mam w tym roku jakiegoś z tymi Umarlakami, Kochany Pamiętniczku.
Wczoraj zakwitłam na przystanku na całe 40 minut, autobus wypadł z kursu, a później musiałabym po cmentarzu kiblować dwie godziny w M., zanim cokolwiek by jechało do wioski. Wróciłam do domu zmarznięta na kość i trzęsłam się jak osinowy listek. Dwie polopirynki i kocek załatwiły sprawę, a Inżynier fochnął się, że chciał jechać i że pojedziemy jutro. A ja po prostu nie chciałam mu zabierać urlopu...
Na szczęście z przemarznięcia nic się nie wykluło, a środa piękna była jak marzenie.
Inżynier odstawiwszy ciupasem Łobuzów, zaszantażowanych tak, że pokazówkę na drodze do przedszkola odstawili, nie wyrywając sobie włosów z głowy ani nie wydrapując ślepków, co zostało zapisane czarną kredą w kominie
wzudziło sensację na dzielni i odnotowane zostało w rodzinnych annałach i na blogasku...
... wleciał do matki, no i pytanie za 50 zł polskich: gdzie się, tradycyjnie, jak każde moje dziecko udał?
A SJ akurat gryzoń zdechł, aczkolwiek dwa miała podłączone, a na stanie całe stado.Poprzedniego dnia oswajałam Ajpadzika i tak mi zeszło, Ajpadzik nie potrzebuje gryzonia, aczkolwiek mam do niego klawiatury osobne i tak czasem już mi się kićka, co dotykowe, co bezprzewodowe, a co na kablu i takie tam :)
iTouch działał przy ustawianiu, później odmówił współpracy, a ja biedna dziś doczytałam się, że teraz wymieniając dowód jak nie oddam odcisków, to będę miała dowód tymczasowy ważny rok. Nosz, kurwa, wesoło. Ale na razie mam ważny do 2025, a swoje lata już mam. I tej wersji się trzymajmy ;)
Droga do M. przecudna była, w żółtych płomieniach liści... Inżynier kazał mi gadać i nie zwracać uwagi na nawigację, więc nawijałam i w samej M., gdzie wszystko jest jednokierunkowe dwa razy objechaliśmy rynek, zanim dojechaliśmy do cmentarza. Na grobie już ktoś był, bo wywalił starszy z moich stroików, ale ten z rocznicy śmierci miał się całkiem całkiem, ktoś dołożył dąbki. Po krótkiej naradzie też dołożyliśmy dąbki, zakładając, że już nie będę sama latała do śmietnika z umarniętymi badylkami, a plastiku jest od cholery wszędzie i tym pięknym sposobem, obmyty przez Inżyniera grób wygląda całkiem całkiem, a zbędne znicze wylądowały w zniczodzielni - genialny pomysł. Ja od lat nie kupuję zniczy, tylko wkłady i wkurza mnie w K., jak każdy pamiętający dokłada nowy znicz, zamiast wstawić wkład do starego. No nic. Ponoć są już znicze solarne i rozglądnę się za takim.
Zatem M.
odfajkowana, wszyscy moi Umarlacy tak. I nie, nie będę latała na grób reszty rodziny Eksa, nie moja bajka, że chowają się po wszystkich nekropoliach wiochy i okolicy, bo po kosztach.
Śpią na kasie. Nieważne.
A że miałam Inżyniera pod ręką, a w M. jest Komputronik, to jęczącego na jednokierunkowe zawlekłam tam, spacerkiem spod cmentarza byłoby równie szybko, jak jeżdżenie po uliczkach, no i zdrowiej, ale gadaj z facetem (a lato było piękne tego dnia) i wybrał mi gryzonia, bo on takiego ma.
Tyle że nie powiedział mi, że gryzoń jebie ledem, czego nie cierpię, no ale trudno.
Działa OK, ale jebie.
Inżynier musiał jeszcze zorganizować majteczki dla Kalafiorkówny, która już odpieluchowana, na noc jeszcze dostaje pampersa, zatem zabrał mnie do Galerii (prawie 700 kroków w plecy), ale tam już zrobiłam zakupy sama i uświadomiwszy sobie, że chleba nie mam, z rozpędu poszłam do Faworu, a jesień była piękna tego dnia, dobrze, że miałam tylko lekką bluzę, słoneczko grzało, a ludziska w tych pikowanych kurtkach, szalach i czapeczkach zapierdalali, a ja szłam w stronę słońca.
I do rzeźnika wlazłam, a tam czyhał na mnie
Czytałam o tym, ale nie jadłam. Pani mówiła, że ludzie chwalą i kupują, ale ona nie jadła. Zatem kupiłam i jeszcze Manhattan niezamknięty obleciałam i tym sposobem mam z głowy wszystko do Zaduszek.
Kurczak z czosnkiem w dupie i innymi cudami się pięknie upiekł, rosołek jak wystygnie, wyląduje w lodówce, spokojnie tydzień tam wytrwa, zupki się wymyśli.
Rodzina się rozjechała, Pierworodny z ekipą jedzie do O., bo teściowa znów się sypie (hahahaha, jprdl, no dobra, ja się trzymam i nie sypię, ale czasem miło byłoby, gdyby zauważyli, że też istnieję, na święta kolejny raz jadą tam, co w sumie - żeby nie być hipokrytką - mnie urządza, bo ani mi się śni skakać wokół wszystkich w święta, aczkolwiek raz koło mnie mógłby ktoś skoczyć, co nie?).
Inżynierostwo zaś ma odpuszczone, albowiem Inżynier ogarnął naszą część familii, nie ma JESZCZE opcji ogarniania w towarzystwie Łobuzów, nie stać nas na odszkodowanie za zniszczone nagrobki. Inżynierowej mama nie żyje, a resztę familii mają w Sz., zbierają się tam rodzinnie i ja to szanuję.
Tak więc jutro dzień gospodarczy, a potem odpoczywanie, aczkolwiek mimo urlopu już mam warzywka...
Taki life :)
A mury rosną, co mnie cieszy, chociaż w związku z tym, że firma rozrywana jest na strzępy, dalszy etap będzie w styczniu...
Z jednej strony wkurzył mnie trochę, że szkoda, że nie chciałam się z nimi budować, z drugiej trochę mi się pożałowało, ale oj tam, oj tam, widać tak miało być.
Perspektywa uprawiania ogródka nie jest już dla mnie nęcąca, ledwo daję radę z loggią...
No, może pora zacząć myśleć o odchudzaniu, ale wszak zapasy gromadzę na gorsze czasy, co nie? A jak trzeba będzie, to dojadę, zasadzę, wpadnę opielić, a oni będą podlewali :)
Będę miała motywację do wyjścia z chaupki...







Czy to pech? Tak miało być, żebyś sobie znowu mogła z inż. wyjechać:) Ja w tym roku pewnie nie zajrzę do moich na Górczyn, coś mnie dopadło i trzyma....zatoki mam tak zawalone, że zupełnie ogłuchłam:włączyłam zmywarkę i pomyślałam,,że zepsuta, bo nie usłyszałam:) biorę coś, ale chyba czasu trzeba.A to zgodne rodzeństwo maszeruje prze Jarochowskiego:) Zgadłam? Znam, chodziłam tamtędy do szkoły na Winklera, w której teraz jest przedszkole:). Mury pną się szybko!to będzie duży dom!
OdpowiedzUsuńPrzykro mi, że takie paskudztwo Cię dopadło, zdrówka. Nie wiem, gdzie maszerują, nie znam nazw ani tamtej okolicy, to nie jest mój Heimat. No z murami to postój do stycznia i tak, mnie ta wielkość przerasta, ale to nie jest moja bajka...
Usuń