czwartek, 24 października 2024

Wczoraj

nosa z domu nie wyściubiłam, Kochany Pamiętniczku, takiego Niechcieja miałam u siebie.

A dziś bladym świtem (moje koleżanki mówią, że to noc, ale one emerytki, to śpią do południa, a ja, chcąc coś ogarnąć przed pracą, to muszę wstać o 6, bo wiadomo, grzeszne ciałko obmyć, nakarmić, na Manhattan wykopać... może kiedyś będę częściej dłużej spała, na razie 6 rano to dla mnie dzień, nie noc) wstawszy taki cudny widok za oknem znalazłam


 i zimno, takie już przymrozkowe, choć badyle jeszcze dają radę.

No a że nie roboty dziś nie musiałam, a zapasy mam na miesiąc chyba i przysięgłam sobie nie latać do marketów, bo gdzie mam to wszystko upychać, tom dokończyła zaczęty wczoraj film.

A nagle... zrobiło się słonecznie i radośnie i powiedziałam sobie, że jak się nie zmobilizuję, to sobie sama do tej szerokiej kubańskiej dupy nakopię, więc wystraszona, ubrałam się i pojechałam do miasta (no co, na wsi mieszkam). Jako że gdy byłam na pogrzebie Danusi, to lało jak z cebra, wróciłam do domu z wodą w butach, bo tylko takie mogłam założyć na pokaleczoną piętę. Okazało się, że są dziurawe. Mam jeszcze inne, ale twarde i nie lubię, a w tych, które lubię, podeszwa pękła na pięcie, a szewca w okolicy nie uświadczysz - wszyscy się pozwijali, zresztą pewno naprawa kosztowałaby tyle, co nowy but...

Butów i ciuchów online nie kupuję,, no chyba że taki sam model jak mam, a takiego nie ma :)

Byłam już w centrach handlowych, ale mają tam albo ceny z Kosmosu, albo jakieś ortopedyczne imadła teraz modne bądź w tak wściekłych kolorkach, że na sam ich widok mnie skręca. A 600 zł za jakieś sneakersy nie dam, bez przesadyzmu.

Więc wykopawszy się, postanowiłam pożegnać winobluszcz na Alma Mater, ale spotkał mnie srogi zawód, albowiem... poprzycinali go i nie było ani jednego listka. 

Tylko Adaś stał jak zawsze na placu



a na miejscu nieodżałowanego Bałtyku płynie nowy Bałtyk - jednym się podoba, innym nie. Sama mam mieszane uczucia, tam bodaj na I piętrze są siłownie i widać całą masę ludzi ćwiczących - nie wiem, czy chciałabym tak na widoku, ale cóż, są guściki i gusta :) 


A pogoda była cudna, żałowałam, że kurtkę założyłam, ludzie też misz-masz - jedni w T-shirtach, inni mało że w płaszczach do kostek, to w czapkach i zakutani w ogromniaste szale, jakich ja nie noszę dopóki nie ma co najmniej minus 20 :)

Ale to wolny kraj.

Na schodach AE mnóstwo ludzi, najpierw się zacukałam, a potem uświadomiłam sobie, że przecież to koniec października już, a rok akademicki zaczął się pierwszego.
Człowiek zgłupiał w tej norze i stracił poczucie czasu :) 

Dojechałam do Parku Wilsona i poszłam, szukając dwóch sklepików, gdzie zawsze było obuwie na takie kajaki jak moje :) W pierwszym nawet nie przymierzyłam nic, nędza z biedą, a wydawało mi się z okien tramwaju, że drugi jest zlikwidowany, ale nie, był :) 

No i od razu jak wlazłam, w oko wpadły mi butki, przymierzyłam szybciorem i poczułam się, jakbym na nogi wkładała skarpeteczkę. Wiedziałam, że je kupię. Chciałam jeszcze Riekera, ale nie było nic, co przyciągnęłoby mi oko, a pani mówiła (przesympatyczna zresztą, bardzo pomocna, ale stonowana, nie tak jak te młode ekspedientki, patrzące na człowieka z pogardą, wyższością lub sfrustrowane tym, że pracować muszą), doradziła mi kolejną parę numer mniejszą, aż byłam zdziwiona, że mogę numer mniejsze nosić - nie zdarzyło mi się to od lat :) I też mięciutkie jak kaczuszka :) 

Na każdą parę dostałam 5% zniżki, niby niedużo, ale ponad 30 zł zostało mi w kieszeni - kupiłam sobie potem jeszcze kalendarz trójdzielny, bo swoje przyzwyczajenia mam :)

I tak grzejąc się w promieniach cudnego październikowego słońca, kontemplując feerię kolorów - mam dziwne wrażenie, że jeszcze nigdy nie było tak dużo i tak kolorowych liści, do domu wróciłam.


Takie nowe butki mam :) 

Dużo wydałam, ale cóż - ostatni raz kupowałam sobie buty na zjazd, po taniości i wydałam, bo zupełnie mi nie leżały :) 

A przedtem kupowałam sobie buty na ślub Inżyniera - a to już kopa lat :P 

No i sandałki dwa lata temu we Wrocku, jak mi stare dosłownie z nóg spadły na ulicy :P 

Nienawidzę kupowania nowych butów.

Wcześnie teraz robi się ciemno, a że vis a vis mych okien mieszka ten miłośnik gadów, co sobie włącza to oczojebne światło, muszę rolety spuszczać, bo inaczej mi oczy z orbit wychodzą, tym bardziej że zmieniają się kolory światła.

A rachunek za prąd mi skoczył i to kurewsko, bo nie mam już tej umowy ani tarczy ochronnej, bo za bogata jestem, tom sobie dziś wytargała z zakamarków lampę ze zwykłą żarówką, a co...

Nie lubię górnego światła, a moja lampa przybiurkowa nie ma się w sumie na czym zaczepić, bo to nowe biurko jest niskie i nie świeci tak, jak lubiłam.

Więc sobie wyciągnęłam lampkę z ludzkiej skóry :P 

Ma taki fajny klosz i fajne światło daje.

Przyjechała wieki temu z Reichu, jak szwagier zmieniał wystrój mieszkania. Dał ją teściowej, mówiąc, że jest wykonana z ludzkiej skóry. 

No i lampka dostała się mnie, teściowa miała traumę okupacyjną, a wiadomo, że Niemcy nie takie cuda robili.

I nie, nie jest to ludzka skóra :) 


A daje ciepłe światło.

Pieprzyć rachunki za prąd.

Pracuję, nie wydaję na siebie, nie licząc życia i badyli, w końcu czas zacząć się rozpieszczać, bo nikt tego za mnie nie zrobi, a jak nie ja i nie teraz, to kiedy? :)

Mam rację, Kochany Pamiętniczku?

Jeszcze poczekam ze światełkami świątecznymi, żeby mi nie zbrzydły do cna :) 


wtorek, 22 października 2024

O, nomen

 dulce libertatis, Kochany Pamiętniczku!

Obudzić się i nic nie musieć, nie lecieć sprawdzać poczty, pograć, posnuć się w piżamce. Wypas.

Za tydzień będę tym znudzona, ale ostatnie pracowe dni kusiły za oknem feerią barw i ciepłem, ale po 18 to już teraz nie opłaca się tyłka z domu wywlekać bez daj racji.

Tak więc dziś byłam FREE :)

Ogarnęłam się ostatecznie koło 11, niespiesznie, bo pośpiech jest wskazany tylko przy łapaniu pcheł, a że już ciepło było, tom poszła w świat bez plecaczka za to z wózeczkiem, w sandałkach i T-shircie, a i tak zgrzałam się nielicho :) Ogarnęłam domową spiżarnię tak, że chyba do wypłaty nic nie będę kupowała, bo mam zapasy, nie że kasy nie mam :) 

A pięknie było i tak sobie szłam i szłam w stronę słońca i pod słońce...

Ciesząc się kolorami, deszczem liści w porywach wiatru...





Elektrośmieci wreszcie dowlokłam do kontenera, a że jest na terenie Sikorki szkoły, w sobotę nie udało mi się ich wywalić, była zamknięta furtka.

A potem zaraz dotarłam do odkopanej w czasie remontu jezdni XIX nawierzchni drogi, wiodącej do fortu.



I tak patrząc na nią (a była jeszcze nie tak dawno w użyciu) stwierdzam, że jednak kiedyś wszystko było lepsze :) Teraz wyleją asfalt, a za chwilę łatają dziury. Inna bajka, że przez to ruch jest trochę wolniejszy, jest ograniczenie do 30 km, ale to nie jest przelotowa arteria, dają radę :)

A na miejscu starej piekarni, po której zostało już niewiele, tylko ten sklepik Faworu i pracownia w głębi (jeżu kolczasty jak dziś pachniało świeżo pieczonymi rogalami marcińskimi, można było oszaleć), a teraz pysznią się już nowe bloki na jej miejscu


jak spod igły, nijakie, Żabka już w nich jest, a druga Żabka niecałe 50 m dalej, na Manhattanie, gdzie nie spluniesz, tam Żabka...

I taki kontrast - patodeweloperka XXI wieku i XIX-wieczna jakość...

Bo w tych nowych blokach ściany są bardziej krzywe niż w moim mieszkaniu, gdzie w dużym pokoju podstawialiśmy drzwi takim olbrzymim pluszowym, zielonym psem, bo się same zamykały :) 

 Aleja Żula w pełnej krasie jest


jeszcze nie puchowy śniegu tren, ale wkrótce pojawią się ludziki, pracowicie grabiący te liście i pakujące je w wory...


Drzewa pootulane są, widać będą jakieś większe roboty, zabezpieczone je, super :) 

Budka, jedna z już nielicznych ocalałym na moim fyrtlu. Po 30 latach ją zamykają. Kultowa, Sylwia, mydło i powidło w niej było: wszystkie artykuły biurowe, papiernicze i zabawki. W latach, gdy nic nie było, tu było: zeszyty, okładki, koperty, kartki... Przegrała z marketami, gdzie wszystko tańsze jest.

Trzydzieści lat i nie ma, koniec.

Pewno też jakiś patodeweloper ją wykopał dodatkowo, bo za nią jest 


plac po chałupie, którą wysadził  celowo spowodowany wybuch  4 marca 2018 r. Śmierć poniosło 5 osób, 21 zostało rannych, a zawaleniu uległa część kamienicy. W gruzach odnaleziono piąte ciało – kobiety, która została zamordowana przed wybuchem przez swojego męża Tomasza J. Notabene, kolegi Pierworodnego z podstawówki.

 


 Tak to przedtem wyglądało, a teraz chyba coś tu zbudują. Działka w dobrym miejscu - rzut beretem od stacji kolejowej i pętli tramwajowej, no i kościółek pod nosem :) 

A naprzeciw 




Też historia. Bo tu nie tak dawno jeszcze wioska była. A na Dębcu był koniec Koziołkowa i jest :) 

Zrobiłam dziś prawie 9 tysięcy kroków, ale warto było, naładowałam akumulatory tą włóczęgą i słoneczkiem


nie mówiąc już o uzupełnieniu domowych zapasów...

Obiad zrobiłam z półproduktów, wciąż mam kawałki mięsa z tego kukurydzianego cuda, pyzy, gotowe buraczki (hańba!) i obiadek jak ta lala :)

A potem wzięłam się za kolejny chlebek, bo smakuje mi jak cholera, nie mówiąc już o tym, że działa jak odkurzacz :P Wprawdzie tym razem mniej się spiekł na wierzchu, ale też wsadziłam do niego więcej ziaren, w tym słonecznik i migdały. Łuskanych pestek z dyni nie dostałam, a łuskać samej mi się nie chciało :) Ale za to genialny papier do pieczenia odkryłam i zamiast pracowicie wydłubywać zapieczoną folię aluminową z chleboszka, zażerałam się o takim :) 


Czuję, że przerzucę się na pieczenie - raz - nagrzewa mi mieszkanie, dwa, wiem, co jem. Roboty niewiele (chyba jednak będę musiała kupić mocniejszy blender), dosłownie 5 minut, gaz 12 zł miesięcznie (co to jest do prawie 200 na dwa miesiące za prąd - w życiu nie chcę indukcji, płaciłabym pewno 500 zł), ciepło w mieszkaniu, zapach i - jakie pyszne. I nie muszę tego odgrzewać w tosterze - następnego dnia jest tak świeży, jakbym go przed chwilą upiekła.

Pierworodnego zaczepiłam, bo na zielono świecił, myślałam, że znów chory, ale nie. Chory jest Papryczek.  A on zły, bo to on miał jechać do DE, a szef wysłał żonę (jego, nie swoją), na cały tydzień, na szkolenie. Zapytałam, czy pomóc. Nie, no to się nie pcham, nie wezmę sobie chorego i rozkapryszonego dziecka na głowę, dziecka, z którym mam praktycznie zerowy kontakt. Mogłabym dokarmiać, ale... Dowiozłabym nawet w słoikach tę zupkę, rosołek, cokolwiek (akurat mam zapas w lodówce). Nie wpuszczają mnie do swojego mieszkania (pewno znowu nie jest posprzątane, tak jakby to miało dla mnie jakieś znaczenie, nie muszę w tym bajzlu siedzieć, więc mi to rybka), a nie widzę powodu, dla którego mam sobie coś na łeb brać. Gdyby poprosił, wzięłabym, ale odpisał: moje dzieci nie mają 5 lat.

I chuj.

To się nazywa asertywność z mojej strony.

A MW sama szła wczoraj do psychologa, bo ona sobie daje radę. Daje? Nie sądzę.

U Inżyniera od razu mam upoważnienia wszędzie, do odbioru, do reprezentowania Łobuzów. Tylko dowód osobisty muszę mieć, ale i tak już mnie wszędzie znają jak zły szeląg i nie legitymują :) Pozostaje jeszcze szkoła Alienka, ale to się kroi powoli.

Poprosiłam o informacje na bieżąco i cisza w eterze, a on już nie świeci na zielono.

No to git majonez.

Inżynier pisze o przebojach z ubezpieczycielami (a nie mówiłam, że w PL się załatwia osobiście, a nie przez telefon, ewentualnie emilek, na wszystko trzeba mieć podkładkę), że znów wtorek, że ojapierdolę dzień (no wiem, wiem, znam rozpiskę) - nie dzwonimy, bo i ja głucha, a i jemu łatwiej coś skrobnąć w wolnej chwili...

Można?

Można.

Asertywność to moje drugie imię.

Ale że serce boli, to inna bajka.

 Pismo z PZU dostałam. A nawet dwa, w osobnych kopertach. I nie wiem, na co oni, kurwa, wydają pieniądze. Bo w pismach było to samo,  co w emilkach.

I jak policzyłam - bo to dołączyli ile u nich wpłaciłam w składkach, to wyszło na to, że sobie już odłożyłam na to, co dostaną dzieci, jak pójdę do Abrahama na piwo.

No dobra, dopłacili za mojego ojca, teścia i teściową. Za Eksa 100%. Dziecko mówi, żeby dalej płacić.

W sumie to już syndrom sztokholmski jest takie ubezpieczenie, ale też człowiek nie wie, kiedy kopyta wyciągnie.

Wyżej się nie ubezpieczę, nie opłaci mi się to. Za stara jestem.

I jak żyć, Kochany Pamiętniczku, jak żyć, skoro nawet umierać nie warto, bo ubezpieczenie razem z wypłatą z ZUS z ledwością starczy na zutylizowanie mnie?

Bez fanfar, po cichu.

W tekturowej trumience do pieca.

Takie jest moje życzenie.

A zamiast stypy niech sobie jak będzie pogoda grilla zrobią u Inżyniera, a jak nie będzie pogody, niech idą do pubu i dobrze popiją, słuchając 


If I could start againA million miles awayI would keep myselfI would find a way...


sobota, 19 października 2024

Leżałam

 sobie, Kochany Pamiętniczku, rozkoszując się dniem, gdy nie muszę patrzeć na zegarek i pilnować godzin i znalazłam ogłoszenie o domu w dobrej cenie w Skórzewie.

Tak, wiem, mam zasady, jestem dumna i mam wszystko w dupie.

Ale posłałam linka Pierworodnemu, no tośmy sobie pogadali.

Jest szansa (o ile znów nie kłamie) na to mieszkanie niedaleko mnie, załatwiają to psim swędem.

Piszę do I., wie.

Będzie im brakowało ok. 40 tys., tyle teraz nie mam, bo jest jak jest.

Ale mogę pomóc. Nie mówię ile, nie mówię, że dam, bo nie dam. 

Bo nie mam pieniędzy - to, co poszło na włości i to, co mogę w tej chwili wyłożyć, to są moje oszczędności na to, bym nie musiała żebrać na emeryturze.

Ale mogę wyłożyć, a chyba lepsza taka pożyczka ode mnie, nieoprocentowana (bo w nic nie inwestuję i kasa po prostu leży i czeka na czarną godzinę, więc co za różnica, gdzie leży?). Jeżeli umrę, nie dożywszy czarnej godziny, to ich wygrana :)

Jakoś mi lżej, chociaż idealne to nie jest.

No ale mam motywację do dalszej orki na ugorze.

Niby nie muszę, ale mogę.

I tak sobie myślę (odpukać), że szczęściarą jestem, że wciąż mogę pracować.

No dobra, wracając do naszych baranów


tak mnie kiedyś witał październikowy poranek... Firany mam wciąż skitrane w szafie, czasami ich dotykam. Są stare, dostałam je w paczce z Reichu, jakieś 40 lat temu, więc ktoś ich przedtem używał. Śmiało więc mogę powiedzieć, że mają pół wieku za sobą. Są ecru, boucle, strasznie ciężkie. I tak jak latami cieszyłam się gołymi oknami i moim Paryżem na roletach - zaczynam tęsknić za nimi... Ale... Nie dam już rady wspiąć się na drabinę i wieszać, mokre są potwornie ciężkie. I karniszy już nie mam...

Ale czegoś żal...

Za to w ramach odstresowania, skończyłam dziś 20. sezon Chirurgów, może to i dobrze, bo wciąż widzę siebie na stole operacyjnym, jak sika krew, wrzucają do wiader nasączone nią płaty gazy...

I idę w stronę słońca, aż po horyzontu kres.

A będąc jeszcze na tym najpiękniejszym z padołów, zanabyłam tradycyjnie rosołowe, włoszczyznę, kurczaka kukurydzianego i pierdolca dostałam.

Zatem upiekłam 


taki chlebek, bez grama mąki, jest przepyszny, zeżarłam już pół i będę chyba piekła częściej, bo bardzo mi smakuje, a jest niekłopotliwy :) 

Rosołek wstawiłam, są dwa litry w lodówce :) 

A kuraka upiekłam w piekarniku z czosnkiem w dupie


jest delikatny, może za mało przypiekłam skórkę, ale nie szkodzi, piekłam go z jabłkami i jako gratis mam pieczone jabłuszka :) 

A że dzień gospodarczy był wczoraj, tom do badyli dorzuciła tylko


no co, życie pędzi coraz prędzej i coraz bliżej święta... Do świąt i tak zmarnieje, nie ma opcji, u mnie żadna nie przeżywa...

Jak ktoś chce żyć na tak szerokiej stopie, że co dzień badylek nowy, to pracować musi, co nie?


To był dobry dzień.

Na jutro planów nie mam, ale nawet obiad mam ogarnięty, to pewno albo będę się lenić, albo mnie gdzieś poniesie.

I takie małe, dobre chwile też czasem zapierają dech...

piątek, 18 października 2024

Ufff

 Kochany Pamiętniczku...

Piątek, piąteczek, piątunio...

Wczoraj wieczorem dotarło do mnie, że jest znów


pełnia taka, że ojapierdolę, a co dzień zaskakuje mnie swą urodą coraz inny kąt padania promieni słonecznych, taki jesienny, cudny...

Bałam się, że znów będę miała przerąbaną noc, ale nie, o dziwo, zasnęłam spokojnie i spałam do 5.15, po czym stwierdziłam, że to za wcześnie na wstawanie, jeszcze poleżę, no i...

Zasnęłam snem sprawiedliwych, znów mi się śniły koszmarki (nie koszmary), że niańczyłam dzieci Sikory, a jest ich niezła gromadka, był wśród nich Inżynier jako ich pociecha, szukałam mojej mamy, chciałam jej wysłać SMS, ale tak już mam w koszmarkach, że nieważne, jaki telefon, nokijkopodobny czy smartfon, SMS wysłać nie mogę...

Ufff.. Obudziłam się o 6.30 i stwierdziłam, że mój plan pójścia na Manhattan poszedł w siną dal, lewa, prawa, lewa, prawa, nie będę się z koniem kopała, pójdę spokojnie w sobotę, mam co jeść jeszcze :) 

Pościel zmieniłam, chociaż miałam wielkiego niechcemisia na to. Ale kopala w dupala i git majonez. Kąpiółka, śniadanko, poczta pusta, więc pomyślałam, że co mi szkodzi skoczyć do Lidla - rzut beretem, a kwiatków nie mam (znaczy się, ciętych, bo inne mam)... 

No to polazłam i...


Słoneczko mnie pieściło, a pieściło...

Z zakupów wróciłam zadowolona, bo dostałam za niecałe 35 zł poduszkę piankową, stara, na której śpię, wytarła się, spłaszczyła, zobaczę, czy po przespanej nocy też będę się tak cieszyła :)

Dla Łobuzów kupiłam


no co, babcia satanistka ze mnie, a i musiałam się trzymać za łapska, które chciały wrzucać do koszyka inne ustrojstwa, ale rozum mówił: nie. Posłuchałam rozumu, brawo ja :) 

I... Były... Pierwsze...


No co, kto bogatemu zabroni?

Ale...

19,90 - w domu zaczęłam się zastanawiać. Jeszcze nie tak dawno były po 12,50, potem ostatnio po 15,50, a teraz 19,90? Hmmm... Nawet moja miłość ma swoje granice, tym bardziej że ceny ciętych badyli też skoczyły w górę, róże kupiłam, bo były przecenione o połowę, a wiem, jak je podtrzymać. Normalnie kosztują bardzo dużo. A na balkonie, w bałaganie mam kilka amarylisów, wywalonych po tym, jak przekwitły. A Ciocia mówiła: wykop cebulki, zawiń w gazetę i do szafy. No fuck, nie mam w domu ani kawałka gazety, niestety, wszystko jest w kompikach, nawet muchy nie ma czym zabić, jak żyć, choć ponoć iPadem całkiem nieźle się zabija :) 

Ale cóż, leżały w kącie, nienaświetlane, więc może coś z nich jeszcze będzie? Wprawdzie internety mówią, żeby zacząć pędzenie w listopadzie, ale to już prawie listopad jest, co nie?

Więc ogarnęłam się po wyniesieniu śmieci i...


pędzą się grzecznie, jeden na oknie w małym pokoju, zobaczymy, czy będą z nich jeszcze ludzie, czy znów będę wywalała kasę w marketach, bo jak żyć, Kochany Pamiętniczku bez amarylisów, jak żyć? 

Tym bardziej, że za pyry, czyli podstawę mojego jadłospisu też liczą sobie jak za zboże


czyli w sumie 5 zyla za kilo....

A na Manhattanie porządnych pyr nie uświadczysz, wszyscy przerzucają się nazwami odmian, a ja wyciągam z gara coś twardego, za Chiny Ludowe toto się nie chce dogotować, puree niesmaczne, nieważne, czym doprawiam... 

Marketowe jak ma na metce, że mączyste, to faktycznie JEST mączyste, a jak że wielkopolskie, to smakuje jak poznańska pyra. Inna bajka, że rolnik sprzedający do marketów, jak dostanie 1,30 za kg to wygrał los na loterii...

Kurwa.

Nie ma innego słowa na określenie tej sytuacji.

I nie, nie przerzucę się ani na pizzę, ani na lasagne, ani na sushi czy inny wynalazek.

A już na pewno nie na parówki z ziemniaków, na wyprodukowanie których moja ukochana Akademia Rolnicza z Koziołkowa wydała 1,5 mln złotych.

Jeśli przejdę na wege całkiem, będę jechała na warzywach samodzielnie przyrządzanych, nie na żadnych wynalazkach tego typu, nie na kiełbaskach wege. Jak ktoś je takie gotowce, proszę poczytać skład. Jest tam więcej chemii, niż da się wsadzić w produkty mięsne, nie mówię tu oczywiście o produktach za grosze z marketów - zawsze jest wybór - mniej, a droższe i zdrowsze mięso, niezaprawiane chemią...

Moja AR ma u mnie WIELKI minus za taką profanację pyrków. Prosto mówiąc, prosto z mostu - pojebało ich na maksa.

Amen...


Sobie na obiadek przyrządziłam dziś zupę dyniową, z dyni Hokkaido, na reszcie rosołku, a jakże, prawilnego, z kuraka i wołowinki, z dodatkiem skyru... Przeterminowanego o kilka dni, ale nic mi nie jest, więc OK. Nie miałam nic zielonego na doprawienie, ale zupka na ostro (z chilli, papryczką, cytryną - podkręciła smak na maksa, toną pieprzu i imbirem) - była MLASK :)

Jako że mam jeszcze dynię piżmową i lenia, jutro jak zwlokę szlachetne zwłoki z wyrka, popełnię kolejną zupkę, bo na Manhattan po składniki pobieżę.

A Kalafiorkówna ciasto marchewkowe dziś upiekła. Aż żal dupę ściska, że boję się ją do mojej kuchni wpuścić... No i że nie zjem tego ciasta, ale cóż :) 

C'est la vie :)

Wyrodziła się, jestem niepiekąca, a ona po swojej mamie mistrzyni :) 

Odezwała się do mnie koleżanka ze studiów, E. Spisana na zapomnienie w ramach mojej asertywności, bo tak.

Bo zawsze ona była najważniejsza w tych układach.

Nie ułożyło jej się w sumie życie osobiste, ale też pytała o radę, nigdy nie biorąc jej pod uwagę.

Nie docierały do niej argumenty i propozycje rozwiązania spraw konfliktowych z rodziną.

Nie mówię, że zawsze mam rację, ale czasem położenie laski na temacie, jak moje dzieci i ja położyliśmy na milionie Eksa, daje lepsze życie, niż wplątywanie się w walkę.

Nie mówię, że to jest idealne wyjście z sytuacji, ale...

Jestem zadowolona, milionów do grobu nie zabiorę.

Inżynier się uśmiecha i mówi: mamo, kocham Cię.

A Pierworodny aż się wstrząsa, ale z nim rozmowa to jak gęsi z prosięciem.

Mówiłam: weź adwokata. 

Nie chciała. No cóż, najpierw trzeba wydać, żeby zyskać.

I tak, opiekowała się matką z demencją? alzheimerem?

Ale też zaplątywała sobie życie osobiste, wiążąc się za każdym razem z żonatym facetem.

Na co liczyła - nie wiem. 

Ciążę usunęła, bo... Nie mogę komplikować życia M., bo mnie rodzice z domu wyrzucą (miała już swoje mieszkanie, była po studiach, pracowała). 

Nie oceniam. Każdy ma swoją wolę, miałam dobrego ginekologa, który prowadził mnie w latach, gdy antykoncepcja była abstrakcją, dzięki niemu mam tyle dzieci, ile chciałam. Dałam namiary, zrobiła, co chciała, wtedy nie było z tym problemów. Wpadając potem do mnie, mówiła, że nie może patrzyć na P., który pchał się jej na kolana, bo ciągnął do ludzi, bo... no widziała swoje dziecko.

Ja za to w następnym życiu poważnie się zastanowię na skrobanką, ale jak wiadomo, każdy jest kowalem swojego losu, a ja, no, kurwa, jednak go nie wyskrobię, bo nie.

I teraz, po latach niewidzenia i  braku kontaktu odzywa się do mnie (a pamiętasz, jak z dnia na dzień byłam bezdomna, a Ty, mająca do dyspozycji pokój z dwoma łóżkami z czasów studenckich, powiedziałaś mi, że nie mogę się tam wprowadzić, bo właścicielka nie chce kolejnej osoby, ta właścicielka, która umówiła mnie z Eksem, widząc w nas doskonałą parę? A chodziło Ci o to, że nie miałabyś randek z M.?). Mnie uratowała w tym momencie siostra ucznia mojej Mamy, która spotkawszy mnie pod pomnikiem Siewcy, zacukała się: Dorota? A coś ty taka ponura?

A ja wytyczałam sobie trasę nad Wartę, żeby się w odmęty rzucić, bo naprawdę byłam bezdomna od jutra.

A moja imienniczka, siostra tego chłopaka, spojrzała na mnie jak na wariatkę i powiedziała: pakuj manatki, mieszkam na pokoju u babci, płacę za dwa miejsca, bo nie chcę jakiejś kretynki, ale z tobą sobie poradzę.

Wyszła potem za mąż i nasze drogi się rozeszły, zamieszkał ze mną tam mój brat, a potem już było z górki.

Więc?

Piszesz do mnie, że masz koronarografię, powinnaś mieć operację nóg - nie wiem jaką, nie precyzujesz, chodzisz o kulach, kardiolog nie zgadza się na zabieg przed koronarografią.

Nie masz smartfona - w sumie co to przeszkadza? Są SMS dla głuchych.

Czego oczekujesz?

Może nic, a może wszystkiego.

I dlaczego sama czuję się jak kupa (gówna), że nie poleciałam wysyłać SMS (może stąd ten sen o SMS?), że lecę, ratuję, ogarniam?

Jak bardzo pojebana jestem, wysyłając pokrzepiającego emilka, który może odczytasz, może nie?

Nie za wiele nas łączyło i na studiach, i potem. Pracowałam w czasie wakacji dla Twoich bliskich, płacili mi. Twój dziadek proponował mi też sponsoring...

Twoja mama chciała mnie prowadzać do ginekologa po moich wakacjach z moim chłopakiem, by stwierdzić, czy jestem JESZCZE dziewicą.

Twój brat, którego dziecko niańczyłam za kasę, mając świetne układy z jego żoną, która chciała wrócić do pracy, a która potem kilka razy w życiu mi pomogła, też proponował mi sponsoring, wiedziałaś o tym, że ma takie odchyły, nie żyłaś na dobrej stopie z jego żoną. Kryłaś go, dziwisz się,  że jak się dowiedziała (nie ode mnie), nie jest Twoją fanką, jak i jego dzieci?

Zakręcone to wszystko. 

A ja pośrodku tego.

Z wyrzutami, że nie lecę na pomoc, nie rzucam się pod pociąg, nie obiecuję, nie zapewniam...

Pracuję, to dla mnie są ciężkie dni, aczkolwiek pod nowym Bossem lżejsze, kończę o przyzwoitej, prawie rozkładowej godzinie.

Ale jest jesień.

Wcześnie ciemno.

Dojazd do Ciebie to co najmniej godzina.

W jedną stronę.

I co dalej?

Wiem, piszę retorycznie, na emilka nie odpiszesz.

Oprócz pracy (a jakże, pani Basiu, będą dodatkowe prace, hajs się znajdzie, a pani Basia hajsu potrzebuje jak kania dżdżu, bo tak, bo ma dzieci, oj tam, oj tam, że dorosłe, zatroskane albo i nie, ale te wnuki i inne takie tam...), ma także swoje kłopoty, może nie tak wielkie, no bo w sumie ta zaćma i jaskra to małe miki i inne takie tam, że boli, cóż w tym wieku musi boleć...

I pani Basia od ponad 20 lat nie była na chorobowym (a czasem powinna). Nie była nigdy w sanatorium i w sumie ma cały urlop za ten rok zaległy.

Więc może znajdzie się ktoś mądry, kto powie, co ma zrobić pani Basia w tej sytuacji?

Pani Basia nie jest chrześcijanką, nadstawiającą drugi policzek, można walić na odlew, przeżyje :) 

Tylko dlaczego jestem, kurwa, taką dużą kretynką?

 

środa, 16 października 2024

Przedpracowo

Kochany Pamiętniczku, wpadł Inżynier. Nie, nie przyjechał, wpadł do kompika...

Grzebał, grzebał, ale udało mu się odnaleźć tylko duże Ł, a że czas gonił i jego, i mnie, powiedział, że ogarnie małe ł, jak wleci do mnie fizycznie.

No cóż, walczyłam w pracy dzielnie, albowiem ł dla korektorki jest jednak znaczące, ale poradziłam sobie, jest jabłko C i jabłko V (startująca na maczku w swej karierze, do dziś myślę skrótami z niego i nie umiem Ctrl C i Ctrl V) oraz inne chytre sposoby. Po restarcie na parę minut pojawiało się małe ł, ale wkrótce znów znikało. 

Znalazłam chwilę na odgrzanie wczorajszej zupki (kapuśniak na winie - dodałam do niego resztkę kaszy gryczanej i boczniaki, wyszedł przepyszny), gdy odezwał się znów Inżynier, mówiąc, że wie, co jest grane :) 

Wpuściłam go znów do kompika, szast-prast, restarcik i... mam, mam ł :) 

A rozwiązanie problemu podesłał mi w linku
https://community.amd.com/t5/pc-drivers-software/turn-off-all-shortcuts-for-radeon-software/td-p/642085

Tak, od razu mnie olśniło, co było źle, hahahahahaha :) 

Jak on docenia mój geniusz.

I tak na razie skończyła się przygoda z uciekinierką ł.

Jak dobrze ulokowałam geny, tego się nie da opisać :) 

Jestem szczęściarą, mając taki egzemplarz na stanie :P 

A ł jest potrzebne, bo jednak jest różnica w robieniu laski a robieniu łaski :) 

Oby jak najmniej takich przygód, bo ich nie lubię. W naszym pierwszym komputerze udało mi się usunąć na stałe kosz (tak, do dziś jest to opowiadane w rodzinie jako legenda), ale wtedy Inżynier nie umiał jeszcze rozwiązać tego problemu ;)

Naprawilam

 bloga, Kochany Pamiętniczku, ale literki dalej nie ma.

Spadam do roboty, poczta pelna. Jest kolejka emilków.

Milego dnia :) 

wtorek, 15 października 2024

Post

 będzie bez literki ł, Kochany Pamiętniczku, albowiem rzeczona delikwentka poszła się jebać...

I nawet Inżynier nie wie, gdzie jest, przerobiliśmy wszystkie opcje.

Mam w kompie jakąś aplikację (jak babcie w kapcie NIC nie ściągalam), która po prostu wyjebala tę literkę poza nawias kwadratowy i muszę czekać, aż I. zląduje u mnie i ogarnie. Nie mam sily go męczyć więcej - pracowo sobie poradzę, kopiując albo pracując na slużbowym lapku. A tu będzie jak jest i trudno, nie widać różnicy między laską a łaską :P 

 

I tak od poniedzialku spokojnie mi plynie czas, jednak nowa miotla ma swoje zalety.

Powoli ogarniam i pracę, i Chirurgów, czując się szczęśliwa, że tyle nieszczęść mnie omija i tyle tragedii.

Aczkolwiek nie ukrywam, że niektóre przemyślenia ze smrodkiem dydaktycznym z tego serialu jednak dają mi coś do namyslu...

Nevermind.

Ogarnęlam, dlaczego nie dziala mi jedna sluchawka.

Więc dzialają mi obie.

Podlączylam wszystkie nowe sluchawki do wszystkich ustrojstw, sama.

Wielka jestem... Nie męczylam dziecka :)

W sobotę dziecko me, zmęczone mym  marudzeniem (kurde, pan na wlościach, a  wygląda jak homeless, plaszczyk mu się na brzusiu nie dopina, nie mówię już o tym, że się zaniedbal maksymalnie, a żona hmmm... nie jest mną, już nawet nic nie mówię, bo wiem, że uslyszę od niej, że jest dorosly i mam sobie sama z nim pogadać, więc gadam),  kopnięty w dupę i wystraszony groźbą, że skoczę do Warty (a plywać nie umiem) kupil sobie kurtkę. Wciąż widzę go, jak idzie na pętlę na Dębcu, a ja, marznąca na niej, bez okularków, patrzę w dal i myślę, jakie to desperat, że w 20-stopniowym mrozie bez szalika, w rozpiętym plaszczyku popyla? Popylil dalej i okazalo się przy bliskim spotkaniu trzeciego stopnia, że to dziecko me drugorodne (a chude toto bylo jak szparag, plaszczyk na nim latal)... Na moje lamencenie, że zimno, odrzeklo, że mu cieplo...

Jak matce teraz :) Za kurtkę zaplacilam, bo moglam i chcialam, taki byl mój chytry plan :) Chcialam, żeby kupil coś tak ekstra, jak kiedyś, gdy jeszcze sponsorowalam na maksa, ale nie, kupil lacha za grosze, bo nie chcialo mu się latać po sklepach. Po kim on to ma?

Oj tam, oj tam...

A dziś byl u mnie listowy, co dostrzeglam poniewczasie na Ezvizie, ale dzwonil starym dzwonkiem, którego nie slyszę, a mial to, na co czekalam od dawna. Niecierpliwie.

Moich ukochanych Men in kilts...




 


Wiadomo - chlop w chalupie, wrzód na dupie... Ale lubię wstawszy rano, wlokąc się do kuchni, zawiesić oko na Szkocie (kochając wciąż Eksa, chcialabym mieć takiego Szkota, cóż, zboczucha ze mnie)... Nie marudzi, a kalendarze dwa, z miejscami na notki, wreszcie znalazlam takie, a że gejowskie i drogie? A na co mam wydawać? Dość wydaję na innych. Jakąś radość z życia mieć muszę.

I dobrze, że listowy się nie dodzwonil, mialam motywację, żeby z nory wyleźć.

Inaczej pewno do piątku, kiedy skończy mi się prowiant bym z niej nie wylazla.

A tak...

Pokontemplowalam i...



 



... idąc w stronę slońca, w stronę slońca aż po horyzontu kres, dotarlam na pocztę, gdzie odstawszy swoje w kolejce, ciągnącej się aż na ulicę, kontemplując...



i rozmyślając o wieczności...

Dostalam moją przesylkę i idąc znów w stronę slońca, zboczylam do Biedronki, gdzie sobie zacne, kiedyś ulubione piwko Warka Strong kupilam i mleko na jutro do kawy, bo stare się zwarzylo dziś...

W domu, jak wiadomo, czekala na mnie niemila niespodziewajka w postaci literki, która poszla w siną dal...

A tak poza tym na parapecie rośnie znów i kwitnie jedyny storczyk, który mnie kocha...


 

 A za oknem mam


widzicie to niebieskie, chujowe świato na 4. piętrze? Inżynier mówi, że to może być jakiś streamer... 

Nosz, kurwa, niech sobie streamuje do woli.

To jebane dyskotekowe świato leci non stop calą dobę, zmienia się na czerwone i na wyjebane w Kosmos biale.

Niech sobie, kurwa, zaslony jakieś spuści. O ile latem mi to nie przeszkadza, bo widzę je dopiero gdzieś w okolicach 22, to teraz zaraz po zapadnięciu zmroku w moje okna jedzie dyskoteka, jak w Manieczkach, jak lampy stroboskopowe...

A jestem wrażliwa na światlo, a przez tę jebaną zaćmę unikam wszystkiego, co wali mnie po oczach, a to niestety wali.

I co pani zrobisz, jak nic nie zrobisz, mam na pieńku z calą górą spóldzielni, więc jak tam pójdę, to mnie wyśmieją...

I co mam pisać na osiedlowym czacie z prośbą do sąsiada z bloku naprzeciwko, że mi światlo przeszkadza?

Nikomu nie przeszkadza, tylko mnie?

A nienawidzę siedzieć za spuszczonymi roletami (bo siedzę, żeby oczu nie niszczyć), bo lubię patrzeć na świat...

No cóż...

Nie można mieć wszystkiego, co nie?

Nawet tej jebanej literki

 


piątek, 11 października 2024

Tydzień

 był i znikł, Kochany Pamiętniczku. 

Inna bajka, że wszystkim wszystko się przesuwa i...

No cóż, morda w kubeł :) Lepiej nie będzie, bo Boss zostawszy capo di tutti capi robi dokładnie tak, jak sądziłam, choć morda w kubeł i nic nie mówię. Więc jest ciąg nasiadówek i bicia piany, jak to w korpo, nic z tego nie wynika, a ludzie tracą czas na pierdzenie w stołek, zamiast na robotę, którą im się z uśmiechem na ustach, no i "pomożecie - pomożemy" dorzuca na kark.

Na całe szczęście nie muszę męczyć dupy na tych nasiadówkach (a musiałabym, pracując na miejscu, no bo jestem członkiem zespołu, choć mnie akurat to nie dotyczy, bo ja nie piszę, ja tylko sprzątam), siedziałabym po godzinach bo nie można wyjść w trakcie zebrania... A i tak siedzę, bo ludzie, niemający czasu na pracę w tym czasie, pracują później, zatem pracuje i ja, aczkolwiek...

No dobra, są momenty, że rzygam serialami i grami, a nie za bardzo chce mi się zaczynać konkretną pracę, bo często muszę ją przerywać w połowie, a tego nie lubię.

Ale OK, zamknęłam co było do zamknięcia i wypisałam sobie na piątek urlop. Świat redakcyjny się beze mnie w piątek nie zawali, a co będę miała trzy dni wolnego, to moje.

Wczoraj pizgało złem na maksa, wichrzysko było, pozwalało mi korytka w loggii, na całe szczęście nic się nie stłukło, ani nie spadło nikomu na łeb, dziś ogarnęłam i loggia nówka nieśmigana.


Winobluszczu już nie ma, u mnie nie sczerwieniał tak spektakularnie - za mało światła. 

Trzykrotkę wiatr połamał, niedobitek poszedł do domu, a połamańce do wody, się zasadzi, to chwast jest :) 

Asparagus na balkonie odżył, zmężniał, ale wstawiony do domu znów powoli zaczyna robić za choinkę - aby do wiosny zatem :) 


A wieczorem wprawdzie nie udało mi się upolować zorzy polarnej (była, ale u mnie nigdy jej nie widać), za to miałam jej namiastkę :) 


I to tyle raportu tygodniowego.
Wczoraj wieczorem jeszcze raport dostałam, że nie mają zdolności kredytowej - oczywiście od Inżyniera, nie od delikwenta. Więc nie kupią tego mieszkania jednak, a mają nóż na karku, bo oboje mają już 44 lata. A, było brać coś mniejszego, realnie sobie obliczyć, na co ich stać, potem zawsze można zmienić, ale nie. Oni muszą mieć z najwyższej półki. Bez umowy o pracę na stałe, z gospodarką rabunkową, jaką prowadzą. Z życiem: wyżej sra, jak dupę ma, nie słuchając ani mnie (ona ze mną nigdy nie rozmawiała, on każdą rozmowę przerywa: ale mamo, ale mamo...). Ani brata, który ma łeb na karku i poukładane. Ale wiesz, ja wiem lepiej, bo - i ta zgięta ręka i słowotok...

Ja wzięłam mieszkanie rotacyjne, choć nie chciałam. Mniejsze, niż nam przysługiwało. Całe dwa pokoje mniej. Książeczka była wprawdzie Eksa, ale ten też nie chciał tego mieszkania, bo... chciał od matki działkę i chciał się budować sam. Systemem gospodarczym. On, którego kijem trzeba było gonić do roboty. Bo on ojcu trzy chaty postawił. Oczywiście, postawił, ale z braćmi, a za materiały płacił ojciec. A my mieliśmy dwie renty, bo on był na rencie, a ja poszłam na nią, głupia, bo mogłam. Ze względu na słuch. Wtedy się opłacało, renta była prawie równa wypłacie, spokojnie zajmowałam się dziećmi i pracowałam na czarno. Odbiło się to na emeryturze - long story :) Ale nie żałuję. 

Nie żałuję, że powiedziałam NIE budowie. Już bym nie żyła. 

Też nie chciałam rotacyjnego, ale po rozmowie z gościem siedzącym w branży, wzięłam (chcieliśmy je dać lokatorom teściowej - 150 m kw. z lewymi niemeldowanymi, ale tylko się zaśmiali).
Przeżyliśmy na tym rotacyjnym życie, a gdy zaproponowano mi docelowe - nie miało to już sensu - kosztowało jak za zboże, a ja byłam sama, Eks odszedł, a dzieci wyfrunęły z gniazda :) U nas było o tyle łatwiej, że mieliśmy dwóch chłopaków, ale luksusów nie było.

Teraz dla mnie mieszkanie jest optymalne. Pewno, gratów do wyrzucania jest sporo, ale się mieszczę i nie narzekam :) 

Choć do kochania mnie dużo więcej niż gdy się wprowadzaliśmy, więc mi ciężko czasem się w kącie zmieścić.

Więc - będąc w sytuacji, w jakiej są, a wrócili z UK bez grosza, powinni wziąć to, na co ich stać. Oczywiście i w UK, i w PL mogli się starać o mieszkanie komunalne, ale... To trzeba chodzić i pilnować, nosić papierki, a to ich przerasta. Ona go nie popilnuje (a to jest typ, co załatwi jak się go kopnie w dupę), a sama się nie zniży do załatwiania, bo to jego działka.  I tak się to kręci.

Nie wiem, jak z finansami, bo oczywiście mają mnóstwo kasy. Powinni, bo wg legend nie wydali nic ani z wesela, ani z moich i Inżyniera wpłat w UK (jak wpłacałam na święta, urodziny, inne takie, Inżynier dokładał drugie tyle, a to nie były małe kwoty), no i po Eksie też dostali, plus zwrot z książeczki mieszkaniowej Pierworodnego, którą mi scedował, ja to zużyłam na remont (innej opcji odzyskania kasy z tego nie było), potem mu ją oddałam co do grosza, jak i Inżynierowi z jego. Mieszkanie wyremontowałam za swoje, biorąc pożyczkę, którą też sama spłacałam. Tak więc nikt mi nic nie dał, nie brałam nic od dzieci mieszkających za granicą. Nawet za loty płaciłam sama i za wszystko. Inżynier się wkurzał, ale powiedziałam, że jak nie będę miała, to dam znać. Chciałam, żeby stanęli na własnych nogach, a oprócz wykształcenia nie mogłam im nic dać. Swoje wykształcenie zdobyłam sama - własnym psim swędem :)

Sęk w tym, że ja mam teraz niewiele i nie za bardzo mogę dokładać kwoty, których oni by potrzebowali, a poza tym dokładałam kiedyś do bólu - i bez sensu.

Za chwilę będę miała 70 lat na karku i ile można pracować, by coś odłożyć?

W sobotę idą oglądać inne mieszkanie, więc mój kibelek dalej działa na zakrętkę.

Mniejsza z większym, poczułam się zobligowana do wyciągnięcia kopytek w tempie ekspresowym, co rozwiązuje wszystkie (no prawie wszystkie) problemy rodzinne, za co oberwałam zjebkę od I., że jak śmiem Łobuzy babci pozbawiać.

No dobra, teraz do mnie doszło, że on już matki nie potrzebuje, ale Łobuzy babci i owszem.

Będę musiała z tym żyć :) 

 Wstałam dziś o nieludzkiej porze 5.14...

Miałam wstać o 5 (SKS, kurwa, nie wygrzebię się na autobus o 7.11) :) 

I tak jak ostatnie noce cholera mną miotała i spać nie mogłam, tak tej spałam jak zabita i wywalona przez głos obowiązku o 5.14 wpadałam w panikę...

Ten model tak ma.

Bo nie wyjdzie z domu bez załatwienia porannego nabożeństwa w kibelku. Umrze, a nie wyjdzie.

Udało się wszystko ogarnąć bezboleśnie. (I tak jechałam autobusem wcześniejszym, zakładając, że może wypaść z kursu - czasem wypada, wiem, bo jeżdżę nim do Eksa, zresztą zawsze jeżdżę wcześniej i potem kolęduję). 

Przyjechał punktualnie, choć kwitłam na przystanku 15 min wcześniej (rzut beretem mam - pół minuty od wejścia do bloku, ale przecież mogę utknąć w windzie, co nie?).

Kontemplowałam jesień - jechaliśmy przez Puszczykowo, miejsce urokliwe jak mało które.

Miałam wizytę na 8.20, na miejscu byłam o 7.44, więc pokwitnęłam w kolejce do rejestracji, pełnej kłócących się staruchów, kto gdzie stał lub nie stał. Bez sensu, bo 7.58 okienko otwarło się i było szybko po bólu :) 

Byłam pewna, że będę druga, ale nie...

Okazało się, że NFZ na pacjenta u okulisty przewiduje... zgadnijcie ile?

PIĘĆ minut :) 

I faktycznie, czwarta w kolejce o 8.20 byłam, w gabinecie, oba oczne kompiki, żart, recepta, zapytałam, czy jest lepiej, czy gorzej, pan doktor (ogolony, więc seksowny) odrzekł, że jest OK, recepta, wizyta za 3 miesiące i do widzenia ślepa Genia :)

Jeszcze rejestracja na wizytę kontrolną na 3 miesiące, oj tam, oj tam, przeliczyłam leki i zarejestrowałam się na 28 lutego, Inżynier zarechotał, że mogłam się zarejestrować na  29, oszczędziłabym sobie latania...
W szatni zauważyłam, że pani na karteluszku zapisała mnie na sierpień, szybki bieg po schodach na 1. piętro, pani przeprasza, już spacerek na przystanek i...


słoneczko już napinkalało, ale chłodek jesienny był, ale w kurteczce ciepło...

I zamiast autobusem o 9.33 wróciłam do chałupki tym o 8.45 (orkiestra touche)...

Jakoś mi się ten dzień rozciągnął jak guma do żucia (jak dobrze wstać skoro świt).

Manhattan i aptekę ogarnęłam (leki za darmo  dla staruchów mam, następna recepta do wykupienia 3 stycznia, trzeba gdzieś zanotować, żeby nie zapomnieć).

Rosołek popełniłam i gulasz, w końcu trzeba coś konkretnie zjeść. A rosołek na ciężki pracowy tydzień. Plus wkładki, kości wędzone, może żurek albo inne cudo wyjdzie?

A, pracowo listopad będzie zabójczy... Może będzie z tego dobra kasa, wiem, jestem idiotką, bo do grobu jej nie zabiorę, ale oj tam, oj tam... :)

Na pocztę wlazłam, zboczucha, ale palcem nie kiwnęłam :) 

Loggię ogarnęłam po apokalipsie.

Tylko worki wyniosę jutro,  dziś mi już siły nie starczyło.

Zjebałam sobie kręgosłup na karimacie - zdrowy tryb życia jest NIEZDROWY - było słuchać dziecka...

Przede mną dwa wolne dni.

Za które jestem wdzięczna losowi.

Coś wymyślę, ani chybi :P 

Może jednak nie pora jeszcze umierać?

Chirurgów włączyłam, powtarzam przedostatni sezon (kiedyś tam oglądałam), jest już ostatni.

I tak się to kula :) 



 


sobota, 5 października 2024

Nastąpiła

 nagła zmiana planów, Kochany Pamiętniczku i zamiast 12, pojechaliśmy dzisiaj do Umarlaków.

Małgosia tym razem była w domu i umówiliśmy się, że do niej wpadniemy.

Już wczoraj cała ekipa, czyli Inżynier z Łobuzami, zwalili się na sleepover at Grandmas...

Tym razem padło, że Kalafiorkówna w śpiworze (bo ostatnio Alienek spał w śpiworze) będzie spała z ojcem, a ja z Alienkiem. Jako że miałam inną koncepcję i poprzenosiłam pościele, zrobiło się zakręcone i w sumie wylądowałam w małym pokoju, ale mniejsza z większym.

Przyjechali o 19, bo I. pracował, zanim się ogarnęli, to już była pora na kolację, z którą czekałam. Kupiłam pół leberki, dwa kawiorki, szynkę i inne delicje, poszedł cały kawiorek, musiałam na gwałt wyciągać ten zamrożony, żeby był na śniadanie, rozmrażać kolejną szynkę, bo wszystko znikało jak sen złoty :) Chyba za dobrze ich karmiłam. Nazajutrz przy śniadaniu Kalafiorkówna reklamowała, że mówiłam, że kupię całą leberkę, a kupiłam pół, więc się nie postarałam. Na szczęście nawet po śniadaniu zostało jej trochę i wracając już na włości wpadli na oznaczenie terenu (po drodze zasilali stacje Orlenu sikiem i kupką 3 razy), po czym wzięli resztki tych dobroci i pojechali już na amen.

Było cudnie, ale nie ukrywam, że jestem padnięta.

Z Inżynierem prawie do północy gadaliśmy, oczywiście, dowiedziałam się, co u Pierworodnego, znów tam wyszło kłamstwo na jaw, ale oj tam, oj tam, standard. Obecnie jest chory na koronawirusa, więc w drodze powrotnej zatroskana matka wysłała zapytanie, jak się czuje, odpisał, że to lekkie, ale ani słowem nie zająknął się o tym, że o ile bank uzna ich zdolność kredytową, to kupują całkiem fajne mieszkanie i to rzut beretem ode mnie. A ja tego tematu w ogóle nie poruszałam.

Cóż.

Wojna podjazdowa trwa.

Sleepover minął spokojnie, I. nie został pokopany przez zakutaną w śpiwór córkę, za to ja dzielnie znosiłam 4 solidne rozpychania Alienka, który natrafiwszy na opór mego cielska znikał jak sen złoty na kanapie i z trudem znajdowałam dziecko :) A rano, przebudził się pierwszy, wtulił się, łapkami objął, a ja o mało się nie poryczałam, bo włoski ma zupełnie jak małoletni jego ojciec. I też taka z niego przylepa...

No a potem łazienka na cztery osoby, czego nie lubię, przyzwyczajona do tego, że ona tylko moja, ogarnianie, wychodzenie (z taką dwójką to jednak jest hardcore), no i jazda do Umarlaków.

Po drodze jechaliśmy nieznanymi okolicami, albowiem pooddawano do użytku obwodnice, tak nas wiodła nawigacja i nie da się ukryć, że poza "starymi" odcinkami, gdzie co rusz wmelały się różne jelonki czy inne tam Massey Fergusony, a raz nawet leciwy Ursus - było komfortowo, choć dziwiliśmy się światu. Alienek czytał książkę, Kalafiorkówna słuchała audiobooka (o dziwo, nawet ja momentami rozumiałam lektora, jak się wsłuchałam, ale jestem wzrokowcem i audio to nie moja bajka), a nam się wciąż papy nie zamykały... No cóż, te kazirodcze (tak mi kiedyś zarzucała jedna z mądrych czytaczek) stosunki nie tak łatwo wyplenić - w sumie chyba się nie da.

Po drodze zaczęło lać, a miało nie padać, więc zezłoszczona objechałam Umarlaków, że się nie starają i tadam... Wysiadka na sik na Orlenie już w K. i - przestało lać. Postarali się.

Tym razem wizyta była inna, bo Łobuzy. Tłumaczenie: kto, co, jak, dlaczego, who is who, nawet moją siostrę, która żyła tylko 3 dni i której grobu już dawno nie ma, wygrzebaliśmy znów. 

I świeczuszka za wujka Mietka, z opowiadaniem, jak zginął zamęczony. Z historii mojego brata, bo jak to możliwe, że młodszy ode mnie, a nie żyje, wyłgaliśmy się z I. koncertowo. Nie wszystko jest dla takich maluchów, ale są żywo zainteresowani historią. No i mają pradziadostwo obcykane :) 

Groby były w sumie OK, nie napracowaliśmy się za wiele, aczkolwiek koło wazonu na grobie moich rodziców była dziwna jasna plama - może E. testowała jakiś środek. Olałam to, groby ogarnięte, czyste, badyle nowe, I. jak zawsze nawet grób pierwszego męża cioci ogarnął, bo tak mu nakazuje sumienie, a Kalafiorkówna dzielnie zagrabiła piaseczek koło pradziadostwa :) 


  Alienek zaś swoim  zwyczajem, trajkocąc jak najęty i domagając się szczegółów, nadzorował całość robót :) 

Wlecieliśmy do Intermarche (kocham ten sklep), bo nie mieli pieczywa na jutro i polecieliśmy do Małgosi. Były u niej jej wnuki, dziewczynka w wieku Alienka i jej brat, młodszy od K. Miałam dla nich słodycze, ale chłopiec był dłuuuugo nieśmiały i chował się po kątach. M. upiekła sernik (jest mistrzynią w tej dziedzinie), co zresztą skomplementował A. mówiąc, że tak dobrego sernika to on jeszcze w życiu nie jadł, co kilkakrotnie podkreślił, wprawiając M. w zachwyt. Gdybyśmy mu na to pozwolili, zeżarłby całą blachę, rozpływając się z zachwytu. Jutro cały K. będzie chwalił A. i jego dyplomację.

Rozmowa nieszczególnie nam szła, bo dzieci co chwilę absorbowały, ale i tak nagadaliśmy się, kotki w tle też były, słowem - nice.

Fajnie tak być.

Fajnie mieć takich ludzi i takie miejsca.
Zmyliśmy się i pojechaliśmy z polecenia M. do knajpy na Orlenie, gdzie był pierwszy sik. 

Enea wyłączała im co chwilę prąd i być może łódeczki ziemniaczane (zupełnie nieprzystające do łódeczek - to samo stwierdził I.) były bardziej jak zimne frytki, niż łódeczki. Bo ja w knajpach jem niezdrowo, to, czego w domu sama nie zrobię, bo mi się nie chce. 


Za to i mój kurczak z grzybami, i I. schabowy z pieczarkami były warte grzechu. Łobuzy zamówiły sobie napleśniki, K. swojego nie zmogła, ale za to potem wyżerała i moje "łódeczkofrytki", i Inżyniera surówki, których już nie zmieścił. Za to Alienek dojadł napleśniki siostry i domagał się więcej cukru. Skaranie boskie z nim... Cukier do napleśnika z nutelli? Ojacierpiędolę... Po Małgosinym serniku?

Zapłaciłam (bo to moja wycieczka, I. dał czas i paliwo, nie licząc amortyzacji pojazdu) za ten obiad o wiele mniej, niż za  pizze w Pizza Hut w Koziołkowie. Z napiwkiem - cóż, bywa, prowincja :) 

I tak bocznymi dróżkami, bo przez Borek Wielkopolski (ojacierpiędolę, jakie tam maszty telefonii komórkowej stoją, aż nas zatkało), przez Borzęciczki (tak, wiem, mama tu na koloniach bywała, a ja sama w przeddzień wyjazdu dowiedziałam się, że w pałacu teraz jest szkoła dla dzieci niepełnosprawnych umysłowo), osikując Orlen (mnie po tym małym piwku nic nie goniło, dojechałam spokojnie do domu), żartując z ostateczności, jaką jest śmierć, dojechaliśmy do celu, jakim dla Łobuzów był "gdzie leży tata taty" :) 

No co,  życie. Leży to leży, widocznie mu dobrze.

Na widok grobu z ust zawsze zrównoważonego I., który jednak w sercu nosi bardzo głęboką zadrę z powodu spiczu na pogrzebie, wyrwało się jedno słowo, którego nie używa przy dzieciach, krótkie, treściwe i w punkt.

Albowiem grób był nówka nieśmigana od naszej ostatniej wizyty, znaczy się,  był tam ktoś, postawił trzy ogromniaste elektrośmieci, niedawno, bo jeszcze świeciły, ale sama płyta była obrazem nędzy i rozpaczy, a kwiatki to ja personalnie kupiłam wiosną, a jakże, przetrwały upalne lato.

Ogarnęliśmy ten syf, Kalafiorkówna znów dzielnie grabiła, a Alienek starał się ogarnąć pradziadostwo i rok 1900 :) Cóż, dla siedmiolatka to swojego rodzaju SF...


I w ten piękny sposób, na wyczyszczonej płycie stoją moje begonie, postawione tam wczesną, bardzo wczesną wiosną (Eks, Ty nie myśl, że nie myślę i że nie bolisz. że po mnie jak woda po gęsi, bo ja, no cóż, taka wiesz - nic niewarta jestem), no i skromny stroik z Aldiego, bo na chuja mam wydawać ponad stówę na coś innego? Założę się, że na wiosnę, jak znów tam dotrę, o ile dożyję, będzie tam cała armia zwiędłych wrzosów i płyta brudna do bólu...

Bo tak, kurwa, jest.

A jak ładnie najmłodsza wnuczka pograbiła - doceń.


I znów kolejny Orlen na sik (ach, te dzieci), krótki wjazd do mnie na chatę, po żarełko (wolę wydać, bo nie jem tego, co oni, niż wywalać) i oczywiście nagle wszyscy mają sik...

Uściski, przytulanki, mizianko i jeszcze raz, jeszcze raz i kochamy się, nawet kiedyś tam oschła Kalafiorkówna tuli mnie jak głupia, chce całować w usta (nie ma opcji) i strofuje ojca: przytul babcię, bo masz z nią mało kontaktu :)

Prawda, że piękne to jest?

A ja zostaję z grudniem


który jednak chyba będzie kwitnął znów.

Z rozbabranym małym pokojem, gdzie ściągam wszystkie pościele - będzie się prało, a prało.

Z kuchnią, w której rano padła plastikowa konstrukcja półeczek - dobrze, że nie rozbił się żaden słoik.

Powoli ogarniam armagedon domowy po najeździe tatarskiej hordy...

Moi najdrożsi docierają do domu cali i zdrowi. Nie chcieli zostać, jutro jadą na konie.

Ich mama jest na firmowej wycieczce - i to też jest piękne. Że może, że ma chwilę wytchnienia. Ja nie miałam, nie wyszło :) Nevermind. Te małe łapki dziś na szyi i ten łebek podsuwany do całowania - rekompensują wszystko złe,

Życie jest piękne, chociaż czasem bardzo boli. 

Niech trwa.

Dziękuję losowi za kolejne dobre chwile.

I proszę o jeszcze.

Niech będą.