niedziela, 7 września 2025

Home

 sweet home, Kochany Pamiętniczku :) 

W sobotę od rana lało tak, że zanosiło się na to, że nici z festynu. Ale cudnie było, w tym roku w zasadzie cały czas zieleń niezakurzona. Ale i tak pełno zaschniętych liści  już leży. Jednak taki ciepłym, jeszcze letni deszcz, a nie jesienna szaruga - jest cudnie.

I jak dla mnie 16 stopni - idealnie :) 


 Coś mnie tknęło i włoszczyznę kupiłam, zakładając, że będę rosołek ogarniała w niedzielę - na tydzień.

Ale wstawiłam w sobotę i sobie pyrkał. 

Kilo węgierek też zorganizowałam, bo naszło mnie na pieczenie placka, ale uświadomiłam sobie, że będę miała zagracone garami z piekarnika i śliwki czekają spokojnie.

Badylki z podłogi powywalałam hurtem na balkon i w mieszkaniu zrobiło się jakoś dziwnie pusto, a na balkonie za to były Manieczki.


 A poprzednia noc była... uuuuu...

 No ale czekam na  gości, gdy nagle melduje się, że wleci P., który wlecieć miał wczoraj :) Nice.

Wleciał, zabrał ten kalkulator, ale... Na maturze nie można z niego będzie korzystać, bo ponoć są jakieś dwa certyfikowane przez ME. W sumie w dupie to mam - maturę będzie zdawała za cztery lata. Pierdół trochę naznosił, ale szybko poleciał.

Za to Łobuzy zjawiły się jak zwykle spóźnione i zaczął się diabelski młyn.

Bo przyjechali z Kundlem. Sama zaprosiłam, wiedząc, że robię głupotę, ale...

Inżynierowa wyjechała na balety, a słomiany wdowiec zawsze wtedy wpadał do mnie na nocowankę z Łobuzami. Tym razem chciał wpaść tylko na popołudnie, bo oczywiście - Kundel. No to ja, zaklinająca się na wszystkie świętości, że żadne sierściuchy nie mają tu wstępu, powiedziałam, że mają go zabrać ze sobą. Sam nie ośmielił się o to prosić. No i od proga zaczął się kołowrotek. Bo Kundel rzucił się na mnie tak, jakbym była jego dawno niewidzianą kochanką, taką przez duże K, sapał, dyszał, jęzorkował, pieścił, kieckę ze mnie zdzierał (a miałam długą prawie do ziemi) i o ogóle brakowało tylko, żeby owinął mi się wokół nóg i powalił mnie.

A jako że mój przedpokój mały jest, I. i ja postury słusznej, dwójka Łobuzów, Kundel na smyczy, cztery plecaki, torba z akcesoriami Kundla (a jakże, piłeczki, laleczki, kosteczki, słusznej postury świnia z IKEA, większa od Kundla, torba z butami, wrzaski BABCIA, policzki nadstawione do  cmokania (o dziwo, hurtowo tym razem, bez fochów)...A to jeszcze nie wszystko, bo Kalafiorkówna miała swojego husky największego - prawie tak wielki jest jak prawdziwy.

Zajebiście, co nie? 

I od razu moje mieszkanko, z którego pousuwałam kwiaty, wazony, Gnomy, żeby stół był pusty i żeby było miejsce - zamieniło się w pobojowisko. W kuchni na podłodze wylądowała karma dla Kundla i miseczka z wodą, zabawki zostały puszczone w mieszkaniu z ostrzeżeniem: pułapki na mamę pozastawiałem, dzieci jedno przez drugie opowiadały mi nowiny z kraju i ze świata... Kundel łaził za mną jak cień, włażąc mi pod nogi, a ja zaczęłam w głowie nerwowo kalkulować, czy dostanę od banku kredyt na większe mieszkanie...

No i qui pro quo było. Bo pisałam, że zapraszam na obiad - mając na myśli, że gdzieś się urwiemy - że ja zapłacę. 

Bo w końcu na coś muszę tę krwawicę wydawać. A dojrzałam już do dopieszczania siebie, do niezmywania stert naczyń, nielatania z kuchni do pokoju. I tak, dzieci nie znają nowego rozkładu kuchni i narobią więcej szkód, jak pomocy, bo oba są wyszkolone kuchennie w swoich domach.

Tłumaczę dziecku jak krowie na rowie, że knajpa. 
Primo po pierwsze:  Ł. na hasło: jest rosołek (a pachniał jak głupi) odmawiają pójścia do jakiejkolwiek knajpy.

Primo po drugie: pada, więc co z Kundlem, jak nie będzie ogródka?

Mówię: zamówimy do chaty.

I zaczęło się debatowanie przed kompem. Nie pizza, nie burger, nie to, nie tamto, nie sramto...

Ojapierdolę, żebym wiedziała, machnęłabym obiad, żeby  Inżynier się najadł, rosołki to on ma do wyrzygu na co dzień, bo pracuje jak matka.

Po godzinie okazało się, że do lubońskiego Sfinksa można wejść z Kundlem i po szybkim rajdzie na sikupę mieliśmy jechać z Kundlem. Ale w ostatniej  chwili I. się rozmyślił, skoczył po kojec, zamontował go i pojechaliśmy sami.

 W międzyczasie Łobuzy wciągnęły po talerzu rosołku, bo głodne były już straszliwie, a I. odmówił rosołku, ale zutylizował resztkę po Kalafiorkównie, bo co ma się marnować...

W Sfinksie  jedliśmy po 17, więc było wiadomo, że kolacji nie zjedzą, bo oni tak koło 17.30 jedzą kolację. Kalafiorkówna uparła się na burgera, ale... Nie smakował jej. Pewno zapchała się rosołkiem. Za to Alienek zjadł i swojego burgera, i burgera siostry, mówiąc, że nie może się zmarnować :D 

W sumie mądre dziecko, bo rachunki tam, nawet z apką, jednak powalają na kolana, choć to jeszcze nie są paragony grozy. 

A ja nakupiłam jedzenia, łącznie z kawiorkiem, bo to u mnie wcinają, wychodzi taniej niż bułka - jedna bułka to w tej chwili jakieś 1,50-2 zł, a kawiorek cały 5,50 i na kolację dla wszystkich by starczył. "Zdrowego" pieczywa kijem nie tkną. Dobrze, że ciasta nie kupiłam żadnego.
Załapaliśmy się jeszcze na osiedlowy festyn, bo przestało padać. 


 Na plac zabaw też.

Poszłam z Kundlem na spacer i trafiłam na dwie sąsiadki z bloku. Zielonego pojęcia nie mam, jak się nazywają, na którym piętrze mieszkają, z dziećmi plotkuję o nich opisowo. Jak się wprowadzali, to pół bloku było z ich familii. To są chyba siostry (dzień dobry sobie mówimy, ładna pogoda i tyle). Ja naprawdę jestem odludkiem. Jak zobaczyły mnie z Kundlem, wpadły w zachwyt "o, pieska pani sobie kupiła". Same miały kiedyś psa (I. go pamięta)... I tak sobie miło pogawędziłyśmy, jak nigdy, I. dołączył, Ł. się bawiły na dmuchańcu, w namiocie z balonami i było fajnie :) 

A Kundel furorę robił, dzieci wciąż pytały, czy mogą pogłaskać, a on to kocha, ja chciałam go sprzedać, ale I. się nie zgadzał :) 

W sumie nawet porządnej fotki nie zrobiłam ani Łobuzom, ani jemu (Kundlowi znaczy się), bo taki był kołowrotek.  

Kąpiel zafundowali sobie tak gorącą, że o mało nie pomdleli, ale uwielbiają moją wannę (i pianę).

Spacyfikowani, bo była wojna, bo Kalafiorkówna chciała spać z Alienkiem, rozkosznie proponując mi dzielenie kanapy z Inżynierem. Dopiero stanowcze nie ojca doprowadziło ją do pionu.

Na fotce widać Kundlową świnię. 
 Bajka i mieli zasypiać razem, ale ich wspólne zasypianie przeciągnęło się w szaleństwo do 21. Inżynier mnie nie słuchał. Bo ja ich po 15 minutach rozdzielam i koniec. 

Alienek zaciągnięty do dużego pokoju (bo śpi tylko i jedynie z babcią, niedługo się to skończy) tragedię grecką odstawiał, że nie zaśnie, bo jest światło (w małym pokoju domaga się światła, a paliła się mała lampka), że mu rozmowy przeszkadzają, ale moja metoda ignora zadziałała, więc po kilkunastu minutach padł.

A Kundel nocował tak 


 Dostał stare prześcieradło, które miało być wywiezione do PSZOK, ale ocalało, bo nie miałam czasu na wywiezienie. Stara poszewka na poduszkę przydała się do wycierania psa, który wracał mokry.

I tak, pomijają starość, cieszę się, że nie miałam psa.

I tu narażę się wszystkim, zwłaszcza AMP. Dla mnie pies po prostu śmierdzi. Ma tak specyficzny zapach, którego nie lubię. Musiałam mieć zamknięty balkon, żeby Kundel nie zwiał, zamknięte okna, bo A. się przeziębia i dla mnie w mieszkaniu nie pachniało ładnie. I. tłumaczył mi kiedyś (bo i u nich czułam zapach psa, jak się do mnie zbliżał, a mają wielką przestrzeń), że czasem może zawonieć, bo takiego młodego psa nie można często kąpać.

Wszystko jedno - mnie każdy pies wonieje. Mam węch jak pies gończy i chyba perfumowałabym go (wiem, wiem, paranoja i krzywda).

Koty mi nie wonieją, psy tak.

I do białej gorączki doprowadzają mnie karesy z psem, typu całowanie, branie do łóżka, na kanapę...

Nic na to nie poradzę. Nie byłam, nie jestem i nie będę psiarą.

Jak muszę, to nawet za babcię klozetową robię (tak było jak go kupili), ale jak nie muszę, to podziękuję.

I wiem, sama zaprosiłam, ale nie miałam innego wyjścia - Kundel jest w pakiecie z dzieckiem, na którym mi zależy.

Sprzedaż wiązana. 

Nagadać się nie mogliśmy, bo te wszystkie wiadomości na MSG i jak jesteśmy w towarzystwie, to jednak nie to.

Więc tak.

Wyjeżdżali wcześnie rano, bo Kalafiorkówna w niedzielę jeździ na koniu, u nich w wiosce był jakiś bieg strongmanów...

Więc rano tylko nakarmiłam towarzystwo, pomogłam znieść lary i piernaty i wróciłam na pobojowisko. A było pobojowisko i to nieliche. Doprowadzenie wszystkiego do stanu używalności zajęło mi sporo czasu, ale potem...


 

 Życie wróciło na właściwy tor. 

My Echo, my Shadow and Me.

Tylko coś mi nie dawało spokoju.

Ale papiery gdzieś wsiąkły.

A to wrzesień.

Pomogła AI, która już rządzi w fotkach.

Tak, dzisiaj mija 8 lat od śmierci Eksa.

I nie, nie pojechałam do M.

W sumie tylko ja pamiętam.

Nie moja wina, że dzieci zobojętniały. Sam sobie na to zapracował.

Oni już umieją wykreślać to z pamięci.

Ja nie.

Wciąż boli, jakby to była moja wina - bo może jest?

Pojadę w październiku, rutynowa trasa do Umarlaków.

 

A na razie dochodzę do siebie po szaleństwach. Jutro praca again, jutro albo pojutrze wleci całość z teatru.

Albo się rozmyślili i nic nie doślą, w sumie - mam to w dupie :) 

Jakąż pojemną tę dupę mam...

I jeszcze muszę odespać nocowanie z Alienkiem, to było hardcore, uratowało mnie tylko to, że on ma głowę po jednej stronie kanapy, a ja po drugiej :) Opanowałam technikę niedawania się wykopać.

I tak, mimo wariatkowa znów były fajne chwile.

Żal mi tylko Inżyniera, bo posrane z niego pokolenie. Alienek był w stosunku do niego bardzo bezczelny, a na moje, że ja za takie zachowanie dostałabym pasem (sama moich chłopców nie biłam), usłyszałam, że nie wolno dzieci nawet postraszyć pasem.

Cóż.

Mnie się udało wychować dzieci, bez bicia, ale z respektem (lanie dostali raz, jak wyszli za okno na 3. piętrze - moja trauma do dziś). Puściły mi wtedy nerwy. Nie było opcji takiego bezczela, że dzieci tracą nagle słuch i... 

Ale to już nie jest moja jurysdykcja. Skoro nie wolno nawet postraszyć, obym była fałszywym prorokiem...

 

 

 

6 komentarzy:

  1. Qrna, jak Ty mnie znasz! Psy nie smierdza, no chyba ze sie wytarzaja w jakims shicie czy w zdechlej rybie. Smierdza ludzie, kiedy sie nie myja. O psa trzeba dbac, wtedy wcale nie smierdzi, nasza sucz spi z nami w poscieli, co nie byloby mozliwe, gdyby smierdziala.
    Ja dzisiaj tez mialam krotka wizyte chocholow, oba w doskonalych humorach, dostalam buzi od kazdego, Zoska nawet natenczas smoczek z paszczy wyjela.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Fajnie, że Cię Chochoły tym razem nie wykończyły. Uważajcie na smoka Zośki - grozi ortodonta. Moje wnuki nie ssały w ogóle, nie znały smoczka. A i tak jest ortodonta - szczękę mają po babci, za wąską i cofniętą. Oni dbają o psa, ale ponoć młodego nie można za często kąpać, więc wonieje mi podwójnie. Jak wyjechali, wietrzyłam mieszkanie cały dzień - w nocy musiało być wszystko zamknięte, bo się Alienek przeziębia błyskawicznie. Nie chciałam, żeby było jak coś na mnie. Nie lubię zapachu psiej sierści, a już spania z psem sobie nie wyobrażam. Trudno, są na świecie takie zboczone modele jak ja. Kąpię się co wieczór, a i tak rano lecę znów do wanny, bo mam wrażenie, że wonieję :) Palacza wyczuwam z odległości 500 m :)

      Usuń
    2. Jak to dobrze, ze juz przestalam palic, bedziemy mogly spokojnie dac sobie buzi, ino czosnku nie jedz, bo mnie mniej smrod palacza przeszkadza niz odór czosnku. :)))
      Moja najmlodsza nie ssala smoczka, niestety w jego miejsce ssala dlugo kciuk, wiec miala taki przodozgryz, ze bylam pewna szyby ortodontycznej. Sobie wyobrac, miedzy gorna a dolna szczeka miescil sie kciuk. Ale na szczescie samo jej sie jakos wyprostowalo, ma bardzo ladne rowne zeby, wiec o Zoske tez jestem spokojna, ze jak u jej mamy, tez sie wyprostuje.

      Usuń
    3. *) szyny nie szyby
      *) wyobraz
      Nerwy mnie zjadaja, robie bledy, ale na szczescie sama korekce.

      Usuń
  2. No nie! Widziałam na fejsie, ale pomyślałam, że byłaś u nich na wsi i tam tam zwierzę zagrodzono! To teraz pytanie- czy ta zagroda była w bagażniku, czy I. musiał specjalnie po nią pojechać? Miałam w życiu 4 psy i nigdy więcej.Jednak młody może znieść więcej- zabierałam na wakacje, jeździliśmy do Poznania🙄! Teraz bym już nie zniosla ( zrobilm się starą, upierdliwą babą?😱)A już zarzutami, gdy widzę, że to nie pies- to " psiecko"!W Kolobrzegu na promenadzie paradowały pańcie z psieckami w wózkach! Nie miałam pojęcia, że tyle fasonów i rozmiarów! A co do pokolenia naszych wnucząt- to chyba wszystko zależy od charakteru dziecka albo I płci?😃Dobrego tygodnia ( pracowo i prywatnie!)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mają tę zagrodę w domu - na dole, jak wychodzą na dłużej, albo na górze, jak śpi z nimi. Bo włazi wszędzie i rozrabia. To jest składane to są takie kwadraty, z boku mają uszka, w które wkłada się pręty i tak to stoi. Ma też drzwiczki, że jak są z nim i są otwarte, to już teraz daje radę sam stamtąd wyjść, na początku był za mały. W domu ma tam legowisko, suchą karmę i wodę - u mnie wodę miał w kuchni, bo tam są kafelki, a nie panele. Całość mieści się spokojnie w bagażniku. Dziękuję, Tobie również dobrodziejstw :)

      Usuń