Mowa jest srebrem, milczenie złotem, a foch to foch :)
To nie było całkiem serio, po prostu zadzwonili do mnie w sobotę Baran z Postmanem, którzy wrócili właśnie z Maroka. A jakże, rozbijają się dziadygi po świecie, że oja... No i oja... foch mi wyszedł, ale nie tak na serio. Bo opowiadają, barany jedne o wycieczce, i co rusz jeden drugiemu przerywa i jak mówią, co widzieli i robili to posiłkują się podsumowaniem: a Stara Jędza powiedziałaby "oja...". Tak, tak, niewinne dzieciątka ukradły mi moje słówko, brzydkie i się nim posiłkowały i to zagramanicą w wyższych sferach :)
No to foch :)
I pamiętajcie, Skubańce, możecie sobie mówić "oja", jak ten Miś z Teda. Jak nie pamiętacie, przypomnę, bo mam go wciąż w aplikacji...
Zatem ojapierdolę, działo się :)
Nie za bardzo miałam czas na bloga, może nie tyle czas, co siły brakowało, bo dzięki temu, że odebrałam wolne za nadgodziny, pozostałe dni miałam wypełnione pracą na maksa. Ale fajnie czas leciał, wchodzę do pracy, pstryk i już do domu pora iść. To lubię :)
Deszcz pada co dzień, ale taki fajny deszcz, co nie moczy, mżawka, kapuśniaczek, cicho, szaro, jesiennie i nie przemakam lecąc do pracy, a o to lotto. To niech tak pada do końca jesieni i całą zimę też, bo wszystko wyschło na wiór i - jak pisze Dora - niesmaczne jest. Po części winna temu jest susza, bo jak to miało wyróść, skoro od środka schło??
Starzeję się. Ale w zwariowany sposób. Na samą myśl, że mam wsiąść w bimbę czy w autobus, mam odruch wymiotny. Trasa "dopracowa" zaś to cztery kilometry w jedną stronę. I tak sobie lezę i lezę, i w słuchawkach mi gra, i nagle czuję, że jak zrobię jeszcze jeden krok to zwariuję, że chcę do domu, na kanapę, albo do pracy, ale teraz zaraz już. Chcę "enterprise". I nie ma, że boli, nie mam wyboru, muszę iść. Do końca. Bo... trasa taka, że nie ma żadnego przystanku (no, jeden jest, tam gdzie zazwyczaj boli, autobus jeden na godzinę mi ucieka, a zresztą jedzie opłotkami i w razie czego muszę znów leźć. Tyle samo, ile zostało mi do przelezienia). Z powrotem lepiej, bo wiadomo, dom, fotel, Miśki na horyzoncie, można zdjąć skarpetki, dydkoświch, wszystko, wleźć do wanny, zatańczyć, zaśpiewać, cokolwiek. Lody zjeść. Mogę taksówkę zamówić, ale za duża ze mnie liczykrupa :)
Heavy metal.
Srebro we włosach - nie do końca, ale jest.
Złoto w zębach - policzywszy, ile na nie wydałam, of course.
I ołów w nogach - jak najbardziej. Wstając w nocy szuram. Kiedyś czytając: babcia szurała nogami zastanawiałam się: ki diabeł? Nigdy nie mieszkałam z żadną babcią na stałe, zresztą i tak nie słyszałabym, jak szura. A teraz wiem, że wstając, szuram, tak samo w nocy, jak i w dzień, gdy posiedzę dłużej. Gdy nogi się rozchodzą, mogę iść bez końca, ale muszą się rozchodzić. Inaczej szuram.
I załamuję się, bo jak to tak? Już?? Starość??
I na kij mi zdrowe odżywianie, cuda wianki, dbanie, kijki, migdały, pestki moreli, ziółka? No dobra... Nadchodzi jesienna chandra i należy ją pożegnać krótko i węzłowato: weź, spierdalaj... :)
I tak niedawno z pewnym osobnikiem zachwycaliśmy się, jak to się polscy kierowcy ucywilizowali. Przybył do mnie z wielkiego świata i nie mógł wyjść z podziwu, że polscy kierowcy stają przed pasami i na chama cię przepuszczają. Ustawa nie przeszła, osobnik wyjechał, a ja znów jak ta sierota tkwię na brzegu chodnika i myślę: przejdę, nie przejdę, wymusić?? Zazwyczaj nie wymuszam, bo mimo że jestem stara dupa, życie miłe mi jeszcze, a poza tym pełna jestem chrześcijańskiego miłosierdzia: taki wariat na śliskiej drodze, włączy wycieraczki, zabije Starą Jędzę, a za człowieka pójdzie siedzieć? Nie mogę tego bliźniemu zrobić, chociaż niewierzącam...
Kolejny nurtujący mnie temat. Zdrowe odżywianie. Słonko z Mężem sprzedaje lokum w PL, bo będą w Irlandii żyć zdrowo. Z pracy własnych rąk i według swojej życiowej filozofii. Zdrowej. Podziwiam, akceptuję, zazdroszczę. Poniekąd moja wina, że nie miałam odwagi rzucić się w głąb na główkę. Uwarunkowania były inne, nie że, Kochany Pamiętniczku, żałuję. Ale gdzieś jak cierń tkwi: życie minęło. Nie, żebym swojego nie kochała, ale czasem zostaje żal: dlaczego nie mieliśmy takiej szansy?
No nic, skoro obiecałam Pierworodnemu, że w następnym życiu go wyskrobię, zatem jakaś tam szansa będzie.
No właśnie. Bo łażę sobie po fejsbuczku i posty czytam i pod pięknym zdjęciem Pierworodnego i progenitury jego rozwijają się komentarze, że opuścił był obiekt swoich narzekań od lat... bodajże dziewięciu (nie mam głowy do dat) i... No właśnie. I?? Piszę, cisza. Atakuję i szantażuję. Włączają Skype. I tak, zmienił pracę, ma już umowę na nową. Dalej będzie dojeżdżał niż dotąd, wciąż pracuje na nocki, tylko za większą kasę. Ponoć. Wysłuchałam. Żadne z nich nie patrzyło mi w oczy. OJAPIERDOLĘ (nie powtarzać, Paskudy). Pogratulowałam, stłumiłam wycie i...
Kto podmienił mi syna? Co takiego zrobiłam, że nie jestem nic warta?
Inżynier też nic nie wiedział.
Wiem, wiem, wredna teściowa i matka jestem, do dupy i w ogóle. Ale moje dziecko, które - tego nie ukrywam, miało tendencje do kombinowania i naginania faktów, specyficzne było, zawsze jednak przytuliło się, prosiło o pogłaskanie i... dbało o mnie, i o Inżyniera jako o młodszego brata. Zmienił się pod jej wpływem, nie da się ukryć, z jakim przystajesz, takim się stajesz. Na moje "kocham Cię wciąż jak dawniej" odpowiada "dziękuję". Nie pamiętam, kiedy powiedział mi, że mnie kocha. Wiem, wiem, za dużo amerykańskich filmów, ale kiedyś to słowo istniało...
Ona. Na nasze pierwsze spotkanie wyszła w t-shircie z napisem "Królowa jest tylko jedna". Rybka mi to, chociaż nie powiem, zatkało :) Ale co tam, żeby mnie obrazić, trzeba mi do popękanych pięt dorosnąć. A potem przepychanki, że to ona rządzi. Przecież dałam jej i berło, i Pierworodnego, niech się kobieta męczy. Ale nie... Dobra, Kochany Pamiętniczku, nie wnikajmy w szczegóły. Deklaracje zakopania topora wojennego, przeprosiny. Nie z mojej strony, bo nie wiem, za co mam przepraszać. "Będziemy w kontakcie, dam Ci znać". No i?? Jak do mnie wlecieć i zrujnować mi "zostań w tym swoim ustabilizowanym życiu", bo tak, bo fantazja, to OK, a jak powiedzieć mi, że w ich nieuporządkowanym życiu jest rewolucja to nie?? Ojapierdolę (wypad z notatki, Paskudy, bez cytowania). Idę sobie meliskę zaparzyć.
Meliska paruje :)
Oddycham głęboko i myślę, jak trudny jest zdrowy tryb życia. Bo: meliskę 2 razy dziennie, miętę dwa razy dziennie, na żylaki dwa razy dziennie, na trawienie trzy razy dziennie. Nawet jak zmienię kubek z pół litra na 250 ml, to kiedy ja to wszystko wypiję?? Nerki mi siądą, co nie? I będę jak moja teściowa, która nie trzymała się ziół, a pigułek. Miała recepty od syna i sobie je wypisywała, co chciała. Jak zasłabła, wezwano pogotowie. Lekarz pyta, co ona zażywa. Szwagierka niesie worek: na uspokojenie rano, na podniecenie w południe, na uspokojenie po południu, na krążenie, na nerki, na wątrobę, woreczek, nadciśnienie, ojapierdolę. Lekarz zbladł i stwierdził, że to cud, że ona jeszcze żyje i zapytał: kto jej to zapisał...
Zapadła głucha cisza...
Amen :)
I tak, Kochany Pamietniczku, wolne dni zapowiadają się pracowicie. Bo primo po pierwsze, do Umarlaków jechać trzeba. Mam wszystko, pozostaje tylko wcelować się w pogodę jako taką i ominąć korki, bo inaczej będzie się działo. Planowana godzina zero: wtorek.
Wzorniki zaproszeń odebrać, już się cieszę z błądzenia, bo gdzie do jasnej choinki jest Głazowa?? :)
Zagłosować. Bo aczkolwiek memy internetowe są śmieszne, życie pod rządami PiS śmieszne nie będzie, Na FB taka jedna odpowiedziała na wrzucony przeze mnie post, ni z gruszki, ni z pietruszki, zupełnie nie czając o cb, jak mówi gimbaza, ale za to pokazując mi miejsce w naszej chrześcijańskiej ojczyźnie. Odpowiem krótko i węzłowato: chuj ci w plecy, bo w dupę byś jeszcze przyjemność miała :) Wiem, jestem tchórzem, powinnam to napisać tam, ale to skomplikowane. Bo to matka "przyjaciela" Inżyniera, o którego wciąż wojujemy. Inżynier myśli, że to jego przyjaciel. Ja, z perspektywy życia wiem, że to ktoś, kto mu nigdy nie pomoże, a wykorzysta go zawsze.
Ale żeby to wiedzieć, trzeba mieć za sobą lata.
I żeby nie było: Inżynier wie, że nienawidzę rzeczonego kręgu.
Dostałam możliwość wyboru (beaucoup merci), żadna z tych osób nie będzie siedziała koło mnie na ślubie Inżyniera.
O ile dociągnę.
Ojapierdolę, już za niedługo grudzień jest...
Kochany Pamiętniczku, tyle na dziś, będę teraz miała dużo czasu na pisanie, a myśli mi się kłębią pod czaszką, jak szalone...
Chłopaki, znajdźcie sobie swoje słówko, bo "ojapierdolę" ma copyright :P
No dobra, foch mi minął, ale... strzeżcie się :D