środa, 31 grudnia 2025

No i kolejny

 rok za mną, Kochany Pamiętniczku. Przeleciał nie wiadomo kiedy, nie wiadomo jak, jakby Ziemia zaczęła kręcić się prędzej.

Dobry rok. Mimo wszystko. Mimo tego, że ze wzrokiem nie najlepiej.

Ale jestem zaopiekowana i jeszcze pociągnę trochę, bo naprawdę zboczuchem jestem, nie wyobrażam sobie niepracowania.

Pewno, że nie bezbolesny, ale ogólnie - nie da się spisać na straty. Bo życie to jednak niejebajka :) I byłoby chyba nudne, gdyby było jak w disneyowskim filmie: motylki, sarenki, kwiatki, pszczółki, zajączki i inne takie tam - do wyrzygu. Życie musi mieć odrobinę pieprzu i innych ostrych przypraw.

Wolne mam od 18 grudnia i szczerze? Już jestem nim trochę znudzona. Tym bardziej, że na skutek kaprysów pogodowych raczej unikam wychodzenia z domu. Przed świętami zaopatrzyłam dom tak, że spokojnie do 6 stycznia nawet dociągnę. U mnie wprawdzie nie zasypało, tak jak innych części kraju (z internetów widzę, że to bardzo przypomina rok 1979, kiedy w sylwestra zasypało cały kraj po kokardkę i kucyki), tak że nawet z zabawy nie mogłam wrócić do chaty. Wciąż widzę Eksa, tającego przy moim piecu, gdy przyszedł po mnie, tajał powoli, z wąsów spływała mu woda, a że kalesonków nie nosił, gieroj (zaczął dopiero po ślubie, w porywach podprowadzając mi rajstopy z oczkami, bo było mu w nich cieplej). Moja stancja była 15 min spacerkiem od jego domu, ale wrócić nam się już nie udało. A i 2 stycznia nie dotarłam do pracy, również spacerkiem 15 min od stancji - zawieszono pracę. 

A teraz wbrew wszechświatowym narzekaniom błogosławię pandemię, albowiem uczyniła moją pracę fantastyczną. Z jednej strony źle, że nie chodzę, ale w razie ekstremów pogodowych zawsze jestem w lepszej sytuacji. 

Któregoś zimowego dnia wracałam z pracy w śnieżycy - kolega proponował mi podwózkę, bo nie wiem, jakim cudem to działa, mówił, że i tak jedzie do Swarzędza przez Dębinę. Podziękowałam (to zresztą był mój ulubiony GI) i z trudem dotarłam na dębiecką pętlę tramwajową.  Mam stamtąd 20 min (nawet teraz) spacerkiem do domu. Szłam godzinę, w teoretycznie nieprzemakalnym zimowym płaszczu. Droga od pętli aż do mojej chałupki stała w korku, który sięgał aż do Panoramy, gdzie teoretycznie byśmy jechali. Miałam mokre nawet gacie, przemoczoną skórzaną torebkę, a z korytarza sprzątałam kałuże po sniegu otrzepanym ze mnie.

Więc teraz, zawsze mając w chatce zapas pyrów i białego serka, tudzież jajków - żadnej pracy i pogody się nie boję :) 

Czekam na te zapowiadane zaspy z utęsknieniem, albowiem z tęsknotą czekają na śnieg i Łobuzy, i Kundel.

Kundel jest miłośnikiem latania w zaspach. Miłośnikiem strzelaniny nie jest - niby jest zakaz strzelania, ale już od zmroku widzę kanonadę na Starołęce, a i na moim osiedlu co jakiś czas ktoś strzela. Nie histeryzuje, ale zadowolony nie jest - szczeka na każdy strzał, a szczek ma donośny.

A ja, wbita w kąt (cytat, bez obaw, z piosenki Bajora), zapuściłam sobie na pętli (ponoć dominujący objaw autyzmu, kiedyś Sopockiego bolera słuchałam na okrągło przez miesiąc, nie włączając nic innego) O sole mio, w mojej ulubionej interpretacji Bobby'ego Solo :) A że aparatów nie mam zamiaru dziś zakładać, to i hałas mam w dupie.

Zmęczona jestem, bo wczoraj kiblowałam do 2 w nocy, musząc się dowiedzieć, jak skończyła się Wataha.  Muszę jednak  posiedzieć do północy - nie ze względu na życzenia, bo wkurwiają mnie te rozsyłane hurtem życzenia z neta, ale ze względu na loggię. Mam tam rzeczy, które mogą się zapalić (bez bicia - zimowy bajzel mam), ziemia w korytkach jest też tak sucha, że się zapali, zdarzało się już, więc za każdym razem, gdy nie byłam w domu na sylwestra, nerwowałam się na zapas.

No nic. Mam jeszcze winko :)

Na włościach grają (nie, nie mi na nerwach) w planszówki, co by mnie nerwowało, gdybym tam była, nie cierpię gier na planszy. Za mojej i dzieci młodości wielkiego wyboru nie było, ale ja tego nigdy nie lubiłam. Grałam z dziećmi, bo któż nie grał? U nas najgorsze było, że Eks był jak dziecko i się wściekał, jak przegrał. To były ciężkie lata. A do dzisiaj mam - zamiast wyrzucić z hukiem, drewniane pudełeczko, a w nim dwie talie wypasionych kart z Pewexu, z których potrafił całymi dniami układać pasjanse (pracowity był). A gdy już mieliśmy komputer (wtedy jeden dla wszystkich, cóż, biedni byliśmy) i gdy odkrył pasjansa, wciąż prowokował kłótnie, siadając do niego, bo tylko to ogarniał na  kompie i nie dopuszczając nikogo, nie bacząc na to, że dla nas komp był narzędziem pracy (jeszcze nawet jak nie mieliśmy internetu). Inżynier, jeszcze nie do końca oblatany w te klocki, bo do Inżyniera była jeszcze ciernista, kilkunastoletnia droga, bystry był i schował pasjanse. I skończyło się rumakowanie, choć pasjanse nadal w kompiku były :) 

Sama od ponad 12 lat (i trochę dłużej, ale wtedy jeszcze niesystematycznie) układam codziennie (jeszcze w łóżeczku) 5 różnych pasjansów.  I od tych 12 lat udawało mi się ułożyć je wszystkie. W tym roku nie ułożyłam jednego. Nie dało się, zgłupiałam. Kiedyś mogłam rok walczyć z takim opornym. A teraz bęc - 2 miesiące i blokada. Musiałabym zapłacić 3,99 za premium na miesiąc :) Odpuściłam, a co... Nic na siłę, wszystko młotkiem, zawsze odpuszczam gry, za które musiałabym płacić. Wiem, że to nie fair wobec ich twórców, ale za to tracę bezcenne minuty mojego życia na durne reklamy. I tak bywa. Więc jak lecą reklamy, to wstawiam wodę na herbatkę, podlewam roślinki albo wykonuję inne pożyteczne czynności. I wilk syty, i owca cała :) 

Więc wracając do naszych baranów, grają. Alienek ma nową miłość (a mnie już włosy dęba na głowie stają, bo znów zasypie mnie salwami z gębusi - jak z karabinu maszynowego - o nowych bohaterach, których imion ani nie zrozumiem, ani nie kojarzę, ani nie ogarniam). Kalafiorkówna zaś [siedmiolatka, idealna dziewczyna, aczkolwiek o niewyparzonym pysku, zawsze stawiająca na swoim - wzrok Shreka umierającego ma po swoim ojcu, a niewyparzoną mordę po mnie), mało że robi wszystko, o co się ją poprosi - przynieś, wynieś, pozamiataj, zmywarkę (sic!) opróżnia i zapełnia - na mój protest o wykorzystaniu taniej siły roboczej odpowiada: ależ babciu, ja to lubię] - przekąski idealne poczyniła (mam dowód w postaci fotki, niestety RODO :) Piccolo sobie kupili (I. chory, pić nie może, ale sądzę, że po północy może się załamie, choć północ będzie ciężka, bo lecą z Kundlem wtedy - kiedy oni śpią, nie mam pojęcia). Alkoholicy :) Ale niech się dobrze bawią, co im mam żałować.

(O reszcie rodziny się nie wypowiadam - nikt się nie odezwał nawet w święta. Jako i dziś. A nie widzę powodu, żebym to ja miała do nich lecieć z życzeniami. Mam prawo leżeć i gnić, znaczy się - rozkładać się powoli i przeciekać do sąsiada. Już mnie nie boli, w dupiemanizm działa). 

I tak sobie rozmyślając o minionym roku, chciałabym, żeby ten nowy, który się zbliża - nie był po prostu gorszy.

Doskonale rozumiem, że będą wciąż kłopoty, bo takie jest życie.

Że wszystko drożeje.

Że coraz trudniej jest mi się dowlec na Manhattan (ale to też wina mojego lenistwa na co dzień, więcej ruchu ułatwiłoby mi życie. Perspektywa chodzenia w gipsie po ewentualnym upadku na szklance - nie. Chociaż jakieś 30 lat z groszami temu, w piątek wielkanocny, kiedy mało, że była szklanka, a jednocześnie piździło jak za cara na Skieletczyźnie, upadałam między blokami na kość ogonową, popchnięta podmuchem wichury, niosąc dwie palety z jajami. Ani jedno się nie stłukło. Chłopcy zbierali mnie z asfaltu. Nie mogłam się ruszać. Ścieląc zaś kanapę, schyliłam się tak, że kość wskoczyła na swoje miejsce i... już nic nie bolało. Młodość.)

Ale cieszy, że  


 fiefiureczka (taką ksywę kiedyś miałam) wreszcie kręci się i jebie po oczach ledem (co mnie denerwuje, ale u niej nie - fotka nie oddaje jebania, ledy się kręcą, filmiku nie umiem wstawiać), gdy wchodzę do kuchni i SAMA ogarnęłam wymianę baterii. Z radości dwie wykończyłam od świąt, włączając ja na stałe, bo ona dwubateryjna jest. Zapas baterii mam, I. mi kupił, a jak coś, kupię więcej. Niestety, stacjonarnie nie ma tego rozmiaru. 

Cieszy również, jednocześnie smucąc, nowa Galeria, jeszcze niedokończona, ale już od 2 stycznia zaprasza tam Biedronka. Osiedle narzeka, źle będzie ludziom mieszkającym rzut beretem od mojego osiedla. Mnie nie - nowa jest koło Lidla - więc mam dwa w jednym, a że łażę i tu i tu (powinnam być za to bita, bo za badylami łażę), na dokładkę będzie Rossmann, do którego dotąd  musiałam leźć aż do pętli. Będzie tam jeszcze więcej sklepów, ponoć Kaufland. Dla moich starych nóżek luksus - ale młodzi narzekają, że do nowej Biedronki będą musieli... samochodem jechać. A różnica między nową a starą Galerią - to 10 min na nogach. Z tym, że ja będę miała wszystko na kupie, może nie zaraz, bo niewykończone jeszcze - ale jest nadzieja, że szybciej będę wydawać kasę :) I łatwiej :)

Zarastam, ale coraz bardziej podoba mi się zarastanie i niewydawanie kasy na fryzjera. Kosmetyki z Sielanki robią robotę i moje włoski coraz bardziej przypominają fryzurę ślubną. No dobra, aż tak gęste nie są, ale jak nie wieje wiatr (historii), to są takie same fale, jak te, które układał mi ojciec, wmawiając, że: nie mam falowanych włosów, mam podatne. Kiedyś, pokłócona z nim, z nieułożonymi mokrymi włosami, zasnęłam zapłakana i po obudzeniu okazało się, że jednak moje włosy same się układają :) 

Piszę, bo coś robić muszę, do północy daleko, choć na kanapie już czekają ułożone karnie



Men in kilts, bo lubię mieć w domu niemarudzących chłopów, a do Szkotów mam słabość, choć to marzenie z wish list nierealizowane nigdy - zobaczyć Szkocję i Kornwalię. Nie ma opcji - było, minęło, zauroczenie Outlanderem (Szkocja) i Poldarkiem (Kornwalia) - ale najpiękniejsze są ponoć marzenia niezrealizowane do końca. 

Jako że do północy jeszcze daleko, zmieniłam płytę. Już na streamingach nic nie szukam, bo naprawdę nie ma tam nic (oprócz wydanych pieniędzy, za Netflixa dla mnie płaci Inżynier, ja płacę za Disneya i HBO - Disneya, bo chcę, żeby wszystkie wnuki go miały, a HBO ma moje seriale, ale i innym nie żałuję). Mam jeszcze Apple, ale że tam już niewiele mam za darmo, bo minęły dwa lata, a nic nie kupuję od nich - odpuszczam. I tak, mając tych streamingów więcej niż włosów na głowie, kablówkę mieliśmy w porywach najuboższą, latami nieużywaną, za 17,50, aż mi Baran wbił do głowy, że to 210 zł rocznie i mam sobie za to albo buty, albo wino kupić, bo nawet nie włączałam telewizora odkąd dzieci się wyprowadziły (mam dobrych ekonomistów wokół siebie) nie mam co oglądać, a że ostatnio nie śledziłam nic i dziś mi się nie chce ogarniać torrentów i napisów...

Wracam w krainę wspomnień.

Od kilku dni chodzi za mną moja teściowa.

Nie, nie w złym sensie, chociaż ja - szukając matki akceptowałam ją bezapelacyjnie.

Na głowie stając, za podnóżek robiąc i takie inne tam.

Nevermind.

Do dziś to ja mam w komórce (znaczy się w schowku, nie w ajfoniku) materiały do malowania na tkaninach, dzięki którym jej matka przed wojną (II światową, żeby nie było), samochód z szoferem miała. Z którego to luksusu zrezygnować musiała, chcąc wyjść za oficera, bo oficer wówczas nie mógł się ożenić z kupcową. Pytałam krewnych Eksa, z którymi mam jaki taki kontakt, czy chcą te materiały, nie chcą. Zaś TEGO nie pytam, nawet jakby chciał, wywalę na złość. Wiem, wredna jestem :) 

Tak, to były dla nas - dziwne czasy.

I umiem malować na tkaninach, co jednak nie wypaliło, gdy Eks dostał ten interes (oczywiście, na moje ramiona).

Bo aczkolwiek przed wojną wszystkie panie wyszywały, w tym i haftem Richelieu, tak po wojnie ta sztuka odchodziła w niepamięć. A gdy Eks to dostał, to nie tylko było to już sztuką prawie zapomnianą, niemodną, ale i samo zdobycie płótna do malowania na nim było mission impossible. Dobrze, że udało się to zamknąć bez szwanku. Bo gdy chciałam kupić maszyny do sitodruku, żeby malować na płóciennych torbach, orzeczono w rodzinie, że zwariowałam, że powinnam te torby szyć sama na stareńkim Singerze po babci i malować tradycyjnie - farbą i naftą. W M3. Gdzie śmierdziało naftą do usrania i zdechnięcia. No bo jakbym coś komuś zleciła i maszyny zamówiła - to bym się ponad miarę wzbogaciła, a co?

Tak samo, jak gdybym poprowadziła punkt ksero pod Kaponierą - lata 80... to był hit, punkt, który chciał sfinansować szwagier (nie TEN), a my pracowalibyśmy na zasadzie franczyzy dzisiejszej, ale nie, bo przecież SJ mogłaby przypadkiem się wzbogacić.
Nevermind.

Teściowa była głęboko wierząca, aczkolwiek przez te lata spędzone z nią razem, nie widziałam jej w kościele oprócz ślubów (nielicznych) i pogrzebów (ale i to nie zawsze). Tak samo jak zawsze prosiła mnie o kupienie biletów na zbiorkom, aczkolwiek jak nie miała dostępu do samochodu (miała swój i była dobrym, a nawet bardzo dobrym kierowcą), zamawiała taksówkę (miała też osobistego taksówkarza o nazwisku nomen omen Trojan (wówczas Trojan był słowem bez znaczenia), z usług którego i ja czasem korzystałam, a który, gdy psioczyłam  na wydatki na adwokata, gdy procesowałam się z ZUS o przyznanie renty ze względu na słuch, pocieszał mnie filozoficznie: pani Basiu, żeby zyskać, trzeba czasem stracić. No miał bezapelacyjnie rację. Zyskałam. Renta pozwoliła mi, z trudem, ale zawsze, przetrwać i 10 miesięcy bezrobocia, po upadku Dziennika Poznańskiego, i lata bezalimentacyjne. 

Teściowej zawdzięczam też umiejętność obsługi  prasy dziesięciotonowej (dobra jestem, co nie?), produkcji sztucznych kwiatów, gotowości na każdy gwizdek.

I sporo żalu i poczucia swojej bezwartościowości.

Lekceważenia mnie.

Ale gdy leżała w szpitalu po złamaniu biodra, byłam jedyną osobą, którą tolerowała.

I tak, moje trzy szwagierki (niepracujące zawodowo) siedziały sobie na korytarzu w dzień i gawędziły, bo babcia je do pokoju zakazała wpuszczać, a musiały się wykazać miłością do mamy.

A ja, po dyżurze w redakcji od 14 do 22, o ile udało mi się wyjść o 22, bo wieczorne wydanie i mogło się coś ekstra wydarzyć, jechałam nocnym zbiorkomem do szpitala, bo jej syn był tam ordynatorem, więc miałam wstęp całodobowy, bo "mama woła o ciebie". 

Kurwa.

No było, minęło. Uwolniłam się.

Ale...

Kochała Korwina- Mikkego na zabój, bo obrońca prywatnej inicjatywy, bo Polak, bo cud wianek (a ja go nienawidziłam i nienawidzę nadal). I nienawidziła Urbana (a ja go kocham).

Żydów nienawidziła, bo... kiedyś w czasie okupacji  żydowska dziewczynka, która przyszła do nich do domu (dokładniejszych okoliczności nie znam) rzuciła się na miskę z wodą po praniu czegoś, co farbowało na buraczkowo, myśląc, że to barszcz, co ją zniesmaczyło tak, że Żydów nie znosiła odtąd (WTF?)... A na jej podkreślanie POLSKOŚCI, gdy kiedyś powiedziałam, że to wielkie homo nie wiadomo, bo tylko matka wie, kto był ojcem tak naprawdę, odrzekła, że ona w swojej rodzinie ma wywiedzioną polskość od 150 lat wstecz. WTF? Badań DNA nie robili, a nawet św. Józef musiał się ze wszystkim pogodzić, co nie?

Ale com wtedy oberwała, to moje, za niedowierzanie. Mnie tam rybka, DNA moich dzieci jest bez zarzutu, nie mam się czego wstydzić.

Relikwią był dyplom od papieża, nie pomnę już którego, przywieziony przez TEGO szwagra z Watykanu, dla rodziców, którzy... achtung..., byli już od dawna po rozwodzie.
Swój rozwód tłumaczyła dobrem dzieci.

Ale moje rozstanie z Eksem nie było już dobrem dzieci, było moim kurewstwem... 

Cóż. Miała rację, bywa.

Bo to nie było dobrem jej dzieci, było dobrem moich dzieci.

A dziś u mnie na półce stoi takie tam drewniane pierdolollo z mojego domu.

 


 Zupełnie nie kojarzę, co to jest i dlaczego to mam, ale mam :) 

A w środku jest

kawałek waty, która z należytą czcią i szacunkiem została mi przekazana przez teściową, jako potarta o rany ojca Pio, że pachnie różami, że należy ją przechowywać szczelnie zamkniętą (stąd jest wciąż w rzeczonym pierdolollo) oraz że pocieranie nią uzdrowi wszystko. Tak jak Eksa miała uzdrowić wizyta u Harrisa. Nie uzdrowiło nic, niestety. A i żadnymi różami w chałupie nigdy nie woniało, zresztą nienawidzę zapachu olejku różanego - miałam w akademiku kiedyś współlokatorkę, niekąpiącą się, niemyjącą, gromadzącą pod łóżkiem nieprane skarpetki i szprycującą się codziennie olejkiem różanym. Mało tego, rozbierającą się w Jagience na tle niezasłoniętych okien vis-a-vis Zbyszka. Udało nam się ją wyeksmitować do jednoosobowego pokoju między windami :) Mając węch psa gończego, nawet podczas kataru wyczułabym woń róż. Niestety nic, null :P 

I podrzucane (wracając do opowieści o teściowej) mi pisemka religijne, niereligijne, przepowiednie.

Czasami zastanawiam się nad tymi przepowiedniami - nie pomnę już, jakich mędrców, z Medjugorie, z  Lourdes, z Fatimy i chujwiskąd...

Jestem po apostazji, ale te katolickie naciski, lata spędzone w kościelnych okowach - dziś już odrzuciłam.

Aczkolwiek może nie do końca.

Może nie do końca się z tego wyzwoliłam, chociaż jestem bardzo stateczną, zrównoważoną i racjonalną kobietą (nie ukrywam też już i nie wstydzę się, że mądrą) :) 

Wszędzie tam przewija się, że Polska...

Właśnie...

Idę po młotek do skrzyneczki, by pierdolnąć się w ten głupi, już siwy coraz bardziej, ale jeszcze nie końca (błagam o siwość, losie, taką najsiwiutejszą) łeb.

Bo cieszę się (kto wierzy w gusła, temu dupa uschła), że moje dzieci są tu.

Nie w UK, które żałuje brexitu, że ojacierpiędolę. 

Może Baran nie - tak wyszło, ale rodowity Szkot, co roku o mnie pamiętający (chociaż ledwo go kojarzę z wesela Inżyniera) do dziś nie przetrawił brexitu.

 Bo tak, bo Ukraina (wujku D., wybacz, wiem, kochałam Cię zawsze, nie zapomnę Twojej nienawiści do zestawienia tych kolorów - ale wybacz - życie przewrotne jest i niesprawiedliwe) jest dla mnie coś jak reduta Ordona przed zalewem rosyjskiej dziczy i mam nadzieję, że nie padnie, zdając sobie sprawę, że dziś wojna to nie tylko teoria majora Pańczyszyna, że jebnie i po bólu, że szczęśliwi ci, którzy nie przeżyją (jestem na nieprzeżycie gotowa, mam swoje lata).

Bo wiem, że na ogólnoświatowe popierdolenie, z Trumpem na czele (tak, Ameryka nie jest już  ogólnoświatowym zbawicielem, nieważne - my stanęliśmy za Ameryką w 2001, Ameryka za trampka to już nie jest TA Ameryka) nie mam żadnego wpływu.

Zatem kończąc tę notkę, pokiełbaszoną jako i ja...

Niech się święci ten - za chwilę już 2026 rok.

Niech będzie chociaż tak piękny, jak 2025, aczkolwiek tamtemu trochę do uroku brakowało. Ale mógł być gorszy.

Więc niech 2026 trzyma fason :) 

Happy New Year :) 

 


 

 

 

 

 

 

 

 

 

13 komentarzy:

  1. U mnie jeszcze 40 min. "starego" zostało 🙂 Ale Tobie życzę wszystkiego co najlepsze w już 2026r. 🍾🥂🍾🍾🥂😃

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wzajemnie, Aśko :) Niech Ci się wiedzie śpiewająco :)

      Usuń
  2. Happy New Year :) :) :) 🥂🍾

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zawsze bałam się to powiedzieć w UK, bo nie ten akcent, jak mówiło moje dziecko. Więc mówiłam Szczęśliwego Nowego Roku, budząc zdziwienie tubylców :)

      Usuń
  3. Szczęśliwego Nowego Roku!!! Małgorzata

    OdpowiedzUsuń
  4. Dobrze gadalo sie z Toba w nocy, ale nie zaszkodzi jeszcze raz pozyczyc zdrowia i spokoju.
    Chyba powinnas napisac ksiazke o swojej rodzinie, takze tej wzenionej, bo to material na ciekawa powiesc.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zawsze im mówiłam wprost, że są jak brazylijska telenowela. Ale nie, nie napiszę, bo szkoda mojego zdrowia. Zresztą kto teraz czyta książki? Nawet ja nie czytam :)

      Usuń
  5. Ale u Ciebie wystrzalowo!🎇Ta rodzina Exa - gdyby nakręcic serial, powiedzieliby, ze wyjątkowo wydumane postaci! Jeszcze raz- zdrowego, spokojnego, bez wojny, no i w Unii!🎉🍷

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zgadzamy się, Basiu co do życzeń, niech się spełnią. Ta rodzina Dynastię przebija w zawiłości, czy inną Modę na sukces :)

      Usuń
  6. Dobrego roku, oby tych chwil radości i zachwytu było jak najwięcej!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję :)
      Także niech i Tobie ten rok sprzyja i niech omijają Cię kłopoty i troski :)

      Usuń