piątek, 11 września 2020

Poszły

 w pizdu, Kochany Pamiętniczku. 

Kwartalniki ostatnie, a nie, wróć nie ostatnie, bo jeszcze w tym roku będziemy robić kwartalniki na następny rok. 

Takiej rozpierduchy najstarsi górale nie pamiętają. A mnie maksymalnie wkurwia nieszanowanie czasu ludzi, na dokładkę niezapłaconego. Bo jeżeli mam harmonogram na cały rok, to się go trzymam. Urlop i inne zabawki układam pod ten harmonogram, starając się nie zakłócać rytmu. Ale, kurwa, jeżeli coś jest zaplanowane na wtorek, a potem nie ma nic, to mam prawo sobie prywatnie zaplanować środę, czwartek i piątek, nieprawdaż. A skończyło się na tym, że kwitłam jak ta leluja niewinna przed kompem, rzygając nim w końcu, bo ile można oglądać kretyńskich seriali i grać w głupie gry? Może gdybym grała jeszcze w Plemiona, to bym mogła zabijać do woli, ale tak? Wiem, i tak lepsze to od kwitnięcia w redakcji, ale... Materiał przysłany po godzinach, nie będę do Bossa pisała, czy na dziś koniec, bo odpisze, że on jest w pracy od 6 do 22. Jest. To znaczy, że źle zarządza czasem, ja nawet za jego pieniądze nie chciałabym tak siedzieć. Skorekcony, odsyłam, jedynie D. ma na tyle oleju w głowie, że pisze mi, czy mam jeszcze kwitnąć, czy opaść. I... next day czekam i czekam, wkurw rośnie, bo o 14 zebranie znów, miało iść do drukarni we wtorek, jest piątek i nie poszło...

D. lituje się, gwałci Bossa i mam PDF.

I na końcu emilek od D., że jak zawsze dobrze się jej ze mną pracowało.  Kochana jest, napisałam jej to.

A reszta rzuca się jak ryba w przeręblu, Boss emilki śle, że pracują w weekend, bo się nie wyrabiają. Od miesiąca szkolą się w nowym systemie (mnie na razie z niego wyłączyli, pracuję tradycyjnie Word i PDF), a mnie pusty śmiech ogarnia, bo niektórzy po ponad ćwierćwieczu pracy w starym systemie nie ogarniają go :) (Nie chwaląc się, gdy weszłam do tej firmy, zasady wyłożyła mi koleżanka z sąsiedniej redakcji, bo mamy tak kilka, ogarnęłam je... nie wiem?... może w pół godziny, w sumie dotąd pracowałam w Quarku, zmieniłam na InCopy, różnica w tym, że w Quarka się wchodziło z ulicy, a tu trzeba kliknąć w każdy "kawałek", a takie tam drobiazgi. Reszta taka sama, z tym że pracując w Quarku sejfowałam, a tu checkuję :) )

W dupie to mam. Nawet poczty nie włączę, zresztą jutro wpadnie Inżynier, z kompikiem i nowym monitorkiem, serce mi pęka, bo biurko pójdzie w pizdu, usunęłam wszystko sprzątając, nie zrobiłam zdjęcia, trudno, nie będę pierdyliarda badziewi z powrotem układać, ale jak ja to potem znajdę? Jak żyć, Kochany Pamiętniczku bez starych rupieci w zasięgu ręki? Nie cierpię zmian, mam nadzieję, że ocalę chociaż jedną część półeczek... Gdzieś musi stać lampka, moja czarownica w szklanej kuli i inne śmiecie, bez których nie mogę żyć.

Sowa się nie zapala, ale nie mam już siły sprawdzać, czy poszła żarówka, czy inny szlag. Mam dość wczołgiwanie się pod biurka i wyciągania stamtąd kubańskiej dupy, nawet raźniej zaczęłam się wywlekać ostatnio i coraz mniej szukam do podpierania, ale jednak. Nie wiem, co zrobię z kompem, bo ni chuchu nie mam pomysłu, gdzie go upchnąć i co zrobić z kolejnym monitorkiem... W szafach mam już skitrane dwa, nie licząc tego niepłaskiego jeszcze, który po prostu wyniosłam na śmietnik i który zniknął z prędkością światła. Kompa nie wystawię, bo nie będę męczyć Inżyniera o unicestwienie dysku, to nie takie proste jednak. W domu parę dysków snuje się po kątach, wszystko z nadzieją na uporządkowanie bajzlu (a mam na każdym z nich nielichy, jestem wyjątkową bałaganiarą dyskową)...

Małe przemeblowanie, jednak jeżeli dalej zostanę na home office, będę tam potrzebowała lampek, jesień nadchodzi... Nieźle jest. Jeszcze tylko plastik na podłogę z IKEA, bo ten dywanik o kant dupy, ale... Chyba się nie doczekam, za wielkie to, żeby wieźć bimbą, a Inżynier nie wybiera się do IKEA. Pojadę, wrócę taksówką, trudno.  Te miękkie podkładki z marketów budowlanych, niedrogie są do dupy, łamią się, haczą i potykam się o nie, a że latam na boso, boję się, że rozorzę sobie kopyto albo co gorsza, zęby wybiję...

Rano ostatnim rzutem na taśmę poleciałam do Biedronki, jutro rano na Manhattan, potem wpadną Inżynierostwo z potomstwem, ciekawe będzie podłączanie kompa z taką bandą. No nic. Darowanemu nie zagląda się w zęby, choć wolałabym to zrobić spokojnie. Bez dzieci. Trudno :) 

Gotować nie gotuję, zamówię pizzę, to jedzą, nie będę się stresowała, że w ząbki wchodzi, a i zaoszczędzę sobie stania przy garach.

Dzisiaj rocznica śmierci Brata mojego, nie wiem, która, nie pamiętam, wymazuję. No dobra, Inżynier miał wtedy 18 lat, zatem osiemnasta. 

Jutro Mamy, okrągła, pół wieku.

A boli, kurwa, jakby to było wczoraj i co najgorsze, człowiek jest z tym bólem sam.

Bo co zmieni, że przypomnę niepamiętającym? Nieprzywiązującym wagi do takich dat? Może mają rację, bo pamiętają o ludziach. To wiem, bo rozmawiamy. A że nie pamiętają dat? Pierworodny o swoich urodzinach nie pamięta :) Może i ja powinnam żyć, pamiętając, jak dotychczas, ale nie biczując się?

Nie czując się wciąż winna, że żyję.

Jeszcze...

 

Staram się nie myśleć, nie odlatywać, ale to wcale nie jest takie proste...

 

Aby do października, odpukać, tfu, tfu, niech nic więcej się nie dzieje. 






2 komentarze:

  1. hehhe powiem Ci ze weszłam wczoraj , patrzę komunikat , nie przeczytawszy , pomyślała tylko , kurde Ruda znów świruje :D dziś wchodzę i uważnie czytam hahaha a tam ostrzeżenie że kurwami rzucasz :D
    kącik pracowy masz zacny ;-)

    OdpowiedzUsuń
  2. Dziękuję, też go kocham. Aczkolwiek ostatnio całe moje mieszkanie jest poligonem pracowym. A kurwami zawsze lubiłam rzucać,bo to podkreśla głębie mego intelektu, co nie? Nie ma to jak soczysta kurwa. Ludzie inteligentni ponoć często klną. Ja też,nie lubię się rozmieniać na drobne, a kurwa wyjaśnia całokształt :)

    OdpowiedzUsuń