szalony tydzień za mną, Kochany Pamiętniczku.
Jakoś się w sumie ogarnęli, bo i w czwartek, i w piątek kończyłam parę minut po 17 (zapisane czarną kredą w kominie jako cud), a przy okazji dowiedziałam się, że jestem cudna, niezrównana, kochana i genialna.
Jakbym tego nie wiedziała.
Ale oberwałam od p. M. bo puścili paginy z grudniowym numerem. Wkurzyło mnie to maksymalnie, albowiem podpisując umowę o pracę z Bossem, 15 lat temu, ustalałam warunki: nie sprawdzam pagin dolnych, numerów stron (bo do końca zmieniają). Fizycznie w tym pierdalniku nie widzę pagin, bo drukuję w skali 105%, żeby choć trochę powiększyć druk. I nie, moja zaćma nie ma z tym nic wspólnego, najdrobniejszy druk czytam bez okularów. Ale jak mam do przelecenia ok. 150 stron dziennie, to jakoś muszę ten wzrok oszczędzać. W poprzedniej pracy miałam tak, że redaktor dostawał ostateczną makietę, sprawdzał naniesienie poprawek i dopiero gdy on podpisał makietę, szło do druku.
Tutaj każdy redaktor ma pilnować swojego poletka, nie dostaję końcowej makiety (w Auschwitz czytałam kolejny raz CAŁĄ makietę, po mnie sprawdzała redaktorka). W tempie, w jakim pracuję teraz nie ma opcji. Zresztą grafik powinien od razu ustawić na początku właściwą paginę.
No i M. się zreflektowała poniewczasie - bo ja nie sprawdzam ostatecznej wersji idącej do druku, więc nawet jakbym wyłapała tę paginę, to nie wiadomo, czy oni to poprawią.
I nie ma znaczenia, czy jestem na home office, czy na miejscu w redakcji.
Więc za niewinność oberwałam, a jak sprawdzałam dodatkowo PDF - time, time, time, nie ma casu panie inzynieze - zaznaczając paginy błędne, to odpisywali, że grafik ogarnął, po czym kolejny PDF był znów ze złą paginą.
Kurwa.
No nic, o 17.15 zamknęłam budkę na kłódkę i padłam na drugi fotel. Pograć. Bo cały dzień nie grałam, mało tego, ani siku, ani herbatki nie miałam czasu zrobić, już zaczęłam myśleć o pampersach. poparzyłam się dwudniowym kapuśniaczkiem, śniadania nie zjadłam, choć pracowałam od 8 (a zaczynam o 9), a na dokładkę elaborat Bossa dostałam po raz czwarty, bo jako że baluje w Australii, zleca ogarnianie tu, a to autoryzacji nie zapisali, a to inne sranie w banie, więc nucąc sobie: ona na pamięć to umie, zgrzytając zębami, a dentysta drogi... Tenże Boss, podpisując ze mną umowę o pracę, mówił: dwie korekty i jak ktoś pani zleca więcej, odesłać go na drzewo...
Pierdolenie o Szopenie, jak widać.
I jeszcze za zgodą p.M. urwałam się o 16 na pocztę, wychodząc z założenia, które mi zaleciła: dość panią wykorzystują, proszę spokojnie iść. Bo moja poczta pracuje od 11 do 17, w soboty nie, a ja w czwartek dostałam awizo. Jak już pisałam. Poszłam. Pani z okienka nie wiedziała, dlaczego listowy nie zostawił przesyłki, ale chyba nie chciał wciskać, bo trochę grubawa była. odkąd zmieniono szpary unijne tak, że listowy nie może ich otworzyć, wchodzą tam tylko cieniutkie przesyłki. A kiedyś listowy otwierał jednym kluczem CAŁE przegródki i wkładał nawet pękatą książkę. Mnie kiedyś tak wcisnął naparstek, który mimo folii i innego zabezpieczenia pękł. Reklamacji nie uwzględniono, "bo mógł pęknąć gdziekolwiek".
To był list urodzinowy od Słoneczka :)
Z pięknymi, jak zawsze od nich, życzeniami i Lucjanem, zwanym Edkiem, który mi zaśpiewał :)Zapomniałam, że dla ludzi z pracy to ja zawsze i na wieki wieków amen jestem Basia :)
Wróciłam do domu o 16.30, a na poczcie był właśnie emilek od Bossa... Tym razem bez pytania, dlaczego tak długo nie skorekciłam :) To się nazywa mieć szczęście :)
I tak sobie grając, podziwiając iOS 26 już, na który błyskawicznie przeskoczyłam z iOS 18 (nie zapytałam Inżyniera, ale trudno) kontemplowałam weekend.
I nawet nie przeklinałam, że zainstalowałam iOS 26 i wszystko jest nowe :)
Cieszyłam się życiem.
Wtem, znienacka, Pierworodny pyta, czy może wpaść jutro.
Od razu zaczęłam pisać scenariusze, ale twierdził, że nic się nie dzieje, poza tym, że MW była u lekarza, który stwierdził niedoczynność tarczycy.
Drążenie nic nie dało, to jest dziecko niekomunikatywne. No ale jak chce leźć, niech lezie. Cała przyjemność po mojej stronie.
Zastrzegłam tylko, że nie bladym świtem, bo primo po pierwsze, wyspać się muszę, a promo po drugie - z głodu mogę umarnąć.
I tak jakoś ciepło mi się zrobiło na sercu, że pierwsze dziecko jednak do mamusi...
No dobra.
Ogarnęłam zakupy, złoszcząc się z leksza, bo w wyremontowanej już Biedronce NIE MA bankomatu, z którego mogłam wypłacać za friko. Ale od razu się uspokoiłam, że zimą i tak mniej kupuję na Manhattanie, pojechać po kasę do Avenidy (najbliżej) zawsze mogę (bezpłatna PEKA sama się nie wyjeździ), a na Manhattanie już
święta. Ceny też świąteczne. A w okolicy dwie budki z karpiami, gdzie delikwenta zabiją i wypatroszą. Gratis. W marketach tuszki. Jeszcze zajrzę do rybnego wolnym walcem, ma na razie urlop do 31 grudnia, a chcę do 6 stycznia...
I tak lecąc do domu wpadłam do Galerii, bo uświadomiłam sobie, że likwidują ją, a w Hebe są fajne środki z Sielanki do moich kudłów. A sprawdzałam rano, nie ma ich ani na firmowej stronie Sielanki, ani na Alledrogo, a nie wiadomo jak jest w innych marketach. I tak rzutem na taśmę wykupiłam ostatnie sztuki cudów do włosów falowanych - u mnie działają i... podobam się sama sobie i na razie nie myślę o ścinaniu łysej główki :)
Niechcąca mnie obciąć nie zarobiła na lewo (bez podatku) 15 zł, a to chyba piechotą nie chodzi. Cóż, jej strata.
No i wpadłam do chaty, pisząc do Pierworodnego, że już sem i ma się dobijać (bo już kiedyś klamkę pocałował, no cóż, ma głuchą matkę. Listowy też pocałował, a co :)
I nic, cisza w eterze. Piszę zatem do jego żony. Ta do niego dzwoni, więc on mi odpisuje, że najpóźniej do 13 wleci.
A ja dostaję pierdalca, którego później błogosławię.
Albowiem postanawiam ogarnąć chałupkę na świątecznie już. Jak w amerykańskich filmach. W końcu dla mnie Gwiazdka to Gwiazdka, nie Boże Narodzenie. Aczkolwiek lubię i Bóg się rodzi podśpiewywać, bo to taka polska kolęda. I Feliz Navidad. Zwłaszcza w moim ulubionym wykonaniu Il Volo. Apostazja apostazją, ale coś się tam gdzieś błąka :)
Znaczy się, posprzątałam dziś, bo nie lubię w bajzlu siedzieć, ale bez przesadyzmu.
Kalafiorkówna ma już wymarzone łóżeczko.








Warto żyć!:) I doceniać - że łóżko, że ciepło,że syto...Współczuję problemów. ze zdrowiemMW, bo o dziecko martwimy się zawsze w dwójnasób( wiem, są wyjątku).A wiesz, że jednym z objawów(albo inaczej- często obserwuje się- fascynację koleją? Też zaczęlam dekorować i rozświetlać:)
OdpowiedzUsuńTak, doceniam, co dzień rano i wieczorem losowi dziękując. Akurat Papryczek zafiksowany jest na kolei i bimbach. No nic, powoli do przodu. To nie jest tragedia, to tylko utrudnienie w życiu.
UsuńDokladnie tak! Dopiero gdy poczytalam,douczylam się, zrozumialam wiele zachowan chlopca, którego mialam w klasie.Diagnozę pistawiono w kl.VI, przedtem mama miala opory.Wiele zachowań żle odbieralam, a one wcale nie wyplywaly z niechęci do mnie czy kolegów. Chlopiec ukonczyl technikum, zaklada i pielegnuje ludziom ogrody.Robi to swietnie .Gdy już znamy przyc-yne- jest naprawdę latwiej- przestajemy mieć zal czy pretensje.
UsuńNo i dlatego mnie już nie rusza, jak nie odpowiadają na komunikatorach (taki los niedosłyszącej babci, nieużywającej telefonu) - wiem, co jest grane. Do wszystkiego można się przyzwyczaić. I olać. I doceniać, jak się któreś z własnej i nieprzymuszonej woli odezwie.
UsuńNo gupki jakies w tej Twojej pracy, przeciez wszyscy wiom, zes najlepsza i niezastapiona oraz kochana i genialna. Im sie dopiero teraz przypomnialo?
OdpowiedzUsuńTwoj syn P. wpada tak rzadko do Ciebie, ze dostajesz atakow paniki ;) i traktujesz jak obcego goscia. Szkoda, ze nie jest taki jak brat, nawet pomyslalam, ze moze i on ma jakies male niezdiagnozowane spektrum?
Nie tylko jego, innych też. Wciąż muszę być idealna, wciąż mam kompleksy za dom z dzieciństwa - ten nie do ogarnięcia po śmierci mamy. P. ma raczej ADHD. A i ja sama, rozwiązując różne testy i czytając, stwierdzam, że mam i ADHD, i autyzm. Nie będę się diagnozowała oficjalnie, bo potrzebne mi to jak umarłemu kadzidło. Może jednak wyjaśniać wiele moich fobii i zachowań, ale jak widać - udało mi się przejść przez życie i to nawet nieźle :) Wszak już Freud mawiał, że wszyscy jesteśmy wariatami, tylko nie wszyscy jesteśmy zdiagnozowani. A moja prywatna opinia jest taka, że różnica między psychiatrą a pacjentem polega na tym, że psychiatra na noc idzie do domu :) Alienka też diagnozowali, bo długo nie mówił. Czasami mam wrażenie, że te wszystkie diagnozy obejmowałyby też poprzednie pokolenia w takim samym stopniu jak obecne, tyle że jeszcze "nie wynaleziono" wtedy tych jednostek :)
Usuń