starą histeryczką i czarnowidzką, Kochany Pamiętniczku.
Wstałam sobie bladym świtem, bo tak cudnie było za oknem
aż chciało się żyć.
Jeszcze jeden darowany cudownego życia dzień...
Codzienna rutyna, do znudzenia, ale super, że jest.
Że znów.
I poleciałam na Manhattan, a poranki już rześkie, choć zapowiadali armagedon na dziś - 28 stopni (i tyle było, a w pełnym słońcu aż mdlałam, ale spoko, przeżyłam).
Z nosa dla odmiany leci mi jak z zepsutego kranu, jakaś głupia ta choroba.
Przystanek, nowy, a jakże, cały zaparowany był, jak wracałam już zeszło.
I tak sobie, my Echo, my Shadow, and Me maszerowaliśmy lewa prawa, kontemplując.
Znaczy się, nie plułam kątem, nos czyściłam, ale maszerowaliśmy dzielnie, gdy wtem...
Co widzą moje sterane życiem oczęta? Okulary przeciwsłoneczne na nosie miałam, one ze 20 lat mają, jak nie więcej, więc za ostro w nich już nie widzę, ale... No chyba nie jest tak źle z moimi ślepiami :)
Zażółciło mi się w oczkach, ale olaboga, chyba nie trzeba się znów martwić.
I tak, choć dusza właziła mi na ramię ze strachu przed kleszczami, czyhającymi na mnie w trawie, bo w sandałkach byłam (fobię mam), a rosa jeszcze nie obeschła, podeszłam do drzewa. Z daleka myślałam, że ktoś jakąś tarczę tam zawiesił, ale...
Przecudny okaz żółciaka siarkowego odkryłam. Tak się składa, że niedawno o nim gdzieś w internetach czytałam, w domu się upewniłam. Niby jadalny, ale inne źródła mówią, że rosnący na akacjach (a to akurat jest robinia) są trujące. Zresztą i tak bym nie zdjęła, bo po co niszczyć takie piękno? Jestem ciekawa, czy ktoś go też zauważył, bo ja chodzę i szukam takich dziwów na spacerkach.
I tak przeleciałam Manhattan, do Aldiego wlazłam, bo wciąż zapominam kupić musztardy.
Zanim dotarłam do chaupki, byłam już mokra jak mysza.
Wstawiłam rosołek, wyniosłam śmieci (bo ja do śmietnika tylko w stroju wyjściowym, żadne tam dresy), a nazbierało się bio, a wiadomo, bio śmierdzi szybko.
Odsapnęłam, pograłam i już wiadomość: będę z Papryczkiem za 20 minut.
Ale gdzie MW?
Źle się czuje.
Miałabym się z pyszna, gdybym jednak ugotowała obiad, jak kombinowałam... No ale wygrałam w totka, więc spoko :)
Zanim dojechali to i tak bym nie zdążyła ogarnąć obiadu, rosołek był jeszcze niedogotowany.
Papryczek wszedł, cześć babcia, telefon i tyle go widzieli :) Ma już swój telefon - nie ma dziecka.
A ja zaczęłam jazdę po Pierworodnym.
Że już mam dość lekceważenia ze strony jego połowicy...
No i oberwałam.
Ta lepsza (gorsza) połowa siedziała w Bednarach. Jak i połowa mojej redakcji. Oni pracują też w firmie mającej powiązania z rolnictwem.
I że ubolewała, że nie mogła się wybrać do mnie.
No cóż, odszczekuję i postaram się nie pisać więcej scenariuszy.
Jako że dziecko siedziało cały czas w telefonie (jest uzależnione, ale do syna to na razie nie dociera chyba...), tośmy sobie pogadali jak czekista z czekistą.
Jakoś mu się powoli zaczyna układać w tym głupim, kudłatym, niedomytym łbie.
Wbijałam mu jak dziecku, po polsku, po angielsku, że mają przestać sprzątać i zacząć przyjmować naszą gałąź rodziny u siebie. Bo pewne na bank, że jak jego teściowie odejdą, to zostaną bez rodziny (szwagier to temat na brazylijską telenowelę).
Jak odejdę ja, zostanie mu tylko Inżynier, bo z resztą rodziny nie chce ani on, ani I. mieć nic wspólnego. Z dwójki ich rówieśników, z którymi chcą mieć kontakt, jeden jest pod pantoflem żony jędzy (ja jestem ta dobra jędza), a drugi mieszka tak daleko, że olaboga taki dojazd.
Reszta, od TEGO szwagra - nie ma opcji.
Tak więc, ponieważ i z mojej strony, i ze strony Eksa nie ma nikogo - są zdani sami na siebie.
I tak, wiem, marudzę, wyklinam, lamencę, ale... jak w amerykańskim serialu - family. Tym bardziej że wciąż są zgodni, nie kłócą się, więc niech i ich dzieci mają kontakt.
Ile z tego dotarło, nie wiem.
Ale zawsze warto spróbować.
Nawet jak u matki w tej chwili ważny jest porządek na serwecie.
Matka ma już prawo do tego porządku.
A, jeszcze oberwałam za to, że jak mnie ucho rozbolało, to do niego nie napisałam, zarejestrowałby mnie do razu (jesteśmy w tej samej przychodni i on umie obłaskawiać swym nieodpartym urokiem recepcjonistkę). Zapisałam w kajeciku - dobrze wiedzieć.
I pora nauczyć się prosić.
Cóż, starzeję się i wymagam odrobiny wsparcia.
(Kopala w dupala, ogarnij się SJ).
T-shirta ode mnie dostał, bo jego, delikatnie mówiąc, był nieświeży, tłumaczył się zarobieniem i takie tam. jego wylądował w mojej pralce, a ten kazałam mu sobie wziąć, bo ja teraz nie nosze T-shirtów, porażają mnie moje fałdy tłuszczu.
A mój, kupiony przed laty w Petroleum był na niego jak ulał. I nie, nie jest to powodem do dumy - chłop ma 180, więc moje XL było na niego idealne. Nie żadne tam chińskie XL, ale porządne, europejskie.
Mój mężczyzna świadczy o mnie - mam taką zasadę wdrukowaną. Na mycie łbów obu (przydałoby się im obu, myłabym) było już za późno.
Zadzwoniliśmy do MW, ale odmówiła wyjścia z domu.
Pojechaliśmy do Sfinksa.
Po drodze była księgarnia, a Papryczkowi oczęta się zaszkliły, bo były albumy o kolei i o samolotach.
Papryczek jest kolejo-, tramwajomaniakiem, a ostatnio samoloty rzucają się mu na mózg.
Wymieni wszystkie modele parowozów, lokomotyw, bimb.
Jeden album zawrócił mu w głowie, no to kupiłam.
Pierworodny jęczał, że za drogi, ale...
Żadna książka do czytania nie jest za droga. A ważne, że czyta.
Nie zbiednieję, na chleb mi zostało, więc?
Mam z tymi z Dżemorem tak mało kontaktu.
A tu po raz pierwszy usłyszałam tak serdeczne dziękuję (dwa razy!), a potem jeszcze raz później, że (tak, jestem wyrachowana), zwróciła się każda złotówka :)
W Sfinksie tradycyjnie zamówiłam
dorsza. Bo lubię, a w tym Sfinksie kręci mnie dodatkowo, że podają go na gazecie, znaczy się tradycyjne fish and chips z UK, przed którym tak długo bronili mnie chłopcy tam, a które to danie pokochałam miłością wielką jak cały świat).
Bawiliśmy się znakomicie, chociaż moi współtowarzysze czasem znikali w telefonach, ale tylko na chwilę. Pasują do siebie, rozumieją się w pół słowa i mają ze sobą znakomity kontakt.
To cieszy.
(Obsługiwał nas wyjątkowo sympatyczny młody kelner, błyskawica. Lubię Sfinksa też dzięki Baranowi, ale to już inna story).
I tak po wszystkim wdepnęliśmy jeszcze raz do księgarni, gdzie kupiłam
nie były drogie, a kupiłam je (uprzednio pytając rodziców, I. przekonała moja argumentacja, żeby Alienek zaczął czytać po angielsku i że pora poznać Koziołkowo, Inżynierowa twierdziła, że to nie jest jeszcze angielski dla Alienka, ale spóźniła się, książki kupione już były). Bo rodzice rodowici poznaniacy, a dzieci wsiowe już (nie żebym coś do wsi miała), nie znają w ogóle nic o Koziołkowie :O)
I lecąc przez rozgrzaną patelnię na przystanek znów kontemplowałam...
miasto moje...Winobluszcz na Collegium Maximum jeszcze zielony, nie sfociłam...
I... nawet się nie zająknęłam, ale żal było mi dziecka, bo akurat były absolutoria... Long story znów...
A winobluszcz na Zamku już czerwoniusieńki...
Chcieli mnie eskortować pod dom, ale odmówiłam, jeszcze nie błądzę :) A MW dość siedziała sama i głodna, bo odmówili zamówienia jej jedzonka z dowozem.
I tak pożegnaliśmy się czule w autobusie, którym dojechałam do domu...
To był bardzo fajny, wbrew moim obawom, dzień.
Chociaż parę rzeczy - w sumie drobiazgów - mnie wkurzyło, no ale cóż...
Życie nie jest idealne, uczę się cieszyć tym, co mam.
I nie spisywać wszystkiego na minus.
Niełatwa to nauka.
I tak, moje starsze dziecko jest: nieokrzesane, niedopilnowane.
Ale - kocha swoje dzieci i to bardzo.
Swoją żonę też.
No i kundla (ma przegubowca).
Trochę pojęczał, że cóż, taki los rodzica, że ostatecznie musi wyprowadzać, bo dzieciom nie zawsze to pasuje, ale on i tak kundla kocha...
A czarna część mojej paskudnej duszyczki nie omieszkała stwierdzić: i dlatego ja nie zgodziłam się na psa, bo skończyłoby się na tym, że musiałabym go wyprowadzać.
Co przy Eksie, mojej pracy na zmiany, często w nadgodzinach i samodzielnym ogarnianiu wszystkiego (nie, nie byliśmy zespołem z Eksem) wyglądałoby tragicznie.
Ale, anyway, u nich to działa.
Dziękuję, życie, za kolejny dobry dzień.
Jutro przeleżę, bo ma być ostatni upalny dzień, a nie mam pod ręką nikogo, kto mnie wyniesie, jak padnę :)
I tak myślę, że skoro mój T-shirt XL pasuje na 180-cm chłopa idealnie, to fakt, że chińskie 6 XL dopina się na mnie, ale nie czuję się w nim swobodnie, to znaczy, że Chińczycy oszczędzają na materiale :P
Tak się pocieszam, żeby nie było...
Bo co można mieć za 120 zł?









To był dobry dzień! A ze wlosy...takie jak na foto- to tylko pozazdrościć! A niech sobie będą tluste! I Papryczek podziękował-🥰Spokojnej nocy!
OdpowiedzUsuńTak, był znakomity. A ja łysa jestem, bo Eks zawsze, gdy piekłam ciasto, zabierał chłopcom gałkę i mówił: nie liż, bo będziesz miał łysą żonę... I sam lizał. A że formalnie do końca byłam jego żoną, tom teraz łysa jest! Taka zemsta. I Papryczek, i Alienek mają za to rzęsy jak firanki. Włosy mają po Eksie (MW też), ale i moje geny się tam zaplątały, bowiem wszystkim - moi dzieciom i moim wnukom kręcą się - nie tak mocno jak mi, ale się kręcą. Jedna Kalafiorkówna się wyrodziła, i kolorystycznie, i kręceniowo - ma blond włoski jak jedwab i proste jak drut :)
UsuńPozno opublikowalas, a ja jako rekonwalescentka, dosc wczesnie sie klade, zeby jeszcze troche poczytac w lozku, wiec Twoj wpis moge dopiero teraz poczytac.
OdpowiedzUsuńFaktycznie bylo lepiej, wbrew Twojemu czarnowidztwu i uznajmy to za krok milowy do lepszych i czestszych spotkan rodzinnych. Szkoda tylko, ze nie mogli byc w komplecie, ale od czegos trzeba zaczac.
Tak zakładam, jako prawisz. Mądrze prawisz :)
Usuń