ulgą zakończyłam słoikowanie, Kochany Pamiętniczku. Jeszcze za mną chodzi żurawina, ale to tylko jak trafię na targu i dojrzała.
Bo wyżeranie jej z garnka - mlask.
A dla trolli, cierpiącej na brak kwaszonej kapusty - poglądowo. Tak, malakser, jak najbardziej polecam. Sama kolejne pół kapusty ukisiłam, pracowicie trąc w maszynce, internety zleciałam w poszukiwaniu malaksera, ale... Dopóki mój ręczny działa, wystarczy. Nie mam już miejsca na żadne ustrojstwo, mam trzy blendery, wprawdzie nieidealne, ale mam, odpuszczę.
A moja kiszona (tak, kiszona, sama kapustka, marchewka i sól - u mnie różowa himalajska, ale doczytałam się, że jest niejodowana, więc do tego celu idealna) kapustka na drugi dzień w garnczku wyglądała tak
burzyła się pięknie (jak się da więcej, polecam wstawić w miskę lub garnek, bo nieźle narozrabiać może) i już można było ją podżerać, mlask. Ale... wsadziłam ją w garnczek z resztkami poprzedniej kapustki (szybciej działają bakterie probiotyczne), po tym jak pierwsza partia wylądowała w słoiczkach
w lodówce (jednego już nie ma)... Wiem, dużo marchewki, ale na główkę dałam trzy, a poza tym ja lubię marchewkę.
I znam ból trolli, bom w UK próbowała coś wyczarować z kiszonej (!) z polskich sklepów, a przerabiałam jej kosmiczne ilości, warząc bigos dla Barana i spółki, stojąc przed dylematem - jak wypłukać sól i kwas, nie tracąc reszty. W Pl zaczęłam kisić sama, moja mama nigdy nie kisiła, zawsze kupowaliśmy gotową. Ale... W którymś momencie włączyła mi się wyobraźnia, do tego doszły teksty z fachowych wydawnictw, które korekcę, widok sprzedawcy nakładającego niby to higienicznie kapustę ręką owiniętą w foliowy woreczek, który nie wiadomo gdzie przedtem leżał, a i rączka niemyta, bo sprzedawca w krzaczkach potrzebę załatwiał, wiem, co mówię... Więc zaczęłam sama. Ale że nie lubię twardych rzeczy, zęby mam jakie mam, wydaję na nie majątek, więc wpadłam na pomysł tarcia.
I tadam :)
Kapustę da się jeść od razu, bez bólu :) Moja smakuje obłędnie (jak dla mnie, może jest za mało słona, ale łatwiej kijek zacienkować, jak go potem zgrubowaścić, co nie?, dosolić można do woli),czekam jeszcze, żeby ją dać Kalafiorkównie i Małej Wiedźmie, bo to najlepsze testerki moich wyrobów. Next time spróbuję ukisić bez marchewki, ale przecież nawet w bigosie marchewka się sprawdzi. Mam specjalny nóż do siekania kapusty (nie zarzynam się nim), ale posiekana nim kapusta kiszona smakuje mi tylko zasmażana, sama jest z lekka twardawa. Więc polecam kapustę tartą i kiszoną :)
Chodzą za mną wariacje kiszonej z chrzanem, z jabłkiem, marzy mi się kiszona w główkach, ale nie mam ani miejsca, ani naczynia na kiszenie w główkach. Jabłko na dnie zmieszczę :)
I specjalnie dla trolli - Baran w UK gdzieś kupił fajny garnek z pokrywką do kiszenia kapusty. Jak chcesz, zapytam gdzie :) Moje garnki są jeszcze z PRL, a kamień jest starszy od Pierworodnego - można powiedzieć, że to pełnoprawny członek rodziny. Kładę na kiszonkach takie fajne spodeczki od kompletu z chińskiej porcelany (LOL, filiżaneczki były mniejsze o połowę do mojej dłoni), kamolek i tadam :)
Alem się o kiszonkach rozpisała, ale... Czymś trzeba żyć.
W niedzielę, jak za starych, dobrych czasów, randka na Skype, maluchy pchały się na lapka, żeby batię pocałować i nie docierało do nich, że mają się odsunąć od kamerki. Nice. Ustaliliśmy wyprawę do Umarlakowa na pierwszy tydzień października, jak pogoda pozwoli.
Zobaczymy. Inżynier zadatek na działkę wpłacił, zasłonę milczenia spuszczę na to, ile zapłacił. Oby mu się powiodło, niech się ziszczą jego marzenia.
Moje pieniądze i oszczędności to małe miki w porównaniu z tym, ale...
Ma piękne plany :)
W poniedziałek rano...
A tak sobie pocztę włączyłam.
I... kurwa...
Nowy system daje im popalić, bo już ślą materiały na alarm. Ale... Chwila, ja mam wolne... Włączenie poczty nie jest równoznaczne z tym, że jestem w pracy. SMS. Informatyk. Chce mnie szkolić w SE. Today. A nie, mam wizytę u dentysty. To jutro. Tomorrow - OK. Już się boję :D Na serio. Ale z drugiej strony - skoro szkolą, to nie zwalniają. Nie będą inwestowali w kogoś, kto nie popracuje. Optymiści. Uświadomiłam sobie, że to już szósty rok, jak jestem na emeryturze.
Fuck you :|
Urzędowej, nie przyspieszonej :|
Idę do dentysty, jak zawsze miło, nawet nie poczułam wiercenia i nic mnie nie zabolało. Jeszcze jedna wizyta, bo dolna protezka do poprawy, nie jest idealnie, ale pani doktor, o dziwo, nie zaleca nowej. No nic, zobaczymy, poradzę sobie z niegryzieniem twardego, ale i tak za miesiąc dopiero termin, więc długo.
W domu na poczcie masa emilków, książka to rozumiem, wlecze się od roku, ale mam za to osobno zapłacone (na końcu), choć i tak za mało, ale jedna pensja ekstra piechotą nie chodzi. Ale emilki w stylu: zmieniła mi się koncepcja, proszę nie poprawiać, po tym, jak odpisałam, że zaczynam pracę od 5 października (a miałam wtedy wziąć urlop!), drugi - że dobrze, że nie skorekciłam, bo pani chora i leży w łóżeczku (współczuję, choroby nie życzę, ale... ona pracuje zdalnie od lat, ja od ponad 20 lat nie byłam na zwolnieniu lekarskim, choroby urlopem pokrywałam..., więc jej rybka, kiedy będzie zrobione, dziewczyna w wieku moich dzieci)... WTF, więc mam pracować sobie i muzom, jak im pasuje?
O nie.
Emilka wyskrobałam, do całokształtu załogi, że korekta, zgodnie z ustaleniami Bossa sprzed epoki pracuje od do, że daje z siebie wszystko, no bo jak mam te jebane nadgodziny odebrać, jak praca na mnie leci, jak kasztanów rudy grad, ale...
Korekta ma życie osobiste i zamierza z niego korzystać.
Pełną piersią, słuchając radia i grając w mahjonga, znalazłam fajną apkę z 700 kombinacjami i z codzienną grą...
Owinięta w kocek, bo nie grzeją, choć kazali rozkręcić grzejniki, a pani w piątce, do której polazłam rozmienić kasę, bo Informatyk, który jutro będzie mnie męczył, żeni się wkrótce i sekretariat zbiera na voucher, więc mu dam kasę w kopercie i niech dowiezie do firmy (śmieszne, co nie?) rzekła, że co, ja w dresach? Na to ja, że zimno, nawet mi, w domu. A pani, że już grzeją. Gdzie grzeją, tam grzeją, u mnie końcówka rurociągu od zawsze, dlatego nikt nie chciał w tym bloku mieszkać :D
Kocek najlepszym przyjacielem dziewczyny w te dni :)
Lecąc do dentysty wpadłam na ojca kolegi Inżyniera. Taka tam znajomość, może z 10 zdań zamieniliśmy przez te lata, poza dzień dobry i uśmiechami na przystanku. Mieli trzech synów, w tym jednego z porażeniem mózgowym, rok młodszego od Inżyniera. Zdrowi synowie zniknęli mi z radaru od lat, a tego chorego spotykałam na wózeczku co jakiś czas. Albo z mamą, albo z tatą. I dziś tata zaczepia mnie i mówi: wie pani, nie ma już mojego syna, tego na wózku. Zamarłam, co mogłam rzec, oprócz banałów i wyrazów współczucia? Mówię, że najbardziej kochany był, to było widać. A facetowi łzy jak grochy i mówi: i co z tego, jak go już nie ma?
Wciąż o tym myślę. Nie ogarniam. Nie byłam nigdy poddana takiej próbie. Ale ja, znając siebie, cieszyłabym się, że odszedł przede mną, że nie zostanie na łasce obcych, kiedy mnie zabraknie, że jest już w lepszym świecie i nie cierpi (chociaż chuj wie, jaki jest ten drugi świat, może wcale go nie ma - wtedy spoko, ale może jest tam gorzej niż tu - wtedy przerąbane, co nie?). I chapeau bas dla gościa, bo matki w takich sytuacjach same ciągną wózek, a on - dosłownie, ciągnął go razem z nią. Przez 35 lat. W moim pokoleniu to rzadkość.
Więc, jestem pełna szacunku dla pana, panie K.
Dla pana żony też.
Chapeau bas. Jako ludzie jesteście wielcy, więksi od laureatów Nobla i innych. Jesteście Ludźmi przez duże L.
Tak za mną to chodzi, a do tego rozmowa z Inżynierem, ile bym nie miała mu za złe, nie mam racji tak do końca. Zależy mu.
Kurwa.
Muszę się na nowo ogarniać.
I po co?
A jednak, budząc się rankiem, nie, nie bladym, sięgając po iPada, klnę pod nosem: co? Do matki tak rano?
Bo to albo Pierworodny leci, no wiem, wiem, ma interes, bo smaloszek i inne takie tam.
Albo Inżynier zaprasza: może Skype?
A ja na to: o tak nieludzkiej porze (hahahahaha, 8-9 rano).
A oni na to: nam dzieci nie dają spać.
A ja: ale ja nie mam dzieci.
Jak to, mama nie ma?
Ano mam... Do końca i do bólu.
Jestem wredna, ale czasem nie tylko deszcz i liście na mnie lecą, cokolwiek by się nie działo, co nie? :)
Trzymajcie kciuki, żebym się wyszkoliła, again :)


Dasz rade kochana wiedzmo bo chcesz i kto jak nie ty, a ile soli na 1 kapusta i 3 marchewki? Garnek mam, checi mam, kamien znajde i pierwszy raz kapuste zakisze, kto mi zabroni? I jaka woda zalac? Slinka mi juz dlugo leci przez ta twoja wizja tej kapustki.Motywujesz ludzi do dzialania. Pozdrowienia
OdpowiedzUsuńBroń blog wodą! W następnej notce piszę jak robię - zero wody, sam sok z kapusty i marchewki.A kamień musi być gładki, taki jak kiedyś był w bruku z kocich łbów, trudno teraz o taki kamień. Na Alledrogo mają kamienie specjalne do kiszenia, ale to dość drogie są :(
UsuńJa tez, ja tez , poprosze o przepis na kapuste, sol himalajska dzis zakupilam ( rozowa) , bo mi wlasnie wyszla. Uzywam tylko takiej - w kazdej innej jest przeciwzbrylacz tracacy cyjankiem ...
OdpowiedzUsuńTo prawda,kupić dobrą sól to jak wygrać na loterii... A Polska solą stoi i nasza Kłodawa też ma tę różową, ale nie ma jej nigdzie, nawet w ich sklepie ostatnio o nią trudno.
UsuńJak ja Cię Jędzuniu złota kocham czytać! Miłego dnia Ci życzę i pozdrawiam z deszczowego Mikołowa 😁
OdpowiedzUsuńOdpozdrawiam z zachmurzonego Koziołkowa i dzięki za dobre słowo, Pigmejko :* Miło :)
UsuńJa tylkk Klodawską, najlepsza i czytam etykiety zawsze. Tu z kolei nie ma , klodawska wyszla i jestem nieszczesliwa.J za to kupil zwykła bialą alpejską, ale bez fluoru , no, chociaz tyle.
UsuńIle soli do tej kapustki na rozmiary znane3?
OdpowiedzUsuńW następnym poście opisałam.
Usuń