sobota, 31 października 2020

Ten

 świat jednak zwariował, Kochany Pamiętniczku. 

W nocy, idąc do kibelka, włączyłam światło w przedpokoju i witki mi opadły, z hukiem. Miała się spakować, tymczasem pokój wyglądał jak pole bitwy pod Grunwaldem... 

A, Pierworodny przybył, kazania wysłuchał, herbatkę wypił i zabrał swoje dziecko.

Nigdy więcej.

Dom wyglądał jak pobojowisko, ale olałam i poleciałam do kwiaciarni po chryzantemy, bom pani obiecała, że kupię. Po drodze w aptece zostawiłam 100 na zasadzie - przezorny zawsze ubezpieczony, kupiłam witaminy, tak na wsjakij słuczaj, bo aczkolwiek nie używam suplementów, w dzisiejszych czasach tonący brzytwy się chwyta. A w kwiaciarni czekał na mnie przecudny okaz


w jednej doniczce i tak jak nie kupuję nigdy żywych kwiatów na Wszystkich Świętych, ten kupiłam, ręka mi nie zadrżała nawet, gdy zbliżałam kartę do terminalu, a pani miała łzy w oczach, gdy rozmawiałyśmy. A potem pod chryzantemą zapaliłam Umarlakom znicz, teraz winko za ich zdrowie popijam, na pohybel pisuarom. U siebie mają ogarnięte moje Umarlaki, balangę mają u mnie, czegóż im brakuje :)

W kajeciku zanotowane i podkreślone wężykiem: kupić choinkę i karpia jak najszybciej, zanim Pinokio coś 23 grudnia odwali :) Choinka nie taka pilna, bo mam sztuczną, jeszcze z PRL, ale karp koniecznie :)

Ciepło było, więc powlokłam się bez celu na Manhattan, a tam, kurde: bratki. Pan od Pomidorków miał bratki. Przez te wszystkie manifestacje nie wyskoczyło mi powiadomienie o nich i załapałam się dosłownie na ostatnie i też ostatni grosz u niego wydałam...



I cały plan poszedł w pizdu, bo najpierw przesadzałam bez umiaru, potem balkon ogarniałam, następnie korytarz myłam, bo mój dyżur w tym miesiącu wypadał dwa razy, a pierwszy termin olałam, a potem przyszły wyrzuty sumienia :) 

Następnie reszta, powoli, systematycznie, 3 pralki prania wyszły, bo pościel po MW, musiałam od razu, zlikwidować wszystkie ślady, ale wróci, bo kurtkę zimową zostawiła. I wreszcie wywietrzyłam mieszkanie, bo już zatęchłe wszystko było, bo nie mogłam u niej okna otworzyć, bo siedziała tam non stop, pokój mały i wieje. I wiecznie zamknięte drzwi od łazienki, fuj :)

Mieszkanie wróciło do normy, skorekciłam trochę świniorków na koniec, ale odezwał się Inżynier i na Skype zaprosił, więc godzinka miło minęła, aczkolwiek Kalafiorkówna musiała się zastanowić, skąd zna tę panią. Inżynier mówi, że mam gruchot, nie kamerkę, ale podrzuci lepszą, bo ma :) Wysokie strony uzgodniły, że na razie dystans zachowujemy, bo i oni mieli styczność z osobami, które miały styczność z wirusem,  z czego jedna jest zakażona. A i liczą się z tym, że Alienek prędzej czy później coś może przywlec z przedszkola.

I padło pytanie, czy w razie W będzie tragedia z Gwiazdką.

Dla mnie nie - kaskę na prezenty dla Łobuzów poślę i... 

No jeszcze trzeba dożyć. Dopóki nie zablokują neta, będzie kontakt, to dla mnie żyć i nie umierać.

Nie jestem dobrą babcią, zmęczona jestem walką z "wychowanymi inaczej". Wyrzucaniem jedzenia, nieszanowaniem cudzych rzeczy. Mnie wychowywano inaczej, nie było mowy o wychowaniu bezstresowym. Wychowując dzieci zrezygnowałam z bicia (sama mam z tym bardzo złe wspomnienia), nie zaniedbując kindersztuby i manier, dyscyplina i odpowiedzialność była. Mam dobre wspomnienia i dobre stosunki z dziećmi,pomijając specyficzne akcje Pierworodnego.

Wnuki mnie przerastają jednak. Trudno :) 

Jutro muszę dokończyć to, co dostałam, zeskanować, wysłać. Tak myślę, żeby pojechać do wujka Mietka ze zniczem, pomników nie zamknęli :) A i tłumów tam nie będzie. 

A wieczorem randka z Baranem się kroi, a potem znów poniedziałek i kierat (teoretycznie od jutra mam urlop, jak zwykle - teoretycznie, wiedziałam, że jak wezmę urlop, to książka ruszy, no ale to i kasa bliżej, i dobrze, że w czasie wolnym, inaczej zabiłabym się). 




piątek, 30 października 2020

Negatywny ma

Kochany Pamiętniczku.

Co nie zmienia faktu, że wolałabym, żeby to mi pozostawiono możliwość wyboru opcji :) Już chciała dzisiaj jechać po MW, ale powiedziałam, że nie. Lało cały dzień, MW ma ogromniastą torbę, a jednak ona po pracy, z Papryczkiem u cycka (przenośnia), spoko, jeszcze jedną noc z MW wytrzymam.

Biedna ona, bo ją ucho boli. Wiem, bezlitosna jestem, ale ją wciąż coś boli. I jakoś przestałam współczuć, bo kto, kurwa, pomyśli o tym, że ja też...

Nieważne, nie nakręcam się, bo i po co?

Mała Wiedźma zaś, mimo próśb, kazań, zwracania uwagi i tak robi swoje.

Wczoraj wieczorem znów ręcznik w łazience na podłodze...

Oddychamy głęboko, drobiazg wszak. 

Przypomina mi się moja teściowa i jej kawał dyżurny: 

Babcia z Jasiem idą przez drogę i chłopiec znalazł 10 zł. Podniósł. Babcia mówi:
- Jasiu, to co leży na ziemi, tego się nie podnosi.
Ida dalej babcia upadła. Krzyczy :
-Jasiu pomóż mi.
A Jaś:
-To, co leży na ziemi, tego się nie podnosi. 

U niej wszystko działa identycznie. Złożyłam jej pranie. Wczoraj. Dziś rano skarpetki leżą na fotelu. Proszę: schowaj. Parę chwil później skarpetki leżą na podłodze pod szafą, leżą tam nadal.

Wchodzę do kibla, szczotka od czyszczenia wywalona,  z pojemniczka wycieka woda. Pytam: co to? Nic, ona nie wie, nie była w ubikacji. Myślę sobie: coraz gorzej z moim Austriakiem, byłam w kiblu, wylałam, nie pamiętam, może Miśki? Drzwi zamknięte, a ja drzwi nie zamykam (no jak ktoś jest, a ja w środku, to zamykam), bo blok jest jaki jest i pleśń, i smród... Sprzątam podłogę papierem, podnoszę klapę i WTF? Gówno w kiblu...

Aż takiego alzheimera nie mam, nie moja pora na sranie.

Opierdalam, że kłamie jak jej ojciec. Spływa jak po gęsi.

Niby słucha, ale gdy kończę, już dalej gra.

Zaciskam zęby i idę, nie, nie w pizdu. Bo drabinę i pracowicie ścieram kurze z każdego kurzołapa na półkach, wieszam lampki, znalezione w czasie szukania czegoś innego.

Obiad taki se, bo napleśniki z mąki Graham takie se, zjada dwa, a w domu do teraz jebie smażeniną, mimo wietrzenia i świeczek.

Ale pierdolę :) 

Świnki dochodzą, więc drukuję, na spokojnie pracuję, bo i tak do poniedziałku mam czas. A robię to, żeby nie mieć kontaktu z własną wnuczką.

Na kanapie skłębiona pościel, bo ja od dwóch dni nie posłałam jej wyra, w dupie to mam. Bajzel, jak w amerykańskim filmie: może nie w butach, bo nigdzie nie wychodzi, ale w ciuchach, w których łazi cały dzień, w pościel. Zęby nieumyte, w sumie mi już to rybka.

I co z tego, że na zdjęciach miss Polonia małolatów, jak w naturze niedorobione? Widelec trzyma jak chłop widły, ale już nawet nie oceniam Pierworodnego, że jeść nie nauczył, bo chłopa gonią do wszystkiego, aż dziw, że jeszcze nie rodził. On je, jak go uczyłam, z klasą. A ja wspominam jedzenie z książkami pod pachami, żebym się nie garbiła i - serio - na złe mi to nie wyszło. 

I tak, jestem wredna - nie będę uczyła wnuków kindersztuby.

Nie mam na nic wpływu, każda moja uwaga jest kwestionowana, a jedyne co jest ode mnie wymagane to dyspozycyjność i poświęcenie.

Nie mam ochoty ani na jedno, ani na drugie. Wraca młodość i teksty: kto to zrobi? (pracownicy mieli urlop albo strajkowali, mowa o warsztacie, który firmowała teściowa, firmowała, nie była właścicielką). Jak to kto?Stara Jędza, co ona ma tam do roboty w tej ciupie... (mowa o moim mieszkaniu).

No dobra, nie wracamy do wspomnień. Dziś śnił mi się szwagier, ten od tej roboty w ciupie, który dokładnie rok temu grzebał żonę, z którą się nie rozszedł, bo w rodzinie Eksa nie ma rozwodów :) 

Nieważne. 

Przeżyłam, kurze mam dokładnie starte (prawie), jutro dopieszczę, bo dziś mi się nie opłacało.

Wino w lodówce się chłodzi.

Od Umarlaków wieści, że co rusz dziś ktoś im znicz zapala i foteczka, a posprzątane lepiej jak moja chata.

Żal mi Synowej, która chciała jutro jechać na grób mamy, ale mieszkając tu i mając bimbę spod domu pod cmentarz mogła sobie spacer tam zrobił, Alienek w przedszkolu, a Kalafiorkówna jak nie u dziadka, rzut beretem od cmentarza, mogła u mnie wylądować, albo ja bym poleciła ją niańczyć. Leciałam z koksem na początku października, bo dopuszczałam taką opcję. I jak pisałam w Pamiętniczku: żona ma swoje, większe prawa.

No nic. Mam nadzieję, że sprawa z cmentarzami wkurwi naród tak, że wszystko zmiotą. No bo kto w małych miejscowościach ochroni cmentarze przed inwazją miejscowych? Tych dwóch policjantów na wieś?

Ale i tak nie jestem optymistką. Niestety.


A powinnam nią być?

Niech ten 2020 się już skończy. Jutro poszperam, czy 1010 był równie pojebany, ale biorąc pod uwagę, że nie było wtedy PiS i Kaczora - wymiata 2020 :)

środa, 28 października 2020

Wytrzymałam

 


trzy dni, całe jebane trzy dni, Kochany Pamiętniczku. Zaciskając zęby, wstając wcześniej, bo MW niebudzona nie raczy wstać, chociaż słyszy doskonale, ale nie wstanie, bo nie. Budzika nie nastawi, bo ma nienaładowany telefon. Nienaładowany, bo zapomniała naładować. Nie ma MSG, bo nie może mieć FB. Ma What Apps, ale go nie ma, bo ma nienaładowany telefon.

Nie śledziłam, nie sprawdzałam, poszła spać ze słuchawkami na uszach i słuchawki za 250 zł poszły się jebać… A są potrzebne do nauki zdalnej. Miałam nie pilnować, ale w praniu wyszło jak wyszło. Więc zamiast polegiwać w łóżeczku do wypęku, wstaję, bo chcę się ogarnąć, nie lubię się afiszować z moją starością, próżna jestem.

Śniadanie: pytam ile chleba? Dwie skibki. I serek. Dostaje, połowa nietknięta, ląduje w kuble. Dla mnie wyrzucanie żywności do kubła to zbrodnia. Ale cóż, zdarza się.

Tyle, że nie notorycznie, co nie?

Kazanie.

Obiad. Ile chcesz mielonych? Dwa. Dostaje. Na talerzu zostają pyry i mielone, i nie, że waliłam „jak świniowi”, jak mówił Eks, który cierpiał, bo czasy były jakie były i dostawał pyry, a najchętniej jadłby samo mięso. A jak dostał mniej to i tak potem wołał o jeszcze i marudził, że mu żałuję.

Synowa mnie atakuje na MSG: każ jej włączyć telefon, niech mi da hasło do szkoły i login.

WTF? Masz dziecko praktycznie od marca na nauczaniu zdalnym i nie znasz hasła i loginu? Kurwa.

Latam od Annasza do Kajfasza, znaczy się od mojego kompika do małego pokoju, bo Panienka na wszystko ma wytłumaczenie.

Hasło nie wchodzi, synowa z pretensjami, mnie wkurw, bo dziewczyna i tak robi co chce. Nikt nie dał mi dostępu do jej laptopa, a ja, pomna moich traum, nie stoję za plecami i nie sprawdzam, co robi. A gra, co widzę, idąc do łazienki. Pytam: lekcje. Odrobione. Ma przeczytać do piątku Mikołajka, czyta jakby za karę. Ja tomik Mikołajka i jej ojciec również wciągaliśmy w jedno popołudnie, no ale ciekawsza jest gra w kompie. Gdy robiąc korektę zaprosiłam ją do stołu na czytanie wyglądała, jakby połknęła niemoczonego śledzia, a ja żałowałam zaproszenia, bo wierciła się tak, że myślałam, że wybuchnę. Do czytania, jak pisze Marta S., co mnie wkurwia od lat, potrzebuję idealnego spokoju.

Śpiewam, tańczę, recytuję, daję dupy i gotuję. Jak nie powiem trzy razy, że ma umyć zęby, nie umyje. Nawet jak powiem, że ma się uczesać, trafiam jak kulą w płot, nie uczesze się. Za to psika ten niemyty łeb jakimś sprayem Barbie, który jej matka kupiła, a jedząc wytrząsa te tłuste kłaki nad stołem.

Kurwa.

Wyszarpuje je, wygląda mi to na trichotillomanię, ale z kim mam o tym porozmawiać? Z Synową, która pisze: Papryczek jest głodny, bo przechodzą koło kolejnej Żabki i musi mu kupić kolejną parówkę?

Z Pierworodnym? Dziś powiedziałam, co myślę o wysłaniu MW do mnie, bo miał wolne. Odpisał, że nie mieli wyniku kierowniczki jeszcze? And? Jeżeli było podejrzenie, należało mnie oszczędzić, co nie, zakładając, że wynik jest dodatni, a ja jestem w grupie ryzyka.

Proste jak budowa cepa.

Z trudem wydukał, przepraszam, a ja, choć serce mówiło nie pisz, napisałam, że widzę w tym celowe działanie w celu pozbycia się mnie, bo to rozwiązuje wiele spraw.

Bo tak jest.

Kurwa.

Niby taka chętna do samoobsługi, ale mam przejrzane wszystko. Rybka mi to, ale jak znajduję w zlewie nóż, który wsadziłam 7 lat temu do nieużywanej szuflady, to co mam myśleć? Sztućce są w pierwszej górnej szufladzie, jak w każdym porządnym domu. Robi kanapkę i pół kuchni uświnione, dziękuję, wolę sama zrobić, mniej zachodu i podłoga się nie klei. Nie kroi na deseczce, ale na blacie. Serio? Uwalany blat, podłoga, więcej roboty ze sprzątaniem niż z wstaniem i zrobieniem. Powiedziałam to wprost.

Kupiłam kaki. Zasmakowało, nigdy nie jadła. Więc nie żałuję, podaję na talerzyku. I co ja paczę? Ponadgryzane wszystkie kawałki, a w całości nie jest zjedzony żaden. Opierdoliłam, podlewając smrodkiem dydaktycznym o głodzie.

Wsadziłam do wanny, łeb umyłam, żeby znów nie mieć prysznica na suficie, bo już miałam, potem siedzę i czekam, a światło w łazience wciąż się pali i pali, ma okres, więc może zasłabła. Ale gdzie tam, gra, na kompie, na kanapie jeden mokry ręcznik, w łazience rzucony drugi (w dzień znalazłam ręcznik rzucony na kibel) mokry na wannę, w pokoju na podłodze papierki od podpasek. Serio? Mimo moich kazań, że nie lubię bajzlu? Mnie w życiu nie przyszło do głowy rzucić papierek na podłogę czy na ziemię. Znana jestem ze zbierania papierków na ulicy…

KURWA MAĆ.

Nie, nie obchodzi mnie, jaki będzie wynik testów synowej, bo jej jutro test robią.

Powiedziałam do piątku i tego się trzymam.

Było nie było, książeczka ruszyła z kopyta i przede mną, mimo urlopu 600 stron. I chcę je na spokojnie skorekcić, nie martwiąc się, co w ząbki wejdzie, co będzie zachlapane i czy wanna będzie pełna po brzegi (wielkie oczy robi, jak tłumaczę, że oszczędzam wodę i dlaczego).

I nigdy więcej zrozumienia dla utrudzonych rodziców.

Trudno.

Ja nie byłam utrudzona wychowywaniem, bo wychowywałam porządnie, nie bijąc, ale będąc konsekwentna.

Boli mnie ucho, gardło, na razie szpikuję się domowymi sposobami, mając nadzieję, że to tylko efekt łażenia w sandałkach.

I staję do konkursu o tytuł najgorszej babci świata 😊

Jak wygram, dam znać 😊

Nie piszę o polityce, bo nie jestem Atlasem, więcej nie uniosę, ale mój scenariusz jest najczarniejszy z czarnych.

Niech to wreszcie jebnie, będzie wiadomo, czego się trzymać.

 

 

poniedziałek, 26 października 2020

Szczyt bezmyślności

 Kochany Pamiętniczku?

Mój starszy syn i jego żona.

W związku z zamknięciem szkół powiedziałam, że wezmę MW na tydzień,  bo żal mi dziecka. Wczoraj wieczorem pyta, czy aktualne, odpisuję, że tak.

Przesyłka dostarczona dziś rano, jak się już rozpakowała, to syn mówi mi, że kierowniczka synowej (pracują w jednym pomieszczeniu) ma koronawirusa.

No cóż, mleko się wylało.

Wychodząc do pracy mówi, że synowa dziś do mnie wpadnie. Pytam: po co?

Ano tak, w odwiedziny.

Piszę do niej, że nie, nie chcę jej w takiej sytuacji widzieć. I po co? A ona, że chciała zobaczyć, jak MW sobie radzi. No i że martwi się o mnie. 

TERAZ, kurwa?

Byłam od wszystkiego odizolowana i spokojna.

No nic.

Wspominajcie mnie czule albo wcale, jakby co, nie, że mam pełnego pampersa.

Pampersa najpierw muszę sobie kupić :) 

Niech moc i zdrowie będzie z Wami :)

piątek, 23 października 2020

Ja

 pierdolę, Kochany Pamiętniczku.


Co wydarzyło się poza tematem aborcyjnym?
Co „klepnięto” w cieniu aborcji?
Lepiej się zapoznaj, żebyś był/a świadoma, że nie masz już żadnych praw. Udostępnij i przekaż znajomym, niech także będą świadomi, w jakim kraju żyją.
Rozumiem, że wielu za nic ma to czy kobiety będą miały wybór, czy nie. Rozumiem, że wielu w głębokim poważaniu ma innych.
Być może jednak, po przeczytaniu tego co poniżej i oni zdecydują się dzisiaj wyjść na ulice. Wybór dla kobiet to jedno i nie dotyczy każdego człowieka. To dotyczy KAŻDEGO.
19.00 pod domem posła Kaczyńskiego.
Dz.U.2020.1845 t.j. |
Akt obowiązujący
Wersja od: 20 października 2020 r.
Art. 36.
[Zastosowanie środków przymusu bezpośredniego]
1. Wobec osoby, która nie poddaje się obowiązkowi szczepienia, badaniom sanitarno-epidemiologicznym, zabiegom sanitarnym, kwarantannie lub izolacji obowiązkowej hospitalizacji, a u której podejrzewa się lub rozpoznano chorobę szczególnie niebezpieczną i wysoce zakaźną, stanowiącą bezpośrednie zagrożenie dla zdrowia lub życia innych osób, może być zastosowany środek przymusu bezpośredniego polegający na przytrzymywaniu, unieruchomieniu lub przymusowym podaniu leków.
2. O zastosowaniu środka przymusu bezpośredniego decyduje lekarz lub felczer, który określa rodzaj zastosowanego środka przymusu bezpośredniego oraz osobiście nadzoruje jego wykonanie przez osoby wykonujące zawody medyczne. Każdy przypadek zastosowania środka przymusu bezpośredniego odnotowuje się w dokumentacji medycznej.
3. Lekarz lub felczer może zwrócić się do Policji, Straży Granicznej lub Żandarmerii Wojskowej o pomoc w zastosowaniu środka przymusu bezpośredniego. Udzielenie pomocy następuje pod warunkiem wyposażenia funkcjonariuszy lub żołnierzy w środki chroniące przed chorobami zakaźnymi przez tego lekarza lub felczera.
4. Przed zastosowaniem środka przymusu bezpośredniego uprzedza się o tym osobę, wobec której środek przymusu bezpośredniego ma być zastosowany, i fakt ten odnotowuje się w dokumentacji medycznej. Przy wyborze środka przymusu bezpośredniego należy wybierać środek możliwie dla tej osoby najmniej uciążliwy, a przy stosowaniu środka przymusu bezpośredniego należy zachować szczególną ostrożność i dbałość o dobro tej osoby.
5. Przymus bezpośredni polegający na unieruchomieniu może być stosowany nie dłużej niż 4 godziny. W razie potrzeby stosowanie tego przymusu może być przedłużone na następne okresy 6-godzinne, przy czym nie dłużej niż 24 godziny łącznie.
6. Przytrzymywanie jest doraźnym, krótkotrwałym unieruchomieniem osoby z użyciem siły fizycznej.
7. Unieruchomienie jest dłużej trwającym obezwładnieniem osoby z użyciem pasów, uchwytów, prześcieradeł lub kaftana bezpieczeństwa.
8. Przymusowe podanie leku jest doraźnym lub przewidzianym w planie postępowania leczniczego wprowadzeniem leków do organizmu osoby - bez jej zgody.
 
A prywatnie, powlokłam się do mojego banku, bo za kredyt odnawialny, z którego od kilku lat nie korzystam, ściągają mi co roku 500 zł i chciałam go zlikwidować. Pan w banku nie był tak miły i nie chciał zdjąć maseczki, mimo że był za pleksi. OK, życie. Powiedział, że u niego tego nie załatwię, mam iść do Andersia Tower. W Andersia Tower o moim banku nie słyszeli, ale co sobie kroczków nadreptałam, mokrzuteńka, bo upał, a tam pod górkę, to moje. A mógł, jebany, powiedzieć, że mogę to załatwić online. Moja głupota, że nie spróbowałam najpierw, ale lazłam po książki dla Łobuzów, a bank vis a vis, to sobie myślę: wlezę, załatwię...
Rzutem na taśmę do domu wróciłam i nie, nie padłam. Nawodniłam się i...
Wlazłam na bankowy czat i tadam...
Okazało się, że nie muszę dzwonić na żadną jebaną infolinię, na czacie też załatwię likwidację kredytu, aczkolwiek wymagało to klikania i latania, ale :)
Zadziałałam w ostatniej chwili i już mi nikt za nic nie ściągnie 500 zł z konta.
Pracuję i jak się uprę, to kredyt znów dostanę.
Kocham czaty bankowe i ich operatorów :)
 
Może u mnie zlądować Mała Wiedźma na wycug, sama zaproponowałam, zamykają szkoły od 4. klasy na razie.
Do teraz nie mam odpowiedzi, ale w sumie mam na to wyjebane, zaproponowałam.
Papryczka nie wezmę, nie na całość. Na niego dostaną zwolnienie, sorry Winnetou.
Ale w sumie nie mówię nie, zobaczymy.
Dla Alienka mam parę namiarów na leczenie, ale na razie cisza, a ja nie drążę.
Czasem nie warto pchać się przed orkiestrę.
Ma uderzenia gorąca ( w tym wieku i tyle lat po początku menopauzy), ale ani zwykły termometr, ani ten sprytny, elektroniczny nie pokazują więcej niż 36,6.
Kicham i leje mi się z nosa, ale...
Węch i smak mam super :)
A w poniedziałek dentysta...
Śledzę demonstracje i nie, nie poszłam.
Nie chcę być dla nikogo ciężarem, a w tym zamaskowanym tłumie, w którym ledwo się dogadam, jak dziś w banku
Aby do juterka :) 
Dożyć, of course:) 

Słoneczko się odezwało, z Zielonej Wyspy. Zaprasza wciąż, polecialabym, ale... Na pieniądzach nie śpią, a nie daj blog mnie coś tam trzaśnie...
Więc...
Co ma być, będzie :) 

czwartek, 22 października 2020

Państwo

 duńskie stoczyło się w przepaść, Kochany Pamiętniczku.

Dzisiejszy wyrok TK w sprawie aborcji eugenicznej to już koniec. I tak jak tęsknię za młodością, tak jestem szczęśliwa, że nie będę już skazana za żadną aborcję. I pełna obaw o moje synowe, bo chociaż nie są moimi córkami, to w razie W ich tragedia jest przecież także moją. Jak można zmuszać kobiety do tego, by były chodzącymi trumnami?

Owszem, są bohaterki, które chcą. Cześć im i chwała.

Ja jestem z tego paskudnego odłamu ludzkości, który uważa, że każdy ma prawo do wyboru. I nie, nie chciałabym nosić w łonie dziecka, którego jedynym życiowym celem będzie wieczne cierpienie, rehabilitacja, niekończący się ból. Potrafiłabym przeżyć swój ból po stracie dziecka, ale patrzeć jak ktoś, kogo kocham cierpi, bo odleżyny, bo inne takie tam?

Nie. 

Nie i jeszcze raz nie.

Mam jeszcze wnuczki, wprawdzie mocno nieletnie, ale dziesięcioletnia Mała Wiedźma może już zostać matką. 

Jest wyrośnięta, rozwinięta jak na swój wiek i...

Nie, nie będę pisała scenariuszy.

Jedno wiem - mój brzuch, moja decyzja. Wierzący - Bóg dał wam wolną wolę. 

Moja babcia zmarła z powodu martwej ciąży, osierocając trójkę dzieci własnych i jedno przyrodnie, bo nie rozpoznano tego w porę. 

Moja mama miała pierwszą ciążę martwą. Nikt nie wiedział wtedy, że jest konflikt serelogiczny. Potem byłam ja. Z wadą słuchu, do dziś nie wiadomo, dlaczego. Potem moja siostra, która żyła tylko trzy dni. Nie wiadomo dlaczego. Potem mój brat, przy którym lekarze kazali wybierać ojcu, kogo ratować, matkę czy dziecko. Zaparł się, kazał ratować oboje. Brat też miał wadę słuchu. Jestem ciekawa, jak wyglądałoby to dziś. 

Jestem szczęściarą, urodziłam dwójkę dzieci z ciąż zagrożonych, walcząc, podtrzymując, nie miałam żadnych badań, bo wtedy nie było: w sensie badań genetycznych, przesiewowych. A mieliśmy konflikt serelogiczny. Są idealni, pomijając astygmatyzm odziedziczony po mnie (to jedyne, co po mnie wzięli, cudownie). 

Jedna z moich synowych miała dwa poronienia. O Alienka się trzęśliśmy, bo jakiś tam guzek był na głowince, w głowince - i nikt Alienka nie wyskrobał. To nie jest tak, że kobiety się namiętnie skrobią, bo lubią.

Rządzącym wieczna hańba.  Niech sczezną. Niech ich diabli wezmą.

Tak samo jak w przypadku zwierząt. Jestem za ich niekrzywdzeniem. Ale jeżeli ktoś nie chce tak naprawdę krzywdzić zwierząt - rezygnuje z jedzenia mięsa. Proste. Przyroda jest tak skonstruowana, że trawożerne żrą zielsko i są atakowane przez mięsożerne. Lwa nie nakarmi się trawą, więc albo sam upoluje, albo dostanie mięso. 

Jeśli padnie rolnictwo, a padnie, nie ma innej opcji, to i wszystkim obrońcom biednych krówek zajrzy głód w oczy. Chłop jak się uprze, na swoich hektarach posadzi sobie na własne potrzeby i tak, chłop się sam wyżywi. Miasto nie.

Żyjemy w czasach w jakich żyjemy. I zapewniam - a znam to zawodowo - że zwierzętom hodowlanym krzywda się nie dzieje. Na pewno są gospodarstwa zaniedbane, zwierzęta maltretowane, ale rolnik, który żyje z hodowli, spłaca kredyty, ma na utrzymaniu rodzinę - chucha i dmuchana nie. Setny przypadek afrykańskiego pomoru świń (rujnującego hodowlę tych zwierząt) zdarzył się w gospodarstwie, w którym była 1 (słownie: jedna) świnia i zero bioasekuracji. W gospodarstwach towarowych już ani mysz, ani mucha nie ma prawa wejść do chlewni, nie mówiąc o kotkach i pieskach, które pamiętam z dzieciństwa włóczące się po obejściu. Jaskółki nie mają opcji wicia gniazda w chlewniach i oborach. Świnia ma czasem większy metraż wg przepisów niż niejedna rodzina...

Mogłabym bez końca. 

Jeśli ktoś się na tym nie zna i hoduje, jak niemiłościwie nam panujący, tylko koty (nie żebym miała coś do jebanych sierściuchów) i odgrywa rolę dobrego wujka, nie mając zielonego pojęcia o całokształcie, to ja wymiękam.

Wszystko się stacza w niebyt, koronawirus szaleje, a rządzący pierdami, którymi się powinni zajmować w spokojnych czasach przysłaniają swoje zbrodnie.

Bo okradanie państwa jest zbrodnią.

 

Ale wracam do moich baranów, bo zwariuję. W sobotę byłam na wycugu i Kalafiorkówny, bo rodzina chciała się ubrać, znaczy się, Synowa potrzebowała kurtki na zimę, a Alienek bucików. Inżynier odmówił niańczenia dwójki w galerii, więc Kalafiorkówna została skazana na mnie. Na powitanie obmacała mnie z każdej strony i po tyłku też, Skubana, nie zapomniała, że mam ajfoniczka, w którym jest filmik z nią i Alienkiem, przez tydzień nie zapomniała. Na szczęście udało mi się ajfoniczka na półkę wrzucić. Nawet łezki Skubana nie uroniła, jak się wszyscy wynieśli, nawet nie raczyła im rączynką kiwnąć. 

Oglądała Psi Patrol. Wprawdzie miałam powiedziane, że może oglądać skolka ugodna, ale... Po trzecim odcinku zaczęła się wiercić, więc pytam, czy wyłączyć. Kiwnęła główką, że tak. Wyłączyłam zatem. W ryk. Wniebogłosy. Więc włączam, ale jako że pilot to mój wróg nr 1, zamiast Psiego Patrolu włączył mi się... Strażak Sam :) A Psi Patrol poszedł w siną dal... Ryk już nie wniebogłosy, ale i do piekła sięgał. Udało mi się zażegnać konflikt herbatniczkiem. Ale odkryła korniszony na blacie w kuchni. Ryk. Dostała korniszona. Lodówka. Dostaje parówkę (miałam pozwolenie na karmienie ile się da). Rajd do pokoju, krzesełeczko do półki i: iPad - mama (tak, był mamy), kolejny - tata (tak, był taty), i mój ajfonik... Ryk... Zażegnane. Ajfonik ukryty sprytnie w rzeczach na półce, bo jednak jakiś kontakt ze światem chcę mieć...

Klocki - krótkie zainteresowanie. Wierszyk nie, książeczka nie, włazi kotek po drabinie nie, gruuu za oknem nie.

Chce korniszona, pnie się po szufladach jak alpinista... i ryk, bo babcia nie dała korniszona. Parówka nie, soczek nie, ciastko nie, chce korniszona...

A ja rozpaczliwie kalkuluję, ile korniszonów dziennie może zjeść niespełna dwulatka, skoro zjadła przy mnie dwa dane przez matkę i jeden przeze mnie? Kiszone to sama bym dała, ale korniszony? Kurwa...Noszę, czytam, śpiewam, tańczę, recytuję, daję dupy i gotuję nie przymierzając jak koło gospodyń wiejskich, ulga... Klucz w zamku i wrócili...

Obiad zamawiany w hinduskiej knajpie, synowa kombinuje jak koń pod górkę, Inżynierowi żyłka pulsuje, dzieci wracają z kuchni z korniszonami w ręku - Alienek pomógł siostrze. Są głodne jak cholera...

Ja wiem od razu - krewetki, bo tego nie jem na co dzień, reszta obojętnie, byle papy nie wyżarło.

Obiad dociera o 18. Hmmm...

Dzieci jedzą jak głupie, nawet Alienek niejadek daje się przekonać do jedzenia. Głód robi swoje.

Dzieci po obiedzie lądują do kąpieli, potem na bajce, Inżynier odwozi mnie do domu (zabrał z domu też, na zasadzie strefa czerwona, nie będzie się matka szlajała MPK, niebiosom dzięki, aczkolwiek ja wtedy się trzęsę, bo ta lewostronna kierownica). 

Niedziela lenistwo do entej i poniedziałek.

Zaczyna się najpracowitszy tydzień w miesiącu.

Nowy program nie działa, grafikowi pada komputer, w innych nie ma programu, informatyk ulotnił się jak sen złoty, znów się wszystko posypało, zwalają się na mnie dwie gazetki, bo zmienił się harmonogram, Boss pyta gdzie są teksty po II korekcie, odpisuję, że odesłane do autorów... I tak się to kręci przez cztery dni, od 7 do 21, nie liczę godzin ni lat, co z tego, że kąpiel biorę w międzyczasie, że w którymś momencie nie wiem, czy czasem wylewu nie mam, bo na jedno oko widzę jak przez kalejdoskop...

Dotarłam dziś do brzegu. Zamknęłam dwie jebane gazety.

Zdążyłam dziś kupić piwo, bo wynosząc kwitnące w loggii odpady bio wpadłam na genialny pomysł kupienia piwa. Nie udało mi się to przedtem, bo zawsze ocknęłam się po 19, gdy piątka już była zamknięta, a dalej to już nie doszłabym...

Więc (nie zaczyna się zdania od więc) luz i hasta manana.

I zazdroszczące emilki na poczcie, bo uprzejmie poinformowałam, że do 11 listopada mam wszystko w dupie.

Ale zazdroszczące niezłośliwie. 

Inna para kaloszy, że to urlop za ten rok. Nadgodzin już nawet nie wpisuję do Excela, bo wylewu dostałabym.

Firmową pocztę będę włączała, bo książka, ale to bez presji, już napisałam redaktorce. Warzywka też muszą wziąć na wstrzymanie. Po 12 listopada będzie jazda bez trzymanki, ale tylko do 14 grudnia. Bo wtedy fajrant do początku nowego roku.

Tylko trzeba jeszcze dożyć.

Tęsknię za Baranem i za lataniem, ale cóż.

Nie można mieć wszystkiego.

 Diagnozowanie Alienka i logopeda odwołany przez pandemię.

Sikory teściowa ma wirusa, a Sikora z całym taborem była tam w sobotę.  

Jestem przeziębiona, kaszlę, ale tylko tyle. Węch mam znakomity, właśnie odkryłam na jednej z grup na FB niechemiczny dezodorant... Do starej szklaneczki po świecy (z Pepco) wsypuję sodę, zakraplam parę kropel olejku (paczula, moja ukochana), wstawiam w to podgrzewacz i w całym domu pachnie smrodem aż miło :)

Uwielbiam paczulę, dostałam wieki temu od siostry Eksa z DE. Jak się nią wypachniłam, Eks wywalał mnie z malucha i nie chciał ze mną jechać, a i Inżynier za nią nie przepadał. Skoro czuję zapachy, to wciąż tylko przeziębienie, a nie COVID. A, smaki też czuję, więc jest OK.

A jutro budzę się i NIC NIE MUSZĘ :)

Kobieta z rodziny, która kiedyś mi ogromne świństwo zrobiła, informując mojego ojca, że to ja go podałam na przymusowe leczenie (dziś wiem, że to nie działa, ale wtedy jak tonący chwytałam się brzytwy) napisała mi dziś, że groby pięknie ustrojone i że zapali Umarlakom świeczkę...

I tak ziemskie sprawy z grubsza ogarnięte, rachunek za prąd odkąd pracowy komp nie chodzi non stop spadł o 50 zł (nie do wiary, coś mi właśnie zabłysnęło, do sprawdzenia)...

Życie pędzi coraz prędzej, trzeba żyć, bo drugiej szansy nie będzie :)




czwartek, 15 października 2020

Źle

 się dzieje w państwie duńskim, Kochany Pamiętniczku, zresztą wszędzie jest źle. 

MW była na USG i miała robione badanie krwi i nic nie wykryli, a wciąż narzeka na ból brzucha. Moim zdaniem to stres, oczywiście, nie jestem fachowcem, ale patrząc na wszystko z boku, na jej próby nawiązania kontaktu i wieczne krzyki i strofowanie jej... Ton Synowej, jakim odzywa się do każdego, oprócz Papryczka, no do mnie się tak nie odważy... Pierworodny ma wyjebane, ale widzę, że i on się garnie do dobrego słowa.

Rozmawiałam o tym z Inżynierem, przyznał mi rację.

No nic...

Obostrzenia, zaostrzenia, lawinowo rosnąca liczba zachorowań, a i ataki koronasceptyków, bo oni nie wierzą, nie widzieli, nie znają.

Wspominając wizyty w Dziekance i innym szpitalu, rozmowy z fachowcami (i nie ani nie chorowałam, ani nie mam krzywo pod kapturkiem, no, może odrobinę, ale jestem niezdiagnozowana), czuję się jak tam, jak w jakimś zaklętym kręgu, gdzie moja rzeczywistość jest zupełnie inna od tego, co mnie otacza.

I NIC nie mogę.  Mogę minimalizować ryzyko, że coś złapię - już mi to Boss zagwarantował. Jak wspomniałam o tym koledze w mailu, bo oni znów mają obostrzenia redakcyjne, odrzekł, że to nie dobre serce, ale dupokrycie. Nie odpisałam nic, spuściłam zasłonę milczenia na temat, bo jakie dupokrycie, jak prezes latem zarządził powrót do biura, a Boss powiedział: wszyscy oprócz SJ. 

Inna para kaloszy, że ja mu jeszcze nierobotnością nigdy nie podpadłam, więc po co miał mnie odwoływać. A, nieważne.

I tak, miałam nosa z pogonieniem do Umarlaków. Zanosi się, że sprawa albo się rypnie, zamkną cmentarze, albo będą ograniczenia, których oczywiście nikt nie będzie przestrzegał. Mnie to rybka, od lat nie byłam na grobach we Wszystkich Świętych, co najwyżej na Samotną spacerowałam, ale tam ludzi można na palcach jednej ręki policzyć zawsze. 

W O. czerwona strefa, w małym, drewnianym kościółku były tłumy na mszy, no i okazało się, że klerycy mają koronawirusa. A rodzice Synowej, w tym ojciec po zawale i by-passach muszą iść do kościoła, bo jak to nie. Więc na chuja codzienna msza w TV, w radiu, co ma ryja? Moja teściowa pod tym względem była - nie wiem, wygodna? mądra? Poszła do spowiedzi, dostała dyspensę i co niedzielę słuchała mszy w radiu, jeszcze w I Programie Polskiego Radia. Można? Można. Pewno ją tam w kapciach wzięli do niebios, choć swoje za uszami miała. Jak każdy. Więc nie rozumiem. Dla mnie rozmowa z Bogiem może być wszędzie, bo i On jest wszędzie. Tylko człowiek to pięknie, medalowo spierdolił, zamykając Go w kamiennych fortecach i obwieszając złotem i klejnotami.
Ale jak już wspominałam, jestem niezdiagnozowana, aczkolwiek pod kapturkiem mam tak krzywo, że żaden walec nie wyrówna.

Amen.

Pracowo mnie znów powkurwiali, dziś siedziałam do 13.18 i jeden, kurwa, tekst, jeden. Więc rzuciłam tę brudną robotę, poszłam do Biedry. Po godzinach dla próchna, a jakże. Spokojnie zrobiłam zakupy, został mi jeszcze Manhattan, bo w Biedronce mięsa kijem nie tknę, parę warzywek i jakoś przelecę kolejny tydzień. Jak się nie zwlekę jutro bladym świtem, bo budzę się prawie o 8, to w sobotę polecę po zwłoki i resztę. Ale i bez tego przeżyję. 

Nowa lodówka jest ekstra, rosołek tydzień stał i nówka nieśmigana, więc z gara rosołku mam obiad na cały tydzień, doda się, co się nawinie i da się żyć. 

Gdy wróciłam z Biedry, na poczcie full materiałów, wysłanych po 14, do 17 było ich od cholery. Ogarnęłam, wysłałam po 17 grubo, bo sobie na jutro zapasik zrobiłam, jakbym tak wstała i się spóźniła. Po 18 emilek od Bossa, że nie ma materiałów (nie pod moim adresem, ale dziennikarzy). Ten znów po godzinach.

Gdybym miała pisać wypracowanie, dlaczego lubię swój zawód, wstawiłabym to

Oczywiście, nie korekcę zdjęć, to jest zdjęcie z demonstracji rolników w Warszawie. Po wstawieniu do materiału oglądały je cztery osoby, łącznie z Bossem, nikt nie zauważył, że na transparencie jest błąd.Puścili, aczkolwiek IMHO, jako gazeta dla rolników nie powinniśmy obnażać ich błędów. Dupę mam krytą, zgłosiłam :) 

Znajoma korektorka odpisała mi, że i w drugim nazwisku jest błąd. Zaprotestowałam, chociaż w pierwszej chwili myślałam, że tak, ale... To jest nazwisko nowego ministra rolnictwa. Nie mam innej opcji, muszę być wciąż na bieżąco, czy mnie się to podoba, czy nie...

I ja wiem, że czytają mnie same zwierzoluby prawie, ale... Jak ktoś jest za zwierzętami do bólu, po prostu je marchewkę. 

Zwierzęta hodowane na mięso to inna bajka. Każdy ubój jest nieludzki. Ale ludzie żyją z hodowli i żeby mieć z niej zyski, muszą zwierzęta oddawać do ubojni. Każda ubojnia to śmierć. Tak to działa. I nie ma różnicy między ubojem rytualnym a zwykłym. To i to oznacza koniec. Tylko, kochani: nawet domowe zwierzęta, odchodząc za Tęczowy Most czują ból. Życie jest bólem. 

Normy w hodowli są w tej chwili takie, że ojapierdolę. Metry kwadratowe (na zwierzę musi przypadać więcej metrów na osobnika niż niekiedy mają ludzie), zabawki, inne bajki. Tak, wiem, są hodowle wołające o pomstę do nieba, ale od tego są służby. Taki dylemat: myśliwi nie będą strzelali do prośnych loch dzików, roznoszących ASF, ale w chlewni, liczącej kilka tysięcy zwierząt, w tym małych słodkich prosiaczków i ciężarnych loch odbywa się w majestacie prawa hekatomba, bo miała ona nieszczęście znaleźć się w obszarze, na którym padł dzik, u którego stwierdzono ASF. I nie ma zmiłuj dla tych prosiątek i macior, choć chlewnia ma takie warunki bioasekuracji, że mysz się tam nie wślizgnie, jaskółeczka ani mucha nie wleci (a ja pamiętam jaskółcze gniazda w każdym gospodarskim budynku), zostaną zabite, żeby nie roznosiły zarazy, której w tej chlewni fizycznie nie ma, co potwierdzają badania krwi!

Życie jest okrutne, niesprawiedliwe i pojebane. 

Jak kotełek ma raka czy inne gówno i wiadomo, że cierpi, to w majestacie prawa zostaje uśpiony i pańcia i pańcio przy nim siedzi.

Jak człowiek ma raka czy inne gówno i po ścianach chodzi, prosząc o uśpienie, nie ma zmiłuj, jak nie ma kasy na wyjazd do Szwajcarii czy innych Niderlandów. A jak ma głupią rodzinę, to go jeszcze reanimują, zamiast pozwolić mu - wreszcie - spokojnie - odejść. Nie wiem, czy do lepszego świata bez bólu, czy gdziekolwiek, ale odejść. Jako że z zaświatów jeszcze nikt, ale to nikt z własnej woli dobrowolnie nie wrócił, pomijając głupie hollywoodzkie filmy i inne wyciskacze łez, zakładam, że jest tam lepiej, proste, prawda?

Bo gdyby było o wiele gorzej, znalazłby się kozak, który by wrócił :) Nie ma innej opcji.

Aresztowali Giertycha. Nie byłam jego fanką, gdy był w LPR, miał wtedy nieźle nakładzione, ale dojrzał, zmądrzał i mądrze prawił ostatnio.


Źle się dzieje w państwie duńskim, Kochany Pamiętniczku.

W UK jeszcze gorzej. Już plumkają o blackoucie, a jeszcze z Unii do końca nie wyszli. 

Jakby ktoś chciał się odprężyć, polecam Zaborczą miłość. Moja ulubiona Jessica Lange wymiata. Na jej tle jestem całkiem spoko teściową, nie da się ukryć.  Po filmie nie mogłam pół nocy zasnąć (podkreślić, wężykiem, jak Dora zalecała, wężykiem w kajeciku, nie oglądać kurwa nic wieczorem, tylko idiotyczne slapsticki albo równie kretyńskie komedie romantyczne, odpuścić nawet produkcje dla nastolatków, bo często są okropniejsze niż horrory).

Czekam, co jutro przyniesie, marząc o porządnym piciu, bo po nim spokojnie śpię, ale Jaśnie Pani Wątroba mówi stanowcze NIE alkoholowym ekscesom i występkom, a ja nie lubię, jak mnie coś poza stawami boli :) 



niedziela, 11 października 2020

Weekend

 szalony był, Kochany Pamiętniczku.

W sobotę Pierworodna banda wleciała na obiad, nie na krzywy ryj, ale zaproszona, i dobrze, że nie jechałam z nimi do M., bo lało jak z cebra.

Miło było, aczkolwiek Mała Wiedźma  tradycyjnie w słuchawkach i na telefonie, a Papryczek ze swoim mostem i dwoma lokomotywami - nie było dzieci. Żal niepogadania, ale cóż..

Życie.

W niedzielę cisza, już zaczęłam scenariusze pisać, bo nie było nikogo online.

Zaspali. To super, że się wyspali, bo Inżynier znów do drugiej w nocy grał, no ale coś się facetowi od życia należy.  

Kłopotów ma więcej jak włosów na głowie, bo coś z rejestracją samochodu schrzanili i są apelacje i niezatwierdzony do końca przegląd, brytyjskie prawo jazdy z powodu koronawirusa się przeterminowało, wg strony brytyjskiej jest jeszcze 11 miesięcy ważne, ale wg strony, a nie z łapy do papy. Wyrobienie polskiego droga przez mękę, więc wszystko na wariackich papierach. Dziecko jeździ zatem jak anioł i raz po raz wprawia mnie w stan nerwowy, bo ja gadu-gadu, a on jak nie zakurwuje... :) Bo zawsze znajduje się na obszarze zabudowanym albo na zakręcie ktoś, kto musi koniecznie jechać szybciej i nic to, że spotykamy się na światłach, w ogóle się nie wysilając, za nawet czasem mamy szybciej światła niż ten w gorącej wodzie kąpany. Dlatego cieszę się, że już koniec wyjazdów na razie... Ale "no, kurwa, wjedź mi w bagażnik, za odszkodowanie kupię sobie nowy wóz".... wyrachowane to moje dziecko :) 

Na cmentarzu nie był nikt od naszej wizyty, a że tym razem robinia nie kwitła, nie było oblepione świństwem, a i szczotkę ryżową zabrałam. Więc poszło migusiem, w Biedronce są takie małe pojemniczki z płynem do mycia (do rozrobienia w wodzie) i szlus :) Ale zapalniczka nie chciała działać, choć ją przed wyjazdem napełniłam, więc mówię do Inżyniera, żeby poszedł do sklepu. Nie miał portfela, więc  mówię: weź mój. A torebkę świchnęłam w samochodzie z tyłu na podłogę, samochód mamy cały czas na oku, więc luz. Wysiadam w domu, drzwi otwieram, a moja torebka wybebeszona... Już mdlałam, mówię: okradli mnie jednak, a ten wyciąga zza pazuchy mój portfel :| 

Pojechaliśmy do nich. I od razu batia... I ta radość w tych kaprawych oczkach. Nawet Kalafiorkówna, która przez nasze przyjście nie zapadła w drzemkę, tak chyłkiem, boczkiem i ukradkiem dała się przekupić. A potem to już totalne szaleństwo było, wariatkowo i skakanie. Na moje nieszczęście szukałam zdjęcia w ajfoniczku, nie znalazłam, więc pokazałam im ich zdjęcia stare i umarł w butach. O ile Alienek dał sobie wytłumaczyć, że nie dostanie telefonu, to panienka, upór odziedziczywszy po ojcu co rusz moje kieszenie obmacywała... No ale nie dam nowego ajfona dwulatce do ręki. Potem kategorycznie zażądała mojej torebki (kocha buty i torebki) i zrobiła mi taką rewizję, że ojapierdolę. Nawet nie wiedziałam, że mam tyle skarbów w torebce :)

Obiad gotował Inżynier i był przepyszny (obiad, nie Inżynier), super jak ktoś czasem człowieka nakarmi :) 

Kiedy zaczęłam się żegnać i Alienek, i Kalafiorkówna zgodnie odmówili pożegnania ze mną, on: nie ić batia, a ona: nie i kręci główką. 

Ale... Wyszłam szczęśliwa, ale i zmęczona maksymalnie, bo 5 godzin w dziecięcym hałasie to aż nadto :) 

Dojeżdżam do domu (nie chciałam transportu, bo i przegląd, i prawo, za dużo jak na moje nerwy, stać mnie na taksówkę, ale jeszcze ciepło i widno, to MPK). Kompika włączam i... Monitor nie działa. Nówka nieśmigana, kurde... Na kolanach pod biurko, wszystkie kable OK, co jest? Oblewam się zimnym potem, bo ile kompów może w tak krótkim czasie paść i...

Inżynier wyłączał kompa przed wyjazdem, bo coś szukał.

Wyłączył też monitor przyciskiem, bo mama wszystko z sieci wyłącza...

Kurwa, monitora akurat nie :)

I po raz kolejny prawie zawał :)

Ale to był fajny dzień, kolejny dobry dzień w życiu.

Umarlaki ogarnięte, zaopiekowane, a że nie pojedzie nikt 1 listopada?

Trudno, wiedzą, że o nich pamiętamy. 

A u mnie od jutra młynek :) 

Tyle że już mam i w "biurze" podkład z IKEA i będzie wygodnie latać między kompikami :) 


piątek, 9 października 2020

I znowu

 inaczej, niż planowałam, Kochany Pamiętniczku, ale to nie znaczy, że źle.

Miałam jechać jutro do M., na grób Eksa, z całą bandą Pierworodnego. Ale że sytuacja rozwija się dynamicznie, a ja jestem zdyscyplinowana, kombinuję. Autobus spod domu, ale jedzie w jedną stronę godzinę, zatem kiblowanie w zatłoczonym autobusie, w namordnikach w sumie dwie godziny, no i zero widzenia, co kto mówi. Kurwa. Pociąg jedzie 10 minut, ale i do stacji tu i ze stacji tam daleko, nie wiadomo, jak to ogarniemy, a że od soboty strefa żółta, to cały czas w namordnikach. Do knajpy nie wlecimy, może i przesadzam, ale omijam te przybytki. Wiem, wiem, i w drewnianym kościele cegła na łeb może zlecieć...

Inżynier kategorycznie zabrania jeżdżenia komunikacją zbiorową, wpadnie w niedzielę i skoczymy do M., a potem dostanę Łobuzy w moje szpony.

Podoba mnie się taki plan, do M. góra 15 minut samochodem.

Ale... Żal mi spotkania z Pierworodnym i jego bandą.

Jako że z mojego emilka, że od 9 do 13 śmieją się wszyscy po kątach, poleciałam sobie i na Manhattan, i do Galerii, dwa wózki przywiozłam, pełne, a jakże. A pracki nie było, a moja była na bieżąco, więc...

Chaupkę ogarnęłam, obiad ugotowałam na weekend, wypasiony, dwa prania zrobiłam, z żadną pracą nie zalegam, nawet z tą, którą przysłali z adnotacją, że to na poniedziałek, maszynki zamknięte...

Więc... Zapraszam na obiad. Boję się, bo Pierworodny ma styczność z pierdyliardem ludzi, Synowa pracuje w szpitalu, gdzie jest koronawirus, dzieci chodzą do szkoły...

Ale - odważni nie żyją wiecznie, tchórze nie żyją nigdy. 

Wystarczy, że nie będę musiała się PKP ani MPK wlec. 

Nie mogę dać się zwariować, bo to mnie prędzej wykończy, niż jakieś wirusy.

Kaloryfery zakręcone, bo... w mieszkaniu gorąco.

Plany na weekend są. Jutro polecę po badyle dla Eksa, mam już nawet upatrzone, ale po ponad tygodniu niewychodzenia z domu miałam takie pustki, że nic się więcej nie zmieściło, a kilo szpinaku waży całe kilo i do wózeczka się nie zmieściło :)

Wino, z Biedronki, dobrze schłodzone, polecam, przepyszne

 


i niedrogie... :) Zwracać uwagę, żeby wziąć Syrah :)

I tak mnie gryzie - dlaczego, skoro jest jak jest, nie ogłaszają  stref żółtych z restrykcjami od ręki, tylko strefa żółta będzie za dwa dni? Skoro jest źle, reaguję natychmiast,  nie za dwa czy trzy dni.

No ale ja głupia jestem i pojebana, co nie?

Nel du di pinto di blu... 

Okazuje się, że konowały w UK nie reagowały na oczywiste oznaki u Alienka, ale nie jest źle. Co najwyżej będzie niezorganizowany i roztrzepany. A, sama takiego jednego na memłonie wychowałam, chociaż niezdiagnozowany był i jakoś już przeżył cztery dekady :) Może nie będzie tak źle.

A Inżynier (i Pierworodny, ale u niego to wylazło już dawno temu, przed wiekami) odziedziczył po mnie krótkowzroczność i... astygmatyzm. Akurat Inżynier był przez lata przekonany, że ma superwzrok, ale w UK nie miał badań okresowych...

Jednak, gdy wybierali swoją drogę, moje zdanie miało najmniejsze znaczenie, a i rzekłabym nawet, że gdybym próbowała powiedzieć NIE, byłabym wrogiem.

Więc jestem z moimi dziećmi w znakomitych stosunkach, ale rachunek, jaki wystawia im życie za ich decyzje jest jednak wysoki.

No cóż, każdy ma swoje piekło.

I jak mówiłam - odważni nie żyją wiecznie, tchórze nie żyją nigdy.

Dobrze, że są znów tu.

A na Netflixie Ku jezioru - trzeba mieć stalowe nerwy, nie mam, przeżywałam jak mrówka okres, bo to i epidemia, ruskie realia, a ja się w tym wychowywałam...

Ale polecam, bo to nie do końca SF. 

Nic już na tym świecie nie jest SF...

Wino i taneczny wieczór z radiem Pogoda.

Będzie dobrze, choć

zwiędły suknie i wachlarz z piór strusich
czas opada jak chmura szarańczy
wszystko kończy się prędzej niż musi
gra muzyka lecz nie ma z kim tańczyć

tancerz miły odszedł w dalszą drogę
gdzie jest nie wiem ani wy nie wiecie
jeśli tu go odszukać nie mogę
jakże znajdę go w wielkim wszechświecie...

Wciąż mam nadzieję, że znajdę. Mimo wszystko. Mimo tego, że deptał po palcach i  tańczył tylko dwa na jeden.





sobota, 3 października 2020

O jeżu

 kolczasty, Kochany Pamiętniczku :) 

To był wspaniały dzień. Inżynier podjechał po mnie i ruszyliśmy, prowadzeni przez nawigację i dobrze, bo drogi do domu bym nie poznała. Nie jechałam tamtędy od ponad roku, a poza tym okazało się, że zaraz za chaupką mam zjazd na obwodnicę, dzięki czemu nie przebijaliśmy się przez całe Koziołkowo. A i po drodze się zmieniło, było prawie jak w UK (no prawie robi dużą różnicę), ale zjazdy z drogi szybkiego ruchu i inne takie tam. A pod Murzynowcem Leśnym, pod drogowskazem stała przedstawicielka najstarszego zawodu świata. Inżynier był wstrząśnięty, nie, że panienka stała,taki niewinny to on nie jest, ale że panienka była... czarna. Czarna pod drogowskazem Murzynowiec, mówi, że jak żyje czarnej tirówki w PL nie widział. Gdy wracaliśmy miał podwójną radochę, bo pani dalej stała... :) 

No i awansował na mój nr 1 kierowców, detronizując Barana. No dobra, nie zdetronizował, Baran nadal jest idealny, ale nie spodziewałam się takiego rozsądku po moim osobistym dziecku i takiej perfekcji. Jechał przepisowo do bólu i do białej gorączki doprowadzali go siedzący mu na ogonie, prawie na bagażniku, gdy jechał przepisowe 90 na godzinę. I niewyprzedzający, albo wyprzedzający na czołówkę, na zakręcie... Motocykl, który wyprzedzając ledwo mieścił się na środku jezdni, a jechał prosto na mnie (na mnie, bo to samochód z kierownicą z prawej strony). Inżynier i rozsądek - a jednak :) Nie ukrywam = bałam się, ale po tej jeździe mi przeszło. Inaczej to wyglądało w UK, gdzie wszyscy mają kierownice z głupiej strony, a i 99% jazdy to była autostrada albo droga szybkiego ruchu. Jednak w PL nie ma kultury jazdy, nie da się ukryć. Ci, co nas wyprzedzali, zaoszczędzali może z 15 sekund, bo zaraz potem zjeżdżali w prawo albo w lewo. Gdzie się tak spieszyli, ryzykując wypadek? Kochanka w łóżku stygła? Cieszę się więc niezmiernie, że tegoroczny wyjazd już za mną, bo będzie coraz gorzej, tym bardziej że strona rządowa plumka o restrykcjach na Wszystkich Świętych, pewno znów jego ból będzie większy niż mój, ale...

No i pogoda była bajeczna. Przy okazji nagadaliśmy się, jak czekista z czekistą, do bólu, do wypęku, bez bicia sam przyznał, że podoba mu się takie coś, że chce powtórzyć ze mną w jakiś pokoronawirusowy weekend taki wypad - puści mnie na lumpkę z koleżankami, a sam pójdzie na piwo z gościem, którego poznał w zakręcony sposób i z którym gra w jakąś grę, a przy okazji dziś do niego wleciał z ciuszkami dla dziecka po Alienku :) 

Że potrzebuje czasem być bez dzieci i żony, ze mną, bo... dobrze się ze mną bawi.

Ojeżu, jak mi posmarował...

Sam K. jest od dziś w strefie czerwonej, no i nie dziwię się, że jest jak jest. Z tej okazji maskę przeciwsmogową założyłam, bo wg badań najlepiej chroni.  No i wydałam na nią masę kasy, a nie nosiłam ani razu. Inżynier nosi. Twardo. Od początku. I to mnie cieszy. Pierworodny, choć jest bardziej zagrożony ze względu na pracę, nosi szmaty, nie wiem, ile razy jedną... 

A sam K.? Byliśmy w sklepiku, w piwnicy, który nie miał więcej jak jakieś 3 m kwadratowe wolnej powierzchni. Weszłam, a za mną zwalił się tłum. Pięć osób, plus za pleksi dwie obsługi.Ja czekałam na skasowanie, okazało się, że drugi bukiet pani mi dopiero zrobi, więc zapłaciłam i wyleciałam na dwór, a do sklepiku waliły kolejne osoby. I nikt nie poczekał, aż ci, którzy byli już w środku wyjdą. Jprdl... Słoneczko grzało, wiaterek wiał, co szkodziło postać na dworze? I co z tego, że mieli te jebane maseczki i przyłbice, jak było zero dystansu? 

No nic. Błogosławiłam moment, że antysmogową założyłam i nie zdjęłam jej do chwili, aż znów wylądowaliśmy w samochodzie.

A w Inżyniera na cmentarzu diabeł wstąpił. :) Sprzątał, widać było dobrą szkołę Cioci, ogarnął też groby obu wujków od Cioci, a na moje, że rodzina sobie nie życzy, żebym się do grobu wtrącała, odparł: to niech mnie pozwą. Dla Cioci sprzątam i tyle. Mogą mnie cmoknąć :) Ogarnął trzy groby, w czasie gdy ja jeden, jeszcze znicze pozapalał, pograbił i... Po ślepiach było widać, że jest mu dobrze, że w jakiś sposób mu tego brakowało. 


Trochę się zakurzą do Wszystkich Świętych, ale już im zapowiedziałam, i to głośno, że musi im to wystarczyć, bo inaczej może się okazać, że nie ma im już kto dogadzać. Że mają sobie winko dziś wypić i lepiej pilnować naszych interesów tu, na tym padole, bo mają czego pilnować.

Fajne bukiety kupiłam, co nie? Ale też nie skąpiłam kasy, bo podwózkę miałam za darmo, a na propozycję, że benzyna (hahahahaha, a na dieslu jeździ) usłyszałam, że to też jego Umarlaki i ma do nich prawo :) Ano, nie da się ukryć, że ma :) 

Za 3 lata trzeba będzie odnowić czynsz za jeden, za 6 za drugi. Na propozycję likwidacji usłyszałam, że jednak chce kiedyś z dziećmi tu jeździć, bo to jest też jego dziedzictwo.

Zaraz się poryczę...

Jednak nie jest tak źle, jak myślałam, co nie?

Kolegę znalazł cudem, tak nas GPS woził po osiedlowych uliczkach, że ojapierdolę. Jak GPS z telefonu Postmana w czasie wycieczki nad morze, który przepędził nas trasą prawie 4-godzinną, a droga powinna mieć 1,5 godziny :) Z pysznego lokalnego obiadku planowo zrezygnowaliśmy, żeby nie potęgować ryzyka. W K.od początku było największe zagrożenie w województwie.

W drodze powrotnej dziecko mi nieco zgłodniało, ale na szczęście miałam obiad gotowy, zjadł, no nawet nie zjadł, zeżarł, po brzuszku się poklepał i legł. Siadłam i ja i kontemplowałam, jak śpi, pisząc z koleżankami i jak pisnęło, myślałam, że to ja nieostrożnie, ale nie, budzenie sobie nastawił. Spakowałam mu książeczki, jogurty z figurkami z Psiego patrolu dla Łobuzów, słoiki, z pustymi rękoma nie puściłam, nawet obiad na jutro dostał, taki, jakiego żona kijem nie tknie, bo nie lubi wsiowych klimatów. Dołożyłam butelkę przepysznego wina (przepyszne, bo drugie mam dla siebie i właśnie sączę, w promocji było w Biedronce



Polecam (Biedronka powinna mi za reklamę płacić) :)

Zalałam sobie groch, grochóweczkę jutro upichcę. Kości wędzone mam. Wracam do mięsa.

I... Jednak po takich bliskich spotkaniach trzeciego stopnia chce mi się znów żyć.

Czuję, że moje życie nie było na marne.

Wzrasta moja samoocena.

I nieważne, co o mnie sądzą moje synowe czy wnuki, wiem, że jestem wciąż ważna w życiu moich osobistych dzieci.

Ten głupi model tak ma, że czasem potrzebuje potwierdzenia. Słów.
Słowa są ważne.Więc nawet moim wyrosłym dzieciom mówię często: kocham Cię. Nie oczekuję: me too. Dla mnie ważne jest, że one wiedzą, że wciąż mają kogoś, kto je kocha bezinteresownie. I nie muszą jak Atlas, dźwigać wszystkiego same. 

No dobra, koniec, dość wina na dziś.

Ale to był jeden z tych dni. Zapierających w piersiach dech.

Tęsknię za R. i za Baranem...

Ale na to nie ma rady. Tak bardzo zmienił się świat...

Za bardzo. 

Ale i tak warto żyć :)

piątek, 2 października 2020

I znów

 spokój (niech będzie jak najdłużej), Kochany Pamiętniczku.

Emilek od Bossa przyszedł, że mają się wszyscy od Starej Jędzy odjaniepawlić, że ma pracować Word - wydruczek, a nie żadne SE.

Szczerze? Wcale mnie to nie zabolało. SE ogarniam, z palcem w dupie, ale Word jest dla mnie przyjaźniejszy, mniej mam z nim roboty, no i lepiej miga na monitorku, a to się liczy dla moich starych oczu.

Do maszynek napisałam z pytaniem o harmonogram i czy dalej mam korekcić, bo nowy rok, nowa korektorka, normalna sprawa. Emilka z harmonogramem dostałam, a jakże, i kopala w dupala, że mnie pogięło, nawet im przez myśl nie przeszło szukać, bo... No dobra, poczułam się dopieszczona :) Ale miło czasem dostać marchwkę, chociaż niepopartą kasą, ale na razie oficjalnym szefem jest Boss, więc cóż...

I tak powoli, wolnym walcem wszystko idzie...

Troszkę na książki wydałam, bo na coś trzeba, żeby tę upadającą gospodarkę wspierać i tym pięknym sposobem mam


Kalafiorkówna widząc zdjęcie pisnęła miałłł i Jadzia, bo Jadzia to jej idolka i książeczka jest dla niej. Miałłł jest moje i przyznam, że dawno już tak nie wciągałam książki zamiast serialu, a to nie jest beletrystyka, ale jest fajnie napisana. A Co robią uczucia jest dla Alienka, pierwsza, którą JA, PERSONALNIE mu wybrałam i o dziwo - gdy napisałam Synowej, że jak nie chce, to zatrzymam, bo i mnie się widzi, odrzekła, że nie, że i Alienkowi się nada. Więc kupię sobie drugi egzemplarz, choć nie powiem, droga, bo jest GENIALNA. 





Podobają mi się te rysunki, a sama książka, nawet dla mnie, staruchy, niesie dobre przesłanie :)

Kalafiorkówna była na sesji i stwierdzono, że nie mówi swobodnie, ale jest bystra jak woda w kiblu i wie, co się do niej mówi, odpowiada w swoim volapiku, i ma mieć więcej wierszy i powtarzanek. Czyli to, co ja od zawsze mówię: gadałam do dzieci wierszem, wyliczanki, zabawy, warzyła sroczka kaszkę i takie pierdoły, ale w odpowiedzi zawsze słyszę, że teraz są inne czasy. Podsumuję, krótko: kurwa. Jak jestem z nimi, Alienek uwielbia zabawę we Włazi kotek po drabinie (wiersz można wygooglać), Kalafiorkówna też. No ale ja w sumie głupia jestem i nie wiem, co to są SI i PEPR, kurwa, niedorozwój ze mnie, googlać musiałam.

Mniejsza z większym, jadąc po książki, cały czas w myślach błogosławiłam Bossa, albowiem wielkie rozprężenie w narodzie panuje. Na drzwiach bimb i autobusów karteluszki, że może wsiadać tyle a tyle stada, a wsiada tłum jak w Boże Ciało, z tego połowa bez maseczek, a to takie typy, że im człowiek uwagi nie zwróci, bo nie chce być na suficie rozmazany w charakterze konfitury...

 Więc dojechałam do domu z duszą na ramieniu, obiecując sobie, że next time nie pożałuję paru groszy na kuriera i zamówię do Inżyniera, poda przy okazji.

Czułam się jak w obcym mieście, byłam w okolicy mojej Alma Mater, ale gdybym nie wiedziała, gdzie jestem, zabłądziłabym. I jak grzyby po deszczu wyrosły tam w przeciągu miesięcy (bo byłam tam już po książki po lockdownie) nowe knajpy, więc czegoś nie rozumiem. Inwestować w tak niepewnym czasie w tak niepewny interes? Sama ostatni raz byłam w knajpie z Małą Wiedźmą, krótko przed kwarantanną.

No cóż.

Jesień już jest



winobluszcz w tym roku tylko marna fotka z balkonu, zawsze dostawałam od Dory znad tej fosy, ale w tym roku Dora wojażuje :) 

Te żółtości to zawsze u mnie pierwsze, pierwsze też zielenią się okrywają na wiosnę, więc patrząc na nie wiem, jaka jest pora roku :)

Kapuśniaczek (z podpuszczenia Zmorki, bo myślałam, że mówi o kapuśniaku, albowiem grochówka z kiszoną kapustą, to się w moim pustym łbie nie mieściło), wyszedł taki, że zeżarłam błyskawicznie. I przy okazji groch kupiłam, bo grochówki wieki nie jadłam, a teraz mam i wędzonkę, i groch, to i wypróbuję grochówkę z kapustą :) Babcia P. na każdą wigilię serwuje groch z kapustą, a nikt tego tknąć nie chciał, ale kto wie, kto wie :D 

I jedziemy jutro z Inżynierem do Umarlakowa. Umarlakowo w strefie czerwonej, ale zanosi się, że i my w niej wylądujemy, więc... Miałam obiekcje, mówię Inżynierowi, że nie trzeba, ze bułkę przez bibułkę, że ma małe dzieci itede, itepe, no to mnie zjebał, że jak chorował, to chorował, ale jak wyzdrowiał, to półmaraton w Londynie przebiegł, że mam się odczepić, że to ja jestem w grupie ryzyka i że jedziemy, co najwyżej w K. nie pójdziemy do knajpy, żeby licha nie wywoływać z lasu.

Po nieprzespanej nocy wpadłam na genialny pomysł i piszę: obiad u mnie, wybierz menu: pyzy czy szare kluski, żeberka czy pieczeń, no i buraczki...

Wybrał szare kluski (kupiłam, moją kluską można li i jedynie zabić, taka twarda wychodzi, mistrzynią jest Sikora), buraczki (Synowa nie wiem dlaczego buraczków nie lubi i za każdym razem i w domu, i w knajpie podkreśla: bez buraczków, odsyła, jak się pomylą), żeberka


dostałam przecudne, nie za tłuste, nie za chude, no i są z pieczarkami, których Synowa też kijem nie tknie, a do tego smażone ze śliwkami :) Tutaj w trakcie, ale zapewniam, że cót, mjót i ożeszki laskowe mi wyszły, jutro dodam odrobinę miodu i Inżynier padnie, albowiem na widok zdjęcia wpadł w euforię :) 

Odgrzanie szarych kluchów na parze, odmsmażenie buraczków i żeberek to chwila i nie powinno być żadnego jebanego wirusa w tym.

A na cmentarzu była moja E. i znów sprzątała (martwię się o nią, bo jakoś nekrofilią trąci, nosi ją po domu i jeździ na cmentarze sprzątać, nie tylko moje groby, swoich ma w chuj) i pisze mi, że pan ją zaczepił, że odnowi litery... Za dwa groby 160 zł. Ocenimy na miejscu, ale w sumie - fajna fucha - bez podatku, bez gwarancji, bez niczego, bo na pytanie o nazwisko powiedział: nagrobkowy...

No nic :) 

Dobrze, że Inżynierowi teraz pasuje, bo rząd już planuje restrykcje na Wszystkich Świętych.

Jak coś, i M. z Eksem oblecę za tydzień, w sumie i tak nie było opcji na Wszystkich Świętych, od lat nie jeżdżę i nie nawiedzam.

Wszystkie Umarlaki siedzą u mnie w sercu na kupce i nabijają się ze mnie jak szalone.

Cwane są, wiedzą, że za nimi tęsknię, a jak mnie dorwą, taki łomot mi spuszczą, że ojapierdolę.

Za całokształt.

Zasłużyłam, przyznaję bez bicia.

No cóż, nie każdy jest taki porządny jak oni :P