środa, 2 września 2020

Znienacka

 w sobotę znów wylądowałam u Inżyniera, Kochany Pamiętniczku.

Synowa poszła na randkę, no i zaprosił matkę.

Nie, nie jest do końca OK, ale jednak inaczej patrzę na pewne rzeczy i nie, nie chodzi tu o Synową. Jednak nie mówili mi wszystkiego do końca, na zasadzie "po co babcię denerwować, niech się babcia cieszy".

Alienek urodził się niedotleniony. Nie powiedzieli, tyle tylko, że był poród kleszczowy, bez szczegółów.

I teraz są problemy. No nic, mam nadzieję, że je rozwiążemy wspólnie, szukają wyjścia, zwalając zwlekanie po swojemu na to, że koronawirus, że sranie w banie. Inżynier zarabia więcej niż dobrze, więc za kasę można było nawet mimo koronawirusa wiele zrobić.

Serce mi pęka, jak widzę, jak się szamoce, ale kto matki nie słucha, ten musi psiej skóry słuchać. Nie wtrącam się już, poczekam, co będzie.

Inaczej na wszystko patrzę i na serio - widzę, że miałam w sumie bezproblemowe życie. Dotąd,of course.

Zobaczymy, co będzie dalej, co ma być będzie. Szkody są, może niewielkie, ale są. I bardzo źle, że to wszystko takie rozwleczone. No nic, pora pamiętać o 12 krokach AA. Bo są odpowiedzią na wiele problemów, zwłaszcza ten pierwszy.

Niedziela już w domu, na spokojnie.

W poniedziałek nastawiona byłam na wizytę MW i Papryczka, ale Pierworodny pisze, że Papryczek rzyga, więc lekarz i zostaje z nim w domu.

Pomijając, że zostałam z masą rozmrożonego mięsa, bo mieli być u mnie dwa dni, z noclegiem, a mam dość grymasów Papryczka na moje jedzenie, a ja mięsa nie jem, to nie dawało mi spokoju, że idą do szkoły wg niego 2 września, bo i radio, i internety mówią 1 września. Drążę temat, Synowa nie wie. Dowie się. Mówi: mąż wie. Kurwa.

Kurwa, jak można nie wiedzieć, kiedy dziecko idzie do szkoły? Ja sama do szkoły zaczynałam przygotowania gdzieś tak koło 15 sierpnia, te szlaczki, podpisy, okładki. I tak samo dzieci tresowałam.

Wyjaśnia się wszystko, idą 1 września, trzymają rękę na pulsie. Drążę, że miały u mnie spać z 1 na 2... A to się Pierworodnemu pokićkało.

Zawsze najłatwiej tak powiedzieć. Oczywiście. 

We wtorek więc polazłam na Manhattan i dupomirków już nie kupiłam, ale śliwki i owszem. Chyba ostatnim rzutem na taśmę zrobię nutellę ze śliwek, choć zastanawiam się, bo zrobiłam kiedyś powidła z czekoladą i dupy nie urywały, jeszcze się prześpię ze ślimakami, jeszcze sporo smażenia przede mną.

A do tego chodzą za mną kiszonki, więc paprykę zakisiłam, bo kiszona mi nie szkodzi, ale nie będę kładła w słoiki, tylko będę kisiła na bieżąco, papryka jest cały rok dostępna, a ja już nie mam ani słoików, ani miejsca na nie. Zakisiłam też w garnku kapustę na bieżąco, bo od czasu do czasu mam napady na kiszone, a mam obawy przed kupnem gotowców, no, ja wierzę w koronawirusa. A na przykład w mojej kochanej piątce kiszone ogóraski stoją w otwartym wiaderku, na tej półeczce przy ladzie, a piątka maciupka i każdy kupujący, również ten menel zwracający butelki stoi obok i nie ma mocnych, żeby mu łokcie nad otwartym wiaderkiem nie wisiały... Mam mieszane uczucia, ale morda w kubeł. Kupuję tam alkohol i towary pakowane. Kiszonki na targu też mam obiekcje, wolę sama kisić, albo nie jeść. Nie przekonują mnie ani foliowe rękawice, ani łopatki. Trudno. I przy okazji popełniłam sałatkę siedmiodniową, ponoć może w lodówce stać siedem dni albo i dłużej... 



Wczoraj zeżarłam późnym wieczorem słoik cały i...

Nic mi nie było, co jest co najmniej dziwne, bo nie bolał mnie ani żołądek, ani wątroba, a te narządy mówią u mnie takim wynalazkom stanowcze NIE :) 

Jestem z tego powodu przeszczęśliwa i będę to robiła na bieżąco. Do tego pyry i żyć, nie umierać :D 

Tak więc spiżarnia i lodówka dobrze zaopatrzone. Na tapecie Secret City, laba, tylko drinka z palemką brak. I już moje ukochane światełka powoli zapalam, bo mało, że zimno, to szaro-buro...




Stopniowo, bo baterie się rozładowały, a nowych nie kupiłam.

Dziś do Biedry wleciałam, bo mycie okien za mną jednak chodzi, srajdy zaczęły mi siadać na oknie, dorwałam kanalie, ale co osrały, to ich.  Mało, że okna brudne jak cholera, to jeszcze parapet osrany, a nie miałam ręczników. Więc polazłam, zadowolona wróciłam w deszczu, patrząc z pogardą na zakutanych w pikowane kurtki ludzi, którzy ze zdziwieniem patrzyli na mnie w bermudach i letniej bluzie. A czułam się jak młoda bogini, ten chłodek, ta cudna temperaturka :)

A przedtem emilkowałam ze spółdzielnią, bo od 1 września nie wolno wyrzucać bio w folii. Dotąd pani mi tłumaczyła, że mam wyrzucać w folii, bo nie muszą myć pojemników. Więc zgłupiałam. Odtąd za wyrzucanie w folii grozi podwyższenie opłat. No OK, lezę, karnie przestudiowawszy regulamin i tak opakowania po dezodorantach mam wyrzucać do plastiku (dotąd miałam je wywozić do punktu odbioru, oj, nazbierało mi się ich już kilkanaście), otwieram pojemnik bio i sruuu z plastiku "gołe" śmieci. Zaglądam do pojemnika, z duszą na ramieniu, bo boję się, że może mi stamtąd szczur wyskoczyć, a tam... śmieci bio, opakowane w folię. Wątpię, czy biodegradowalną, nie drążyłam. Kupiłam w Biedronce opakowania bio do śmieci (2,99 za 10 toreb, zresztą nieporęcznych bardzo, czyli dopłacam do opłaty za śmieci za każdym razem 30 groszy, może to tyle co nic, ale na gołej emeryturze to już coś). No i pewno tę regułę wprowadzono po to, by za jakiś czas w majestacie prawa podnieść w majestacie prawa opłatę za śmieci - mnie (póki pracuję, jednoosobowe gospodarstwo) to pikuś, ale takie cztery osoby? Kurwa.

I pracka przypełzła. Powoli, ale pełza. Książeczka wróciła, na pewno nie wydamy jej na 9 września, ale w sumie rybka. Powoli, kiedyś tam dotrę z nią do brzegu, jak dożyję. A mam zamiar, na złość ZUS :) Nie ukrywam, stęskniłam się za nią, za pracką znaczy się. Czy ja jestem, Kochany Pamiętniczku, na maksa pojebana? Wygląda na to, że tak. Internety straszą, że będą zwalniać emerytów, więc się nieco przelękłam, ale chyba nikt nie pamięta, że ja już na emeryturze jestem. A 1 września minęło dokładnie 10 lat odkąd zaczęłam orkę na ugorze. Podziwiam ludzi, odnajdujących się na emeryturze. U mnie może to kwestia przejścia na home office - mam zajęcie, bez szarpania się z dojazdami i pracowymi awanturami, po prostu jestem w domu i robię swoje. Dla introwertyczki, takiej jak ja, idealne.

Zatem pracka pracką, ale zmobilizowana wzięłam się za mycie okien, mimo przelotnych opadów i tadam...

Okienka jak malowanie, ostatnim rzutem na taśmę ogarnęłam resztę.
Dziewięć lat temu Pierworodny brał ślub. Jak ten czas zapinkala. A ja niedługo będę miała 41. rocznicę.

Ale przedtem przede mną parę ciężkich dni. Bo to wrzesień.

I nie, nie będę się już na nikogo wściekać, że nie jest ze mną.

Bo będzie ze mną my Shadow.

I nawet Umarlaki mnie już nie wyzywają, że do nich w te dni nie jadę. 

Taki to podły czas.  Chociaż życie wciąż jest piękne.

12 komentarzy:

  1. Wszystko bedzie dobrze kochana wiedzmo. Trzymam kciuki

    OdpowiedzUsuń
  2. No tak...nie ma na co czekać, tylko wyszukać specjalistów i działać.Musi być dobrze, nie ma innej opcji, sama wiesz dzieci rozwijają się kazde w swoim tempie, ale lepiej kontrolować, żeby nie obudzić sie z ręką w nocniku i w
    wieku szkolnym nie bylo problemów.

    No i przede wszystkim pracować z maluchem, wiadomo.
    Trzymam kciuki i jontroluj sytuacje, namawiaj, podpowiadaj,sącz do ucha.

    ..
    Z tymi śmieciami to u nas nie ma szans, jest taki rozpoernicz , że nawet to co segreguję nie mam jak umiescić w odpowiednich kubłach.Porażka.

    Moje umarlaki też mnie nie wzywają, zrobiłam porzadek przed wyjazdem, doszly mi groby dziadków ze strony ojca, bo ciotka juz nie chodzi samodzielnie , ma blisko, ale niestety przy jej stanie bioder juz nie dojdzie.
    No i tak to.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, wizyte mają już umówiona, a potem orka na ugorze. JA do Umarlaków pojadę dopiero w październiku, a może i nie, znów zapłacę za sprzątanie, sama nie wiem.

      Usuń
  3. Mam dla Cię coś, niespodzianeczkę malutką, wyślę z PL.Możesz do tego czasu dla przyjemnosci kombinować co to też może być😀

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A właśnie, że nie.

      Usuń
    2. Doro kochana, rozpieszczasz mnie.Nawet nie próbuję zgadywać, bo też myślałam o naparstku :) Z góry dziękuję i nie wiem, jak się odwdzięczyć :)

      Usuń
  4. ja lubię takie znienacki , idę sobie idę i znienacka jestem gdzie indziej :D a i z tymi słoikami nie przesadzaj , słyszałam że szkło nie do końca się trawi i można se odbyt pocharatać hahahaha , no sorry taki dziś mam humor :-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A ja znienacków nie cierpię, wolę planowane. Moja teściowa mi zawsze znienackami rozwalała wszystko, a ja uporządkowana w miarę jestem :) Lubię Twój humor :) I masz rację z tym szkłem :D

      Usuń
  5. Weź mnie nie wkurzaj, niespodziewajków sie nie odwdzięcza, zapisać i podkreślić wężykiem😀
    Ma być Ci przyjemnie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Aye, aye, Madame. Wkurzyć Dorę, o rety. Zapisano, podkreślono wężykiem i bold na dokładkę :) :*

      Usuń