życie pędzi coraz prędzej, Kochany Pamiętniczku.
Pani w Alienkowym przedszkolu złapała koronawirusa, więc Alienek wylądował na kwarantannie. Zatrzymali go w domu na dłużej, żeby nic nie przywlekał z przedszkola i żeby święta były wspólne, a tu bach, dwa dni po kwarantannie test, bo coś gorączkował i... pozytywny. Kolejne dwa tygodnie izolacji i tym razem cała banda. Alienek już jest OK, w sumie nie wiadomo, czy test nie był fałszywy, ale cóż. Najważniejsze, że im nic nie jest.
Bywa.
No a ja święta spędzę sama...
A w sumie mi to na rękę, bo roboty mam po kokardkę i kucyki. Atlas, który miał wyjść w lutym, ruszył nagle z kopyta i tak jednego dnia zostałam z ponad 400 stronami, na dokładkę z indeksem w stanie zerowym. A wyjechać ma 7 kwietnia, co jak łatwo obliczyć jest z lekka mówiąc szajbnięte. No ale kto, jak nie ja. Nie chwaląc się - skorekciłam najszybciej jak mogłam, idąc na rękę koledze, a indeks, no cóż na spokojnie w święta ogarnę, bo co mam robić? Wkurw nieziemski miałam pracując nad indeksem na pracowym kompie, ale po przejściu na mój kochany komputerek i Office'a nówkę nieśmiganą (szybkość pracowego to jazda Komarkiem, aczkolwiek na tle kompików kolegów mam ścigacz, a praca na moim kochaniu to jak jazda Hondą BlackBird :) Nieważne, gra radio, a ja sobie spokojnie indeksuję, a że praca monotonna, działa jak mantra i jest git majonez. T. wleciał cały happy po wydruczki, bo mówił, że go szlag, jak będzie każdy PDF otwierał (no mnie by szlag, jakbym miała to skanować, wydrukowanie całości trwało bitą godzinę), szczęśliwy, że ma, przywiózł mi podkładkę pod gryzonia z pracy i pracową lampkę, no i z pozdrowieniami od wszystkich bonus
z prośbą o szybki powrót :) Ha, tak tanio mnie wycenili :) Ale wino wyśmienite, od paru dni chodziło za mną wino, więc się nie oparłam. Nawet chciałam lecieć dziś do piątki (od soboty nosa z domu nie wysadziłam), no a tu bach :) No i toast chciałam wznieść, bo dziś 68. rocznica ślubu moich rodziców.
Nie do wiary...
Pogadałam z T., niechętnie, ale zdjął namordnik. Ma taki tembr głosu, że nie ma opcji... Mam nadzieję, że nic ode mnie nie złapał...
Pensja znowu golutka, napisałam wczoraj maila z fochem, Boss nie odpowiedział, ale zacięłam się w milczeniu i dziś sekretarka z pytaniem, co to była za dodatkowa praca. Nosz, kurwa, sam prosił, żeby mu zrobić.
No nic. W sumie w dupie to mam :) To on ma powody do wstydu, nie ja.
T. był niepocieszony po moim stwierdzeniu, że nie mam zamiaru wracać do pracy. Mój pokój jest wciąż moim pokojem, chociaż przerzucają tam sublokatorów, żeby rozgęścić. W odpowiednim momencie wlecę tam zabrać moje prywatne manele, bo wciąż tam są i nieruszane, bo to SJ pokój. Jprdl...
Planuję jutro ostatnie przedświąteczne zakupy, choć żadnych świąt nie robię. Ciasto zamówione, to odbiorę, chałupkę ogarnę jak co tydzień, bo to dzień gospodarczy. I rabanka zrobię, bo tak. A reszta na luzie, żadnych bigosów, sałatek, żarcia do wyrzucania potem. Będzie po prostu spokojny długi weekend, urozmaicony indeksowaniem, jak będzie mi się chciało, a nie że muszę :)
Afera dziś była, poczta się urywała, że szczepią. Koleżanka pisała, że jej mąż, rocznik mojego Pierworodnego ma termin na jutro i to Pfizerem... Napisałam, że nie wierzę... Ale nie, prawda... To piszę do Pierworodnego, a on mi, że błąd systemu. Posyłam mu linka z Wyborczej (nawet oni się nabrali), maile, aż mnie olśniewa i piszę, że to kawał primaaprilisowy. Zakrzyczeli mnie...
No i czyje na wierzchu? :)
A koledze, który mi bladym świtem (korekciłam mu teksty jeszcze w piżamie, bez kawy, grubo przed godzinami pracy) cukrował, że jestem niezastąpiona, odpisałam: Prima Aprilis, wpędzając go w poczucie winy - prosił o antydatowanie maila na 2 kwietnia.
I tak leci dzień za dniem, spokojnie i moim jedynym życzeniem jest, żeby tak zostało. Bratki rosną jak na drożdżach, sny mam coraz głupsze, coraz więcej ludzi, o których myślałam, że po drodze nam, zmienia się nie do poznania i nie będzie nam łatwo już tą samą drogą iść.
I nie mówię tu o tym, że nie mają racji. Mają swoją rację, tyle że ja ich akceptuję, oni mojej nie, mało tego, wyśmiewają mnie za plecami.
Jak za dawnych lat. Jestem, jak zawsze podkreślałam, tylko głucha, nie głupia. I mam prawo do swojego życia, swojego zdania i swoich fantazji i fanaberii.
Zakochałam się w koreańskich serialach sf.
Nikogo przecież tym nie krzywdzę, nieprawdaż? A że odmóżdżają? Cóż, niekiedy, jak mówił mistrz:

Ojjj!!! Ja grzecznie pytam, kto SJ na palce nadepnął????
OdpowiedzUsuńA Ty ani się waż, Twój blog, Twoje zasady aleeee.....
co ja do kawy czytać będę :) :) :) :)
Spokoju Jędzo i zdówka dla Ciebie i Ferajny :)
Zgadza się!!! Dzień bez możliwości zajrzenia do bloga SJ to dzień stracony!!! Przyłączam się do życzeń
UsuńJa tam ide po calosci i po bandzie i niezadowolonych blokuje (blogger ma taka opcje) i nawet, gdyby chcieli, to juz nie wejda na blog, zeby mendzic, marudzic i bruzdzic.
OdpowiedzUsuńJa mam juz swieta, tu piatek jest dniem ustawowo wolnym od pracy, wiec wielkanoc jest czterodniowa. I dobrze, bom zmeczona.
Ja tam czytam i wcale się nie katuje. Lubię twoje polecane seriale. Czymś się trzeba czasem odmozdzyc. Ja się też na termin załapałam. Wzielam dopiero 9 kwietnia bo jestem trochę przeziębiona. I nie odwołali 😃
OdpowiedzUsuńJa tam czytam i wyciągam wnioski. Rzecz jasna chodzi mi o to, jak żyć będąc sama ze sobą. Jak być jednoosobowym ministrem skarbu,zdrowia,d/s socjalnych, itd. itp.Po 45 latach bycia rodziną zostało się jednoosobową komórką społeczną bo dzieci są hen daleko.I wiele spraw ogarnęłam dzięki SJ a bywa ciężko.Jak nie ja to kto? To takie podglądanie " przez dziurkę od klucza". Wesołych Świąt Jędzo ;)
OdpowiedzUsuńNiech cie reka Opatrznosci broni przed zamykaniem Jedzo 😬 Zrodlo inspiracji chcesz nam zamknac? Alez mi ten ostatni cytat przypadl do serca , jestem na tym samym etapie. Akurat odmozdzam sie innym " genrem" , ale kazdemu to co lubi i nikomu nic do tego. Jak Tobie sluzy koreanski s-f ( swoja droga musze mojemu podpowiedziec, bo on uwielbia te klocki) , to cala naprzod i baw sie doskonale. Swieta zamierzam spedzic przy pieknej pogodzie ( tak tak, mamy cudensko piekna), w plenerze nad oceanem , a potem objemy sie pysznym bigosem, ktory sporzadzam na raty, a na koniec wepchne miesko do pieca i obiad gotowy. Ciasta nie robie, chlop obje sie czekolada , a ja na deser wiagam orzechy .... Jak dobrze pojdzie to spotkamy sie w ogrodzie z przyjaciolmi - bo wreszcie to nam wolno, a jak pogoda sklesnie po angielsku to z luboscia rozlozymy sie przed telewizornia... Ach , juz dzisiaj bylo pieknie , wolne , slonce i grzebanie w ogrodku ... Wesolych Swiat Jedzo - nozki w gore i dobrego odpoczynku 🌷☀️🌷Kitty
OdpowiedzUsuńŚwiętuj,jak lubisz! Tego życzę:)No,
OdpowiedzUsuńzdrowo-to wiadomo, a reszta według uznania!