mniej mam cierpliwości, Kochany Pamiętniczku do pracy.
Mam wrażenie, że czas mi przecieka między palcami i nawet to, że mogę coś w domu zrobić nie usuwa tego głupiego uczucia.
Trzy osoby w jednym dziale (czwartej się pozbyli, bo opóźniała wszystko i musieli za nią robić) i... 6 stron do zrobienia. 6 stron, które ja przeczytam dwa razy w góra 20 minut, powoli, myśląc o błędach i zastąpieniu bełkotu polszczyzną.
I do tego D., która zawsze trzyma mnie po godzinach.
Sceny balkonowe odstawiłam i skończyłam o 16.58, ale i tak kurwica mną miotała.
Jedyną pociechą jest to, że z chmurki będę obserwowała nową korektorkę.
A może i nie, może przesadzam z moim niezastąpieniem? Może, jak śpiewa SDM - będą wtedy szczęśliwsi?
Właśnie przed chwilą dostałam diagnozę MW. Spektrum autyzmu. Wysoko funkcjonującego, ale jednak.
Trudno, trzeba będzie z tym żyć, choć łatwo nie będzie. Są gorsze rzeczy w życiu. Przerabiałam, obawiałam się ich.
Muszę to jeszcze przetrawić. Mnie nie była potrzebna diagnoza, ja po jej oczach wszystko wiem.
Przykro mi bardzo i żal do losu. Ale cóż.
Jutro wleci P., pogadać.
Tak jak mówiłam, tłumaczyłam: rodzina. Nie taka, jak mojego ojca, gdzie ma trzynaścioro dzieci w sumie nikt się nikogo nie trzymał i wszyscy byli skłóceni.
Nie jak mojej mamy, gdzie do dziś nie potrafię rozszyfrować ich animozji, ale tam były trzy żony, czwórka dzieci z dwóch małżeństw i nie - żadnych rozwodów, po prostu życie - śmierć i macochy. Zakręcone, a ja do dziś nie jestem w stanie ogarnąć tych pokrewieństw i żali - za głupia jestem.
I nie taka, jak mieliśmy z Eksem, gdzie wszyscy oglądali się na kasę, a ci, który jej nie mieli (jak ja i jedna ze szwagierek, z pogardą nazywana: bo una jest ze Swarzyndza, najwięcej z siebie dała, opiekując się wszystkimi, w tym i teściową, która nią pogardzała, bo una ze Swarzyndza), no i jak mówiła teściowa: każdy ma ręce do siebie, nie od siebie. Upominając się o zachowek, który jej się nie należał, bo była już 10 lat po rozwodzie, co miała wyrwać, wyrwała, a wyrywali sobie każdą pierdołę, krzywoprzysięgając, nawet zepsutą pralkę automatyczną, bo "im się należała". Teść w sądzie zeznawał, że nie ma innych bliskich, a pod sądem w samochodzie czekała na niego rodzona jego siostra. Rodzina, w której wszyscy dorwali się do koryta, zabierając Eksowi to, co mu zostało zapisane, okradając jego dzieci - które były powodem, dla którego chatę dostał. Żeby miał za co je wykształcić. Teść, nienawidzony przez całą rodzinę, nawet Eks unikał go jak diabeł święconej wody, jednak myślał o najsłabszym ogniwie w rodzinie. Że nie walczyłam? Rodzina miała adwokatów za darmo, ja musiałabym płacić. Zażarta walka trwała 12 lat. Testamentów było 17 (sic!). Z mojej pensji korektorki opłacić adwokata? Dzięki kasie, której nie wydałam na adwokata, wykształciłam dwójkę wspaniałych chłopaków. Druga żona teścia, z którą się rozwodził, ale nie zdążył się rozwieść, miała córkę adwokatkę. Szwagier operował wielu adwokatów, nie, nie brał za to kasy - brał usługi, także od stolarzy i innych zawodów. Taniej by operowanym wyszło zapłacenie za zabieg. Szwagierka z Niemiec wydawała na adwokata co miesiąc tyle, że ja bym za tę kasę miesiąc przeżyła i jeszcze bym odłożyła.
Cóż, było, minęło, mam superdzieci, znające swoją wartość.
Niemające do mnie żalu, bo razem tak postanowiliśmy - iść naprzód, nie oglądając się na rodzinę. My jesteśmy swoją rodziną.
A teraz bez kasy weźmiemy się za ogarnianie tego, co się rypło. Nie do końca, ale czasem trzeba będzie się sprężyć. Cóż, taki life, przerabiałam gorsze rzeczy.
Będzie dobrze.
A w tym całym syfie pracowym nawet nie zrobiłam dnia gospodarczego i nie posprzątałam korytarza (znów moja kolej, jak ten czas zapierdala!).
Ale Spotify przypomniało mi w którymś momencie
i... przeleciałam wszystkie możliwe interpretacje, w tym i braci Kaczmarków kilka lat później (o rany, jakie inne odczucia, nawet z moim słuchem, wiadomo, jest jak jest), i Ładysza, Ładysza z żoną, i...
No czasem tak mam.
Mama moja i ciocia, jej siostra, kochały Ładysza. Mnie było trudno ogarnąć jego głos bez słuchawek.
Teraz, bo wiadomo, że z moim słuchem, pogarszającym się systematycznie, wiele nie ogarniałam do końca. I owszem, na potańcówkach, na zabawach - wiadomo, głośno.
Ale na potańcówkach nikt tenorów nie puszczał.
Chociaż O sole mio leciało w radiu, inne takie też. O sole mio znałam, bo ciocia często nuciła :)
Ale tak naprawdę zaczęłam to wszystko zbierać do kupki teraz, zwłaszcza że wtedy nikt nie zakładał nawet istnienia YT, Spotify czy innych cudów wianków.
I tak, skoczywszy do Lidla na jednej nodze, słuchając piosenki, wracając po te nowiny niespodziewane...
Umówiona jestem na jutro z P.
I. jest słomianym wdowcem, żona pojechała na jakąś konferencję...
Rano, bladym świtem (u mnie 8, jak on zaczyna pracę) pomyśleliśmy o nocowance.
Ale...
Kundel.
U mnie w mieszkaniu nie ma już miejsca dla Kundla.
Przykro mi... Nie, żebym go nie... no dobra, lubiła, o kochaniu mowy nie ma, bo wonieje mokrym psem i ciągnie mnie, narażając na kontuzję...
Nie mam gdzie wynieść badylków, które przedtem poupychałam na balkonie
Obgryza namiętnie wszystkie, a tu są trujące dla niego. Nie wywalę też (nie mam gdzie) badylków z małego pokoju, koło których przesmykuję się sama wdzięcznie. Musiałabym je usunąć, żeby było spanie dla wszystkich.
Sorry, w starciu badylków z Kundlem - wygrywają.
Każde z nas ma swój wybór.
No i...
to wszystko nie przetrwa ataku Łobuzów. Nudzących się, poniekąd, bo pod ręką i kompiki (nie wolno dotknąć nawet palcem), nie wolno się huśtać na krześle, nie wolno rzucać poduszkami, bo leci, nie, nie pierze, ale wszystkie durnostrojki. Cóż, moje mieszkanie jest niekompatybilne z dorastającymi, a jeszcze niedorosłymi egzemplarzami (te od Pierworodnego już dorosły).
I. ma do ogarnięcia swoje lary i penaty (oj, ma, moje to małe miki w porównaniu z jego), zakupy i dwójka Łobuzów, nie byłoby nawet czasu na rozmowę. Dogadaliśmy się MSG. Jest OK.
Sama potrzebuję oddechu po pracy, spotkanie z P., bo on potrzebuje matki jednak. Tak wyszło. Cóż, czasem matka przydaje się, zwłaszcza gdy akceptuje, ogarnia, nie ocenia, nie docieka i nie analizuje. Nie wnika. Po prostu jest.
Więc... przeżyć jutro, pocieszyć dziecko, ogarnąć kuwetę.
I dalej żyć.
Jak widać, życie nie składa się z oddychania...
Ale i tak jest piękne.
Mimo wszystko.
A sny miałam koszmarno-słodkie, wyjechane w Kosmos.
Tak jakby mnie i wzywali na tamtą stronę, i kazali tu warować.
Cóż, muszę się jakoś ogarnąć.
Nikt nie mówił, że będzie łatwo...


Och, Jędzuniu, przytulam z daleka. Dobrze chłopakom się trafiło, że mają taką Mamę!
OdpowiedzUsuńDziękuję za przytulaska :) Ale nie wiem, czy oni mają takie samo zdanie :)
Usuń