Kochany Pamiętniczku, a jakże.
W związku z jutrzejszą operacją "Przemeblowanie" wyniosłam część rupieci do dużego pokoju, ale...
Poległam na wyciąganiu ze szafy maszyny do pisania. A jakże, mam taką, Łucznik z długim wałkiem. Kupiona za talony na makulaturę, bo normalnej opcji nie było. Znaczy się, kasę też trzeba było wyłożyć, ale kasa wtedy nie była problemem, problemem było dostanie czegokolwiek.
Maszyna ratowała mi życie długo - tekst "SJ siedzi w domu i nic nie robi", gdy byłam na urlopie wychowawczym. Tak, nic nie robiłam, przepisywałam prace magisterskie i inne. Kiedyś zgłosił się do mnie gość, nie pamiętam już, co miał do przepisania, ale powiedział, że nie da mi notatek, tylko będzie mi dyktował, albowiem treść dzieła jest ściśle tajna i nie mogę jej czytać. Kurwa :) Oczywiście odmówiłam, nie byłam wykwalifikowaną maszynistką, a pisanie ze słuchu przy moim słuchu i ktoś obcy w mieszkaniu - przecież pisałam, jak Gnomy były udupione...
A sąsiadka zza ściany, która podrzuciła mi pracę magisterską syna, wciąż do mnie wpadała i mówiła: gdybym miała maszynę, sama bym mu przepisała. Serio? Myślała, że dam jej maszynę za frico, bo ona też umie pisać na maszynie? I nie, że jestem bez serca, ale sąsiedzi mili nie byli. Co jakiś czas organizowali akcje, że im coś nie pasuje. I tak na przykład wywalili mi ze wspólnej komórki moje rzeczy, w ramach "sprzątania spółdzielni", w tym pralkę - wprawdzie nie Franię, ale jeszcze lepszy Myszków Światowid, która czekała na przezwojenie silnika, a gdy złamali mi klapę w wirówce do prania,wstawionej tam na chwilę, wyparli się tego w żywe oczy. I nie, nikt inny nie mógł złamać klapy, albowiem klucz do kanciapy miałam tylko ja i oni. Więc, sorry Winnetou, moje miłosierdzie nie jest nieograniczone.
No nic, było, minęło,wywalili mi też przedwojenne ryciny na śmietnik, rzeczy mające wartość.
Ale karma działa, nie będę już nic więcej pisała.
Zatem maszyny nie udźwignęłam, ale Inżynier napisał, że nie szkodzi. Może i bym ją wywlokła, ale mój kręgosłup mógłby tego aktu heroizmu nie wytrzymać. Więc spoko, maszyna poczeka.
W sumie mogłabym ją wywalić, sprzedać za grosze, bo żaden cymes. Ale mam do niej sentyment, albowiem dzięki temu, że umiałam pisać na maszynie lekko wskoczyłam na kompa. A moja przygoda z maszynami do pisania zaczęła się, gdy zrzą(ę)dzeniem losu w młodości rzucona do SP2 w K., czekając na pociąg siedziałam w biurze u ojca, który dawał mi maszynę do pisana, żebym się czymś zajęła :)
Mam takie marzenie, które zostanie tylko marzeniem: pokoik, z maszyną do szycia, fotelem bujanym, biblioteczką, stoliczkiem i maszyną do pisania na nim. Nie będzie zrealizowane, albowiem życie say NO :)
Ale pomarzyć zawsze można.
Inżynier do swojego domu jej nie weźmie, albowiem on nowoczesny jest, a Inżynierowa nie lubi staroci. No cóż, wywalą na śmietnik, ale mnie już nic nie będzie bolało.
Trochę żal starego image'u
Ale ustawienie mebli jest koszmarne i trudno, muszę przez to przejść. Ale dzisiaj pięknie było w promieniach słońca...
Gotowa byłam już odwołać akcję, ale...
Żeberka wyszły zajefajne, a z takiej kupki mięcha zrobiła się mała kupeczka. Przed państwem żeberka w marynacie musztardowo-miodowej w wersji start.
Na spacerku też byłam, bo cudnie jest, chociaż rankiem zimno jak diabli :) Znaczy się, temperatura jak dla mnie idealna.
Alienkowi gorączka spadła, Kalafiorkówna brzydko kaszle - tak brzmi raport. Zaradziłabym, z mojego matczynego doświadczenia, ale nauczyłam się trzymać mordę w kuble - teraz są inne czasy i młodzi wiedzą lepiej. Cóż.
Ja nie wiedziałam, ale teściowa na moje pytania odpowiadała, że nie wie. A sześcioro dzieci miała.
Więc uczyłam się na własnych błędach i książkach. Na kilkakrotne moje sugestie, że tamto sramto słyszałam zawsze, że nie, bo...
Więc cóż, żal mi dzieci, ale nie będę wtykała się między wódkę a zakąskę i mówiła synom, że może przekonaliby swoje żony.
Nie mój cyrk, nie moje pchły. Jedynie co jakiś czas mogę ich tak wykorzystać i nakarmić tym, co wiem, że lubią, a w domu nie mają, bo nie.
I zawsze dostają dla drugiej połowy wino. Wprawdzie Pierworodny zasugerował, że jego żona lubi Martini, ale...
Wiem, wredna jestem. Ja też lubię Martini, ale akurat nie było małej butelki. A duża - to nawet ja sobie jej żałuję. A jako że żona Pierworodnego ma mnie w głębokim poważaniu, a ja dokładam książkę dla dzieci i słodycze, będzie musiała się obejść wermutem :) Italiano :) Martini to też wermut :P
No i w sumie przemeblowanie zaliczam jako prezent za wszystkie MOJE dni w tym roku, łącznie z urodzinami, więc...
No i cała moja wredność i wyrachowanie jest jak na dłoni.
Nie, żebym szukała usprawiedliwień. Moja teściowa miała 4 synów i 2 córki. Córki spieprzyły za granicę zaraz po studiach, co wtedy nie było łatwe, jako lekarki musiały zapłacić za studia. A synowie? Meldowali się codziennie u matki, na każde pierdnięcie, na każdy telefon, częściej byli u niej niż w swoich domach.
A ja wykorzystuję moich dwa-cztery razy w roku i mam z tego powodu wypryski na sumieniu.
Co jest ze mną nie tak?




Żadne topory, żadne wojenne ścieżki.Dwie tak łagodne kobiety :):) i wojna? A Fe:)
OdpowiedzUsuńŻeberka wyglądają fantastycznie i pewnie tak samo będą smakować. podziwiam twoje talenty kulinarne. Mnie kuchnia nie ciągnie, chociaż podobno dobrze gotuję.
Pisałam dużo na maszynie do pisania i tak samo,jak ty nie miałam problemów z klawiaturą przy kompie. Maszyna też miała szeroki wałek, ale pierwszą maszynę miałam z niemiecką czcionką i na takiej się uczyłam.
Miłego wieczoru.
Na gołe klaty, jak już, nie ma innej opcji. Do krwi ostatniej :)
OdpowiedzUsuń