nosa z domu nie wyściubiłam, Kochany Pamiętniczku, takiego Niechcieja miałam u siebie.
A dziś bladym świtem (moje koleżanki mówią, że to noc, ale one emerytki, to śpią do południa, a ja, chcąc coś ogarnąć przed pracą, to muszę wstać o 6, bo wiadomo, grzeszne ciałko obmyć, nakarmić, na Manhattan wykopać... może kiedyś będę częściej dłużej spała, na razie 6 rano to dla mnie dzień, nie noc) wstawszy taki cudny widok za oknem znalazłam
i zimno, takie już przymrozkowe, choć badyle jeszcze dają radę.
No a że nie roboty dziś nie musiałam, a zapasy mam na miesiąc chyba i przysięgłam sobie nie latać do marketów, bo gdzie mam to wszystko upychać, tom dokończyła zaczęty wczoraj film.
A nagle... zrobiło się słonecznie i radośnie i powiedziałam sobie, że jak się nie zmobilizuję, to sobie sama do tej szerokiej kubańskiej dupy nakopię, więc wystraszona, ubrałam się i pojechałam do miasta (no co, na wsi mieszkam). Jako że gdy byłam na pogrzebie Danusi, to lało jak z cebra, wróciłam do domu z wodą w butach, bo tylko takie mogłam założyć na pokaleczoną piętę. Okazało się, że są dziurawe. Mam jeszcze inne, ale twarde i nie lubię, a w tych, które lubię, podeszwa pękła na pięcie, a szewca w okolicy nie uświadczysz - wszyscy się pozwijali, zresztą pewno naprawa kosztowałaby tyle, co nowy but...
Butów i ciuchów online nie kupuję,, no chyba że taki sam model jak mam, a takiego nie ma :)
Byłam już w centrach handlowych, ale mają tam albo ceny z Kosmosu, albo jakieś ortopedyczne imadła teraz modne bądź w tak wściekłych kolorkach, że na sam ich widok mnie skręca. A 600 zł za jakieś sneakersy nie dam, bez przesadyzmu.
Więc wykopawszy się, postanowiłam pożegnać winobluszcz na Alma Mater, ale spotkał mnie srogi zawód, albowiem... poprzycinali go i nie było ani jednego listka.
Tylko Adaś stał jak zawsze na placu
a na miejscu nieodżałowanego Bałtyku płynie nowy Bałtyk - jednym się podoba, innym nie. Sama mam mieszane uczucia, tam bodaj na I piętrze są siłownie i widać całą masę ludzi ćwiczących - nie wiem, czy chciałabym tak na widoku, ale cóż, są guściki i gusta :)
A pogoda była cudna, żałowałam, że kurtkę założyłam, ludzie też misz-masz - jedni w T-shirtach, inni mało że w płaszczach do kostek, to w czapkach i zakutani w ogromniaste szale, jakich ja nie noszę dopóki nie ma co najmniej minus 20 :)
Ale to wolny kraj.
Na schodach AE mnóstwo ludzi, najpierw się zacukałam, a potem uświadomiłam sobie, że przecież to koniec października już, a rok akademicki zaczął się pierwszego.
Człowiek zgłupiał w tej norze i stracił poczucie czasu :)
Dojechałam do Parku Wilsona i poszłam, szukając dwóch sklepików, gdzie zawsze było obuwie na takie kajaki jak moje :) W pierwszym nawet nie przymierzyłam nic, nędza z biedą, a wydawało mi się z okien tramwaju, że drugi jest zlikwidowany, ale nie, był :)
No i od razu jak wlazłam, w oko wpadły mi butki, przymierzyłam szybciorem i poczułam się, jakbym na nogi wkładała skarpeteczkę. Wiedziałam, że je kupię. Chciałam jeszcze Riekera, ale nie było nic, co przyciągnęłoby mi oko, a pani mówiła (przesympatyczna zresztą, bardzo pomocna, ale stonowana, nie tak jak te młode ekspedientki, patrzące na człowieka z pogardą, wyższością lub sfrustrowane tym, że pracować muszą), doradziła mi kolejną parę numer mniejszą, aż byłam zdziwiona, że mogę numer mniejsze nosić - nie zdarzyło mi się to od lat :) I też mięciutkie jak kaczuszka :)
Na każdą parę dostałam 5% zniżki, niby niedużo, ale ponad 30 zł zostało mi w kieszeni - kupiłam sobie potem jeszcze kalendarz trójdzielny, bo swoje przyzwyczajenia mam :)
I tak grzejąc się w promieniach cudnego październikowego słońca, kontemplując feerię kolorów - mam dziwne wrażenie, że jeszcze nigdy nie było tak dużo i tak kolorowych liści, do domu wróciłam.
Takie nowe butki mam :)
Dużo wydałam, ale cóż - ostatni raz kupowałam sobie buty na zjazd, po taniości i wydałam, bo zupełnie mi nie leżały :)
A przedtem kupowałam sobie buty na ślub Inżyniera - a to już kopa lat :P
No i sandałki dwa lata temu we Wrocku, jak mi stare dosłownie z nóg spadły na ulicy :P
Nienawidzę kupowania nowych butów.
Wcześnie teraz robi się ciemno, a że vis a vis mych okien mieszka ten miłośnik gadów, co sobie włącza to oczojebne światło, muszę rolety spuszczać, bo inaczej mi oczy z orbit wychodzą, tym bardziej że zmieniają się kolory światła.
A rachunek za prąd mi skoczył i to kurewsko, bo nie mam już tej umowy ani tarczy ochronnej, bo za bogata jestem, tom sobie dziś wytargała z zakamarków lampę ze zwykłą żarówką, a co...
Nie lubię górnego światła, a moja lampa przybiurkowa nie ma się w sumie na czym zaczepić, bo to nowe biurko jest niskie i nie świeci tak, jak lubiłam.
Więc sobie wyciągnęłam lampkę z ludzkiej skóry :P
Ma taki fajny klosz i fajne światło daje.
Przyjechała wieki temu z Reichu, jak szwagier zmieniał wystrój mieszkania. Dał ją teściowej, mówiąc, że jest wykonana z ludzkiej skóry.
No i lampka dostała się mnie, teściowa miała traumę okupacyjną, a wiadomo, że Niemcy nie takie cuda robili.
I nie, nie jest to ludzka skóra :)
A daje ciepłe światło.
Pieprzyć rachunki za prąd.
Pracuję, nie wydaję na siebie, nie licząc życia i badyli, w końcu czas zacząć się rozpieszczać, bo nikt tego za mnie nie zrobi, a jak nie ja i nie teraz, to kiedy? :)
Mam rację, Kochany Pamiętniczku?
Jeszcze poczekam ze światełkami świątecznymi, żeby mi nie zbrzydły do cna :)


















































