poniedziałek, 22 grudnia 2025

Co 15 minut

 Kochany Pamiętniczku, muszę sobie przypominać, jaki jutro jest dzień. I nie, nie mam sklerozy AŻ takiej, ale te święta w tym roku tak dziwnie ustawione, a na dokładkę urodziny Kalafiorkówny, zorganizowane nie w terminie rozwaliły sprawę do reszty. Synowa miała po prostu dość (I. też, ale on nie piekł) organizowania imprez przez pół grudnia. Bo teraz taka moda, że urodziny dzieci mają wyprawiane, na szczęście w coraz mniejszym gronie, bo w przedszkolu to jeszcze cała grupa przychodziła, a wynajęcie sali zabaw to jednak duży wydatek, a to grudzień. No i posrane też mają, bo zawsze MUSI być cała rodzina N. W tym roku tym spod Warsiawki pasował 20, to wyprawili imprezę 20. Dla mnie w plecy, bo zamiast ogarnąć na spokojnie zakupy Manhattanowe i inne spędziłam dzień na dojechaniu na włości, no i wróciłam śpijmą nocą, kiedy pluskwy się na ścianach grzmocą :) I już byłam do tyłu o sprzątanie korytarza, bo po 21, zmęczona, nie będę jechała na mopie. A w piątek, jak wiadomo, godziny przegadane z M. i Baranem.

I tak się sprawa rypła :) 

No i ci z Warsiawki mieli nie być na święta, a są.

I ja, kurwa, mam wszystko układane pod N., bo ten smród jeden z drugim (znaczy się Alienek i jego ojciec) robią takie shrekowe oczy i...

Znów cały pogrzeb na nic.

Pierworodni kilkakrotnie podkreślili i to mocno, że oni w tym roku w swoim gronie (nareszcie), wojują z tymi z O. Ale też ani słowem się nie zająknęli, żebym do nich wpadała. A jak są ze sobą już 15 lat - nigdy mnie nie zaprosili. A mogli, chociażby pro forma, majątku by na moje żarełko nie potrzebowali. A ja się nawet nie zająknęłam. Dosyć się w życiu naorganizowałam, także dla nich przez kilkanaście lat w UK.

Mnie naprawdę nie bolałoby, gdybym ten dzień spędziła sama. Mogliby się wszyscy   na kamerce pokazać i git majonez...

A ja bym sobie spokojnie dwa kieliszki wódki na pusty żołądek rankiem wypiła (to stary śląski obyczaj, nauczył mnie Baran - jak się wypije na obie nogi, to się potem cały rok jest zdrowym - sprawdza się). 

I tak wypiję - stuknęłam się w ten gupi łeb, bo ja wódki nie piję, ale przecież są te małe buteleczki :)

Zacznę rano, poprawię wieczorkiem, będzie git majonez. A że będę lekko wcięta od rana? Trudno. I znów będę im za wcześnie w tym pierdalniku, ale... Zbiorkom kończy pracę o 15. Zawsze jeździli do 17, w tym roku do 15. Tak samo jak na tę wolną Wigilię od pracy narzeka handel, bo sieci pracują do 1 w nocy niektóre.
Zresztą jak dziś patrzyłam na pracowników handlu, żal mi dupę ściskał, tak sterani. Bo na dokładkę wszystkie niedziele w grudniu były handlowe.

Nie pojechałam na zakupy w niedzielę, bo w sobotę połowa  ekipy kichała bez skrępowania i mnie w niedzielę tak skręcało, że pół dnia przeleżałam w łóżku, ale na szczęście ta ubiegłoroczna wódka w Wigilię postawiła mnie po południu na nogi, ale dałam radę tylko pyry z gziką ogarnąć.

Dziś już było OK, ale znów zerwałam się rano, bo chleb...

Zanim się ogarnęłam, MSG od mojej Naczelnej. Czy może wlecieć ok. 10.30 jak pojedzie na trening... Albo o 12.30 po treningu. Bo ona i JB (najbardziej przeze mnie zjeżdżany człowiek w redakcji, teraz Wice) ufundowali mi prezent gwiazdkowy i chcą podać.

No i co miałam zrobić? Po namyśle stwierdziłam, że 12.30 jest lepszą wersją - bo planowałam spokojne zakupy, a wiadomo jak to przed samymi świętami.

Bo ryby już miałam od dawna, ale nie wiadomo dlaczego FB atakował mnie rolkami ze śledziami w pierdyliardzie wersji, które to rolki skrzętnie zapisywałam, nawet śledzie proboszcza, z marynowanymi grzybkami (koleżanka mi podrzuciła też takie), a mój ślinotok po każdej rolce był coraz bardziej przerażający :)  Więc w rybnym czekała mnie kolejka. A że w sumie w dupie mam post, raz, że już mam dyspensę (jestem po sześćdziesiątce), dwa, że w Wigilię od lat nie ma postu, a trzy, że atakowały mnie rolki z pieczonym schabem, chciałam jeszcze do rzeźnika wskoczyć. No i w sumie jestem apostatką i jem, co chcę,  nie oglądając się na kościelnie reguły. Ale kolędy śpiewam w wannie, bo mogę i lubię, i nikt mi już nie zabrania śpiewania :)

I tak, w piekarni okazało się (olaboga, że w tym roku w sobotę będą zamknięci, bo tak), czyli muszę mieć chleb na 6 dni. I dobrze. Ciasto zapakowałam do torby, która zawieszona na ramieniu, spadała mi co chwilę i przeszkadzała w innych sklepach. Kapustka, ogóreczki w kiosku. Kapustki 30 deko, żadnych bigosów. Kurcgalopek przez Manhattan, dobrze, że gałęzie i jemiołę (kurde, mam alzheimera, uciekło mi słowo, pamiętałam po angielsku, którego się w życiu nie uczyłam, a zapomniałam polskiego) ogarnęłam w ubiegły piątek.

Kupiłam wszystko oprócz pyrów.

Pyry z Manhattanu ostatnio są do dupy, kupuję w markecie.

Malutki rybny, duszę się z braku powietrza. Ludzie wynoszą tony karpi. Pan patrzy na mnie zdziwiony, bo ja zawsze karpia tam kupuję, a tym razem tylko 7 matiasów. Nie zauważam w tym roku, że są te lepsze, wymoczone, ale tłok, spadająca siatka, kupuję niewymoczone. No nic, mam mleko, które się za chwilę przeterminuje, więc no problem. A z tych 7 matiasów będzie śledzi z 7 rolek :) Nawet żurawinę mam, więc tralalala :) Pól godziny w plecy. Nowy stragan z karpiami milickimi zbankrutował (albo mu się towar skończył), ale stary stoi i ma się dobrze, a kolejka jak za komuny. 

Przy okazji odkrywam, że wywalony z Biedronki z Alei Żula bankomat Planet Cash, wypłacający bez prowizji, jest na miejscu dawnego bankomatu już nie pomnę jakiego, więc z radością wypłacam 300 zł bez prowizji na wszelki wypadek, jakby coś teraz jebło.

Patrzę na zegarek i się łamię. Jest prawie 10. Zakładam, że zdążę i lecę do Galerii do rzeźnika, Bo to dobry rzeźnik (przedtem zajrzałam do rzeźnika przy Manhattanie, ale była ta niesympatyczna prukwa, której nie cierpię, więc nie, nie stanęłam w króciutkiej kolejce. Zawsze kroi, mimo próśb wędlinę tak grubo, że na 15 deko wchodzą 4 plasterki. A ja gupia nie umiem tego nie kupić, więc nie). W Galerii dłuuuga kolejka. I popierdolone staruchy (tak, też jestem staruchą). Każdy kawałek mięsa oglądają, marudząc, 5 razy, by w końcu wziąć ten, pokazany im na początku. Wykupują pól sklepu (wolno im), na zasadzie 5 plasterków tego, 10 tego, a tego 3,5... Kurwa. A może jeszcze 2 plasterki salami? A ta kiełbasa to jaka? 1,5 godziny stania. Chciałam wołowinę, ale była nędzna, więc będzie schab z rękawa i cycki kurzęce mam na wszelki wypadek (kiosk z kurakami zamknięty na Manhattanie, dobrze im się powodzi, bo co rusz zamykają, nie opłacało im się na te 2 dni otwierać). Żadnej kartki, nic.

Lecę kurcgalopkiem do Aldi, bo... badylki.

No co...

Wielkiego wyboru nie było,  ale...


 Szczawik mam, no co, już na nowy rok :) 

 Oj tam, oj tam :) 

Bo mogę.

Kurcgalopkiem do chałupki, jestem przed 12 i piszę do pani M.

Ona już kończy trening i zgodnie z zapowiedzią, parę minut po 12.30 ląduje u mnie.

I tak, doceniam.

Bo jak pracuję już ponad 40 lat, bo przerwa na dzieci była, to nigdy, ale to nigdy żaden z moich zwierzchników tak o mnie - dokładnie o mnie, indywidualnie - nie pomyślał. Żeby mnie docenić o siebie, nie z firmowej kasy.

Chciałam podać kawkę, ale nie - p. M. przepraszała, że zakupy, że gary.

Doskonale rozumiem, bo sama, choć bez rodziny na karku ledwo zipię.

Ale te parę minut było fajne... 

Dostałam od firmy (bo dawali w redakcji) bombonierę z czymś, a jakże z logo firmy, ajwajwaj :)

A resztę ufundowała z własnej kieszeni M. i JB., niemiłosiernie poniewierany przeze mnie od 15 lat :)

Łączy nas szczególna więź, bo oprócz tego, że grożę mu kupnem wieńca na mój grób, jego córka i moja Kalafiorkówna są rówieśniczkami i mają tak samo na imię :) 

Ale abstrahując, wzruszona jestem, bo dostałam od nich portret redakcyjny, żebym zawsze miała ich na oku :) I miód, a że miód dostałam też w piątek, zamiodowana jestem na amen. Alienek oszaleje i u mnie zostanie. I to dobry miód, nie żaden chlam z marketu... W sumie: nie jestem taka najgorsza, co nie? A p. M. nie uwierzyła, że mam tyle lat... Ale też nie zacukała się i chce, żebym z nimi była.

To miód na moje serce. 


 Gazetkę miałam, dałam w piątek M., bo choć szczęśliwa na nowych śmieciach, to jednak... 

Cóż, wszyscy jesteśmy sentymentalni...

Poleciałam potem jeszcze do Lidla po te zaległe pyry, a że w lodówce miałam jeszcze ugotowane pyry z wczoraj (ponoć takie są najlepsze do żarcia), poszłam po linii najmniejszego oporu.

Błyskawicznie przeleciałam korytarz, sąsiad się dziwił, że w poniedziałek, mówię, że zabalowałam w sobotę. Powiedział, że mogłam odpuścić. Aż mnie zatkało. Ale ogarnęłam wszystko i za to mi cześć i chwała.

Odsmażone z  cebulką pyry ze srebrzykiem (dlatego będzie mi brakowało rzeźnika z Galerii - srebrzyk i twaróg od prywatnego wytwórcy - miodzio) - szybki obiad i takie też będą w święta. 

Żadnej pompy, celebrowania, przeżerania się (tu już spuszczę zasłonę milczenia, bo sama nie jestem bez grzechu - I. zawsze podaje chipsy i sosiki, więc żrę, bo w domu tego nie mam - zeżarłabym całą pakę chipsów, jak i nie dwie).

No i potem klapnąwszy na fotelu (jutro tylko ten schab i śledzie, jak się wymoczą, a potem jazda na miotle, bo asparagus sypie niemiłosiernie, lepiej jak choinka), pocztę odpalam...

I kolejny szok.

 Bo ja w piątek mimochodem wlazłam na rejestrację do okulisty. I był termin na 2 kwietnia. Koliduje z maszynkami, jest w sumie o miesiąc później niż miałam przyjść, ale ogarniemy. Się rejestruję i się zawiesza. Że przychodnia nie potwierdza. Na maila przychodzi info, że trzeba dzwonić. A że I. ma wolne, proszę o telefon, podając dane z maila. Dzwoni. Dodzwania się, ale pani mówi, że to lekarz rodzinny, a nie okulista i że ona nic nie może. I zamiast mu, kurwa, podać numer do okulisty, radzi mu, żebym odpisała na emilka. Nie miałam siły już męczyć I., który ogarniał sobotnią imprezę córki, więc piszę mu: odpuść. Sprawdzam emilka: e-mail wygenerowany automatycznie, prosimy nie odpowiadać.

Cóż było robić, Paweł ani pisnął, wrócił do siebie i czapkę nacisnął. 

A dziś sprawdzam poczty, jak co dzień i...

TADAM :) 

Wizyta zaakceptowana. 

A już pisałam scenariusze wyprawy do Puszczykowa :P 

I...

Dziś moja Mama miałaby 103. urodziny...


 

 Nie ma Jej już od 55 lat, a boli, jakby to było wczoraj.

To nieprawda, że czas goi rany.

Wciąż z nadzieją, że JEDNAK się spotkamy.

A zapach Jej rękawiczek i tiulowego szalika z TEJ torebki coraz słabszy jest, więc otwieram ją raz  roku.

Dziś jest ten dzień.

Dzień Twojego zapachu, Mamo...

Kocham Cię, chociaż czółenka po tylu latach wyniosłam na śmietnik.

Zamszowe czółenka ze startymi obcasami.

Ale torebka, szalik i rękawiczki wciąż są.

I Twój portret na ścianie: babcia Miecia. Źródło wielu nieporozumień, no bo babcia Miecia :) 

Wciąż Cię kocham, tak mocno, jak to tylko w życiu możliwe - kochać. 

 

 

 

7 komentarzy:

  1. Co to jest srebrzyk?
    Oraz nie mam sily pisac komentarzy, za to napisze post.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Taka pyszna rybka. Opiekaną w occie kupuję. Ani jednej osteczki i nic rybą nie wonieje. Bardzo polecana i zdrowa.

      Usuń
    2. Nigdy w zyciu o niej nie slyszalam, a przeciez ojciec byl wedkarzem. Za moich czasow w sklepach tez nie bylo.

      Usuń
  2. Wszystkiego najlepszego na codzienność i święta.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję, jako i Tobie wszystkiego dobrego, co życie może dać :)

      Usuń