My echo, my Shadow and me bawiliśmy się przez te dwa dni wspaniale. Bo dlaczego nie.
Interpretacja w podłogę wbija, przynajmniej mnie.
A w poniedziałek grzebałam w warzywkach aż miło, no i oczywiście, tradycyjnie, nie raczono mnie poinformować, że la comedia est finita :) A co mnie jebana drukarka przetrzymała na kolanach, uparcie twierdząc, że papier się zaciął, jak się nie zaciął, to moje. Inżynier dziś mi rzekł, że on nienawidzi drukarek. Ja też :) Ciiii, żeby ta moja nie słyszała, bo będę się musiała grzebać w .pdf jak coś, a to też fuj :D
Za to napływały teksty od stęsknionych kolegów (jprdl, idących na urlop), które olałam, bo są na lipiec.
Nadgorliwość jest gorsza od faszyzmu, już to wiem.
I dziś nastał ten dzień, kiedy miejsca sobie znaleźć nie mogłam, no bo jak to? Nie ma nic do roboty? Serio?
To po co ja żyję?
Olaboga.
Na Manhattan potuptałam i Inżynierowi na łapówkę pół kilo bobu kupiłam.
Albowiem wpadłam na chytry plan, że skoro już jedzie do mnie, to niech zboczy do firmy i przywiezie mi papier, bo się kończy, a dwie ryzy jednak swoje ważą. A jak złożę zamówienie, żeby informatyk dowiózł, to będę znów godzinami kiblować, czekając na dowóz.
Inżynier, o dziwo, nie grymasił, dojechał, podjechał i po krótkim marudzeniu, że nie wiem, jak nazywa się ulica, na której jest cmentarz w M., a on nie jest autobusem i nie pojedzie trasą autobusu (miał rację, bo autobus nie dojeżdża na cmentarz w plątaninie jednokierunkowych uliczek i rond w M.), spacerkiem dojechaliśmy. W szoku byłam, bo przyzwyczajona jestem do jeżdżenia z Inżynierem jak ta strzała (znaczy się, jechała, nie szczała) po angielskich autostradach, kiedy mordę w kubeł, bo nie denerwuje się kierowcy, jechałam majestatycznie 40, 50 na godzinę, a na moje WTF dziecię, rozparte za kierownicą z nieprawidłowej strony odrzekło: nie widzi mama, że tu jest 40?
Serio?
Ktoś mi dziecko podmienił.
Na lepsze, of course, ale cicho, sza.
Grób w M. nieruszany od mojej ostatniej bytności, a byłam tam sprzątnąć po Wszystkich Świętych. Źle nie wyglądał z daleka, bom porządnie zostawiła, bez dyskoteki, ale...
Japierdolę.
Grób jest pod akacją.
Która w międzyczasie zakwitła i której kwiaty, słodkie jak miód dosłownie wżarły się w płytę i pomiędzy te mosiężne, wypukłe litery. A zapomniałam zabrać szczotki do zamiatania i mając te papierowe jednorazówki, którymi zawsze rach-ciach myłam (dotąd cud kwiatków nie było, bo płytę położono ponad rok po śmierci Eksa i nie zdołała się jeszcze zakwiecić). Na szczęście dziecko młode i silne, dołożył płyn do spryskiwaczy i poszło. W sumie w dupie mam, jak to wpłynie na płytę i nie, nie dlatego, że ja za nią nie płaciłam. Okradli go i pochowali po kosztach, o grób dbam tylko ja. W dupie to mam.
Inżynier opyskował mnie, kupując wieniec, że Dzień Ojca, że jego ojciec, ok, dobrze, że pamięta. Nie planowaliśmy daty, tak wyszło i zdaje się, że i łezkę uronił, ale nie oceniam. Bo i ja żywą różę zanabyłam, położyłam na pomniku, mowę tronową palnęłam, aż mnie dziecię utulało. Róża dla wszystkich, w tym i dla mojego ojca, który ideałem nie był, ale był. Ja też nie jestem idealna, swoje za uszami mam. Nie przejmuję się, co z różą, bo albo ją ktoś rąbnie, albo wiatr zwieje, albo przy następnym sprzątaniu znajdę badyla.
Nieważne.
Światełko dziś się pali w domu dla Ciebie, Tato. Dla wszystkich tatów z tej rodziny. Lepszych, gorszych, całkiem złych.
To niełatwa rola być ojcem.
Nieprawdaż?
Ty to już wiesz.
I ja wiem, co zrobiłeś nie tak, kochając mnie na swój sposób.
Myślę, że mimo wszystko możesz być ze mnie dumny.
Szkoda, że nie mam Twojej urody.
No cóż, wszystko inne mam :) Genów nie wydłubiesz, niestety.
Wróciwszy do domu, nakarmiłam dziecko tym bobem, bo jego żona nie jest fanką, a on był głodny, zadysponował, dostał, z masełkiem, a jakże i westchnął.
Przespał się pół godziny, tłumacząc, jak ma.
Jakbym nie wiedziała :D Miałam ten luksus, że mnie budzili dopiero jak im się znudziła zabawa, nie budził mnie łoskot zabawek. Jak opisywał mi grzechot pierdyliarda klocków Duplo, jaki mają, przesypywanego łopatkami, to aż dreszcze na plecach miałam jak wtedy, gdy słyszałam (bo to akurat w pierwszej ławce siedząc słyszałam) zgrzyt tablicy haczonej pazurami fizyczki (miała chyba metrowe pazury,pomalowane na karminową czerwień, nienaganne, dziś to nic takiego, ale wtedy to był wybryk natury).
Pracowy kompik ogarnął, wyłączając co trzeba, żeby mi się serwer nie rozłączał nieustannie.
I olaboga, olaboga, olaboga, firmową pocztę aktywował mi na MOIM kompie, więc będę mogła siedzieć wygodnie na swoim kompie, a firmowe powiadomienia będą hyc, hyc, wyskakiwać jak coś. I zeskanowane II korekty będę mogła bez kombinowania słać z firmowej poczty, nie latając między kompikami i nie sprawdzając, jaki adres aktualnie kolegom wyskoczył i gdzie co posłali.
Podsumowując za i przeciw, opłaca się robić dzieci i w nie inwestować.
I jeszcze nowa karta przyszła, sprawdził, czy dobrze aktywowałam.
(Poszłam do piątki i nie przeszła ani stara, ani nowa, ale pani A. rozwiązała problem, wkładając kartę i każąc wpisać PIN, co potem Inżynier pochwalił) :)
I zadzwonił do K. w sprawie umycia grobów. Pan umyje, po starej cenie, ale za nowe kwiaty, za bukiet z pięciu kwiatków (to nędza z biedą) zaśpiewał 50 zł na grób. Powiedziałam nie, napisałam do koleżanki, która tam chodzi, czy nie kupiłaby mi bukietów, oddam kasę. Jak ona jeszcze nie chodzi, mam drugą w zapasie. Jak nie, będą leżeli pod umytą płytą z brudnymi wiechciami. Trudno. Ja tu, w PZ za 30 zł mam porządny bukiet. I nie, nie przemawia do mnie tłumaczenie Inżyniera, że koszty. Koleżanka z K. mówi, że on na miejscu bierze 50 zł od grobowca. Ode mnie goli 50 zł za pojedynczy grób. Sorry Winnetou, chytry traci. Pojadę jak się da, ogarnę. Jak L. ma sumienie, to chociaż cioci da nowy bukiet, w końcu jak sama plumkała, że to też jej chrzestna. Że nie dostanie grobu? Trudno, było nie być chytrą suką :D
A, nieważne.
I tak pięknie minął mi wtorek, który wydaje mi się być piątkiem (bo na Manhattanie byłam, no i jutro wszystko mogę, nic nie muszę).
Jednak jestem starą wariatką, nie da się ukryć, co nie?
Ale za to jaką fajną :D
I...
Polecam.
I jak ktoś ma Netflixa to "W rytmie bossa novy". Paniom w moim wieku łezka w oku się zakręci, lubiącym romanse też, a mnie nachodzi refleksja, że jestem szczęściarą, że słuchałam mamy, która już umierając mówiła: ucz się, żebyś nigdy nie była zależna od mężczyzny. To mam na cyckach wyryte i niebiosom za to dzięki, że słuchałam matki...
A film skłania do refleksji.
Jak i to, że na Syberii są 38-stopniowe upały.
Życie pędzi coraz prędzej. My też...

Zgadza się, jesteś fajną wariatką i tak trzymaj. Bo, wiesz, kto nie umie cieszyć się z małych rzeczy ten nie ucieszy się z wielkich. A Ty w pakiecie masz duże z małymi. Radość z dziecka i przyjemność z mile spędzonego dnia. I to gdzie, na cmentarzu. No i niech ktoś powie, że Ty nie jesteś oryginalną kobietą. No, nie da się.
OdpowiedzUsuńJestem, jestem, nie ma innej takiej jak ja :) A cmentarz to fajne miejsce, trzeba je oswajać, bo w końcu wszyscy tam wylądujemy, nie ma innej opcji :P Jakbym czekała na milion, żeby się cieszyć, to wylądowałabym na rzeczonym cmentarzu zgorzkniała i skrzywiona, znaczy się, nieatrakcyjna i Eks by się już do mnie nie zbliżył. I po co by mi to było? :) A na serio, cieszę się każdą chwilą, bo warto. Innej nie będzie.
Usuńa właśnie szukałam co by tu teraz oblukać bo tv się zyebał ,no to teraz już wiem :D
OdpowiedzUsuńi tak jesteś zayebista wariatką :D
bobik u nas drogi , poza tym w tych plastikowych woreczkach już ugotowany w tym upale , poczekam na swoja panią co łupie na miejscu , lub sprzedaje nie łupany :D
Dzięki za słowa uznania. Ja nie mam TV od 7 lat (fizycznie, odbiornika), nie oglądałam od 20 lat i żyję. A moje dzieci do dziś się ze mnie nabijają, mówiąc jak drżeli ze strachu, gdy się DTV zbliżał (usprawiedliwiona, z racji zawodu musiałam być na bieżąco, a internetów nie było), albo gdy Plebanii nie nagrali :P Teraz to w ogóle nie jest potrzebne. Jestem zwolniona z abonamentu ze względu na głuchotę, więc tym bardziej mi to rybka. Kablówkę odcięłam, jak mi Baran wytłumaczył, że 17,50 wywalam w błoto co miesiąc, a to po 10 miesiącach fajne buty są :D U mnie też teraz nie ma bobu luzem, więc lecę bladym świtem, by go ocalić od zaparzenia. Drogi. Dziś 8 zł za pół kilo. Ale 8 zł za obiad jest OK :)
UsuńŻeby więcej takich wariatek i wariatów było, to byśmy mieli fajny kraj.
OdpowiedzUsuńUderzyło mnie jak obuchem w łeb wyjątkowo obrazowe sformułowanie, że , cytuję:"na cyckach wyryte", i nie mogę przestać wyobrażać sobie owego wyrycia. Chyba jednak kiedyś kiedyś, do Poznania zajadę i mi pokażesz, co?
Wariatka wariatkę pozdrawia z całych sił!
Dzięki za uznanie. Dosłownie nie mam wytatuowane, z tego prostego powodu, że nie jestem fanką tatuaży (skóra się czasem brzydko starzeje, moja akurat tak), ale w domyśle mam to na cyckach wyryte. Cycki małe, nieatrakcyjne, więc nie było opcji zarabiania na nich, trzeba było się uczyć :P I to wcale nie był taki zły pomysł, żeby się do nauki przykładać, procentuje do dziś :P Czasami szokują mnie opowieści kobiet, nie znam czegoś takiego, że mąż mi pozwolił albo nie. Całe życie robiłam to, co chciałam i nikt nie miał nic do gadania. Dzieci słucham tylko wtedy, gdy wiem, że mądrze prawią, ale... zdarza mi się robić po swojemu :) Cycki mogę Ci pokazać, ale obawiam się, że nie będziesz zachwycona :P
UsuńStara Jędzo, napiszę Ci tak; mniejszych niż moje nie masz. :-DDD
UsuńZ czego wniosek, że też musiałam się przykładać do nauki. :-)))
A poza tatuażem, można wyryć nożem czy czymś tam, nie wiem jak się nazywa taka technika, skaryfikacja chyba, że ma się artystyczne równe blizny. Też nie polecam. Dobranoc.