Kochany Pamiętniczku dziś przez moment było, więc dupę w troki wzięłam i... pojechałam do pracy.
Ale najpierw po raz pierwszy fotka mi wyskoczyła z 2023 roku.
Taka to sierota od jakichś 3 lat dusiła się w 2023 w za małej doniczce, nie mogąc się zdecydować: dychać, czy żyć.
Przesadziłam w ramach fantazji i dziś
ledwo się na parapecie i w doniczce mieści. Miałam kiedyś większą, nie mieściła się w chałupce (bo było nas czworo, wprawdzie chudych jak szczypiorki, ale czworo), wystawiłam na korytarz... I jeden z najmniej lubianych przeze mnie sąsiadów, buc jakich mało, już nieżyjący, psa pod nią wyprowadzał. Mocz jej nie służył, a sąsiad szedł w zaparte, choć przyłapałam psa na gorącym uczynku. Teraz sąsiad w mieszkaniu po tym zmarłym też ma psa...
Więc mam dylemat :)
Ale potem był piątek, kiedy z MW poszłam do laboratorium. Bo ktoś dorosły musi z nią iść. Myślałam, że napisze (wiedziałam, że będzie koło 9, rozmowa z Synową jak gęś z prosięciem na MSG), że jedzie, że pójdę po nią na przystanek. Dobrze, że się ubrałam i czekałam. Jednocześnie MSG od niej i MW, że czeka koło przychodni. A mrozek był... Kurwa, kurcgalopkiem, spacerkiem to 15 min, doleciałam w 5 z ubieraniem się, rekord. O mało ducha nie wyzionęłam.
Kupy nie wzięła.
Ma donieść w następnym tygodniu, ale może już sama. Ja jestem wyłączona - work.
Za kudły do domu zawlokłam, bo na czczo. Zajęcia miała o 11, więc zdążyłam nakarmić, obładować żarełkiem i wywalić na zbity pysk.
No dobra, tragedii nie było.
W sobotę zapraszali znienacka do Lumina Parku. Od lat marzę, żeby tam iść, ale primo po pierwsze - ja błądzę nawet na swoim osiedlu, a dotarcia do parku dendrologicznego nie obczaiłam za dnia, a co dopiero po ciemku. Proponowali podwózkę od mamy Małego T., ale odmówiłam. Nie lubię robić ambarasu, no i stać mnie na taksówkę raz na pół roku. Dobrze, że odmówiłam - cały teren był nieodśnieżony i mimo odwilży - śliski. I błocko. Cóż, poczekam na lepsze warunki terenowe - Lumina jest do lutego. Albo i nie pójdę, bo ponoć dupy nie urywa :)
Sobota i niedziela minęła spokojnie, chociaż zastanawiać się zaczęłam i nadal się zastanawiam, czy JUŻ mam zawał, czy po prostu jebnął mi kręgosłup. Wreszcie, co przesiadywania przed kompem i na fotelach innych.
Wujek Google mówi, że zawał, a ja, smarując się Voltarenem mam nadzieję, że jednak kości. I mięśnie. Reklamacja co do ustawienia monitorków do I. zgłoszona, ma wreszcie przywieźć kable (a mówił, że trzeba kupić, ale ponoć ma) i ogarnąć ustawienie monitorków, cobym nie musiała szyjki wyginać. No i do tego trzymanie ajpadzika w lewej rączce, oj, ciężko pracowałam od lat na bunt kręgosłupa. Stało się, obaczymy, co dalej.
Boleć, boli, ale...
Jakoś nie padam, łapiąc się za serce, więc może przeżyję.
Noc z niedzieli na poniedziałek koszmarem była. Zasnęłam gdzieś koło 3 nad ranem po podwójnej dawce tabletek uspokajających.
Bywa.
Rano na emilku się działo. A ja wróżyłam z kart: jechać, nie jechać.
I. kopał w kubańską, że jechać.
Więc uszykowałam ubranko, siedziałam jak na gwoździach, nie na listku bobkowym. Ciśnienie mi skoczyło, jak od dawna nie skakało. Zażyłam więc kaptopril, dodatkowo dwie tabletki uspokajające i kopana w dupę przez wredne dziecko poszłam na 610. Bo 610 jedzie spod mojego bloku, okrężną drogą, przez strefę B (dlatego nie jeździłam nim do pracy, bo miałam PEKĘ tylko na strefę A, teraz mam na ABC za frico do 2054 roku hahahahaha), prosto na pętlę, skąd rzut beretem do pracki.
Nawet nie musiałam łazić.
Ale...
Wypadł z kursu (wiedziałam, że będzie się kiełbasić, jak mi się rano poniedziałkowe pasjansy jebały jeden po drugim).
Więc, klnąc, poszłam na drugą stronę ulicy. Klnąc, bo mogłam jechać 20 minut wcześniej z przesiadkami, idealnie.
Ale nic straconego, wdech, wydech, wlecę do banku, do darmowych bankomatów, wypłacę sobie kaskę na fryzjera i na zakupy na Manhattanie do świąt. Starczy. Święta mam w tym roku wersja light i oszczędna. Nigdzie nie idę. I. ma dość ogarniania obu rodzin, P. nie jedzie do teściów (chcą we własnym gronie i chwała im za to). Rodzina N. ma inne plany (hip-hip hurra). A ja mam święta, o jakich marzę od lat.
Nie ma mnie dla nikogo i super.
W niedzielę ogarnęłam wszystkie prezenty gwiazdkowo-urodzinowe (urodziny ma Papryczek, nie w moje, a chciałam, byśmy razem świętowali, ale nie, wypiął się oraz Kalafiorkówna, która też się na mnie wypięła i na złość wszystkim przyszła na ten padół łez 26 grudnia - cwana jest). Kosztowało mnie to niemało, bo... No cóż, poszła na to cała kasa z socjalnego, drugie tyle dołożyłam z pensji. A... mnie się żelazko zjebało po 20 latach i szukam taniego, ale przecież prasuję raz na rok, hurtem...
No co, mam dużo lumpów :)
Wracając na przystanek...
Dojechałam do przesiadki...
Wprawdzie uciekła mi bimba z Jak dojadę, ale tragedii nie było. Nie wiem, dlaczego, ale i bimby, i busy prawie puste o tej porze jeździły :)
A na przystanku
czyhał ma mnie kotecek. One wszędzie na mnie czyhają. (Wieczorem napisałam do Kruka, long story, zobaczymy, co z tego będzie, bo jak dla mnie taki błąd to plama na marce. Pożałować 25 zł - bo tyle może kosztować korekta takiego plakatu, na który wydano niezłą kasę, firma też kasę trzepie aż miło - obciach.)
Jadę do pracki już mniej wkurwiona, bo dorwę się do kasy w banku.
Dwa bankomaty w banku nie działają. Mówią mi, że nie mam środków na koncie i nie mogą mi wypłacić.
Męczę konsjerża, ale co on może?
Wpadam do banku, zero klientów, ale każą mi czekać, bo menedżer zajęty.
Ja, kurwa też, spieszę się na spotkanie do pracy.
I tak, dowód, sprawdzanie danych, bo może mam gołe konto i się awanturniczę o bankomaty bez daj racji, łącznie z pytaniem, na co mi kasa? A w chuj, kogo to obchodzi, na co wydam własną kasę.
Oba bankomaty są puste, cipa ze słodkim uśmiechem po sprawdzeniu mojego konta, nie wyglądam na taką kasę, trudno, moja wina, mówi, że może za godzinę będzie kasa w bankomacie.
I tak, tak jak nie wierzę w spiskowe teorie dziejów, jestem gotowa uwierzyć, że chcą nas pozbawić własnej kasy.
I nie, nie będę płacić żadnej prowizji za wypłacanie jej z własnego konta.
Ni chujenki.
Lecę do pracy, wpadam na A. wyprowadza pieska. No a ja, kurwa, boję się na kibelek lecieć w czasie pracy.
Przestanę.
Z A. się ściskamy, bo się lubimy, piesek lubi i mnie, ale A. go dyscyplinuje.
Docieram do firmy.
Karta nie działa, na szczęście na portierni siedzi ktoś, kto mnie pamięta (czy mnie jeszcze pamiętasz?), wpuszcza, ciągnie do informatyków, którzy na piękne oczy wydają mi nową kartę, wzdychając gremialnie wszyscy: pani Basia :)
LOL :)
I tak jak na poprzednią kartę musiałam podpisać trzy podania, dać klucz od mieszkania (tym razem bez fotografii pradziadka), starą kartę, którą oddawałam, lekceważą. Na nową nic nie każą podpisywać.
Idę dalej.
Karta działa.
W redakcji popłoch, że zapomnieli o czerwonym dywanie na moje powitanie.
Ale nawet Boss wita mnie jak nie przymierzając Elżunię.
Rozbieram się do rosołu u T., który od razu pamięta o zaległych dziełach i tak wyjdę bogatsza o 5 kilo w siatce
Dobra robota ma swoją wagę, o okładkę jest wojna, że nie ma na niej działu online. I dobrze, bo to bardzo niedopracowany dział, mnie witki opadają, jak go czytam. Znaczy się - zero tam korekty, nawet AI :)
M. nie ma, była u lekarza.
Kolęduję, u maszynek też.
I nikt nie widzi starej, zmęczonej życiem kobiety (serio, 11 lat na emeryturze już?), każdy widzi panią Basię.
Nice.
Idę na salę imprezową.
Stoły ciągnęły się przez dwie długie ściany.
Dopada mnie nowy prezes - widział mnie raz w życiu, jakoś przed rokiem, gdy zapoznawał się z załogą :)
Funduje mi rączkę (hmmm...) i szarpiąc moją rzecze czule: Pani Basia? Pani Basia, ta słynna korektorka, o której mi wszyscy opowiadają i pokazują jej zdjęcia? WTF? Ugryzłam się w język, żeby nie zapytać: te gołe? Zapytałam: A gdzie RODO, że zdjęcia? Nic nie odrzekł, poleciał. No ale słynna jestem, ojacierpiędolę.
Słynę z pracowania za friko pewno.
Bo słodko nie jest, to już nie jest to, co kocham.
Najpierw przemawiał prezes.
Znaczy się, jak Gierek.
Potem przemawiał Boss...
Potem z monitorka przez ponad 10 minut pierdolił gość z DE. Po niemiecku, że wiecie, rozumiecie, pomożecie.
Potem z karteczki Boss tłumaczył przemówienie z Niemiec.
Z tłumu może redaktorzy znali niemiecki. Ja nie...
Potem jeszcze dwa speeche chuj wi kogo (jestem wzrokowcem, a latach, gdy chodziłam do kościoła po 2 minutach traciłam wątek).
Oklaski, oklaski, brawa :)
Nareszcie koniec. Naczalstwo się ulotniło jak sen złoty, a plebs rzucił się na żarełko. Zjadłam karpia w galarecie (przesolony jak diabli), kawałek pasztetu, z młodym narybkiem redakcyjnym pogawędziłam, rzucając naokoło wesołych świąt, poleciałam do pokoju, gdzie zostawiłam odzienie, odsikawszy się, rezygnując z alkoholizowania się, pomaszerowałam na pętlę i złapawszy błyskawicznie 610, którym jechałam, czując się jak uprowadzona, bo
pożegnawszy tę donicę pod firmą, kiwając rączką patrzącej na mnie, idącą w siną dal resztce ekipy, która została na winku...
... doszłam do
a za chwilę była już totalna ciemność i jadąc 610 zastanawiałam się, czy cała i żywa dojadę do chatki.
Dojechałam :)
Leluje na mnie czekały, jako i emilki wysłane po 13.
Emilki olałam.
Ogarnę jutro, dziś pracowałam do 13.
A to na jutro w lodówce się chłodzi.
Aby do 16 grudnia.
A potem?
Się zobaczy.
Jeden dzień, a tyle wrażeń, co nie ;)
No i kręgosłup boli. Mam powód do narzekania.
Ale...
Nie chcę już wracać tam.
Już nie moje klimaty, choć ludzi wciąż kocham.
Może za mną zatęsknią, ale na dwoje babka wróżyła.
Młodzi mówili, że są dla mnie pełni podziwu.
Dobre i to :)
Sayonara :)










Może chcieli napisać "od ryja sobie odejmij, ale prezenty u nas kup"? 🤔😉😁
OdpowiedzUsuńA wiesz, że ja, głupia cipa, na to nie wpadłam. Jestem daleko za Murzynami w dzisiejszych zakręconych czasach :P
UsuńNie przeklinaj mi tu w obcych jezykach, bo nawet tlumacz gugla popadl w stupor i gada od rzeczy.
OdpowiedzUsuńAz sie wzruszylam, kiedy czytalam, jak Cie przyjeli w pracy po 11 latach. Jakbys wczoraj odeszla. No ale na takie powitania trzeba sobie zasluzyc. A gdybym tam byla, to bym Ci tlumaczyla symultanicznie buhahahaha!!!
Ale z calego serca Ci zycze, zeby przestalo bolec i ciesze sie, ze to jednak nie zawal.
To początek O sole mio, może źle zapisałam i tłumacz zgłupiał :) Po 5, kochana, po 5 - tyle lat jestem na home office i byłam w redakcji w tym czasie może z 3-4 razy? A pracuję tam już 15 lat - dokładnie. Wciąż mnie namawiają na powrót, na całe szczęście nie ma wolnego pokoju, takie przetasowania były, wprowadzili na piętro także redakcję tygodnika i ogólnie - garstka moich i same obce twarze. Nie, nie wrócę tam nawet za wyższą pensję. Jeden z człowieków (bo go nie znam) wpadł na genialny pomysł, udawał, że tłumaczy na język migowy - gros pracowników to teraz marketing i reklama, a tam raczej nikt nie zna niemieckiego. Dziennikarze w większości znają, bo to jest u nas wymagane, no i często jeżdżą do DE i artykuły z niemieckiej redakcji tłumaczą (bo to jednak jest z DE powiązana gazeta). Dziękuję, smaruję się i jakoś jadę. Też bym nie chciała zejść na zawał, bo to bolesne jest. Chociaż mój ojciec, który zmarł na drugi zawał, zwykł był mówić: zawał to kawał.
UsuńMoze i bolesne, ale przynajmniej trwa krotko i czlowiek nie lezy miesiacami w lozku zalezny od innych. Wolalabym zawal od raka pluc na przyklad.
UsuńMuszę się tuz Tobą zgodzić, jak najbardziej :) Żadnych skorupiaków :) Skorupiakom mówimy stanowczo NIE :)
Usuń