właśnie minął, Kochany Pamiętniczku.
A mnie właśnie naszła myśl, jak daleko świat poszedł naprzód i jak daleko jeszcze pójdzie?
Doczytałam się, że Chińczycy zbudowali już pociąg jadący z prędkością 400 km na godzinę, a chcą osiągnąć 4 tys. na godzinę.
Świat zwariował.
A moja mama zmarła, bo zanim ja dotarłam na posterunek milicji, gdzie był telefon, z którego mogłam wezwać pogotowie z K., które dojechało jak dojechało...
A ja dziś śledzę, jak moje dziecko leci, nie ruszając dupy z fotela. I wściekam się, jak ktoś nie odpisze na wiadomość odpowiednio szybko.
I na pocztę się wściekam, bo...
Wyrwałam się dziś po pracy do Lidla, bo na chlebek mam tylko pomidorki, a w szparze unijnej awizo. I miły list z mojej AR, na który czekałam.
Wściekła jak diabli to awizo wyciągnęłam, bo byłam cały dzień przykuta do obu kompików.
No i jak na złość nie położyłam obok żadnego ustrojstwa, które raportuje o dzwonkach do drzwi. Odszczekuję - listowy dzwonił. No ale być może leciałam w tym momencie od kompika do kompika, nieważne. I - na szparze unijnej miałam przylepione R w kółeczku, co oznacza, że polecone powinni mi do skrzynki wrzucać. Co też im jutro wytknę. Ktoś to R oderwał - namaluję sobie to, kurwa, pisakiem. Powinni mieć to systemie i wrzucać, nawet bez tej naklejki!
A żeby było śmiesznie, PP, bankrut pracuje u nas teraz od 11 do 17. Czyli ni chuja w tygodniu takim jak teraz nie mam jak na nią dotrzeć :) Napisałam do pani M., bo tylko w poniedziałek jest poczta czynna do 20, no i mam błogosławieństwo, że mogę na nią lecieć. Bez tego bym chyba ocipiała. M. napisała, że dosyć mnie wykorzystują. Nerwuję się, bo awizo jest na Barbarę, więc od nikogo prywatnego. No ale na jedno nazwisko, a urzędowe są zazwyczaj na dwa :)
No i chuj.
A że będę A. potrzebna, bo musi świnie zamknąć, a o 12 wyjeżdża, więc pewno dopiero po 12 ogarnę, kto mnie prześladuje.
A nawet Boss, który w Australii siedzi i emilki mi słał przez sekretariat, tłumacząc, że emilki od niego do mnie nie dochodzą (bo nie odsyłam ich 5 minut po otrzymaniu, hahahahaha, przeczytajcie ze zrozumieniem 4 strony gazetowe w formacie A4w 5 minut, ogarniając jednocześnie merytorykę, ortografię i interpunkcję oraz literówki), pochwalił mnie dziś, pozdrawiając z antypodów. Bo redaktor, który mu wlewał wywiad, nie ogarnął, grafik też dał dupy, a ja... No cóż, marnie mi płaci, ale swoją robotę odwalam uczciwie. Nawet jak czasem muszę się urwać. Bo jestem człowiekiem i mam życie osobiste, co nie?
A I. już nad Niemcami leci :)
Ominął mnie wycug - nawet nie pytam, jak rozwiązali ten węzeł gordyjski, Synowa jeszcze w niedzielę nie widziała, czy tato jej pomoże (ja bym się załamała nerwowo).
Nie dałabym rady ani wczoraj, ani dzisiaj polecieć po Łobuzy, z kundlem na siku mogłabym skoczyć, ale dosłownie na sekundkę, a nie na ten południowy spacerek. Trudno. Babcia pracująca ma swoje zalety, ale i wady ma i nie zawsze może stać na baczność.
Na wysokości Hanoweru już jest...
W sumie to nawet lepiej, nie ukrywam, że to dla mnie coraz bardziej męczące.
Gwiazdkowe ustrojstwa jeszcze w czeluściach szafy, może w sobotę ogarnę, wszystko w tym roku jakoś dziwniej i inaczej się ciągnie.
Tylko światełka już migocą. Dziś przed południem słonko było, to się trochę lżej na duszy człowiekowi zrobiło, bo tak to szaro-buro jest.
Ale nie, nie tęsknię za białą zimą.
Przez ostatnie lata przyzwyczaiłam się do lekkich zim. Znów mam kaloryfery wyłączone, bo nawet jak ustawię na 1, to za gorąco mi jest. Włączam tylko ten w łazience - drzwi mam otwarte, to grzeje na cały dom. W małym pokoju, jak pranie mam. A dziś miałam przez dwie godziny rano balkon szeroko otwarty - nawet jak się kąpałam - przy otwartych drzwiach łazienki - luksus samotności.
I to właśnie lubię w swojej chaupce.
Brunszwik już minął...
Oczywiście, leciał na wysokości Brunszwiku, nie zaś dokładnie nad nim.
Jeszcze Berlin, a stamtąd rzut beretem do Koziołkowa.
Na zupkach jadę. W sobotę odbiło mi i zwłoki kupiłam i włoszczyznę.
Jako że w niedzielę zlecieli się na torcik (było cudnie, poszliśmy pożegnać Da Grasso - w grudniu zamykają Galerię i będziemy na pustyni mieszkać), a ja w sobotę na poprzednim rosołku ogarnęłam żurek marzenie, więc sobotę i poniedziałek sponsorował żurek (I. nie chciał, bo we wtorek wylatywał, a jego żonie nawet nie śmiałam żurku własnej roboty zaproponować). We wtorek wyszła zatem wspaniała ogórkowa. A dziś kapuśniaczek, bo w sobotę dorwałam i ogórki, i kapustkę chrzanową. Mam jeszcze obiad na jutro i na piątek (3 dni na kapuśniaku), a jeszcze w lodówce zielenina...
Dojadę do wtorku na tym, co mam i potem będę FREELANCEREM.
Do 6 stycznia, jak DEREKTORY mi ten jebany urlop podpiszą.
Bo P. M. już nie podpisuje, ani jej zastępca, ale DEREKTORY. A tym nie wiadomo, co jebnie. No nic.
Mam jeszcze do odebrania 19 dni urlopu za 2025 r.
Tak, tak, mimo dwóch tygodni urlopu, który odebrałam, bo potrzebny był do wczasów pod gruszą.
Już na wysokości Berlina jest :)
Komputer pokładowy na Apollo 11 miał mniejszą pamięć, niż moja pierwsza mp trójka.
Mój ajfonik ma 256 GB, z czego wolne jest jeszcze prawie 160 (mam tempo, nie da się ukryć, ale wiele z niego jest do wyrzucenia).
Gdzieś w czeluściach chaty mam dysk 1 T.
Prawie pusty.
W chmurze dopłacam kilkanaście złotych co miesiąc, żeby tam spokojnie wrzucać moje elektroniczne śmieci.
Nie wiem, ile ma mój kompik - dużo.
Od tego mam I., nie łażę tam, gdzie nie muszę, żeby nic nie poprzestawiać :)
Już za Gorzowem :)
I wciąż pamiętam, jak wkurzyłam moje bezcenne dziecko, gdy podkuszona przez Postmana, zainstalowałam na moim netbuczku, który woziłam do UK, by mieć swoją zabawkę (kosztował wtedy jak za zboże, dostałam go od I. w prezencie) wygaszacz ekranu w postaci kominka. Bo Postman miał takie cudo na swoim maczku... Mój wygaszacz był wirusem i biedne kochane dziecko namęczyło się, zanim udało mu się netbuczka doprowadzić do stanu użytkowania.
Teraz już nie klikam, nie ściągam, nawet nie uaktualniam niczego bez zgody mojego Idealnego Informatyka :)
Rozmawiałam z nim ostatnio o świecie kompików - cóż, pojebało mnie na stare lata. no i dzięki niebiosom, żem nie tak dawno kupiła sobie nowe ustrojstwa. Sytuacja geopolityczno-polityczna , zwłaszcza ze strony Chin nie napawa optymizmem. Darczyńcy przyszłorocznych komunistów (znaczy się tych, co do I Komunii pójdą) dostaną w dupę. Mój wypasiony kompik kosztował chyba jakieś 6 tys. zł, chociaż mógł więcej, ale ja nie szalałam na kartę graficzną, bo grać w cuda wianki nie będę. No a dzieci - wiadomo. Okazuje się, że taki porządny, ale niewypasiony na granie kompik będzie kosztował jakieś 50% więcej niż mój wypasiony jak dla mnie :)
I tak rozmyślając o tym wszystkim, momentami żałuję, że nie będę żyła wiecznie, żeby nadążyć za tym wszystkim, co się zmienia, błyskawicznie, a co mnie bardzo interesuje.
Mnie, dziewczynę pamiętającą (hahahaha, pochlebiam sobie - starą babę już) traktory na żelaznych obręczach, toczące się po kocich łbach (taki traktor stoi na posterunku przed Ceglorzem), a dziś korekcącą teksty o traktorach, które same jeżdżą z bajerami, o których się niektórym użytkownikom jeszcze nawet nie śni. Fakt, że nic z tych tekstów nie rozumiem, jestem techniczną sierotą, ale naczelny mówi, że podziwia mnie za umiejętność wychwytywania kiksów.
Na to ja mu o tym traktorku na kocich łbach przypominam...
Jak to wszystko przeleciało.
I tak, ja, zimna, konkretna, rzeczowa do szpiku kości jestem na FB i poczytuję sobie portale mistyczne.
Znaczy się, o tym, co oko nie widziało, ucho nie słyszało, a realia negują.
Bo mogę.
I tak, ziemia jest płaska.
Twierdzę to na złość Postmanowi, który dostaje wtedy białej gorączki.
Moi synowie traktują to z politowaniem i... no, wiedzą, że matka ma krzywo pod kapturkiem.
A ma, na bank :)
Ale ogarniam też inne. Nie wszystko głupie, co jest głupie. I nie, nie szykuję sobie jeszcze amelinowej czapeczki, ale...
Czytam, nie angażując się, nie potwierdzając, nie zaprzeczając, nie wierząc, nie negując o rzeczach, które i w moim życiu bywały.
I tak, podoba mi się wersja, że przeniosę się w inny wymiar.
Nie, nie ten, gdzie pieją chóry anielskie (zanudziłabym się, nie piejąc, dzieci płakały, prosząc, niech już mama nie śpiewa, będziemy grzeczni) ani w te czeluści piekielne, gdzie są wszyscy nadający na tych falach, co ja :)
Myślę o czymś nieokreślonym, gdzie będzie mi dany jakiś wybór.
Tego, kim chcę być.
Kim jestem.
Pojebane to, ale...
Aczkolwiek moje trzeźwe do bólu dzieci rechocą.
Landed, dokładnie 19.24.
Jeszcze musi na wieś dojechać.
I się zameldował.
Ot, cuda XXI wieku.
I tak. Czekanie na listy, na telefony (jakże skomplikowane, moja teściowa miała nawet "osobistą" telefonistkę (kto pamięta telefonistki), którą opłacała, a dzięki której wszystkie zamiejscowe i zagraniczne (sic!) miała błyskawicznie w czasie jej dyżurów, strach w oczach, gdy odbierało się telegram - bo nigdy nie było wiadomo, czy to dobra, czy niedobra nowina.
Tak mi się powspominało, żeby doczekać bez nerwów, aż wróci z Lądka beniaminek :)
Sny, czasem pojebane na maksa, a czasem do bólu pojebanego realne, kiedy budzę się i nie jestem pewna, co jest jawą, a co snem, albo kiedy we śnie nie wiem, dlaczego czuję się jak na jawie.
Więc tak, mam nadzieję, że jest coś więcej.
Chociaż tutaj wkraczam już na śliską ścieżkę, zastanawiając się, jak to będzie spotkać swoich rodziców, młodszych niż ja teraz (ale moja mama, która zmarła mając 48 lat, na zdjęciach wygląda na moje oko - może nie starzej, ale poważniej niż ja.
Bo ja w sumie taka nieuczesana, chociaż po niej nerwowa, szalona i ostatnio w jakiejś netowej aplikacji wyszło mi, że mam autyzm.
No to już wiadomo, jak to poszło u MW.
Da się z tym żyć...
A jako że inteligencję dziedziczy się po matce...
Też poszło zygzakiem, co u jednych wyszło zakosem, że nie skomentuję dokładnie.
A u drugich poszło po linii jak należy, aczkolwiek kudy tam :)
No dobra. Dość na dziś...
Jeszcze doczekać, aż dowlecze się do chałupy, potem pewno poleci na sikupę.
I tak skończy się dzisiejsze marudzenie, a jutro...
Poczta.
O ile rano się obudzę.
Bo, znienacka, nie myślałam o tym nigdy, jakoś tak, wyleciało mi w necie.
Koszt 3 fiolek z kroplami do oczu (zużywam jedną dziennie) ok. 105 zł.
Mam je za darmo.
Całe opakowanie - 90 butelek.
Przez 3 to 30. Znaczy się - na trzy miesiące.
30 razy 105 to 3150.
Słaba z matmy jestem :)
Serio?
Chyba za dużo wrażeń na dziś.
A może pora umierać?
Cała emerytura na krople do oczu, a za co żyć?
A nie, ale i tak na życie by mi niewiele zostało po zapłaceniu za lek.
I tak powoli oswajam się z myślą, że chuj z tym wszystkim.
I tak warto żyć :P
Poniekąd...
Wciąż czekam na meldung, że dotarł...
Dotarł. Koniec pisania scenariuszy :P
I tak dziś życie zaparło dech.
Na maksa :)
No paczaj, lecial nade mna, a ja nie wiedzialam i chusteczka nie pomachalam. Bylo mnie wczesniej powiadomic, to bym podyzurowala na balkonie.
OdpowiedzUsuńJa tez juz jestem stara, tak bardzo, ze alarmy w muzeach dzwonia, kiedy wychodze, a eksponaty znam z zycia, niektore sama uzywalam. Telegramy wysylalam i dostawalam i rzeczywiscie zawsze czlowiek mial obawy, co zawiera.
No i znasz ten ból, co ja... Kocham Cię :* Ale doleciał i dalej będzie starą matkę dręczył :)
UsuńNiedawno ja wygladalam mojej lecacej z Francji.
UsuńNo zobacz, to się nigdy nie skończy, ta troska, ten niepokój:) moja ma już 43 lata, a ja nadal,
OdpowiedzUsuńtak , jak Ty.
Wada fabryczna :)
Usuń