rady. Się nie dziwię, bo ja po tym nalocie też na mord padłam, a nie byli u mnie cały dzień i większość ogarniał stwórca owych.

I tak poszliśmy do Parku Bambrów, znaczy się, my na piechotę, a Łobuzy rączo


na hulajnogach, już od proga zostałam poinformowana, że w bagażniku są hulajnogi i kaski, a tę małą Przecherę trzeba było odrzutowcem gonić, tak popylała.

Potem były lody, babcia stawiała, bo chciała, ojciec nalegał na jedną kulkę, ale tak żarliwie mu tłumaczyli, że u babci są dwie, że babcia oberwała, kijem przez łeb, Łobuzy dostały drugą kulkę, babcia musiała zjeść też drugą, bo cytryna z miętą, którą sama sobie wybrała Kalafiorkówna nie trafiła jej w smak, a ojciec mięty nie lubi, druga kulka zaś truskawkowa nie zmieściła się w żołądku panienki, zatem Alienek zjadł 2,5 kulki, a jeszcze czuł się poszkodowany (później rodzony ojciec wyliczał mu jeszcze, ile zjadł i że zrujnuje babcię).

Pogadaliśmy spokojnie tylko tyle, co oni bajkę oglądali.

Inżynier zadeklarował, że pojedzie ze mną do K., zawiezie, przenocuje i odbierze. Chodzi o mój zjazd na 50-lecie matury, znaczy się, zjazd jest ogólnoszkolny, ale nasze pięćdziesięciolecie. Jednak zdecydowałam, że nie, nie jadę. 300 zł za zaproszenie i gadżety w siateczce i zabawę do białego rana, jak następnego dnia muszę być w pracy, plus hotel dla nas, bo gdzieś spać trzeba, plus jakiś łach na grzbiet, bo w dżinsach nie pojadę, a wyjściowy mam tylko żałobny komplet na cmentarz - podziękuję. I szczerze mówiąc, całkiem inaczej pamiętam liceum, niż mi to "opowiada" M. Z tego, co wiem, niewiele osób z naszej klasy chce przyjechać i nie przemawia do mnie nawet argument, że może to ostatnie w życiu nasze spotkanie. No cóż, żyliśmy bez siebie przez 50 lat, każdy poszedł swoją drogą, żadnej przyjaźni z tamtych lat nie mam - więc odpuszczę. 

A Łobuzy na trasie jak tylko zobaczyły ślimaka, rzuciły hulajnogi w kąt i zaczęła się debata okołoślimakowa. To teraz moje życie, a nie spotkanie z ludźmi, których być może ani ja, ani oni mnie, na ulicy by nie poznali.

Spasuję.



To jest teraz mój świat.

Maleńki, ale mój.

A wspomnienia po wspomnieniach są tylko wzruszające i nic więcej. Każdy ma swoje. Gdybym dalej mieszkała w K., to inna bajka, ale tak to nie.

A dziś pojechałam do Puszczykowa, a w zasadzie do Niwki (tam teściowie mieli pierwszy powojenny dom, ale z niechęcią go wspominali, a już Eks był wściekły, bo urodził się przez to w M., tak gdzie jest pogrzebany pod płotem).

Niby trasę znam, bo jeżdżę do M. na cmentarz, rzadko, ale jeżdżę, ale i tak byłam spięta, a na dokładkę drogę przebudowali, więc jak dla mnie powód, by wpaść w panikę.

No i jak pijane dziecko we mgle, a pojechałam godzinę wcześniejszym autobusem, żeby się nie spóźnić, żeby ogarnąć.

I miłe zaskoczenie - tak jak w poznańskiej służbie zdrowia wszyscy nadęci jak purchawki, tam wszyscy - od pani, którą zaczepiłam po wejściu pytając, gdzie mam iść, bo wejście było w piętrowym budynku, a ja miałam się zameldować na 4. piętrze, która nie dość, że pokazała mi, gdzie iść, ale poinformowała, którą windą jechać, po panią z sekretariatu, gdzie miałam się zarejestrować i która zaprowadziła mnie na korytarz, podkreślając, że pamięta maila, że przypomni doktorowi, że mam niedosłuch - no byłam zaopiekowana na maksa. Lekarz oczywiście się spóźnił, ale potem był lux wypas, a mam pecha - bo dostałam gęsto zarośniętego brodacza, czego nie cierpię, bo nie widzę, co mówi, ale nie było źle. Razem ze mną czekała pani, starsza ode mnie, w towarzystwie syna, taki typowy wytatuowany hmmm... osiłek, paker. Na ulicy bym poszła na drugą stronę, a tu miło spędziliśmy pół godziny, a groźny gość na mój żart, gdy mama była u lekarza, że na starość to spadamy im  (dzieciom) na głowę, oburzył się, że to nie tak, bo mamusia...

A z sali zabiegowej co chwilę na wózku wyjeżdżały póltrupki już, z jednym oczkiem zakrytym i na wózeczku je gdzieś pchali... Taka taśma.

Potem ja, znów z tą panią, bo nas obie zakropiono atropiną.

Panią zawołano i od razu termin na 7 października, więc nieźle.

A mnie pan doktor dalej maglował, powlókł na 1. piętro i tam dalej torturował na licznych maszynkach, aż mi w oczach błyskało i kropeczki kazał oglądać.

Potem wywalił na korytarz i kazał się zarejestrować na wizytę kontrolną, o dziwo, w terminie mi pasującym, za dwa miesiące. Albowiem okazało się, że moja zaćma to jeszcze nówka nieśmigana, na razie nie operujemy, może z nią nic nie być, a może sobie pohulać, więc będziemy się często widywać.

No ale urok i sraczka... Mam jaskrę. Tę odczuwałam, bo zauważyłam, że coś nie tak z moim kątem widzenia, że już nie jestem taka szprycha, jak kiedyś.

Ale nie straszył, kropelki zapisał.

A ja pod drzwiami kwitnąc, takie kwiatki widziałam



Najśmieszniejsze w tym było, że faktycznie, bez okularów widziałam tylko mgłę na tej tabliczce, nie że nie mogłam przeczytać, po prostu druku nie było. Ale gdy założyłam moje bryle, widziałam wszystko doskonale i ostro mimo atropiny.

Z receptą poszłam do apteki, bo uciekł mi autobus już, a następny był dopiero za godzinę, ale leku nie było. Przesympatyczna pani chciała go sprowadzać, ale podziękowałam, bo musiałabym po raz kolejny tu przyjeżdżać, łatwiej mi to ogarnąć na miejscu, w wiosce. I to był błąd.

Pochwaliłam tam cały szpital, co panią i jeszcze drugą panią z personelu wprawiło w jeszcze milszy nastrój, a potem znów kolejna pani pokazała mi drogę do wyjścia, bo zabłądziłam :) Też podprowadziła i się uśmiechała :)

Może jednak ten napis, że powinnam mieć opiekuna nie bierze się znikąd?

Po czekaniu na przystanku (deszcz padał), czekała ze mną pani też z wioski, odwiedzająca siostrę w tamtejszym hospicjum, z nudów gadałyśmy, ale... pani była z pislandii i narzekała na Tuska, więc jakoś nam rozmowa nie szła za bardzo, przynajmniej ja mordę na kłódkę zamknęłam, bo co się będę kopać z koniem, jak to nic nie da, słuchawki wsadziłam w uszy i oczywiście, dzięki mojemu talentowi czytania z ust wiedziałam, o co lotto, ale już nie byłam taka wyrywna.

Autobus w końcu nadjechał, po drodze zrobiło się tłoczno (armagedon będzie jak się rok szkolny zacznie), wsiadła pani o kulach. Wokół kwiat młodzieży, zagapiony w smartfony, a jakże, ale i ludzie w wieku moich chłopców. I nic. Więc wstałam, trącam stojącą obok małolatę, żeby trąciła tamtą panią, a dziewczyna nie jarzy, o co mi chodzi. Ale udało się, pani siadła z ulgą, a mnie te kilka przystanków na stojąco nie zabiło jakoś.

Ale...

Zamiast iść do domu, polazłam od razu do apteki.

A po drodze był kasztanowiec, a na nim kasztany.

A ja w kieszeni miałam nie tylko telefon, ale i PEKĘ. 

No i diabeł podkusił, wyciągnęłam telefon, bo kasztany...


 I tym pięknym sposobem pozbyłam się PEKI, bo kieszeń jest gówniana :) 

Zorientowałam się w domu, poleciałam zaraz pod kasztanowiec, ale PEKI nie było.

Wkurzona maksymalnie, bo jutro chcę jechać do pracy, a tu bilet szlag...

Przypomniałam sobie gawędę Pierworodnego, jak to zapomniał biletu i jak go kanary dorwały, zainstalował apkę.

Zainstalowałam i ja, i tadam, mogę jeździć. Ale na PECE mam jeszcze jakieś 25 zł w tPortmonetce, jak znalazła jakaś łajza, to wyjeździ. Z biletu imiennego nie skorzysta, no chyba że starucha jak ja.
Więc sik, picie, coś na ząb i poleciałam do punktu ZTM.

Pani mówi, że mogę kartę zablokować, a apka będzie ważna :)

Co też uczyniłam zaraz, na telefonie, kasa - o ile jej tam ktoś nie wydał, przejdzie na nową kartę. Żebym jeździła tylko po wiosce, nie potrzebowałabym nowej, apka starczy, ale żeby płacić w strafach pozamiejskich, muszę mieć niestety kartę. Więc złożyłam (w telefonie, tralalala), podanie o nową. Ale dałam trzaśniętą w pośpiechu byle jaką fotkę w brylach - więc nie wiem, czy przejdzie. Ale mam czas, bo do P. wybieram się dopiero w październiku, na cmentarz - trudno, nie pojadę. A Inżynier będzie mnie musiał wozić, a... leci do UK i będę potrzebna jako odprowadzacz Łobuzów do przedszkola, bo Inżynierowa na rano do pracy, nie zdąży ich odprowadzić.

Dzieje się, co nie?

I jak ja tu mogę spokojnie oślepnąć?

A jeszcze emilek, że wrześniowy numerek przesuwa się o dwa dni, bo... ludzie mają urlopy.

No to ja mam 2 dni nadgodzin i mam zamiar negocjować jutro. Sobie długi weekend zrobię za frico w sierpniu.

I dobrze, że nie wyszło to, o co się wściekłam.

Potwierdza to regułę, że nie ma tego złego, coby na dobre nie wyszło.

Amen.

Jakie to wszystko zakręcone, jak świński ogonek, Kochany Pamiętniczku jest. 

A wkurzyła mnie M., bo jak napisałam o jaskrze, od razu uderzyła w złowieszczy dzwon. A ja spasowałam z takimi scenariuszami - wcześnie wykryta, nie odczuwam jej, wiem, co jest przyczyną - moje źle leczone nadciśnienie - będę pod stałą kontrolą.
Co ma być, będzie.

To mnie nie ominie.


5 komentarzy:

  1. No i dobrze, jestes wreszcie pod opieka okulistyczna, wiec w razie, gdyby cos sie zaczelo psuc, lekarz w pore wylapie i naprawi.
    Na zjazd absolwentow tez by mi sie nie chcialo jechac, zreszta mnie ostatnio niewiele sie chce, zycie mnie mnie i meczy, wiec cenie sobie odpoczynek, chocby i aktywny, ale z dala od ludzi.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tylko krowa nie zmienia poglądów, więc zmieniłam. Pojadę, już niewiele imprez mnie w życiu czeka, a ta może być fajna :)

      Usuń
  2. Ze zjazdem absolwentów masz rację. Byłam na spotkaniu po 40 latach i jak Ty stwierdzilam że nic mnie z ludzmi nie łączy. Nie piłam, byłam samochodem i po 2 w nocy miałam 4 chetne do zabrania się, po drodze, do domu.Nie jestem nieuczynna ale jezdzenie w nocy, gdy wzrok już nie ten i odwożenie bab gdzie w domach wszyscy maja samochody to mnie wkurzyło. I powiedziałam : nigdy więcej nie chce tego towarzystwa widziec. I uczestniczyc w konkursach sikania i wysłuchiwania narzekan.To powiedziałam ja Ula

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No popatrz, a ja się złamałam, o czym piszę w następnym poście. Mnie nie czeka rozwożenie nikogo, mam osobistego szofera, jak Elżunia jestem wożona, no zupełnie jak ona, bo kierownica w tym wozie angielska jest :) Przykro mi, że masz takie wspomnienia, ale zaryzykuję, bo przed zjazdem z podstawówki broniłam się rękami i nogami, a było super i powtórzyliśmy to 3 razy, zanim zepsuła wszystko pandemia. Może i liceum się uda. Pozdrawiam, Ulko :)

      Usuń
  3. Ciesze sie, ze sie diagnozujesz. Tez mam teraz slabszy wzrok i prababcia miala jaskre...Mam nadzieje, ze dzieki kontrolom nic mi nie bedzie, do samego konca.

    Z Lobuzami poradzisz sobie spiewajaco, ale dobrze ze to opisujesz malowniczo - nie bede juz nigdy matka ani babcia, to moge sobie wbijac do glowy, ze nie stracilam az tak wiele :PP

    Bylam na spotkaniu ilustamlecia matury - no pogadalismy, czesc osob ma ze soba kontakty, ale mnie tam nie bylo dobrze ani fajnie. Mialam wredne kolezanki, zapijaczonych lub zacpanych kolegow, okropny czas w zyciu (domowym) i naprawde juz nie chce wracac do tamtych lat. Rozumiem, ze inni moga miec mile wspomnienia i chec spotykania. Ja juz nie.
    Atka

    OdpowiedzUsuń