piątek, 30 października 2015

Mój

jest ten kawałek podłogi i będzie, jak ja chcę :D

Dokupiłam bratków, bo mam krzywo pod kapturkiem, żaden walec nie wyrówna :D
A może zimę przespałam i już jest wiosna? Kartek z kalendarza nie zrywałam??
 :)

Kupiłam też



Zamiast płaszcza. Zarzucę na okryjbidę i też będzie mi ciepło. Podoba mi się, Inżynierowi i Baranowi też :)




Dobrze, że kazałam odłożyć, bo nie miałam pieniędzy. Jak wróciłam od bankomatu, wszystko miała sprzedane i jeszcze mnie straszyła, że mój też sprzedała :D
A potem pierdalca dostałam i

Tak w świetle wygląda

a tak po ciemku :) Kto bogatemu zabroni Halloween wyprawić? :)

czwartek, 29 października 2015

Wózek

nowy kupiłam do zakupów, jako że w starym wczoraj mi kółko odpadło. Wczoraj nie było na rynku faceta z wózkami, a w sklepie identyczny kosztował 5 zł drożej. Pięć złotych to już piechotą nie chodzi, więc wzięłam na wstrzymanie, ale nawet "drobne" zakupy z Rossmanna to już była pełna siatka i ciężkie.
Wózek to podstawa egzystencji, nawet jak idę "tylko" po chleb, biorę go. W tym szaleństwie jest metoda.
No a potem zwariowałam, bo jak to tak

 po liściowych dywanach chodzić i kupować
bratki? Ale co ja z tego życia mam, to sobie chociaż pomarzyć mogę, odsłaniając rano roletki, że jest już marzec, bratki kwitną. W UK całą zimę się trzymają, ale tam temperatura nie spada. No nic, stary kocyk mam w pogotowiu i zobaczymy, jak długo wytrzymają. Zawsze to parę dni radości dla oczu, a do tego zaoszczędzonego piątaka dołożyłam tylko jednego jeszcze. Nie piję, nie palę, nie podrywam, no i... :)

Sikorka mi wleciała za siatkę, musi być gdzieś dziura, co mnie wprowadziło w amok, bo ja się ptaków boję. I jak tu balkon otworzyć, wleci mi spłoszona, bo miotała się jak głupia. Nie wiadomo, kto był bardziej znerwowany, ja czy ona.
Uciekłam więc z domu, z nadzieją, że jak wrócę, to jej nie będzie :D
Wujkowi Mietkowi zawiozłam świeczuszkę, mam też dla niego chryzantemy, ale stwierdziłam, że to za wcześnie i ukradną, zawiozę w niedzielę.
A potem siłą rozpędu pojechałam do IKEA, bo kupiłam tam ostatnio fajne ręczniki w kolorze ściany w łazience i tak duże, że mogę turban na tym głupim łbie zrobić. Nie lubię ręczników kąpielowych, a te mi przypasowały. Ręczniki zanabyłam, a dodatkowo... oj tam, oj tam...

Prawda, że fajna lampka i nastrój jak w rodzinnym grobowcu? Zawsze mogę ją koło kanapy przestawić, brakuje mi tam światła do czytania, jak spać nie mogę, a i zauważyłam, że jak grzebię na tablecie, lepiej, jak jest włączone jakieś światło, bo w zupełnej ciemności monitorek wali po oczach i bolą. I sama złożyłam, dumna z siebie jestem.
I Halloween sobie zrobię, o :) Na złość, bo u nas w wiosce pójdzie korowód świętych w Halloween. Katolickich, of course. I OK, niech idą, to wolny kraj, ale dlaczego zabierać dzieciom inną zabawę? Bo gorsza? Niby dlaczego? A mi się, kurde, to święto podoba, bo jest takie... no właśnie, zwariowane. Wcale nie wyrzuca z mego serca Wszystkich Świętych i Zaduszek, to całkiem inna bajka. Ale Halloween jest taką odskocznią od codzienności i rzeczywistości, a było nie było, Stara Jędza jestem i to mój dzień :D

Dynie mam, inne takie tam też, a to fajna naklejka z takim domkiem, jak mam w mojej kuli od Inżyniera. Z tym, że na etykiecie "stało", że może się później "z mięsem" odklejać, więc albo na lodówce przykleję, albo wcale. Po naciśnięciu taka dyskoteka się robi na chwilę :D
Na juterko zaplanowałam ogarnianie kuwety i wymianę żwirku, tak że weekend będę miała luzacki, jedzenie też chcę zrobić, żeby potem się bezkarnie i bezstresowo włóczyć, jak padać nie będzie.
Mam full komedii romantycznych, ale jakoś płakać nie mogę, jak kiedyś :D
Dorosłam chyba, Kochany Pamiętniczku :)

I zaczęłam robić schab z pończochy, w cukrze puścił sok, ale w soli leży i animrumra na razie, zobaczymy, czy coś z tego w ogóle wyjdzie.


To życie mija

nie ja...


wtorek, 27 października 2015

Operacja

logistyczna Dopieszczanie Umarlaków zakończyła się sukcesem.
Ale działo się.
Polska zakorkowana jest, moja wioska to jeden wielki korek, ale korki na prowincji to jakiś wybryk natury. Jak jechałam do K. korek zaczynał się w Cielczy i ciągnął przez pół Jarocina. Na szczęście mimo moich obaw kierowca nadrobił, ale i tak na groby zostały mi niecałe dwie godziny, więc wszystko kurcgalopkiem. Już kombinowałam, przerażona, że pociągiem, ale oczywiście, siałam panikę na wyrost. Tradycyjnie, jak od lat, słoneczko prażyło i lekko ze 20 stopni było, no ale to nic w porównaniu z upałem, w którym Inżynier litery malował, bo wtedy prawie 40 w cieniu było.
Ogarnęłam oba groby i serce mnie bolało, że dwóch wujkowych nie dam już rady. Włosy miałam mokrzuteńkie, na pysku czerwona byłam, jakbym zaraz miała dostać apopleksji, a pod pachami wykwitły mi dwie mokre plamy (sprzątałam bez kurtki). Podsumowując, jak tamte rodziny mnie potraktowały, sorry Winnetou, są na miejscu, mogą ogarnąć. Zaś drugiego Wujka z błotem mnie zmieszali, że wcinam się w ich sprawy sprzątając grób. To sprzątajcie sobie sami, mi już sił nie staje, nie mam już nikogo do pomocy. Świeczuszka, paciorek i adieu.
A właśnie. Kupiłam w Biedronce za niecałe 10 zł

takie cuś i zatkało mnie. Tym płynem umyłam (papierowymi ręcznikami) groby bez wysiłku, a potem przejechałam ściereczką i ojapierdolę, żadnych zacieków, smug, w słońcu błyszczało pięknie i litery się w płycie odbijały. Jestem zachwycona, starczy mi jeszcze tego na jedno sprzątanie i będę szukać. Nie muszę wozić szmat, miski, spłukiwać, wygodnie, szybko i bezboleśnie, tyle że mi schylanie nie służy.
I zastanawiam się: jestem skłonna zapłacić za posprzątanie dwóch grobów 50 zł. Doliczając do tego kwiaty i znicze, daję stówę, jak ktoś oszczędzi, jego zysk. Mnie to kosztuje więcej, bo jeszcze muszę (myślę o takim posprzątanym) dojechać, więc bilety, no i świeczuszka...
I dlaczego, do jasnej cholery, w powiatowym mieście, gdzie źle nie jest, ale i wypasu nie ma, gdzie ludzie stoją do MOPS nie ma NIKOGO, kto za 50 zł popracowałby godzinę? Nie musi wydawać na bilet, tam wszędzie rzut beretem, 15=20 minut dojście. I godzina pracy dla staruchy jak ja, młody by to ogarnął raz raz. 50 zł za godzinę to mało?? Nie wiem, czy sama mam 12. Nie liczyłam. Ale żadnego podatku nie trzeba od tego płacić, przecież to kasa leżąca na ulicy. Dla licealisty, dla bezrobotnego. Koleżanka pracuje w MOPS i mówi, że jej podopiecznych hańbi taka praca. Seriously?? Zmorko, Twój Kubix by pogardził?? Serio?? Ojapierdolę. Bo moje dzieci - jakieś 12 lat temu, czyli całkiem niedawno, gdy bieda zaglądała nam głęboko w oczy, gdy ją klepaliśmy, bo ona to lubi, pracowały za 2,50 na rękę na parkingu przy TESCO. Bo na chleb nie było. Wszyscy się śmiali, a my wyszliśmy z dołka i...
Nieważne.
Ale nie ogarniam tego i już.
Grabarz posprząta, a jakże. Za 80 zł od grobu.
Firma posprząta, a jakże. Za 25 zł od grobu. Ale że firma jest w Kaliszu, za dojazd weźmie 900 zł.
OJAPIERDOLĘ.
Więc póki sił, będę robić sama. Jak zabraknie, zawiozę świeże badylki, świeczuszkę zapalę. A jak całkiem padnę, to świeczuszkę zapalę tu, na miejscu i w mordę jeża. Co najwyżej mi nawalą po papie, jak się spotkamy. Trudno...
Tylko na Statoil wleciałam na  małe siku (małe było, bo wypiłam tylko 250 ml wody, żeby nie sikać, odwodniona jestem, spuchnięta, bo sikać tam nie ma gdzie), żaden obiad już nie zdążyłam (a w mojej knajpce schab, zmieniaczki i surówka 9 zł, ojapierdolę). Dworzec autobusowy rozebrali, szczere pole jest, tylko perony zostały.
A miasto świętuje 600-lecie, pikne jest :)


Na rondzie, ochrzczonym rondem 600-lecia neonik sobie postawili.

Z powrotem w tym samym miejscu korki

ale mi to rybka, tym razem od centrum Jarocina do Cielczy, potem po drodze tu i tam, ale to już do domu, więc spokojnie. W samej wiosce kilometr od domu utknęłam znów w korku, ale perspektywa tego, że WiFi włączy się automatycznie dodawała mi sił.
I zachód słońca za miastem, i księżyc...
Wtedy duszę żal ściska, że samochodu nie mam, że nie mogę się nigdzie wyrwać. I stoiska z dyniami po drodze... No nic, life is brutal :) 
Inżynier był w Milton, wrócił wcześniej i polazł do kina.
Dziewczyna Inżyniera ląduje dziś w wiosce i jak znów przywlecze angielską pogodę, zabiję, i każdy sąd mnie uniewinni.
A ja, z poczuciem dobrze spełnionego zadania, nie obowiązku, bo to dla mnie nie jest obowiązek, tylko potrzeba, zadowolona, że jeszcze raz poradziłam sobie, spoczywam na bobkowym liściu, szczęśliwa, że jutro wstanę, jak będzie mi się chciało i co?? :)
Kuwetę ogarnę i pomyślę o Samotnej...

Upływa szybko życie...

Operacja

logistyczna Dopieszczanie Umarlaków rozpoczęta bladym świtem.

Kolejny powód do zmartwienia: gdzie jest dworzec w K.? Bo ponoć rozebrali stary autobusowy, a gdzie jest nowy będę badała na miejscu. Bo nie dojeżdżam do dworca, tylko wysiadam na przystanku na żądanie, ale wracam z dworca. SKS... :) Wszystko mnie nerwuje i wkurza...
W razie czego mam pociąg prawie o 18, bez przesiadki. Wiem, że się wlecze, bo Inżynier wracał takim i mówił, że wiszą napisy: uprasza się nie zbierać grzybów w czasie jazdy pociągu.
Ale jest to zawsze jakaś alternatywa powrotu bez przesiadek i po cudzych opłotkach.

Do napisania, mam nadzieję, Kochany Pamiętniczku.
Dzień wstaje piękny.

Przypomniały mi się pierwszolistopadowe dni sprzed lat, gdy pierwszego listopada wszyscy wbijali się w kożuchy i kozaki, a my raz nawet wylądowaliśmy maluchem w rowie, bo ślisko było, a Eks nie słuchał, że za chwilę ostry zakręt jest. I zawsze wracałam z cmentarza zmarznięta do szpiku kości, aż mnie wszystko bolało.
A teraz od kilku lat jest mi na cmentarzu gorąco, nie zimno :) SKS czy zmiana klimatu??

No nic, Umarlaki czekają.

poniedziałek, 26 października 2015

Dbając

o zdrowie psychiczne poszłam po płaszcz na piechotę.  Siedem kilometrów to spacerek, cudny, z powrotem też bym szła, ale... za gorąco było, a i dźwiganie płaszcza dało mi w kość, więc wróciłam MPK.
I cudnie było





 Hahahahaha, w sumie płakać powinnam. Olbrzymi kompleks skarbowy budują, będą golić ludzi do żywego. Ciekawe, czy przeniosą tam wszystko, bo dojazdu tam nie ma, ani autobus, ani tramwaj. No chyba że wychodzą z założenia, że wszyscy Polacy mają samochody. To z kolei parking im się zatka... No nic...
 A tu na rurociągu mieszkańcy takie napisy porobili. Ładnie to wygląda :)






 Tylko na skrzyżowaniu straszyły jeszcze mordy. Ileż to drzew poszło niepotrzebnie pod topór...
 Piękny balkon, nieprawdaż? :)
A pod lipą zobaczyłam takie coś. Nie wiem, czy ktoś dla wiewiórek orzeszki zostawia, czy wiewiórki tak zmagazynowały. To tuż przy samej drodze, na krawędzi chodnika. Jak bardzo zwierzęta zżyły się z cywilizacją...

Można iść w stronę słońca bez końca, prawda? Byle tylko niczego nie dźwigać :P

A taki

piękny dziś wstał dzień, jesienny jak marzenie, jak sen cudny, jak dzieciństwo...
No nic, będziemy żyć.
I walczyć.
Uroczyście oświadczam, że póki w tym kraju nic się nie zmieni (co oczywiście należy rozumieć, póki obecna władza w pizdu nie pójdzie), na pewno nie dam ani złotówki na cele religijne. Amen. Jeden kamień mi odpadł, kolęda. Nie będzie mnie już nikt straszył brakiem miejsca na cmentarzu, teraz już w majestacie prawa.
Dyktaturze katolicyzmu stanowcze nie.
A jednocześnie oczekuję spełnienia wszystkich obietnic wyborczych, tak obecnego prezydenta, jak i nowo rządzącego ugrupowania.
Choć w sumie mi to rybka.
Dzieci już nie będę miała, więc ani 500 zł, ani in vitro, ani aborcja to nie moje osobiste tematy. Ale dla bliskich mi młodych ludzi to ważne tematy i dlatego mówię: dawajcie te 500 zł. A od in vitro i aborcji się odpierdolcie, bo to są nasze decyzje (wiem, wiem, wyrachowana jestem, ale business is business, co nie Winnetou?) :) 
Emerytury. A majstrujcie przy nich, tak żeby waszym wyborcom rzygać się chciało potem. Mi to rybka. Emeryturę już mam i w dupie mam wiek emerytalny :) Bylebyście nie zrujnowali wszystkiego tak, że nie będzie z czego ich wypłacać. Zatem macie granat bez zawleczki, róbta co chceta.

Skoro zaś musicie marnotrawić pieniądze na kolejne śledztwo w sprawie brzozy, brzóz ci u nas dostatek. Możecie wyciąć wszystkie.
I tak dalej, i tak dalej.

Dobre rządy dla moich znajomych kociar, bo pan prezes kotki lubi i już doszły mnie słuchy, że te 500 zł to nie będzie na dziecko, ale na kotka.
Ale tu się zawiedziecie.
Nie skusi mnie do wzięcia kotka nawet 500 zł.

I tym optymistycznym akcentem kończę podsumowanie tego co czuję, Kochany Pamiętniczku.

Jeszcze żeby te oszołomy same się z moich znajomych wywaliły byłby git majonez. Nie wywalę sama, nie dam satysfakcji, ale będę tak pisać, że może się wkurwią i same wywalą. Na razie je zablokowałam, więc ich argumenty trafiają do mnie jak na Berdyczów i trararararararara bum :)


niedziela, 25 października 2015

Udaję się

na emigrację wewnętrzną.
Byłam, głosowałam.
Wysłuchałam pierwszych słów mowy prezesa i...
Tego bez wódki nie razbieriosz, a że alkoholu nie mam, udaję się na emigrację.
Ojapierdolę.
Smoleńsk.
Cztery lata zabawy znów za moje pieniądze.

Jak żyć, Kochany Pamiętniczku, jak żyć?

Do partyzantki się zapiszę, jak coś.
Na co mi na stare lata przyszło.

piątek, 23 października 2015

Gościa

mam. Niechciej ani myśli się wynosić.
Wczoraj piękna pogoda była, więc z trudem odszukawszy Głazową na mapie, wzięłam kijki w dłoń i zanurzyłam się w okolice Sikorzego Heimatu :) Pięknie tam, ale... obiektyw w telefonie mam brudny :)




Odebrałam wzorniki zaproszeń i wysłałam do ojca Dziewczyny, bo ona przyjeżdża pod koniec października. Nie wyraża chęci spotkania, więc mi to rybka. Przeżyję.
Na poczcie myślałam, że orła odwinę. Pani pół godziny gapiła się na monitorek i powtarzała w kółko: nie rozumiem, to się nie dzieje, to się nie da zapisać. Tak wygląda usprawnienie pracy w tej instytucji. Nie wyszłam tylko dlatego, że bałam się, że na kolejnej poczcie będzie jeszcze gorszy ogonek. I był. Na zewnątrz się zakręcał. Ojapierdolę.
No nic, ogarnęłam i machnąwszy dzienną porcyjkę kilometrów zlądowałam w domu z mocnym postanowieniem łazęg w tamte okolice.
Synowa się po południu odezwała, znienacka. Okazało się, że Pierworodny, mimo że już miał umowę podpisaną na nową pracę dostał kolejną, a że bardziej mu odpowiadała, to ją wziął. I tym pięknym sposobem został menedżerem w DHL w Londynie. Połączenie kolejowe ma OK, ale najważniejsze jest, że wreszcie pracuje na dzień! Cały czas martwiłam się, bo tyle lat na noc to przerąbane, psychika mogła mu siąść. No i co najważniejsze, wyrwał się z tego kurwidołka, w którym tkwił od lat i który zżerał mu nerwy. Bo jakkolwiek paskudny jest, to chłopak nad podziw pracowity, a że kombinować nie umie, to w tym bagienku orał aż strach, a że sami Polacy tam pracują, to co tu więcej mówić...
 
Ale dziś pogoda nie zachęcała, nie, że zimno, ale zanosiło się na deszcz i momentami siąpiło. Pogniłam w łóżku nieprzyzwoicie, ogarnęłam się i poleciałam na Manhattan, a tam szaleństwo. Dyniowo, kolorowo, tylko badylków brak.
Pokupiłam na weekend i klapnęlam przed kompikiem. Powrzucałam trochę memów i ojapierdolę. Znów się odezwała pani, która wszystko wie lepiej, jak w Polsce powinno być, ma jedynie słuszne poglądy polityczne i społeczne i skarciła mnie surowo. Olałam, choć paluszki świerzbiły mnie, żeby odszczeknąć. Ale po co? Ja się pod jej postami nie wypowiadam, choć nic mi w nich nie pasuje. Chcesz tak myśleć, to myśl, to NA RAZIE, póki pisiory nie dorwały się do władzy - wolny kraj. Gorzej będzie, jak się dorwą i chodzenie do kościoła będzie obowiązkowe, tak jak i wpuszczanie kolędy. Niech sobie ludzie żyją po bożemu, nic mi do tego, choć zastanawiające jest, że nikt nigdy nie słyszał o ojcu jej syna. A i jej syn zmajstrował sobie dziecko przed ślubem, choć ksiądz mi zawsze mówił, żebym tłumaczyła moim chłopcom, żeby brali z niego przykład (znaczy się z syna paniusi). No i Pierworodny wziął i zmajstrował sobie Małą Wiedźmę, ale dziewczynka fajna jest, kocham ją i oj tam, oj tam :)
Kobieta jest przeciwniczką in vitro, in vivo, ale in vino już nie, bo łapówkę wzięła :D
Jej zdaniem szczepienie dziewczynek przeciwko brodawczakowi to zbrodnia na ludzkości.
Moim zdaniem każde szczepienie to zbrodnia na ludzkości, swoich dzieci nie zaszczepiłam, jak chcą, mogą się teraz szczepić, mi to już rybka.
Ale nikogo nie zmuszam do nieszczepienia i nie truję dupy, choć wiem, że i Pierworodny, i Sikora dzieci szczepią. Nie drę szat. Pozostawiam ludziom możliwość własnego wyboru.
Ona gejów zesłałaby na bezludną wyspę, a nawet ukamienowałaby.
A ja nie patrzę, z kim kto śpi, bo to nie moja broszka.
I tak dalej, i tak dalej.
Niech sobie pańcia głosuje na pisiorów, ale wara ode mnie. To jest mój wybór, na kogo postawię krzyżyk i nikt nie będzie mi mówił, co mam lubić, a co nie.
Żaden z dotychczasowych prezydentów nie był moim prezydentem, ale powstania z tego powodu nie wzniecam.
To jest, proszę pańci, demokracja.
I dlatego mówię: KBNP. Każdy Byle Nie PiS :)
Nie mam nawet opcji wywiania stąd, będę musiała w tym miejscu dalej żyć.
Wszystkie ugrupowania są do dupy. Jedyny rozsądny człowiek, rozsądnie rządzący swoim podwórkiem to Biedroń. A że gej? Widocznie mają lepiej poukładane we łbach, jak hetero. Ci, których znam, mają.
Zatem w niedzielę niechętnie, ale pójdę. Nie, że oddam głos na mniejsze zło. Oddam głos w ramach protestu.
A na kolejne lata po prostu wyłączę wiadomości, bo nie kręcą mnie potyczki z oszołomami.
I nie widzę różnicy między fanatyzmem Kościoła rzymskokatolickiego a muzułmanów, jeden szajs, jeden chuj.
A Pismo święte mówi: miłuj bliźniego swego, jak siebie samego.
Wystarczyłoby zastosować i dać innemu żyć. Na jego sposób, bo to jego bajka.
Ogarnęłam tę kuwetę i zmieniłam żwirek, Niechcieja przeganiając mokrą ścierą. Nawet obiad na juterko mam i na niedzielę też, więc luz i hasta maniana.
Coś się wymyśli, co nie, Kochany Pamiętniczku?
Do Umarlaków planuję jechać we wtorek.
Na emilku już była praca, ale odpisałam grzecznie, że mają wziąć na wstrzymanie i poczekać do 9 listopada.
Co za dużo to niezdrowo. Albo wcale nie pracują, albo im w tyłkach świruje. Mam wolne i nikt mi złotówki nie płaci za robotę w tym czasie.
Widziałam też ofertę pracy dla korektora z urzędu miasta, litościwie nie powiem jakiego, dawali 1750 zł brutto za pracę na cały etat.
Ojapierdolę.
Dno i kilometr mułu.
Jak człowiek ma za to żyć?

A może juterko za orkę się zabiorę?
Prawda, że fajny mam traktorek? ;)

John Deere, żeby nie było, że jakiś badziew...
Udanego weekendu życzę :D

środa, 21 października 2015

No dobra...

Mowa jest srebrem, milczenie złotem, a foch to foch :)
To nie było całkiem serio, po prostu zadzwonili do mnie w sobotę Baran z Postmanem, którzy wrócili właśnie z Maroka. A jakże, rozbijają się dziadygi po świecie, że oja... No i oja... foch mi wyszedł, ale nie tak na serio. Bo opowiadają, barany jedne o wycieczce, i co rusz jeden drugiemu przerywa i jak mówią, co widzieli i robili to posiłkują się podsumowaniem: a Stara Jędza powiedziałaby "oja...". Tak, tak, niewinne dzieciątka ukradły mi moje słówko, brzydkie i się nim posiłkowały i to zagramanicą w wyższych sferach :)
No to foch :)
I pamiętajcie, Skubańce, możecie sobie mówić "oja", jak ten Miś z Teda. Jak nie pamiętacie, przypomnę, bo mam go wciąż w aplikacji...
Zatem ojapierdolę, działo się :)

Nie za bardzo miałam czas na bloga, może nie tyle czas, co siły brakowało, bo dzięki temu, że odebrałam wolne za nadgodziny, pozostałe dni miałam wypełnione pracą na maksa. Ale fajnie czas leciał, wchodzę do pracy, pstryk i już do domu pora iść. To lubię :)
Deszcz pada co dzień, ale taki fajny deszcz, co nie moczy, mżawka, kapuśniaczek, cicho, szaro, jesiennie i nie przemakam lecąc do pracy, a o to lotto. To niech tak pada do końca jesieni i całą zimę też, bo wszystko wyschło na wiór i - jak pisze Dora - niesmaczne jest. Po części winna temu jest susza, bo jak to miało wyróść, skoro od środka schło??

Starzeję się. Ale w zwariowany sposób. Na samą myśl, że mam wsiąść w bimbę czy w autobus, mam odruch wymiotny. Trasa "dopracowa" zaś to cztery kilometry w jedną stronę. I tak sobie lezę i lezę, i w słuchawkach mi gra, i nagle czuję, że jak zrobię jeszcze jeden krok to zwariuję, że chcę do domu, na kanapę, albo do pracy, ale teraz zaraz już. Chcę "enterprise". I nie ma, że boli, nie mam wyboru, muszę iść. Do końca. Bo... trasa taka, że nie ma żadnego przystanku (no, jeden jest, tam gdzie zazwyczaj boli, autobus jeden na godzinę mi ucieka, a zresztą jedzie opłotkami i w razie czego muszę znów leźć. Tyle samo, ile zostało mi do przelezienia). Z powrotem lepiej, bo wiadomo, dom, fotel, Miśki na horyzoncie, można zdjąć skarpetki, dydkoświch, wszystko, wleźć do wanny, zatańczyć, zaśpiewać, cokolwiek. Lody zjeść. Mogę taksówkę zamówić, ale za duża ze mnie liczykrupa :)
Heavy metal.
Srebro we włosach - nie do końca, ale jest.
Złoto w zębach - policzywszy, ile na nie wydałam, of course.
I ołów w nogach - jak najbardziej. Wstając w nocy szuram. Kiedyś czytając: babcia szurała nogami zastanawiałam się: ki diabeł? Nigdy nie mieszkałam z żadną babcią na stałe, zresztą i tak nie słyszałabym, jak szura. A teraz wiem, że wstając, szuram, tak samo w nocy, jak i w dzień, gdy posiedzę dłużej. Gdy nogi się rozchodzą, mogę iść bez końca, ale muszą się rozchodzić. Inaczej szuram.

I załamuję się, bo jak to tak? Już?? Starość?? 
I na kij mi zdrowe odżywianie, cuda wianki, dbanie, kijki, migdały, pestki moreli, ziółka? No dobra... Nadchodzi jesienna chandra i należy ją pożegnać krótko i węzłowato: weź, spierdalaj... :)

I tak niedawno z pewnym osobnikiem zachwycaliśmy się, jak to się polscy kierowcy ucywilizowali. Przybył do mnie z wielkiego świata i nie mógł wyjść z podziwu, że polscy kierowcy stają przed pasami i na chama cię przepuszczają. Ustawa nie przeszła, osobnik wyjechał, a ja znów jak ta sierota tkwię na brzegu chodnika i myślę: przejdę, nie przejdę, wymusić?? Zazwyczaj nie wymuszam, bo mimo że jestem stara dupa, życie miłe mi jeszcze, a poza tym pełna jestem chrześcijańskiego miłosierdzia: taki wariat na śliskiej drodze, włączy wycieraczki, zabije Starą Jędzę, a za człowieka pójdzie siedzieć? Nie mogę tego bliźniemu zrobić, chociaż niewierzącam...

Kolejny nurtujący mnie temat. Zdrowe odżywianie. Słonko z Mężem sprzedaje lokum w PL, bo będą w Irlandii żyć zdrowo. Z pracy własnych rąk i według swojej życiowej filozofii. Zdrowej. Podziwiam, akceptuję, zazdroszczę. Poniekąd moja wina, że nie miałam odwagi rzucić się w głąb na główkę. Uwarunkowania były inne, nie że, Kochany Pamiętniczku, żałuję. Ale gdzieś jak cierń tkwi: życie minęło. Nie, żebym swojego nie kochała, ale czasem zostaje żal: dlaczego nie mieliśmy takiej szansy?
No nic, skoro obiecałam Pierworodnemu, że w następnym życiu go wyskrobię, zatem jakaś tam szansa będzie.
No właśnie. Bo łażę sobie po fejsbuczku i posty czytam i pod pięknym zdjęciem Pierworodnego i progenitury jego rozwijają się komentarze, że opuścił był obiekt swoich narzekań od lat... bodajże dziewięciu (nie mam głowy do dat) i... No właśnie. I?? Piszę, cisza. Atakuję i szantażuję. Włączają Skype. I tak, zmienił pracę, ma już umowę na nową. Dalej będzie dojeżdżał niż dotąd, wciąż pracuje na nocki, tylko za większą kasę. Ponoć. Wysłuchałam. Żadne z nich nie patrzyło mi w oczy. OJAPIERDOLĘ (nie powtarzać, Paskudy). Pogratulowałam, stłumiłam wycie i...
Kto podmienił mi syna? Co takiego zrobiłam, że nie jestem nic warta?
Inżynier też nic nie wiedział.
Wiem, wiem, wredna teściowa i matka jestem, do dupy i w ogóle. Ale moje dziecko, które - tego nie ukrywam, miało tendencje do kombinowania i naginania faktów, specyficzne było, zawsze jednak przytuliło się, prosiło o pogłaskanie i... dbało o mnie, i o Inżyniera jako o młodszego brata. Zmienił się pod jej wpływem, nie da się ukryć, z jakim przystajesz, takim się stajesz. Na moje "kocham Cię wciąż jak dawniej" odpowiada "dziękuję". Nie pamiętam, kiedy powiedział mi, że mnie kocha. Wiem, wiem, za dużo amerykańskich filmów, ale  kiedyś to słowo istniało...
Ona. Na nasze pierwsze spotkanie wyszła w t-shircie z napisem "Królowa jest tylko jedna". Rybka mi to, chociaż nie powiem, zatkało :) Ale co tam, żeby mnie obrazić, trzeba mi do popękanych pięt dorosnąć. A potem przepychanki, że to ona rządzi. Przecież dałam jej i berło, i Pierworodnego, niech się kobieta męczy. Ale nie... Dobra, Kochany Pamiętniczku, nie wnikajmy w szczegóły. Deklaracje zakopania topora wojennego, przeprosiny. Nie z mojej strony, bo nie wiem, za co mam przepraszać. "Będziemy w kontakcie, dam Ci znać". No i?? Jak do mnie wlecieć i zrujnować mi "zostań w tym swoim ustabilizowanym życiu", bo tak, bo fantazja, to OK, a jak powiedzieć mi, że w ich nieuporządkowanym życiu jest rewolucja to nie?? Ojapierdolę (wypad z notatki, Paskudy, bez cytowania). Idę sobie meliskę zaparzyć.
Meliska paruje :)
Oddycham głęboko i myślę, jak trudny jest zdrowy tryb życia. Bo: meliskę 2 razy dziennie, miętę dwa razy dziennie, na żylaki dwa razy dziennie, na trawienie trzy razy dziennie. Nawet jak zmienię kubek z pół litra na 250 ml, to kiedy ja to wszystko wypiję?? Nerki mi siądą, co nie? I będę jak moja teściowa, która nie trzymała się ziół, a pigułek. Miała recepty od syna i sobie je wypisywała, co chciała. Jak zasłabła, wezwano pogotowie. Lekarz pyta, co ona zażywa. Szwagierka niesie worek: na uspokojenie rano, na podniecenie w południe, na uspokojenie po południu, na krążenie, na nerki, na wątrobę, woreczek, nadciśnienie, ojapierdolę. Lekarz zbladł i stwierdził, że to cud, że ona jeszcze żyje i zapytał: kto jej to zapisał...
Zapadła głucha cisza...

Amen :)

I tak, Kochany Pamietniczku, wolne dni zapowiadają się pracowicie. Bo primo po pierwsze, do Umarlaków jechać trzeba. Mam wszystko, pozostaje tylko wcelować się w pogodę jako taką i ominąć korki, bo inaczej będzie się działo. Planowana godzina zero: wtorek.

Wzorniki zaproszeń odebrać, już się cieszę z błądzenia, bo gdzie do jasnej choinki jest Głazowa?? :)


Zagłosować. Bo aczkolwiek memy internetowe są śmieszne, życie pod rządami PiS śmieszne nie będzie, Na FB taka jedna odpowiedziała na wrzucony przeze mnie post, ni z gruszki,  ni z pietruszki, zupełnie nie czając o cb, jak  mówi gimbaza, ale za to pokazując mi miejsce w naszej chrześcijańskiej ojczyźnie. Odpowiem krótko i węzłowato: chuj ci w plecy, bo w dupę byś jeszcze przyjemność miała :) Wiem, jestem tchórzem, powinnam to napisać tam, ale to skomplikowane. Bo to matka "przyjaciela" Inżyniera, o którego wciąż wojujemy. Inżynier myśli, że to jego przyjaciel. Ja, z perspektywy życia wiem, że to ktoś, kto mu nigdy nie pomoże, a wykorzysta go zawsze.
Ale żeby to wiedzieć, trzeba mieć za sobą lata.
I żeby nie było: Inżynier wie, że nienawidzę rzeczonego kręgu.
Dostałam możliwość wyboru (beaucoup merci), żadna z tych osób nie będzie siedziała koło mnie na ślubie Inżyniera.
O ile dociągnę.

Ojapierdolę, już za niedługo grudzień jest...

Kochany Pamiętniczku, tyle na dziś, będę teraz miała dużo czasu na pisanie, a myśli mi się kłębią pod czaszką, jak szalone...

Chłopaki, znajdźcie sobie swoje słówko, bo "ojapierdolę" ma copyright :P

No dobra, foch mi minął, ale... strzeżcie się :D








niedziela, 18 października 2015

Przepraszam

Za nauczenie Was brzydkiego słowa (osoby zainteresowane wiedzą).
Więcej nie będę gorszyć maluczkich.

THE END

poniedziałek, 12 października 2015

Notka

tytułem wkurwów.
W liczbie mnogiej, a jakże.
Kupiłam w sobotę odzień. Ni to krótka kiecka, ni to długa bluzka. Podobał mi się, więc oko przymknęłam na cenę. A co, raz się żyje, potem się straszy. Posłałam fotkę Inżynierowi, który zazwyczaj nosem kręci na moje kreacje. O dziwo, podobało mu się. Sama czułam się w tym fajnie, jak nie ja. I co ja paczę? Oczko.
Zatem dziś lecę na stragan i oddaję. Facet z głupim uśmieszkiem, że da mi inną, czarną. A ja nie chcę czarną, tylko granatową, taką jak kupiłam. Nie ma już. Ponoć. No to kaska, czarnej ni huhu nie chcę. Z głupim uśmieszkiem oddał. I co ja paczę? Odzień z oczkiem wiesza na straganie. Pewno znajdzie jakiegoś frajera, co kupi.
Wkurw. Ale muszę do pracy lecieć, więc nie położę się i nie będę odstręczała.
Zimno.
Zero.
Wkurw, bo porządnej kurtki nie mam. Lecę. Zimno, a za chwilę czuję, że się rozgrzewam i ojapierdolę. Do pracy doszłam zgrzana i czerwona od mrozu...
W pracy full.
Rzucam się na nią od razu i na nic nie mam czasu. I co? Nowa moda. Na tablicy wisi lista obecności i przy nazwiskach tych, co się nie wpisali do 9 czerwona krecha. Oczywiście przy moim też, bo ja listę podpisuję delikatnie mówiąc - luźno, jako że czas pracy mam jaki mam. Czyj to pomysł? Geniusza. Wkurwił mnie, przy okazji powiem, co o tym myślę. Bo ja, proszę pana, w czasie urlopu (bo odbieranie nadgodzin to urlop, psiakrew) dosyłane materiały opracowywałam. Za frico, bo na litość boską, odbierając nadgodziny pracuję w nadgodzinach - perpetuum mobile. Więc, wkurw i ojapierdolę. Nic to. Moje na wierzchu. Amen.
Okazuje się, że jutro zamykamy dodatek, a teksty? W polu, na deszcz czekają. Przez tydzień NIC nie napisali, nie mówiąc o tym, że nic nie dosłali, bo nie mogli, jak nie napisali. Na co czekali? Na oklaski?
I już, czy jutro zostanę dłużej. Taaa, z czerwoną kreską na liście, kurwa mać, a przecież mogę chodzić na 13!!! No nic, oddychamy głeboko.
Wracam do domu po 4 nadgodzinach i kombinuję, co jutro na obiad, żeby szybko zrobić i do pracy zabrać, bo o suchym pysku nie wysiedzę. Pan Kanapka zniknął i zamiast żarcia za góra 10 zł jest żarcie za, a jakże, 30 zł, bo z sąsiedniej knajpy. A menu takie, że nie wydałabym na to więcej jak 15 zł. Pocałujcie mnie w pompkę. Mam takiego rzeźnika po drodze, co czynny do 20, więc cud miód i orzeszki, kupię coś. Wchodzę.  Trzy panie przede mną i jedna ekspedientka. Każda z pań kupuje pierdyliard po 10 deko. Nic to, stoję (w sumie pół godziny), bo jest fajna wołowinka i już widzę burgera... Moja kolej. Wołowinka of course, ale nie zmieli, bo ma już maszynkę zdezynfekowaną. Khe? No to dwa schabowe, rozbite. Nie rozbije, bo ma już rozbijak zdezynfekowany. Khe? Jest 17.30, a sklep otwarty do 20!!! Ale pani jest sama na sklepie. Wkurw. Straciliście klienta... Krew bulgoce mi pod czaszką, już składam reklamację, ale gdzie?
Szukam w necie właściciela i ojapierdolę. Kobieta niewinna, opinie o sklepach (bo gość ma sieć sklepów, Sobkowiak się kłania) hmm... wyzysk personelu (fakt, tam żadna ekspedientka długo nie pracowała, zmieniają się jak w kalejdoskopie, a kilka z nich przeszło do Biedronek, zatem słodko nie miały).
No cóż, pisać mogę na Berdyczów.
No i co z obiadem na jutro?
Rozglądam się. Jest dynia. Hahahahaha :) Taka mała, hokkaido. Pół utarłam i zrobiłam placuszki dyniowe, ojapierdolę, jakie dobre. Sucha była, utarłam ze skórką i wyszło coś fantastycznego. Ale co do placuszków? Powidła. Nie chciało mi się wlec do komórki, otwieram szafkę w kuchni. Są. Sprzed trzech lat. Przypomina mi się narzekanie Dory, że pleśnieje, a ja jak wiadomo nic nie pasteryzuję. Z trudem otwieram, zamknięte na amen, a że mały słoik, nie mam chwytaka. Jednak otworzyłam, a powidła mlask i omniomniom :) Nie rozumiem pleśnienia i niezamykania, szczęściara ze mnie, co nie?
I po wkurwie.
Jutro się zacznie od nowa, ale mówię sobie jak krowie na rowie, że nie jest źle, bo innych już śnieg zasypał.
Zapowiada się wkurwiony tydzień, ale oj tam, oj tam :)
Fotki z maratonu wzięła koleżanka do Naszego Miasta i tym sposobem znów jestem w gazecie :) Nawet biogram chciała mi strzelić, ale podziękowałam. Co Starej Jędzy po biogramie? Nie pisz credo... :) 

niedziela, 11 października 2015

Niesłychane

Zmarzłam.
Ja.
Ojapierdolę.
Ale po kolei, Kochany Pamiętniczku.
Sobotnim modo wszystko ładnie ogarnęłam, a że dziś miał być maraton, wstałam o 6. Ciężko było, nie ukrywam, ale ponieważ mój kawałek wioski został kompletnie odcięty od świata, nie miałam innego wyjścia, jak pójść.
Myślałam, że trasa będzie jak półmaratonu, ale nie, trochę się zmieniła. Na termometrze były tylko 2 stopnie, ale lecąc w stronę słońca czułam, jak się roztapiam.
I tak dotarłam do celu

 czyli koło Aquanetu, słoneczko grzało, kibice gromadzili się, bębny bębniły i... nawet psiak się włączył w zabawę...

 ... garnki trzymano w pogotowiu...
 .. transparenty, kołatki, trąbki i inne takie tam... i wtem znienacka na horyzoncie pojawili się Oni i okazało się, że nie tylko moja orientacja w terenie jest do dupy, ale także umiejętność czytania mapy... Hahahaha, nadbiegli z przeciwnej strony niż myślałam, że nadbiegną i tym pięknym sposobem nie mam zdjęcia dwóch czarnoskórych zawodników (jednak bieg wygrał Polak). Szybciorem zmieniłam więc miejsce, żeby robić dobre fotki, ale tam mało, że co rusz mi ktoś w kadr właził i co lepsze ujęcia kasowała, to jeszcze po godzinie stania w cieniu nie miałam już siły naciskać migawki, tak miałam zmarznięte ręce, mimo że miałam łapawice, nie mówiąc już o nogach, które były jak dwa sopelki. Jest wieczór, a mi wciąż zimno, w sweterku i kocku siedzę, kaloryfery na full... No nic, czego się nie robi dla idei trzaskania fotek :P
 Pierwsi biegacze...

 To jest miejsce "pod górkę". Takie fajne, że samochody tam mają kłopoty z wjechaniem, jak tylko troszkę ślisko jest. Ten zawodnik namęczył się, ale wjechał :)
 I kolejny czarnoskóry...
... wózkowicz...

 Tak się zastanawiałam, czy dostał koszulkę w prezencie od szwagra, czy też zachęcał szwagra w ten sposób do biegu?


 Motylek też był.
 I fan Dżemu :)

 Ten strój to taki ruszt z drutów, nie mam pojęcia, jak gość dawał radę w tym biec, a to był poczatek maratonu :)
 Marynarka wojenna czy żegluga śródlądowa??
Moi idole. Zawsze.



 Idealny ojciec :)


 Superman, a jakże, nie mogło go zabraknąć.





 N



Gość był niespożyty :)



 Laun... Brrr...
 I drugi w tle... Wrrr...

 Na fejsie okazało się, że ów brodacz to znajomy mojego znajomego. Jaki ten świat mały :)
 I coś a la kotecek, nie mam pojęcia, dlaczego żółty. Parę fajnych kotecków i innych stworów mi umknęło, ale nie mogłam ich wyłuskac z tłumu. Nie najlepsze miejsce wybrałam, trudno, mam nauczkę :)


 No i selfie musi być, a jakże :P
 I królowie w maratonach też biegają :)
 Fajna Ruda była. Ale jak to Ruda, jak strzała poleciała i tyle ją widzieli ;)
 "dzicy" zawodnicy, na wrotkach :)
 Motocyklista tez się trafił....
 I Koziołek Matołek, kumpel naszych koziołków ;)
 Niektórzy mieli siłę skakać i wygłupiać się jeszcze...


 Kominiarz i Króliczek :)
 Dobrali się, co nie?

 Fioletowe straszydło też było, a pan w worku na śmieci - nie wiem, może się dogrzewał?
 Ta pani z czerwona trąbką była "niedopodrobienia" :) Moje uszy padły ;) A nie miałam aparatów.

 Na zakręcie przybijali piąteczki.

 Bębniarze z jednym koziołkiem zeszli na ulicę, ale dalej bębnili aż miło, do samego końca.















 Tu ogon maratonu...
 ...a to już ostatni uczestnicy...




 Kibice się powoli rozchodzili...





Ratownicy nie mieli nic do roboty, i dobrze...



 Gość na końcu, ten z flagą, biegł na bosaka. Przypominam, zmarzły mi nogi mimo wełnianych skarpet :)
 Zawiedzionym koziołkom koło Aquanetu znów powiedziałam, że jeszcze teraz nie poznają cioci Zmorki...
 ... i podziwiając piękno jesieni i szczękając zębami poleciałam do domu :)
To był fajny dzień, Kochany Pamiętniczku, i nawet jak znów będę chora (tfu, ftu) - nie żałuję, że polazłam.
A w Anglii 14 stopni mają :) Ciepłe kraje, psiakrew :)
Jutro do roboty.
Niestety.