w odmętach, Kochany Pamiętniczku.
Jako że już nieaktualne i mało prawdopodobne, żeby ktoś rzeczone istoty w realu rozpoznał, dlaczego nie :)
Słodkie.
Gość z fotki siedzi właśnie na Podlasiu, a moje matczyne serce zwija się...
Bo Podlasie, bo Drohiczyn, bo wiadomo.
A jednocześnie nowe scenariusze zmartwieniowe sobie piszę: że jeździć będzie po całym kraju.
Że... a ić, sranie w banie, ić stond.
Czemu ty się zła godzino, z niepotrzebnym mieszasz lękiem?
Jesteś? A więc musisz minąć.
Miniesz, a więc to jest piękne.
I w drugą stronę mnie szarpie - zazdrość.
Że jeżdżąc po kraju, jednak wiele zobaczy. Tego, czego nie widział, bo latami zapierdala jak chomik w kołowrotku. Teraz też zapierdala, ale coś przeżywa, poza jazdą autobusem do pracy i z powrotem. Dziś pisałam do niego, trochę z ciekawości, bo pracuje przy montażu jakichś cudów wianków w chlewach (ma złote ręce, chociaż jest mańkutem na obie ręce i nogi), pytając o bioasekurację i ASF, bo właśnie tam się zaczęło od dzików, które przylazły z Białorusi.
I tak mi wspomniał, że tak daleko na wschód jeszcze nie był.
Może delegacje to nie jest taka zła opcja, nawet jak nie ma cię długo w domu? Inżynier nie cierpi, ale on się za młodu wyszalał, a P. nie. I latami kursował na trasie praca-dom, praca dom.
Więc niech mu się wiedzie w tym lataniu, niech ogarnie trochę świata.
Zanim się zestarzeje tak jak ja - dopiero na starość się trochę powłóczyłam, ale zostają wciąż niezrealizowane marzenia: Jura Krakowsko-Częstochowska - bo latami na dworcu w R. patrzyłam na litografię w sepii, wiszącą na ścianie, obiecując sobie, że kiedyś tam pojadę. Owszem, mogłabym teraz, nawet Słonko mi proponowało nocleg u jej rodziców... Ale... Kondycja nie taka już - nawet jak dojadę, nie połażę, bo podejście na osiedlu lekko pod górkę przy jedynce to już jak K2, więc idę inną trasą, żeby się nie zasapać i nie oblewać zimnym potem.
I Kornwalia, zawsze tam chciałam pojechać, do tego wypasionego Edenu - miałam obiecane, ale nie wyszło. A Kornwalia, bo Poldark. Bo tak.
Kolejne marzenie spisane na straty. Tak wyszło, trudno.
Sama jestem jak pijane dziecko we mgle, a poprosić nie ma kogo. Cóż, życie.
I inne takie tam, więc niech chociaż się poszwenda służbowo, zawsze coś. Jak wiosna wróci, to w tych pipidówkach może się nacieszyć spacerami i zwiedzaniem.
Życie, kochanie, trwa tyle, co taniec...
A mnie nawet wieńca kupić nie chcą, chociaż piszą do mnie: cudowna i kochana.
Co poniektórzy, bo inni to piszą, czy emilek doszedł, bo nie odesłałam.
Kurwa.
Jebane coroczne forum.
Sranie w banie, wiecie, rozumiecie, wiodące, generalnie niezbędne do życia, opiniotwórcze i ojacierpiędolę.
Tak, rozumiem, to też generuje część mojej nędznej wypłaty.
Ale znów pod egidą Bossa, przesuwane z dnia na dzień, zebrania, nasiadówki, bicie piany i zawracanie korporacyjne dupy ludziom, którzy nie mają w ten sposób czasu na normalną pracę.
O 16 emilek od Bossa, że jeszcze minister się wypowie.
Kwitnę do 22, piszę emilki, wysyłam SMS i nic.
O 22 SMS, żeby nie czekać, bo minister będzie rano.
Chwała za siedzenie bez sensu przez 6 godzin przed kompem, czekając na ministra.
Nadgodziny, no ale jestem w domu, to co mam do roboty?
Tyle że zaliczyłam serial, hiszpański, jak to u nich - romans i nieprawdopodobne, a gdy zaczął mi się podobać główny bohater, to go zabili :)
No ale spałam.
A rano wstać nie mogłam i nie chciało mi się, prawdę mówiąc.
O 8.45 w śpiżmamance, siadam do kompa i jest, a jakże minister. 8.52 ogarnięty, emilek odesłany z ministrem skorekconym i jazda - dalej w śpiżmamance z resztą dosłanych emilków. 9.39, wszystko ogarnięte, szybka piłka w łazience, głodna nie jestem, więc siad do kompa. 9.52 SMS, czy dotarł mail z tekstem Ministra. Kurwa, Ministra. Odesłany o 8.52 i do autora, i do grafika, zgodnie z życzeniem. Odsyłam jeszcze raz. I tak sobie SMS, w końcu: dobra już mamy. Nosz kurwa, jak to jest, że mnie nigdy na poczcie nic nie ginie, a innym tak?
I śniadanko sobie robię.
Obiadek przygotowuję.
W gry gram i nic, dupa, a jutro ma jechać do druku 2/3 gazetki, już i tak przesuniętej na poniedziałek. Jakieś 250 stron jak dla mnie, bo I i II korekta.
Przypominam sobie, że ma być jakieś zebranie zwołane przez prezesa, niebaczącego na to, że u nas sądne dni.
Wtóruje mi w tym T., rozkosznie bluzgający na jugosłowiańskie gówno. Bo tak, bo w ramach oszczędności mamy program stamtąd z... 2002 roku :) To tak, jakby uznać dziś samochód z 2002 roku za cud techniki.
Nevermind.
W południe, nie wyrywając sobie rękawów i mając już dość grania i łażenia po necie, ile można - wyjść z chałupy nie mogę, bo pracuję, co nie (ale skoczyłam na jednej nodze i wyniosłam bio, leżące od dwóch dni na balkonie, u mnie jest dużo bio, bo worki mam 5-litrowe, biodegradowalne, a jadę na zielsku, no ale prawie zero jest, to bio ma się tam dobrze).
I piszę do Góry, że spisek widzę, zamach na moje życie, ale ostrzegam jednocześnie, że kwiaty drogie i na wieniec dużo wydadzą...
M. odpisuje, ogólny emilek alarmujący załogę, że ona na wieniec nie da, że żadnych wieńców.
No, świnie, swojej ulubionej, kochanej, cudownej korektorce na wieniec poskąpią?
Najpierw powoli, jak żółw ociężale, ruszyła maszyna po szynach ospale...
I maszynki się pojawiły, ogarnęłam już po godzinach.
Taki tam comiesięczny syf, na koniec roku przez to jebane forum jeszcze bardziej pojebany.
A T. pisze, że Boss posłał do druku bez naniesienia II korekty wczoraj, że będzie miał robotę na ozalidach.
I jak tu nie kochać swojej pracy, no jak?
Ja, stara komunistka, która nie wyszłaby z sali po okrzyku precz z komuną, po którym wylazł wuc, zachwycona jestem działaniem Czarzastego. I tak jak na początku zachwycałam się Kościółkowym, mimo głosu rozsądku, który mówił mi, że nie ma czym, tak Czarzastemu kibicuję. Mądry gość, krzyż zostawił, żeby się mieli pod czym modlić o powrót alkoholu do Sejmu.
I tak, sama piję, bez bicia przyznaję. I to czasem nieźle dawałam w palnik, młodszą (niemłodą już kobietą) będąc. Jak choćby wtedy, gdy zginęła mi myszka kultowa, z mysich cipek :) Albo gdy wracałam z Baranem z sylwestrowej lumpi i następnego dnia zastanawialiśmy się oboje, gdzie utytłaliśmy sobie po kolana w błocie dżinsy, leząc tylko na ulicę Kwitnącej Wiśni, by obejrzeć poprzednie włości, a potem do Sroczego Zaułka - na całej trasie nie było błota :)
Nie mówię, że nie mam pijackich epizodów w życiorysie, o których chciałabym nie pamiętać.
Ale.
Nigdy nie piłam w pracy. A pracuję od lat w środowisku zaiste pijącym. Wciąż widzę Tomka D., cenionego dziennikarza (już nieżyjącego), leżącego na brudnej jak ta święta ziemia wykładzinie w redakcji na Grunwaldzkiej. Niekontaktującego, reszta redaktorów też nie była w najlepszej formie, tylko korekta trzeźwa opanowała sytuację. I nie, nie byłam sama w tej trzeźwej korekcie. Moment, kiedy zamiast 24 stron poszło do druku 16, bo w pierwszych chwilach, gdy wysyłano do druku gazetę online, trzeźwy był tylko... nocny stróż, któremu to zlecono, a że nie znał się na wysyłaniu online, a korekta już poszła do domu, bo nie miała już nic do roboty...
I nieżyjący już, młodszy ode mnie redaktor, zresztą bardzo fajny gość, w kolejnej mojej pracy, przyjeżdżający z Warsiawki, pupilek też nieżyjącej już współwłaścicielki Auschwitz. Po jej odejściu z tego padołu łez zawieszono zaraz czasopismo, które dziś byłoby wiodące na rynku, bo pisało o energetyce odnawialnej, gdy była ona jeszcze w pampersach. Na jego przyjazd zawsze kupowano kilka zgrzewek piwa Warka Strong - bez tego nie zaczynał pracy. I zawsze zgrzewka trafiała do mnie, albowiem tylko ja nie buntowałam się na siedzenie z nim po godzinach. I nie, nie piłam z nim. Zgrzewka lądowała w mojej lodówce w domu.
Imprezy zakładowe - już w miejscu, gdzie obecnie pracuję. Unikałam zawsze, zaliczyłam tylko jedną zakładową wigilię. A są co roku. Jak już coś się działo, to ogarniałam lampką szampana. I nie dlatego, że wstydzę się, że lubię alkohol, bo lubię. Ale następnego dnia nasłuchałam się różnych opowieści - nie o sobie. I tego się trzymam.
Piję, bo mogę, ale nie dlatego, że muszę.
Będąc DDA trzymam się pędzla, guzika i powietrza, starając się ze wszech miar, by alkohol był dla mnie odskocznią, nie musem, koniecznością.
I serce mi pęka, że Sejm, w tak kurewskich czasach, jakie są, z wojną za granicą, rzut beretem od miejsca, gdzie obecnie pracuje moje dziecko, zajmuje się, kurwa tym, żeby nie można w nim było kupić alkoholu!
Ja, mając dość życia, pracy (już niedługo 11 lat na emeryturze), żeby się napić, bo padnę od stresu (tak, jestem alkoholiczką), muszę się przebrać (za Gwiazdora) i polecieć po nadgodzinach do najbliższego marketu (daleko na moje stare nogi), bo na skutek pisowskiej polityki padła moja ukochana Piątka, pracująca w pocie czoła do 21.
Gdzie tu jest, kurde, sprawiedliwość dziejowa?
Śmieję się trochę, ale to jest śmiech przez łzy.
Na pocztę jeszcze wlazłam, a tam już nowe emilki, tradycyjnie wysyłane po 17.
I na serio - w dupie mam.
I tak będę jutro pracowała chujwijakdługo, więc nie.
Nie włączę drukarki, nie odpalę mojej zajebistości i nie popracuję.
Takie tam, comiesięczne od lat, nakładające się na politykę.
Poszłabym po winko, ale ciemno już jak w dupie u Murzyna, pomijając źle ustawione lampy reklamy na sąsiednim bloku, wkurwiające mnie co dzień i podlegające pod ustawę o smogu świetlnym...
Życie nie składa się z oddychania, tylko z chwil wkurwiających na maksa :)

O! Nigdy nie byłam na Podlasiu i pewnie już nie będę, ale nie to ważne.Tak myślę, że dłuższe delegacje, dla kogoś, kto na codzień ma oprócz pracy mnóstwo domowych obowiązków, mogą być jak wakacje:) A jeśli jeszcze płacą lepiej?
OdpowiedzUsuńTeż odniosłam takie wrażenie, że dla niego to jakaś forma wakacji. Niech tak zostanie, choć pora zimowa nie za bardzo na jeżdżenie. Tak, płacą lepiej, dlatego wziął tę fuchę - w jego firmie, nie zmieniał pracodawcy.
UsuńZgadzam się z przedmówczynią, że takie delegacje to prawie wakacje:-) Podlasie jest cudne, szkoda, że tak daleko ode mnie, bo chętnie bym nawiedziła ponownie, byłam tam jeszcze przed zamknięciem i budową muru. Ale Roztocze czeka jeszcze w kolejce, więc na Podlasie pewnie czasu nie starczy.
OdpowiedzUsuńDla niego, uwiązanego jak pies do budy - na pewno. Życzę ogarnięcia wszystkich miejscówek :)
Usuń