niedziela, 29 września 2013

Odzyskałam

miejsce na ziemi i chęć do życia.
Bladym świtem pokonwersowałam z Inżynierem, doprowadziłam Go do białej gorączki kupując bilet, ale co ja mogę, że system mnie nigdy nie pamięta i za każdym razem zakładam nowe konto, bo nie mogę się zalogować. Drogo, najdrożej odkąd pamięcią sięgam, ale... to mogą być ostatnie święta w takim gronie, więc polecę. Mam nadzieję, że Smerfa Marudę i jego Donnę wywieje, Dziewczyny Inżyniera w same święta nie będzie, bo rodzina by jej nie darowała. Nie, żebym nie chciała, żeby była, jest spoko, z kuchni byśmy ją bezboleśnie usunęli, bo w kuchni w świeta rządzi Baran i Stara Jędza, wykorzystywana jako kuchcik... No nic, jeszcze muszę dolecieć, bo nie było opcji ubezpieczenia, coś w systemie padło, ale... olać.
Zatem pogawędziwszy z Inżynierem, za którego kciuki należy mocno trzymac i spojrzawszy za okno, stwierdziłam, że nie kochać w taką noc to grzech, tfuuuuj, co ja plotę, chwyciłam Soniczka w łapy i sruuuuuuuuu, na spacerek. Tym razem od dupy strony, wujka Mietka zostawiłam na koniec.
Zatem paczcie, nieprzyjechane, co straciłyście w dzisiejszym dniu, wiem, wiem, wola boska i skrzypce, mogę Wam zagwarantować wrażenia, ale pogody nie. A ta dziś była wyśniona.
I tak




Biedronki są wszędzie, nawet w szacownym Kupcu Poznańskim.
W perspektywie




Choć po gorączce sobotniej nocy trzeba było iść uliczkami Starego Miasta patrząc uważnie pod nogi, a i zdjęć nie chciałam robić, bo wstyd, obciach i ojapierdolę.
To jest niewinny widok...

Nawet srajdy zataczały się, skacowane, a łby miały gołe i oskubane z piór... Działo się... A może to jakiś srajdowy lump był?? Zwykły alkoholik???

A koniki jeździły i tym razem udało mi się je capnąć...

Brovaria zaś wiernie czeka, aż Baran tam ze mną wleci i rozniesiemy w strzepy tę spelunkę, a co???

I lato wciąż jeszcze nie odeszło. Nie mają chyba Mickiewiczowskich dylematów... O czymże dumać na poznańskim bruku??

Pogoda była wymarzona dla modelek, w kilku miejscach robiono im zdjęcia

A srajdy pikowały bezlitośnie, są coraz bezczelniejsze

I jakby tak koniki szarpnęły, to co, mocium panie???

Na rynku rozgościli się Słowianie, pracując...


... plotkując i romansując

A na złoczyńców czekał katowski topór



Ta mamusia musiała być bardzo zdesperowana, bo namawiala nic nieprzeczuwające dziecię czule i serdecznie, by włożyło główkę i rączki w dyby. A  potem wio koniku i pozbyła się potomka ;)

Biedny Rudasek, oskórkowali Go...

A ponoć wtedy mężczyźni nie byli zniewieściali...

I cuda wianki też były


A srajdy dla nikogo szacunku nie mają, osrały nawet Pręgierz...

I jak zwykle proszalnych dziadków i artystów zabraknąć nie mogło


Ploteczki przed wiekami były tak samo popularne, jak obecnie

Przeszłość żyje w symbiozie z teraźniejszością

Wybija poznańska godzina



Piękny jest nasz ratusz, a niebo dziś było jak malowane


Tylko Gargamelowy zamek psuje klimat...



Zastanawiałam się, dlaczego ta kamienica jest zawsze taka czysta i już wiem, zoom zdradził tajemnicę.


Takie same siatki, jak na moim balkonie i kolce...


I... nie tylko dziewczęce tyłki wyłażące z dżinsów nie są ok. Nie mogłam się oprzeć, jak stał, też mu wyłaziły, łącznie z metkami, jakim snobem trzeba być, żeby się metką w gaciach chwalić?? Tfuuu... Nawet młode, jędrne, męskie tyłki czasem nie są pociągające...
Jak dla mnie ten kamienny ma więcej uroku... Przynajmniej się metką nie chwali... ;)

I tuptałam sobie dalej grzejąc się w promieniach wrześniowego słońca...


Samoloty latały i znów uciekło mi kapitalne ujęcie, bo wyszłam z założenia, że nic już nie złapię, wyłączyłam aparat, a za chwilę samolot spotkał się z kluczem ptaków. Trudno...



 Drzewo na Placu Wolności już gotowe na święta...
 Tu już widać jesień...
A na tle odrestaurowanego Okrąglaka kultowe góralskie budki...

Tu był Pewex, a  Domarze Eks w tygodniowej kolejce wystał lodówkę... Ale mam na myśli ten daszek z szybami, ktoś tam wlazł i otagował. Ktoś się nie bał i pojebał...



Cztery słonie, różowe słonie... Tfuj... Faktycznie mam delirium :D



Specialite a la maison po poznańsku: rozkopywanie świeżo odremontowanego...



Okolice szkoły Inżyniera to seria "poczytaj mi, mamo" :)


Rowerów na płocie

A tu fotka z serii nie robimy fotek. Dostojny gość miał na sobie dżinsy... ;)


Poznaniacy zaś karnie maszerowali pieszo, nie mając wyboru, bo Teatralka zamknięta...



Z tej okazji kultową fontannę pod Opera ozdabia urocza toi toi ku wygodzie panów robotników, pracujących w pocie czoła nawet w słoneczne, niedzielne, wrześniowe popołudnie...



Mogli jednak ten kibel gdzie indziej postawić, nieprawdaż??

Skręciłam w lewo i





poleciałam do wujka, zapaliłam znicz, złapałam autobus i tym sposobem skończyła się wycieczka. Gdybym miała miłe towarzystwo, polazłabym jeszcze dalej.
Do wiadomości Żaby: taka wycieczka to tylko niecałe 3500 kroków. Porządna wycieczka to ok. 22 tys. kroków :)

Żegna się z Państwem Państwa przewodniczka po poznańskich ścieżkach i zaułkach - Stara Jędza. Napiwki mile widziane.
Miło wrócić do starych zboczeń ;)

sobota, 28 września 2013

Jako że

nie dojechały, zajęłam się chaupką.
Wczoraj doprowadziłam do porządku resztę kartonów i szuflady. W jednej z nich w szafie odzieżowej (sic!) znalazłam skarb nad skarby: ostre noże. Skarb, bo w tym domu nie ma ostrych noży, ponieważ notorycznie ucinam sobie palce. A te ostre noże, ostre jak brzytwa, bo choć zwykłe, stołowe, do obiadu, skórkę pomidora bez trudu rżną (sztuk sześć) leżały zawinięte w starą serwetkę, starsza ode mnie, bo odkąd pamięcią sięgam, serwetka leżała na koszu w przedpokoju w moim rodzinnym domu, a już wtedy wysłużona była :) I już nie wiem, skąd się u mnie wzięły TAKIE ostre noże, bo nie pamiętam już, czy przywiezione po likwidowaniu rodzinnego domu, czy od Cioci. Od Cioci raczej nie, bo od niej pierdyliard sztućców przywiozłam w specjalnej skrzyni. Ale... fajnie się kroi takimi nożami... I mam nadzieję, że rączek sobie nimi nie odciacham.
Żeby nie ten remont, leżałyby pewnie jeszcze długo po mojej śmierci w szufladzie...
A rankiem potuptawszy na Manhattan, starym sobotnim Starojędzowym obyczajem, co ja paczę??





Prorocze, STOP jesieni...

A w nowo budowanym apartamentowcu

Ohna na całą ścianę i szklane balkony czy z innego pleksi... Kto to ogrzeje?? Nawet jak to szczelne, to i tak ciepło poleci... Ale nie mój ból...
A potem co ja paczę?? Już myślałam, że to jakiś napad czy cuś, bo w poprzek ulicy stanął radiowóz z pipem na sygnale, zacierając zatem grube rączki i wietrząc fajne fotki ruszyłam, ale zanim doszłam, było po obiedzie. Jakiś bieg był, parę osób biegło, szybciej niż ja się kulałam z wózeczkiem no i żadnego fotoreportażu w amerykańskim stylu nie będzie.

Pogoda była dziś cudna i szkoda, że dziewczyny nie przyjechały, za tydzień już botanik będzie zamknięty i znów cały pogrzeb na nic...
Jednak nie wyszłam juz z domu (tylko do śmietnika), ogarnęłam wszystko na maksa, ugotowałam na jutro polędwiczki ze śliwkani (mlask) i marchewkę z pigwowcem (jeszcze większy mlask), poprałam i jak poszycie z deski wyschło, zabrałam się za prasowanie serwetek, które wyciągnęłam z komody, a które mocno nieświeże były, zostały zatem wyprane... I tak, jak nienawidzę prasowania, poczułam, że znów mam dom.
Przystań.
Bo mam deskę, żelazko i znów, po pół roku, prasowane ściereczki do naczyń.
Bo aczkolwiek odpuściłam z krochmalonymi, naciąganymi i maglowanymi prześcieradłami i obrusami, z prasowaniem t-shirtów i koszul (nie masz mężczyzn w naszej chacie), to jednak ściereczki do naczyń prawo wyprasowaną być.
I poczulam się bezpieczna...

I gdy klapnęłam na fotelu i oglądałam film zachodzące słońce zrobiło mi taką niespodziewajkę (mam mieszkanie od wschodu, ale zachodnie słońce też znajduje do mnie drogę).



Podoba mi się, farba faktycznie daje światło i przestrzeń...

A wieczorem w lustrach odbija się wszystko.





Zaczynam oswajanie mojej przestrzeni...
Home, sweet home...