wtorek, 24 listopada 2015

Listopad

przeleciał znienacka.
Za niedługo znów spadnie kartka z kalendarza.
Zamknęłam ostatni tegoroczny numer, Boss ciśnienie mi podniósł urlopem, ale zacisnęłam zęby i tak swoje odbiorę, nie kijem go, to pałką. I najgorsza rzecz na świecie - mieć do czynienia z mężczyzną z andropauzą. Najwścieklejsza kobieta z menopauzą to anioł w porównaniu z takim panem. Z dzieckiem można się jakoś dogadać, ale z takim - ni dudu.
No nic.
Zatem mam wolne do 6 grudnia.
Lenia hoduję, wolno mi.
Muszę odreagować, każdy miesiąc to większy stres.
Nic to, będę żyła.
Hiacynty sztuk cztery nabyłam w ramach odreagowywania. I amarylisa.
I tralalalalalalala :)
Po raz pierwszy w życiu zakwitnie mi powtórnie storczyk :)

Przykazanie Nadwornego Ogrodnika: dbać, jak o kobietę w ciąży :D
Dbam, dbam :) Chucham, dmucham i rozmawiam z nim codziennie.
A tak poza tym, Kochany Pamiętniczku, poleniuchowałam, The Royality wciągnęłam, popchnęłam This life i stwierdziłam, że pora wyjść na świat.
Wylazłam, po opłatki poleciałam, mam już z głowy, na szczęście znalazłam sklepik z dewocjonaliami i nie musiałam lecieć na Ostrów Tumski.
I miętę dorwałam, taką, że ojapierdolę

To duże to 10 deko mięty, to małe 10 deko herbatki dla Inżyniera :D Nie wiem, czy wciąż będzie mu smakowała, kiedyś zapijał się przysmakiem irlandzkim :) To w ramach gratisu, prezent sobie sama kupił, dam mu kasę. To uczciwa transakcja, oszczędza mój czas, a on ma to, co chce. Tym bardziej, że mu się kumuluje z imieninami. Oj tam, że Brytole nie obchodzą, jestem Matka Polka :D
I tak idąc w stronę słońca, a coraz cieplej się robiło, słoneczko grzało, dowlokłam się w maleńką uliczkę, bo do Green Pointu lazłam, do P&P, bo mi się sera zachciało.
Skrzyżowanie. Patrzę w lewo, nadjeżdża wolno samochód, takie tam coś. To stoję, bo tak mnie uczono, a co się mam pod koła pchać, ja z niewymuszających, zresztą czas mam. Gość kiwa ręką, kręcę głową, że nie i pokazuję, że ma jechać. Jedzie. Staje na pasach, odkręca szybę i... ojapierdolę. W ręku ma policyjną odznakę. I z mordą na mnie, że mam nie przepuszczać samochodów, tylko przełazić, że next time mnie zwinie. WTF?? Za co?? Mówię, że mi się nie spieszy, że łatwiej pieszemu stanąć... Pojechał. Ale mi kurwa mać, humor zepsuł, aż mi się w środku zatrzęsło. Od dziś będę się pchała pod samochody, wkraczała na pasy i wymuszała pierwszeństwo. Czy ja zwariowałam, czy ludzie zwariowali, czy w tym kraju już wszystko pojebane jest na maksa?? Bo rozumiem, że mnie ktoś przepuszcza, jak jest sznur samochodów, ale wtedy przeważnie można stać kilka minut! Ale jak jedzie jeden, to niech spierdala migusiem, mam prawo stać na chodniku nawet cały dzień, kurwa mać...
Kilka godzin mnie trzymało, a co sobie przypomnę, to znów mną telepie.
Ale, ale... Nie nerwujemy się.
Coś się rąbniętemu kolanku odwidziało i znów jest nierąbnięte, jeszcze tylko troszkę pobolewa. Tak mi coś świszcze i gwiżdże, że to musiało być jakieś zapalenie. Coś niehalo się czułam i kupiłam sobie acard, a to przecież aspiryna jest :) No nie wiem, bo dawka mikroskopijna, ale czuję się lepiej tak ogólnie i kolanko też, więc cichosza, ale się cieszę, że obeszło się bez lekarza.  Acard łykam, niedrogi. Jak Inżynier zachorował, to go też aspiryną kostusze spod kosy wyciągnęli, obyło się bez transplantacji, choć na starcie była opcja: w najlepszym przypadku przeszczep... Old story, long story...


Boligłówki pięknie rosną, bratki na noc okrywam gazetami i folią, i jak na razie mimo minus 5 w nocy jeszcze trzymają fason :)
Drążyłam też kwestię kapusty, co to Zmorka pisała. Pani redaktor od warzyw mówi, że rozmawiała z producentami i wśród nich zamieszanie. Bo dotąd używali zamiennie słów: kwaszona i kiszona i że żaden z nich nie używa octu do kiszenia. Ale że poszła fama, o czym pisała Zmorka, na gwałt zmieniają etykiety - wszystkie na kiszoną. Coś jest na rzeczy, bo najlepsza w okolicy ma na wiadereczku (tzn. miała zawsze) etykietkę kwaszona, a mi najbardziej smakowała, a ja na ocet jestem wyczulona. Kłóciła się nie będę - nie chce mi się. To są pierdoły.
Zmartwienia to polityka. Patrząc na to, co wyczynia ten rząd, chcę uciec gdziekolwiek. Strach gazetę otworzyć, czy jakikolwiek portal.
A i na świecie niewesoło, z każdym dniem coraz gorzej.  Nie, żeby mnie kręciło krakanie, ale tak źle nie było od czasów zimnej wojny, rzekłabym nawet, że lepiej było, bo złe wieści nie rozchodziły się tak błyskawicznie...
No nic.
Za niedługo Papryczkowi roczek poleci. Pogadałam z Inżynierem i zrzuciliśmy się na prezent, tak urodzinowy, jak i gwiazdkowy. Oj, słono wyszło, ale cokolwiek nie kupię, to i tak w kąt idzie. A tak kupiliśmy zgodnie z zamówieniem i trendy, więc się chociaż pobawią i nie smyrgną od razu do kąta. Teraz na topie jest my little pony, Kraina Lodu to już przeszłość zamierzchła i zapomniana... Szkoda, Anna i Elsa były sympatyczniejsze od tych pinkowych badziewi. No nic, jeszcze chyba Barbie i inne wynalazki przede mną. Byle kasy starczyło. Nie rozumiem, dlaczego nie wystarcza książka i wyobraźnia, oczywiście, nie jestem wrogiem zabawek, ale to co dzieje się w tej chwili to wariatkowo.
Może powinnam iść do wariatkowa? Parę psychotropów i nirwana? Mieć na wszystko wyjebane i niczym się nie przejmować?
Może to nie jest najgorsze wyjście z sytuacji?
Plan już ułożony, mniej więcej. Inwazja będzie, nie ma zmiłuj. Choć ponoć w tym roku zrezygnowali z kopania rowów, bo babcia Postmana przyjeżdża i boją się, że nie przeskoczy, bo dla mnie taki okop to pestka (kolanko już nie boli).
Znów udają, że się mnie nie boją, a ja dziękuję niebiosom, że są.
Bo inaczej byłabym skazana na trzy tygodnie z sierściuchami.
Wiem, wiem, tu bywają sami wielbiciele sierściuchów, ale mnie to przerasta. Nie same sierściuchy, z tym da się żyć, nawet jak do łóżka wlezą i do walizki. Ale na stole, spacerujące wśród potraw, prosto po wyjściu z kuwety - nie trawię. Przykro mi. Każdy ma coś, co nie lubi. Nie lubię tego, a nie mam nic do gadania. Więc zacisnę zęby i będę żyła. Tak jak żyłam z pampersami na stole. Bo - kocham moje dzieci. I to jest potęga matczynej miłości. Znieść nawet kota pokuwetowego wśród jedzenia :)
Juterko będę się od rana kopała w tłustą dupę, żeby wreszcie zrobić to, co mam zamiar zrobić od lata.
Ale to nie jest moja wina, że czas tak zapierdala, co nie? :)
Wiem, że mnie zawsze zrozumiesz, Kochany Pamiętniczku. Jak dobrze, że jesteś :D 





7 komentarzy:

  1. Witaj, dobrze piszesz, bo dobrze sie czyta, z humorem, naturalnie, ale najbardziej podobalo mi sie jak przechodzilas przez ulice i ten mily kierowca, ktory prosil zebys przeszla a Ty nie i jeszcze do tego byl to policjant, ubawilo mnie to, dziekuje. Teresa

    OdpowiedzUsuń
  2. policjant pierdylnięty , bo ja nieraz przepuszczam pieszego, a z drugiej strony jadący, nawet nie zwolni i co ? lepiej poczekać, bo różnie bywa.
    u nas najpierw rządziły kucyki, teraz kraina lodu :) , co do kotów, jak i psów mam jak TY - nie między żarciem i na moim posłaniu - za duża wyobraźnia mi się uaktywnia.
    ;) imbirella

    OdpowiedzUsuń
  3. A ja powiedzialam ze my w sensie Ignacy a mamusia jeszcze bardziej preferujemy prezenty w formie ksiazki ewentualnie ubrania bo on teraz zabawkami chwile i rzuci woli metalowa miske i lyzke. Jestem w stanie sie poswiecic i kurz scierac z ksiazek a nie byle pierdoly w szafkach utykac.

    OdpowiedzUsuń
  4. Nie dbam o storczyka,bo im więcej dbam,tym gorzej na tym wychodzą.
    Miałam ze 3 i padły,zgniły po prostu,chociaż stosowalam sie do rady ,zeby prawie wcale nie podlewac.
    Teraz tez mam podarowanego i na razie jeszcze się trzyma,powinnam chyba kupic jakis nawóz do storczyków,bo wszystko zuzyłam na inne kwasolubne kwiaty.

    OdpowiedzUsuń
  5. Z policjantem to faktycznie wesoło, ja też czesto przepuszczam samochody i czekam na dogodny moment,chociaz zauważyłam,ze ostatnio jakby cześciej sie zatrzymują i przepuszczają.

    OdpowiedzUsuń
  6. Dorko, co do storczykow, to co wlascicel to inna szkola postepowania. Z mojej praktyki to Ci powiem jak ja robie (chcesz? nie? No to Ci powiem): otoz teraz nie trzeba nawozic storczykow az do marca, wiec nie inwestuj w nawoz dla nich, bo tylko Ci sie zestarzeje, a na wiosne napisze Ci, jak zrobic domowy nawoz przy O inwestycji, a i roboty przy tym niewiele. U mnie sie swietnie sprawdza, choc tez udalo mi sie kiedys usmiercic pare egzemplarzy, ale to bylo dawno, teraz juz nie.
    Jedzo, ja tez tak robie jak Ty, przepuszczam, bo nigdy nie wiadomo jaki diota siedzi za kierownica i czego sie nacpal/napil/ spieszy sie. A ja sie boje, wiec wole poczekac, az droga wolna jest. Teresa

    OdpowiedzUsuń
  7. Dziękuję bardzo, jeśli storczyk przetrwa to się przypomnę :) Wiesz,ja nie mam dobrych warunkow,kwiat nie stoi na parapecie,tylko w glębi pokoju,ma ciepło,ale moze za malo swiatła/słonca, tak więc jak sie przystosuje to ok,jak nie to trudno,mam tylko jeden parapet,a na nim za malo miejsca dla wszystkich:)

    OdpowiedzUsuń