Kochany Pamiętniczku :)
Wstałam z planem, ale najpierw, w ramach on revient toujours à ses premiers amours postanowiłam oglądnąć do śniadania Stargate Atlantis, bo skończył mi się 6. sezon Blue Bloods, a do 7. nie ma napisów (znaczy się, są, angielskie, ale... lenia mam).
I tak w połowie podwójnego odcinka, wcinając chlebuś z avocado, jajeczkiem, pomidorkiem, cebulką i bazylią, włażę na pocztę, a tam alarm, że mam nie przychodzić, bo łamaczki nie ma.
Nosz, fuck you, jak ja chciałam po Barana na dworzec polecieć, to scenę balkonową zrobiła, a sama ni z gruszki ni z pietruszki znika, wywalając moje plany do góry dupą.
Ale mniejsza z większym.
Piszę, że przyjdę w poniedziałek, no problem.
I oglądam dalej, niewiele pamiętam, więc miło się ogląda.
Skończywszy, wracam na pocztę, ot, natręctwo i uzależnienie, a tam emilek w Wordem. Skorekciłam.
W sumie z dupy sobie wpiszę nadgodziny, bo praktycznie powinnam liczyć 24 godziny na dobę.
Odpuszczę.
Polazłam na Manhattan, mam zapasy na te trzy dni (w niedzielę wszystko zamknięte znów, bo Zielone Świątki).
Do dziś byłam pewna, że jestem burżujem, kupując masło irlandzkie i specjalnie po nie jeżdżąc do P & P (kostka 6,99), bo lubię je, że nawet wyjęte z lodówki da się rozsmarować, w przeciwieństwie do naszego, które nie ma takiej opcji. A dziś w kiosku nabiałowym paczę i... nasze, Kościana, regularne 250 g, jak to irlandzkie - 6,50. Ojapierdolę. Odczuwam wszystko w portfelu, bo ubiegłej wiosny zostawiałam na straganie 15 zł, a teraz 25, za tę samą bajkę. Więc błogosławię pracę. Że jest. Że ją mam. Że mimo wszystko mam siły.
Kapustkę młodą zakisiłam, obiadek wyskrobałam.
Rzuciłam się na okna i pomyłam wszystkie, inaczej kurwica by mnie wzięła.
I to pożytek z tego rozpiździelenia dnia.
A potem już ostatnim rzutem na taśmę ogarnęłam tę kuwetę na błysk.
I tym sposobem mam dwa dni wolnego, aczkolwiek widzę, że bratki na potęgę zdychają i...
Głupia ze mnie cipa, bez dwóch zdań.
Na balkonie mam sublokatora. Daruję mu czynsz, jak będzie tępił muchy, komary i inne dziadostwo.
Nie boję się pająków. Lubię je.
Martwi mnie sama ja :)
Jakkolwiek dziwnie to nie brzmi.
Czuję, że się starzeję, fizycznie, dlatego comiesięczne mycie okien jest dla mnie sprawdzianem.
Że jeszcze wlezę na ten stołek.
Coraz bardziej boję się mycia okien w kuchni i w małym pokoju, mam wrażenie, że za chwilę wypadnę. Mam lęk wysokości, zawsze miałam. Ale teraz jest coraz potężniejszy. A okna były tak oblepione pyłkiem sosny, że kleiły się, jakbym je miodem posmarowała.
I satysfakcja, że jeszcze jestem WINNER :)
Nie wiem, jak długo.
Ale jeszcze raz wygrałam.
A może lepiej wypaść? No ale za nisko mieszkam, jest opcja, że przeżyję i wyląduję jako warzywko albo na wózku. Tego się nie robi dzieciom. A zwłaszcza Inżynierowi, bo Pierworodny miałby raczej na to wyjebane.
I zapisać w kajeciku: w następnym życiu postarać się o córkę, bo...
Fuck.
Można na nią zwalić zmienianie pampersów, co nie?
Choć ponoć mój najmłodszy szwagier był mistrzem w zmienianiu pampersów babci swojej, zaś jego siostry, lekarki nota bene, nie skalały sobie tym nigdy rączek.
Życie pisze dziwne scenariusze.
Inny drobiazg. Nigdy nie bałam się technologii. W pracy, jak ktoś nie wie o kompie czegoś, najpierw lezie do mnie, a potem do IT.
Ma się tę markę.
A tu taki drobiażdżek.
Kasy samoobsługowe. Sa u nas w Piotrze i Pawle.
W UK przerabiałam to często, z Inżynierem i Baranem. Tam nie do końca mogę się na to zdecydować, bo jak coś nie zatrybi, to obsługa jest po angielsku, a ja jestem kretynką i się nie dogadam. Ale w PL? A jednak mam hamulce włączone. Wczoraj podczas zakupów w P & P kasjerka z jedynej czynnej kasy poszła w siną dal, w siną dal i nie wracała ( odkąd uruchomili tam kasy samoobsługowe, normalne są czynne w liczbie jednej albo dwóch). Jako że trwało to wieki, wrzuciłam zakupy apiać do koszyczka i poszłam się sama obsłużyć. I co? Poszło gładko, mimo tego, że ślepa wrona w okularach nie widzę tak, a bez nich siak, ale poradziłam sobie. Więc dlaczego mam zahamowania, których kiedyś nie miałam?
SKS.
Starość, kurwa, starość.
I tym optymistycznym akcentem kończę dzisiejszą notkę, Kochany Pamiętniczku, nie mając zielonego pojęcia, co przyniesie jutro...
Jak wszyscy.


Nienawidze kas samoobslugowych. I wcale nie dlatego, ze nie potrafie sobie z nimi poradzic, bo to zadna sztuka. Ale dlatego, ze zabieraja prace nawet te bylejaka najbiedniejszym.
OdpowiedzUsuńNienawidze i unikam, dopoki moge bede tak robic.
Jak juz zupelnie nie bedzie kasjerow, wtedy bede wolac menadzera zeby mi pomogl, moze tym sposobem chociaz jego prace sie uratuje.
A wiesz, o tym nie pomyślałam. Tyle że u nas ostatnio taka praca szuka człowieka, a nie człowiek pracy... I jak jest czynna jedna kasa (a zazwyczaj jest) i coś się zatnie, to można zakwitnąć. Ale wezmę to pod uwagę :)
UsuńTez czasami czegos sie obawiam, a potem okazuje sie to bulka z maslem.
OdpowiedzUsuńCorka czy syn i jedno i drugie moze sie wypiac.
Ano, może.
UsuńAle nie tak miało być...
a mi mycie okien dobrze na kręgosłup mój poharatany robi:) więc póki co to korzystam z tej formy ćwiczeń :)))
OdpowiedzUsuńa masełko dobre nie jest złe, zwłaszcza, że nie szkodzi tak na oczy jak margaryna :) buziaki Kochana Poznańczykowianeczko :)
imbi.
U mnie jest sprawdzianem, czy jeszcze wlezę na stołek :)
OdpowiedzUsuń