że grudzień zakończyłam w listopadzie, Kochany Pamiętniczku, to teraz już jestem po styczniu i w styczniu wskoczę do lutego.
Szło dziś jak po grudzie i gdy już wydawało się, że koniec, w Brukseli podpisali ten jebany traktat z Mercosur i... wypadła strona z wywiadem, bo okazał się nieaktualny i musiałam czekać na omówienie traktatu. Cóż, zawsze coś, jak nie jakaś dymisja, to nowy minister, albo jakiś traktat.
I ta, uroczyście zakończyłam pracę w tym roku i - mam prawie 3 tygodnie wolnego, do 6 stycznia.
Można zazdrościć, aczkolwiek z doskoku będę pasała bydełko, ale bez spiny.
Mam już otwarte wino, posłane łóżeczko, popiszę sobie ku pamięci i prosto w objęcia Morfeusza polecę. A co.
Mogę jutro spać do wypęku, a przez najbliższe 3 tygodnie wszystko mogę, nic nie muszę.
Na koniec popisałam sobie z Panią M i była zdziwona, jak bardzo mam w dupie święta.
Bo ona w tym roku wyprawia.
U nas też się zmieniło - nie D., a włości. Co mnie wkurwia, bo zjedzie się cała familia N. I nie wiem - narzeczona, psiapsiółka teścia I., osoba nudna do wyrzygu. I jak z D. spokojnie by mnie I. odwiózł do domu, tak tu nie mam wyboru - muszę liczyć albo na podwózkę od N., z którymi jeździć nie muszę, albo na nocleg. A i I. może mnie odwieźć, ale... to po lataniu wigilijnym (a jaka to mordęga, to ja wiem najlepiej) ma jeszcze po ciemku mnie odwozić i wracać - jak dla mnie niehalo.
Ale pewno będzie argument, że za rok jadą pod Warszawę, bo N. sobie chałupę wykończy i będą tam całą ekipą świętować. Dobrze, że mają psa, bo ja się nie zmieszczę i nie będę zobligowana do jazdy :) I jak dożyję, bo na dwoje babka wróżyła, to wreszcie spędzę święta tak, jak chcę - sama, w ciszy i spokoju.
I tak, zrobiłam jeszcze raz testy - mam i autyzm, i ADHD, i jestem introwertykiem.
Idealnie - mogłabym żyć po swojemu.
Wnukami nacieszę się w międzyczasie, niekoniecznie w święta.
Tegoroczne święta to masakra, bo w sumie 5 dni wolnego. Więc będę musiała ogarnąć zapasy na 5 dni - niby nie tragedia, ale jak się nie chce żreć na okrągło bigosu i barszczyku, to jednak problem.
Ale... pomyślę o tym jutro.
Na razie cieszę się jutrem (o ile nadejdzie) ;)
W międzyczasie wplątatałam się, czekając na pracę, w pyskówkę na osiedlowej grupie. Bo od dwóch tygodni nie mogłam otworzyć naszego śmietnika (mamy śmietnik zabudowany, zamykany, zadaszony). Znów ktoś zgwałcił zamek. Tuptałam więc do śmietnika przy sąsiednim bloku - tam o dziwo mój klucz działał. Po jakimś czasie okazało się, że łańcuch od bramy w moim śmietniku (tam, gdzie służby wytaczają kontenery) jest przecięty, no to wchodziłam bramą. Wkurzona, a i znudzona czekaniem na pracę rozpętałam gównoburzę na grupie: zostałam odsądzona od czci i wiary, że przez te dwa tygodnie nie zadzwoniłam do spółdzielni i nie zgłosiłam problemu (nosz, kurwa, nie muszę się chyba tłumaczyć, że głucha jestem na osiedlowej grupie), że mogłam maila napisać (mogłam, ale śmieci wynosiłam kurcgalopkiem w najgorszych dniach pracowych, a potem zwyczajnie zapominałam o emilku, zakładałam też, że ktoś inny to zgłosi). A mamy po przetargu jakąś nową grupę sprzątająca i tak jak kiedyś dozorca to ogarniał, to ta grupa to jakieś sieroty - młodzi, oparci na miotle i ze smartfonami w ręku, zostałam też oskarżona o mobbing grupy sprzątającej, że pewno z konkurencji (poniekąd, albowiem ja też w sumie w swojej pracy sprzątam po redaktorach) :)
I tak w niedzielę, mając dość ataków, napisałam do spółdzielni emilka. A że nie wiedziałam, kto tam się tym zajmuje, a pod ogólnym adresem spółdzielni miałam parę nazwisk, tom, przepraszając za obarczanie problemem (a kurwa, wszyscy, którzy tam w stołki pierdzą, pierdzą za moją kasę, ale ja grzeczna kobietka jestem) opisałam problem. W poniedziałek dostałam emilka od wiceKURWAprezesa samego, zaszczyt mnie kopnął, co nie, że dlaczego śmiem pisać na grupie, a nie do spółdzielni? Że widocznie mam zepsuty klucz, że mam się natentychmiast wybrać do spółdzielni i że dostanę nowy klucz. Że wszystkie zamki są codziennie i systematycznie sprawdzane przez odpowiednie służby spółdzielni... I per Pani Doroto do mnie, kurwa, dobrze, że nie po nazwisku, bo po nazwisku jak po pysku. Fakt, na FB (stamtąd pewno mu albo pokazali, albo jest na grupie) występuję jako Dorota, bo więcej osób z mojej prywatności zna mnie jako Dorotę, Basi nie kojarzy. No i z emilka Doroty poszło, ale podpisałam go urzędowo pleno titulo z dokumentów. A że jawnie mnie robił w chuja i wydymać chciał, odpisałam, że wszyscy wchodzą przez otwartą bramę, i już mnie korciło, żeby mu napisać, że świń razem nie pasaliśmy, ale nie chciałam przesadzać, zwróciłam tylko uwagę na konieczność czytania ze zrozumieniem: na podpis.
Kurwa.
Przeprosił i zaprosił po klucz.
No dobra, ale dlaczego ja mam leźć po klucz (spółdzielnia pracuje w godzinach mojej pracy), skoro taki klucz można spokojnie wrzucić do szpary unijnej z miłym liścikiem? Za co ja im w końcu płacę? A pensje mają nieziemskie, że ojapierdolę - i to ja im, kurwa, płacę, mieszkanie jest własnościowe, więc moje, a nie spółdzielni.
Nos do tabakiery, czy tabakiera do nosa?
Olałam. Śmieci przeleżały (bio) na balkonie cały poniedziałek, ale mrozek był, zapakowane szczelnie, to nic im nie groziło :)
We wtorek rano, jako że rasową alkoholiczką jestem, a żadnego wina w domu nie było i wiedziałam, że po pracy będzie ciężko, wywaliłam się bladym świtem (sic! 6 rano, a zazwyczaj wegetuję w łóżeczku co najmniej do 8...), dzięki czemu pięknie przywitał mnie dzień...
I tak, kontemplując zaokienne widoki, śniadając, ogarniając się, poleciałam do Lidla po wino, z nadzieją na upolowanie jakiegoś badyla, ale poza gwiazdami betlejemskimi, absolutnie niekompatybilnymi ze mną, no i było minus jeden, więc do Gwiazdki i tak by żadna u mnie nie dotrwała, więc zamiast tego dałam Owsiakowi (już można), zamiast Rydzykowi. To chyba dobrze?
A po drodze było przezajebiście i fantastycznie
i chciało się żyć, choć żal było tych duszyczek, które nie słuchały, że jak pijesz, to nie latasz...
... i marnie skończyły. Ale jeszcze nie piłam, przechodziłam po pasach. I dotarłam do domu cała i zdrowa.
Jako że na poczcie było jeszcze pusto, a po drodze widziałam, że kontener na papier, ostatnio zapchany pusty jest, poleciałam z bio i z torbą z Action, w której zbieram papier, zapełnioną po kokardkę i kucyki wydruczkami.
I tadam...
... za kontenerem z papierem gemela na medal...... brama szeroko otwarta...
Furtkę otworzyłam do zdjęcia sama - klucz, aczkolwiek z oporem, przekręcił się.
Serce mówiło mi napisz do tego wice i zapytaj.
Ale rozum podpowiedział, że mają to w dupie, skoro nikt nic nie ogarnął, a łańcuch i kłódka zniknęły z bramy i każdy może nam śmieci podrzucać, za co my w czynszu płacimy.
Wzdech, wydech, wzdech, wydech - co się będę kopać z koniem, jak mają mnie za idiotkę i nikt nie czyta ze zrozumieniem? Że BRAMA jest otwarta, problemem jest zepsuta wkładka, a nie mój klucz?
Jestem odporna na hejt, ale jak jest praca, pracuję, nie polemizuję z debilami. I nie będę latać do spółdzielni po klucz i rozmawiać z ludźmi, którzy ze mnie robią kretynkę. Mnie płacą za czytanie ze zrozumieniem i za myślenie. Jestem tylko głucha, nie głupia, wbrew pozorom.
Druga aferka, w którą się wkręciłam na FB to na grupie dzielnicowej. Bo ja Zielony Dębiec jestem, chociaż coraz mniej zielony.
I tak rada owej dzielnicy pochwaliła się (a siedzą w niej te same bezczelne debile, co w mojej radzie osiedlowej), niektórzy się dublują, że
jak to pięknie posprzątali w Red Parku liście. Red Park znany jest jako osiedlowa sralnia dla psów, ale nie powiem, mały, przytulny, jest tam fosa i fort z umocnień. Idealny na przelecenie na kijkach :)
Najnowsze zaś badania mówią jasno i wyraźnie - nie sprzątać liści z trawników, albowiem... kto chce, niech poszuka, mnie się już nie chce wypisywać. Sprzątanie liści zalecane jest z chodników i jezdni, z alejek parkowych, żeby poślizgów nie było, ale trawnikiI rzeczona zostawiać w spokoju.
I rzeczona Rada zaczyna się bronić, albowiem pojawili się i inni krytycy. Że to nie ona, że ona tylko kaskę daje, a sprząta ZZM. A ponieważ ja uparta jestem i jeszcze popierałam inne krytyki, zaczęli mi tłumaczyć jak krowie na rowie. Że ja (jako Rada) mam kaskę i zlecam pracę wykonawcy - sama nie remontuję, płacę tylko (wykonawcy ZZM). Dla mnie to logiczne, że jak nie dam kasy, to nikt nic nie wykona. Że gdyby nie dali kasy ZZM, to ten by nie grabił liści (tak samo jak nie kosiłby trawy niepotrzebnie jak jest susza, zimą, inne takie tam). Ale nie - nie mam racji, nie znam się na pracach rad osiedlowych. No fakt, nie znam się, ale dla mnie logiczne - rada ma kasę na roboty, nawet z określonym budżetem - i jak tej kasy nie da, to prac nie będzie. Ale nie - jak dziecku tłumaczą, po polsku, po niemiecku - że skoro taka wyszczekana jestem, to mam wystartować w następnych wyborach do rad osiedlowych, jednocześnie jojcząc, że to bezpłatna praca (musiałabym na łeb upaść), że mają tylko diety komunikacyjne (na chuja mi - zbiorkom mam za bezcen, samochodu nie mam, a chodzika jeszcze nie potrzebuję). Że mogłabym pomóc osiedlu. Ja, ciężko pracująca staruszka? współpracując z łapówkarzami, bo może i za pracę im nikt nie płaci, ale wiem, kto tam siedzi. Żaden ogarnięty i rozsądny człowiek nie zlecałby koszenia trawy zimą ani w czasie posuchy. I nie powoływałby się na niezidentyfikowanych uczonych (bez podania nazwisk), twierdzących, że trawniki w parkach muszą być wygrabione na glanc, również nie podając źródeł badań.
Tak jak ci jebani ekolodzy, przyklejający się do asfaltu, w imię ratowania planety :)
Więc tak, jestem okolicznym wrzodem na dupie jak widać.
Zakałą społeczeństwa.
Wyrzutkiem.
A teraz, o ile uda mi się jutro wstać, to będzie piękny dzień, niezależnie od okoliczności przyrody :)
Pierwszy z 21 dni wolności...
Najpiękniejszy...
Plan mam :)
Ale zobaczymy, co wyjdzie w praniu :)













Spoko, SJ, u nas tez debili nie brak. Kosza trawe regularnie co trzy tygodnie i niewazne, ze susza i zamiast trawy lezy zolte siano, trza skosic, bo zlecenie. Lisci na trawnikach tez nie ma, bo ma byc ladnie i schludnie, bylo zlecenie. Jestesmy otoczeni idiotami. U nas o srodowisko dba sie nakladaniem nowych podatkow, a nie mysleniem.
OdpowiedzUsuń@Ania, to koszenie trawy to jakaś głupota globalna, nie tylko lokalna, jak widać. U nas koszą nawet przy padającym deszczu 🤦♀️ Latem zaś do totalnego absurdu dochodzi, bo trawa na naszym patio fifty-fifty - część plastikowa (🤦♀️) tam gdzie 3 sprzęty pseudo edukacyjno-rekreacyjne dla dzieci i część trawy posianej, której de facto brak, bo jest stratowana przez psy; sam piach. No ale regularnie pojawia się dwóch gości z kosiarą i podkaszarką i lecą z tym koksem zostawiając za sobą tumany kurzu i smród. Żeby było śmieszniej patio ma wielkość chustki do nosa i szybciej by tę trawę ścieli nożyczkami niż rozłożyli sprzęty 🤪
UsuńSię zgadzam. Bezapelacyjnie :)
UsuńNiech żyje wolność!😀Zasłuzylaś!🍷!
OdpowiedzUsuńBezapelacyjnie, ale i tak dziękuję za poparcie.
Usuń