piątek, 31 marca 2023

Na głowie

 wszystko stanęło, Kochany Pamiętniczku.

Stanęłam więc i ja :) 


Tyż piknie, co nie?

Ale do brzegu.

W sobotę Inżynier SJ na włości zawiózł, gdzie utonęła w błocie.


Suchą nogą nie dało się dojść, bo sąsiad z leksza utwardzony podjazd rozjechał sprzętem. Dziś, zniechęcona kolejną próbą doczyszczenia butów, wyciągnęłam inne ze szafki i next time jadę tam z foliówkami na nogach. Oni mają kalosze, ja nie, bo mi na nic. Ostatnie pary wywaliłam, bo tylko miejsce mi zajmowały ;) 

Impreza była całkiem, całkiem, zlądował też Pierworodny z całą ekipą. Dojechali autobusem, za co im cześć i chwała, niestety, nie udało się wykonać zdjęcia całej czwórki, bo Kalafiorkówna mimo łapówek była na nie.

A teraz dzieciom wszystko wolno, więc nawet się nie starałam. Było też piąte, przyszywane wnuczę, ale nie wolno go publikować, więc nie istnieje.

I tak


Jubilata Dostojnego praktycznie nie było, jak widać na obrazku, ale Pikachu (to żólte, co leży na stole, po ichniemu gada) i karty Pokemonów do albumu od babci spowodowały, że co chwilę dolatywał na posmeranie po pleckach i mówił: jak ja ciebie kocham :) 

Moja Mała Wiedźma jest już rasową wiedźmą, ma alergię na kocią sierść, ale łazi za wszystkimi kotami w okolicy... Ten wprawdzie jest popielaty, nie czarny, ale od czegoś trzeba zacząć...


 

A tu dowód, że niedaleko pada jabłko od jabłoni - Papryczek też jest starwarsowy i też zapuszcza kudły (fuj).


Imprezka była udana, nie narzekam, zachód słońca od dawna niewidziany zobaczyłam


Z Inżynierem się nagadałam w czasie podwózki, będziemy lecieć w kwietniu do K., do Umarlaków. Do dogadania jeszcze...

Do domu wróciłam z mamą piątego, tajemnego Wnuka, więc oszczędziłam Inżynierowi 70 km po ciemku :) 

Ponoć to drobnostka w paliwie i mam zamknąć się.

Obgadane było dojechanie do Lusowa, bo tam częściej jeżdżą autobusy i 4 km wzdłuż jeziora do  nich na kijkach, co jest superpomysłem i zalecane, ale... Ja, sama, nad jeziorem, na bezludziu - to mnie naszło później. Zobaczymy :)

A pracowo się działo, bo...

Się przesunęło o 3 dni. Niby tylko trzy dni, ale popracowałam sobie zatem 8 dni po 8 godzin, bo... czekałam na materiały. Tak w sumie może z 10 godzin pracowałam, ale co z tego?
A i maszynki. Okazuje się, że młody rzucił tę brudną robotę i wziął się za węgiel (myślę, że z powodów kasowych, młody, to ma wybór), więc główny sam cały numer ciągnie. I nie zamknął dziś, jak miał, bo są targi. Chce zamknąć w poniedziałek. Zamiast mi to kawa na ławę, to opłotkami. A ja od jutra mam urlop! Co z tego, że jutro sobota? Pojebana jestem, ale opierdoliłam dziada i tak, w poniedziałek będę pracowała. Choć i czwartek, i piątek niepotrzebnie przekiblowałam na necie.

Bo roboty miałam w te dni na 15 minut.

Ale zależy mi, żeby nie padło, bo pensja bez warzywek woła o pomstę do nieba i poryczałam się.

Z HR pokorespondowałam, bo nie zgadzało mi się nic, z Bossem też.

A jakże, wykręcił się jak zawsze, zwalił na HR. Za ekstrasy policzył nadpłacone za warzywka, OK, nie czuję się pokrzywdzona.

Ale za książkę i te 8 dni mam dostać ładną kasę, zdaniem T., który to ogarniał. Boss potwierdził, że dostanę, ale... Nie napisał ile, więc wszystko palcem na wodzie pisane.

Gdyby nie to, że jednak wciąż chcę dołożyć do tego, co mam (Inżynier już powoli oddaje, o to się akurat nie martwię, powoli staje na nogi, bo nie dobija go czynsz za wynajmowane mieszkanie), rzuciłabym to w diabły i poszła z kijkami nad to jezioro, niech mnie ktoś topi... Jak tę Marzannę po terminie ;)

A tak na co dzień to




... jutro mają być też takie, pięć takich za dychę, to... no co... Nie piję, nie palę, nie podrywam...

Dziś na Manhattanie

w ukraińskiej budce, pani ma już budkę, drogo jak cholera, a nie ma cen wystawionych, ale nie będę kablować, pyszne jak diabli... Raz na jakiś czas coś tam kupię, ale na co dzień nie da rady. A miła, sympatyczna i pogadać lubi :) Zaś zmieniła się obsada od moich jaj i taka niesympatyczna prukwa jest, że jak nie będzie moich jaj z podwójnymi żółtkami, to pójdę do konkurencji. Lubię miłą obsługę, bo sama jestem miła.


Winobluszcz żyje, oba żyją, ten stary i ten nowy, zeszłoroczny.

Ciekawa jestem, czy dąb Alienka, posadzony już na włościach się zaaklimatyzuje.

A Inżynier zapraszał na nocleg i na śniadanie wielkanocne.

A ja, padlina, odmówiłam...

Wiem, wiem, jemu też zależy na tym, żebym z nim była. 

Ale... na razie mają tylko jedną łazienkę. Ich czworo i ja.

A ja rano, jak to starucha, lubię mieć niczym nieskrępowany do niej dostęp. Bo mój organizm czasami dziwaczy.

To raz.

Dwa - będzie tam cała rodzina Inżynierowej, sądzę, że dojedzie jej brat, którego organicznie nie trawię.

Są zmotoryzowani, więc dojadą wszyscy.

Więc przepraszam, ale ja z nimi ślubu nie brałam, taka prawda.

Może spotkamy się w święta, jak do mnie dojadą, albo mnie zabiorą w poniedziałek do siebie.

Pierworodny jedzie do O.
Ja nie celebruję tych dni, żadnych tradycyjnych potraw świątecznych, baranka może zrobię, ale nie jem masła, więc pewno nie.

Łobuzy i tajny wnuk mają prezenty (myślałam, że Inżynierowa kupi słodkie i jakiś drobiazg, ale nie, kupiła kolejne "oni marzą", a nevermind. Jakby dzieciom nie pokazywano katalogów, nie marzyłyby o ich zawartości).

A ja? Będę szczęśliwa, jeśli ogarnę coś jak to 


bo pogoda ma być chujowa :)

I mam zagwozdkę: SI. W korekcie jest dobra, ale nie jest idealna. Mam nadzieję, że zdążę albo umrzeć, albo faktycznie przejść na emeryturę, zanim mnie wywali z rynku pracy. 

I tym optymistycznym akcentem żegnam się z Tobą, Kochany Pamiętniczku dzisiaj :) 


piątek, 24 marca 2023

Chyba

mnie posrało, Kochany Pamiętniczku :)

W polityczną pyskówkę się wdałam na FB.

Ale powaliło mnie na kolana zacne hasło #babciowe. Kurwa, 1500 zł każdej matce, która chce wrócić do pracy (of course, wbrew temu, co twierdzili obrzucający mnie gównem, wiem, o co chodzi, że chodzi o dzieci 3-letnie, że za mało dzieci się rodzi i że opieka babci nie jest obowiązkowa, ale może to być kasa dla babci). Żeby było śmieszniej, program ten lansuje KO, na którą miałam zamiar głosować. A dlaczego nie od razy 15 tysięcy? Albo 20? I jak ma się 1500 zł do pensji minimalnej? I która babcia będzie miała tak nasrane we łbie (tu nawet moja synowa stwierdziła, żeby dali babciom święty spokój) do zapieprzania 10 godzin (2 godziny na dojazd, 8 godzin pracy matki) za trzylatkiem? Mało która zostaje babcią po czterdziestce zaraz. Ja bym podziękowała z góry, jeden dzień z Łobuzami i muszę się regenerować, a to nawet nie cały dzień i jeszcze zawsze uprzejmie proszą.
Pan senator, na którego notabene głosowałam odpisał mi osobiście, ile to żłobków i przedszkoli PO zbudowało. Nie neguję. Jednak za mało. I te 1500 nie wystarczy czasem na prywatne przedszkole. To takiej matce dopłacić, słusznie. I budować nowe przedszkola i żłobki, dotowane przez państwo. Jakiś mędrzec tłumaczył mi, że im się bilansuje, bo zabiorą kasę z TV i starczy na te 1500. Ta, z jednych moich podatków z jednej kieszeni do drugiej.
I od pisowskich trolli zostałam zwyzywana. Znalazł się jeden mądry, który mnie wziął w obronę, ale cóż to w zalewie tego hejtu.

I dlaczego program partii znów ma być programem narodu? Dlaczego nie mogę skrytykować działań partii, której jestem zwolenniczką, jeżeli uważam, że są złe? Jeszcze nie wygrali, a już nie mam prawa głosu? Jak ten tłum na spędach wuca mam wrzeszczeć, tyle że Do-nald? Bo nieomylny jest? Nawet moja synowa, która mogłaby się jeszcze załapać jako beneficjentka na ten program mówi nie.

Niech mnie w dupę pocałują. 

Tak więc na wybory nie idę, bo jak się mają zmienić świnie przy korycie z tych, co wylazły z TKM pisowskiego na te bardziej ogładzone, to ja podziękuję. 

Powstała nowa partia z AgroUnii, zobaczymy, co oni wymyślą. Bo całą resztę po prostu jebać.

A teraz, Kochany Pamiętniczku, z innej beczki.

Wiosna u mnie jest.





I nawet fiołki, bezlitośnie zniszczone przez kiblotłuków kładących rury jednak żyją... :) 

A Alienek dziś ma 6 urodziny, impreza będzie jutro.

A ja na wojennej ścieżce jestem z Inżynierem, bo jak to ja...

Mówili, że blisko, że OK.

Okazuje się, że dojazd na to zadupie, gdzie psy dupami szczekają zajmie mi 2 godziny, pod warunkiem, że autobus jadący raz na dwie godziny nie wypadnie z kursu.

Ja tam nie mam orientacji w przestrzeni, więc jak mówili, że OK, to OK, parę razy byłam z Inżynierem, podwózka gratis, fajnie, czas na pogadanie.

Będę mamę woził, to oczywiste.

He?

To w sumie dla niego 140 km bez jakichś 400 metrów, tak mówią mapy Google. Ogarnęłam poniewczasie.

Wte i wewte... Znaczy się po mnie, ze mną i apiać.

Więc nie, nie jest OK.

Nie dla mnie. A tłuc się dwie godziny też nie za bardzo mam ochotę. 

No nic, toporek niby zakopany, ale nie do końca.

Nie nakręcam się, na spokojnie, ale nie ma opcji.

Kaloryfery zakręciłam i jest mi gorąco, nie wiem, chora jestem czy cuś?

Ale czekając na robotę z rozpaczy pomyłam wszystkie okna i mieszkanie wypiękniało, więc wkurzona napisałam, że nie płacą mi za siedzenie i czekanie.

Wtedy odpisali, że mają obsuwę i piątek mam wolny, no nie do końca miałam, ale i tak jest cudnie.

Aby do juterka, do imprezy na włościach.

Sześć lat, kiedy to minęło?

A Kalafiorkówna okna myje, znaczy się , moje geny, moja krew, bo jej mama ma na okna wyjebane.

Nic w przyrodzie nie ginie, chociaż tak przetrwam :)


piątek, 17 marca 2023

Przeczytałam

 wszystko, co dotychczas znalazłam, Kochany Pamiętniczku.

Cała niedzielę przeleżałam na łóżku, czytając, wstając tylko na siku i do żarełka.

I tak, jak po tym wszystkim byłam rozbita, to już dawno nie byłam. I myślę, że nic więcej nie będę szukała, nie będę czytała, nie warto.

Zaczęłam się zastanawiać, czy ja aby wtedy depresji nie miałam, bo wciąż przepraszałam za to, że żyję, że się staram, że staram się za mało, że za mało z siebie daję, że kurwa mać. No ale wtedy nie diagnozowano.

Niektóre listy były fajne, bo każdy był młody i głupi i miał nasrane we łbie. Posłałam parę skanów mojej przyrodniej siostrze (po latach się spotkałyśmy, kontakt więcej niż luźny, a byłyśmy przyjaciółkami kilkanaście lat, tak długo, dopóki nasi rodzice - znaczy się jej mama i mój owdowiały ojciec się nie pobrali, co rozwaliło wszystko), ona też tego nie pamiętała, ale nie była pewna, czy pokaże to swojej córce. No cóż, nie dziwię się. Ja chłopakom nie pokażę, bo tak jak ja nie jestem zainteresowana ich życiem miłosnym i nie mam tu na myśli uczuciowego (no, wiecie, rozumiecie), nie sądzę, żeby oni byli ciekawi co przeżywałam wtedy ja. I nie pamiętałam nawet, że oni wzięli w sekrecie nie tylko cywilny, w którym byłam świadkiem, ale i kościelny w Ząbkowicach Śląskich...

Nie była dla nas ani trochę matką i do jej końca wkurzało mnie, że ma moje nazwisko. Bo moi chłopcy mają nazwisko swojego ojca, którego ja nie lubię i nie używam.

Ale listy od mojego ojca, pełne wyrzutów, jak to ja pozbawiłam go środków do życia, odbierając w ZUS moją połowę renty po matce, gdy powiedział, że nie będzie łożył na moje studia. Część brata przepijał co do grosza, nie byłam na tyle mądra, by załatwić opiekę nad nim. Jaka to ze mnie kanalia, że podałam ojca na leczenie przymusowe (tak, wtedy była taka opcja) po tym, jak rozwalił bratu głowę puszką w pijackim szale. Jego żona, wezwana na komisję  powiedziała, że ona nigdy nie widziała męża pijanego. Kurwa.

Że musi spłacić 600 zł, które pożyczył na pogrzeb swojej matki (ani jej nie grzebał, ani nie przyniósł złamanego badylka)... 621 to była moja połowa renty po matce. 

Nie, nie drążę dalej, bo znów wróci i znów będę gryzła poduszkę. Było, minęło, nie wróci, a ja do końca życia będę DDA, winna wszystkiemu złemu tego świata.

Listy od brata, standardowo: nie miał czasu, żeby do mnie pisać, bo się uczył. Potem prośba bym jechała do: wychowawcy, dyrektora, innego chujamuja, bo znów ma same dwóje. I nie ma kasy, choć załatwiłam mu stypendium, miejsce w internacie i miał wypłatę z zakładu, gdzie miał praktyki... Przeciągnęłam, załatwiłam technikum i internat w Poznaniu, ale po pierwszym roku, który przebimbał, zamiast iść na poprawkę, poszedł z kolegami na piwo. I do końca życia miał do mnie pretensje, że on to ma pod górkę, że ja jechałam całe życie na opinii i mi się wszystko udało. Przepił wszystko, co miał i sobie to marne życie odebrał, bo już mu nie pomogłam, biorąc go pod swój dach, bo na propozycję, by poszedł na mityng powiedział, że sama mam tam iść, bo mam problem z alkoholem, on nie ma. No mam, właśnie popijam martini, bo mogę, bo miałam ciężki, bardzo ciężki dzień w pracy, bo wychowałam dzieci, mam oszczędności, dach nad głową i już na wszystko mam wyjebane. Mając do wyboru pomaganie człowiekowi, który nie trzeźwiał od dłuższego czasu, miał długów więcej niż włosów na głowie i nigdy nie brał odpowiedzialności za swoje czyny i słowa, a dzieci - wybrałam dzieci. Dziwna jestem, nieprawdaż?

A i do dziś, leżąc w bezsenne noce czuję się winna. I w dzień także.

Ten, kurwa, model tak ma...

Pracowo wypisałam urlop, bo mam dość. I tak, śmieszą mnie Francuzi na barykadach, bo ja wciąż cieszę się, że pracuję, ale rozumiem ludzi pracujących ciężko fizycznie - trudno po sześćdziesiątce na kolanach kamienie układać, wszystko zależy od człowieka i od zdrowia. Znam wszystkie za i przeciw, ale jestem rzeczowa do bólu i wiem, że na kolejne pokolenia nie ma kto pracować.
I pracuję na pół etatu, to też ma znaczenie, ale... Home office to z jednej strony błogosławieństwo, z drugiej przekleństwo, bo wszyscy chcą, żebym ja się naginała do ich urlopów, wyjazdów, dzieci i innych nieszczęść tego świata, bo ja lubię siedzieć na kompie.

Rozmowa z Bossem o pensji była jaka była, jakoś do niego nie dociera, że pracuję na pół etatu, że moja pensja w tej chwili jest śmieszna, że jestem znakomita i dyspozycyjna (doceniają to ludzie, z którymi pracuję, nie on). Patrząc zaś na oferty ludzi po kursach za grubą kasę (jak moja synowa, chociaż ona jest akurat dobra, nawet bardzo w te klocki, ale: ma małe dzieci, jest powolna, zbyt dokładna i też wielu rzeczy nie ogarnia jeszcze), którzy posiadają wykształcenie i posiadają możliwości, to wymiękam. Laik, czytający to nie ogarnie ironii, nieważne. Jestem perłą, mimo błędów, które puszczam, bo puszczam, korekta jest po to, by było ich mniej.
No więc wypisałam urlop na tydzień przedświąteczny, bo chcę, kurwa, iść na Manhattan, iść w świat bez plecaczka, dawno nie byłam albo po prostu się upić, mogę, jako rasowa alkoholiczka, co nie?
Podpisał, HR pisze, że mam urlop.

A że nadgodzin mam w chuj i trochę, a że robię w wolny tydzień kolejne dzieło dla ludzi, którzy wrzeszczą żadnej innej korektorki, za które może coś dostanę, a może nie (tydzień pracy), więc w dupie mam wszystko i mimo że ma być kolejny ekstras, piszę emilka do robiących ekstras, że albo dadzą teraz, albo będziemy robić w dwa dni (mi dwa dni starczą, im nie, bo muszą autoryzować teksty). No więc leci taki jeden do Bossa, a Boss do mnie, że jak to nie ma korekty?

Odpisałam słodko, że złożyłam (było nie było, z prawie trzytygodniowym wyprzedzeniem) wniosek, Boss zatwierdził, a ja informuję, że... 

I wyliczam, co robię, że mam nadgodzin w pytę (a mam tyle, że prawie cały etat mam, a nie mam nawet najniższej krajowej), że ta wielka kasa, która go boli i zawyża moją pensję, to praca poza godzinami etatowymi, mimo że płacona z pensją...

Cisza w eterze. Emilek do redaktorów, dw do mnie: proszę się sprężyć i poszukamy innej korektorki na czas urlopu SJ... 

Już widzę, jak szuka. I niech mu tak zaśpiewa, że się zesra.

A mógł dać te parę stów więcej, to zrobiłabym to nawet na urlopie. 

Ale, wróć... Pokolenie, już nie wiem, które X czy Z czy inni millenialsi mają wyjebane na taką dyspozycyjność. 

Mam i ja. Palcem w bucie nie kiwnę. Jestem warta swojej ceny. I niech mnie spróbuje wywalić, odwołam się nawet do sądu, bo nie ma za co. A z ageizmem wygram, bo nie mam obowiązku odchodzić na emeryturę, nawet jeżeli jestem stara :D

Już w dupie mam, nie będę wciąż Murzynem tego świata.

Posłałam SMS z pytaniem, czy jeszcze coś na dziś po godzinach. Nie odpisał. W dupie to mam, zamknęłam pocztę i ogarnęłam biedną, zaniedbaną chałupkę.

I nieważne, że jestem stara, gruba i mam wąsa, prawie łysa i nikt mnie nie kocha.

Ja siebie kocham, nie dam się. 

A jutro sobota, więc... nie, nie, nie do Lidla :)

Na Manhattan, po bratki i stokrotki, Pan od Pomidorków stoi od wtorku i wygląda, czy czasem SJ nie idzie.

Jeszcze tylko ten jebany korytarz...

Życie, kochanie, trwa tyle co taniec...

A temu Baranowi się nagle zatęskniło.

Miło :)

sobota, 11 marca 2023

Ufff

 przeżyłam, Kochany Pamiętniczku, aczkolwiek łatwo nie było.

Alienek dopieszczony, jako i ja dopieszczona. Kalafiorkówna ma charakterek jeszcze lepszy jak ja, nie da się nic wydłubać ani jednego genu.

Obiadek karnie zeżarli, wg zamówienia, K. rosołek, A. pomidorową. Dla rodziców też zostało,więc dostali, pomidorową, bo resztę rosołku wlałam do pomidorówki. Inżynierowa zdziwiona, że w mojej pomidorowej łyżka stoi, a u niej cienka zupka. Kalafiorkówna zażyczyła sobie znów zupkę i stwierdziła, że pomidorowa lepsza, więc dlaczemu dałam jej rosołek? No bo chciała. A Inżynierowa pyta, z czego robiłam. No jak z czego? Z mojego letniego przecieru. A ona robi z pomidorów z puszki. No cóż, proponuję wciąż mój przecier, ale nie chcą. Trudno :)

Pomijając inne przygody, zaskoczyła mnie prośba Inżyniera o Tajemnice zwierząt. Nie pamiętałam, żeby się tym fascynował w dzieciństwie, ale skoro twierdzi, że tak. Jak wziął książkę do ręki, to ani jego nie było, ani Łobuzów... Dostali więc te 45 tomów, bo co mają się u mnie na półce kisić? Już w samochodzie Łobuzy wertowały, w domu też - niech im służą. To raduje moje serce, a jeszcze więcej się uraduje, jak zabiorą więcej książek, ale chyba za małą chatę zbudowali... A dziury na półce już nie ma, a jak wezmę się za generalne porządki, to i miejsca znów nie będzie.

Podczas szperania Łobuzów po kątach (jprdl, ile kurzu wszędzie jest, ale oj tam, oj tam), odkryłam znów 


a to i tak nie wszystkie moje listy, a że nic mi nie podchodzi na żadnej z platform, a mam ich od cholery, łącznie z torrentami...

Wróciłam w krainę wspomnień i odkrywam, że mam olbrzymie dziury w pamięci...

Bo znajduję taką kartkę


to jest format dzisiejszej widokówki, ale kim do licha, jest Maryla? Dalsze listy rozwiewają trochę mgłę, jest jeszcze zdjęcie, ale wciąż nie wiem, dlaczego jej nie pamiętam i dlaczego nasza znajomość się urwała? Może rozwiążę jeszcze tę zagadkę, jeszcze sporo czytania przede mną, a może odejdzie to w mrok niepamięci.

I listy od Niego. Nie, nie była to ani moja pierwsza, szalona miłość, taka nieprzebolana do końca, ani nie był to mój mąż. Z nikim już później nie nadawałam na takich samych falach, choć wściekła byłam na Niego za dedykację na zdjęciu, bo zamiast mi napisać, że mnie kocha i żyć beze mnie nie może, napisał "Nic tak życia nie upiększy jak na starość jeden głębszy"... Po latach doceniłam. 

Rozdzieliła nas mineralogia i termodynamika, poszło nam o to, kto ma nosić węgiel do piecyka. Miał kompleksy, on po zawodówce, ja kończąca studia. I owszem, robił błędy w listach, ale... nie miałam jeszcze wtedy duszy korektorki (dalej jej za darmo nie mam, poprawiam tylko za kasę). Był fotografem, nie zrobił mi nigdy ani jednego zdjęcia, bo twierdził, że nie chce mi skraść duszy...

Warczeliśmy na siebie bez ustanku...

Czy żałuję? Czytając listy, tak, bo mielibyśmy ciekawe życie. I nie, bo gdybym z nim była, nie byłoby Łobuzów.

Nie ożenił się nigdy, był młodszy ode mnie. W sumie nie rozumiem, dlaczego ludzie przywiązują taką wagę do wieku, tego nawet na blogu nie będę odkrywała, są rzeczy, które należy zakopać bardzo głęboko i nigdy nie odkopywać, bo po co?

Nie, żeby to było coś złego, nie. Ale to nie ma sensu. 

I dlatego Baran jest moim Przyjacielem, bo wie :) Trzeba mieć kogoś takiego w życiu.

A list, cóż, to już teraz bez znaczenia, ale i tak uśmiechnęłam się. I namęczyłam, starając się przekonwertować papier na format, który przyjmie blog. 





Gdybym znalazła kogoś równie złośliwego, to kto wie, może złamałabym swoje zasady... 

A może i nie...

Do listów od Edy jeszcze nie dotarłam, ale wpadła mi w ręce kartka od niego...


Wiedział już wtedy, że nie będę brała ślubu kościelnego, a jednak mnie nie skreślił...


Są ludzie i parapety.

A najbardziej wzruszające są wspomnienia po wspomnieniach... :)

Bo to życie to bal jest nad bale...

piątek, 10 marca 2023

Pokiełbasiło się

 Kochany Pamiętniczku :) 

Miałam jutro jechać na włości, ale ponieważ że jakiś film już kończy się w kinach, że tragedia i nie przeżyją tego, wizyta została odwołana, albowiem rodzice bardzo ale to bardzo chcą oglądnąć film. Wieczorem Inżynier nagle o Skype prosi, ja w strachu, że coś się rypło, a to o kino chodziło. Tak więc zamiast jechać na włości będę miała najazd Łobuzów na chatę. Wzdech. Ale co tam. Kalafiorkówna już mnie nie poznaje (dobrze Skubana udaje), Alienek śle buziaczki i mordka mu się na mój widok raduje, więc co mi tam.

Wstałam o szóstej (Santa Madonna), pobieżyłam po zakupy, przedtem pościel zmieniwszy, bo to ten dzień, zrujnowana byle zakupami (finansowo) wróciłam do chaty i mam w lodówce rosołek, czekający na życzenie czy rosołek, czy pomidorowa, bo wiadomo, Łobuzom w dupach się już poprzewracało z tego dobrobytu.

Jako że weekend mam mieć pracujący, ogarnęłam już dziś wszystko i teraz jest czas dla mnie. Czasem warto się zmobilizować, chociaż wino w lodówce się nie chłodzi :)

Pracowi obudzili się po 13, parę emilków zrobiłam, ale jak się bańka rozpruła, po prostu zamknęłam pocztę i mam wyrąbane na hello, hej i hi. Po 13 latach powinni ogarniać cykl mojej pracy. Nie piszę emilków, bo nie czytają.

W dupie mam. Ja się ze swoją robotą wyrabiam, co mam udokumentowane, jestem asertywna (ostatnio do pewnych granic) i co mi kto zrobi?

Jeszcze tylko Starej Jędzy kochanej brakuje w emilkach.

Moje nowe imię to asertywność i tyle.

Pytałam, czy mam być rano, czy po południu, to nie chcieli się zdecydować. A to nie działa tak, że będę i rano, i po południu.

Pierworodny wczoraj wleciał, bo w Aldim zakupy robił, ale nic nowego nie powiedział. Jadą do O., mnie to rybka. 

Ale dobrze, że do mnie wpada. Mała Wiedźma znów chora, znów na SOR, jakieś zapalenie ucha. Co mam rzec? Papryczek też kasłający. I tyle nowin. I wkręcił się w pracę, bo tylko o niej gada, sypie imionami, a ja jak święty na tureckim kazaniu. W sumie nawet nie wiem, gdzie on pracuje - gdzieś koło wioski i dojeżdża, ale czemu raz z Junikowa pociągiem, a raz autobusem z Lubonia - nie ogarniam :)

A we wtorek na Manhattanie będzie Pan od Pomidorków, z bratkami, stokrotkami i niezapominajkami. Znów pobudka o 6, choć nie za bardzo będę miała czas na sadzenie. A i w loggii bajzel nieziemski, nic jeszcze po zimie nie jest ogarnięte.

Ale dziś wypłaciłam kasę z bankomatu, a moje bratki, aczkolwiek kilka z nich przetrwało, jakoś nie kwapią się do życia.

Wczoraj czułam się tak, że zastanawiałam się, czy dzwonić po pogotowie, ciśnienie mi skakało, bolały mnie nawet włosy na głowie, miałam je ściągnięte na czaszce, w nocy spałam może 3 godziny, z kanapy na kanapę wędrowałam. Może to wina zamykania agroszeryfa, choć w miarę spokojnie było, pomijając, że Boss zadawał niedorzeczne pytania - dlaczego jest tak, a nie inaczej. Dlatego, że system jest do dupy, a ja nie mam na to żadnego wpływu, nie ja wybierałam program operacyjny, zachwalany przez niego pod niebiosa (jugosłowiański, z 2000 r., co już samo mówi za siebie, w komputerach to jak wóz drabiniasty zamiast mercedesa), a poza tym dziennikarze nie mają opanowanych najprostszych technik pracy w edytorach tekstu, które są dla nich podstawowym narzędziem pracy.

Dziś wstałam z duszą na ramieniu, ale dzielnie w ulewie poleciałam na Manhattan i...
Ogarnęłam całą chałupę, fakt, że wstawanie z kolan to wciąż problem, ale poza tym wszystko gra i buczy.

Może dlatego, że nie mierzę ciśnienia i nie myślę, do której będę siedzieć dziś?

Może ja faktycznie psychiczna jestem na maksa?

Ale na razie jest cudnie i tej wersji się trzymajmy :) 

 



wtorek, 7 marca 2023

Taki

 dziwny dziś dzień, Kochany Pamiętniczku, że nawet żaden film mi nie wszedł.
Pracowy do 13, na luzie, więc jedno puzzle, jakaś gierka.

Po 13 wyprawa na pocztę, bo Baranie urodziny blisko, kartka się należy staruchowi jak psu zupa, więc choć wiatr w oczy wiał i deszcz ze śniegiem zacinał, poszłam i wrzuciłam rzeczoną do skrzynki. Dwa tygodnie przed terminem z hakiem, ale cholera wie, kiedy dojdzie.

I tak sobie myślałam, że lada dzień urodziny synowej od Pierworodnego, a ja biję się z myślami, czy w ogóle się odzywać? Bo nie daję jej prezentów od dawna. Dawałam, nie słysząc w zamian nawet zdawkowego dziękuję. Dawałam kasę, bo gdy dawaliśmy jej kosmetyki, no bo co można wymyślić, jak się człowieka nie zna, zażyczyła sobie, żeby nie dawać kosmetyków, bo ma dość. Za każdym razem (a to rzadko), gdy do mnie przychodzą, nie ma jej, bo boli ją głowa. Na żadne moje jubileusze, święta, dni od kilku lat nawet nie napisała SMS ani nic. Więc?

A ja, głupia cipa, martwię się, że Pierworodnemu będzie przykro, że o niej nie pamiętałam.

Co jest, ze mną, kurwa, nie tak?

Z Inżynierową sprawa prosta - zawsze jej się wypsnie, co za nią chodzi, dostaje kasę i jeszcze nigdy nie reklamowała. Może nie jest wylewna jak ja, ale zawsze bąknie słowo. No i odzywa się do mnie prawie codziennie, nawet jak się nie zgadzamy.

Jak ze skarbonkami, bo to ja rzuciłam pomysł, że może skarbonki dla Łobuzów. 

Była cisza, a potem nagle - Łobuzy mają skarbonki. Bo niby musiały sobie same wybrać, no dobra, ale odpadł mi pomysł na łapówkę.

I się zaczęło, bo okazało się, że Kalafiorkówna podjęła wątek, podprowadzając dziadkowi puszkę z drobnymi (u mnie nie wolno im nic podprowadzać, nie, że ja nie daję, rodzice zabraniają, aczkolwiek parę rzeczy udało się wydać). I tak mówię, że jak to, że foch, że ja mam skarbonek od cholery, bo


 kiedyś dostałam od Cyganów, ma w denku licznik, ale nie dam sobie reki uciąć, że tam są jakieś bieżące monety, albowiem skarbonka ta służyła mi w czasach, gdy bieda zaglądała mi w oczy (teraz też mi zagląda, ale to już nie moja wina), wyciągałam z niej drobne na piwo :) 


Zielonego pojęcia nie mam, czy kwota jest aktualna.

A poza tym mam, nie licząc poutykanych w najdziwniejszych miejscach, w słoiczkach, w różnych chujachmujach i woreczkach drobniaków


w takich cudnych pudełeczkach, och, ach


nieaktualnej waluty, z magnesikami, a jakże...


gdzie się podziała druga, nie wiem, ale gdzieś jest...



... pusta kawalerska Inżyniera, czeka na niego wiernie w pudełku...


... z sakiewką, którą pracowicie sam uszył na ZTP...


... no nie da się ukryć, że majątek :)

No dobra, może to i niewiele warte, bo na przykład ta pięciozłotówka na pewno nie jest warta kilka tysięcy, jak piszą portale, ale kilka złotych tak, jak to wszystko pozbierać, to coś z tego będzie.

I tak się przekomarzam z Inżynierową, a tu warunki, że uzgodnili z Inżynierem, że poniżej 50 gr nie wrzucamy?

I tak sobie myślę brzydko...

Pieniądz to pieniądz, fakt, że Łobuzy za małe, nie znają jego wartości.

Bo co? Coraz bardziej mnie nagrzewa całokształt. Bo tak. 

Bo ja, kurwa, też mam depresję, jak patrzę na to wszystko.

A nie, wróć, cieszę się życiem, pełnią życia, zdrowiem i tym, że wszystko mogę, nic nie muszę. Mogłam mieć zmywarkę do naczyń, więc dlaczego jej dotąd nie mam?

A nic, morda w kubeł.

Mnie to urządza, bo zamiast tradycyjnych łapówek, które nie da się ukryć, coraz więcej kosztują, wrzucę dwa złote i będę miała na resztę wyjebane. :) Dzieci będą zadowolone, niech sobie zbierają na co tam chcą, na pokemony i inne badziewie, które im się już uszami wylewa, a ja sobie odetchnę.


Jak na razie nie oddycham za bardzo, bo pełnia Robaczywego Księżyca, a ja z nim mam na pieńku. Nie tylko z Robaczywym, z każdą pełnią.

To się nazywa SKS :)

Przy okazji do Biedry wlazłam i mnie szlag, bo nauczyłam się, że trzeba czytać to, co drobnym druczkiem napisane.

Okulary muszę zmienić.

A nie, wróć, nie mam na okulary teraz.

A, nieważne.

Za to mam zapas 


 

srajtaśmy. Bo wieszczą, a to się sprawdza (w odwiedzonej dziś Biedrze srajtaśmowe i chusteczkowonosowe pustki, tak samo w Lidlu, gdzie polazłam po gruszki), że ceny strzelają do 40 zł za opakowanie zbiorcze (prawda), a listków coraz mniej.
A ja dobrze pamiętam wycieranie dupy gazetą (dziś nie do pomyślenia - raz, że w całej chałupie nie uświadczę ani jednej gazety, dwa, że obecny papier gazetowy nie nadaje się do dupy, trzy, że gdybym nawet poleciała po Gazetę Polską z zamiarem użycia jej do wycierania mojej rzyci, zatkałaby mi kibel). Bidetu nie mam, nie stać mnie na remont łazienki, miejsca w niej nie ma, a nawet, gdybym pokombinowała, zaiste nie mam pojęcia jak to się obsługuje, a woda też droga.
Chusteczki do nosa też coraz droższe, u mnie idą jak woda, bo... Jestem prosięciem, jem przy kompie (zwłaszcza w dniach pracowych) i nakrywam wtedy gryzonia chusteczką, coby się nie uświnił :) A poza tym, choć wciąż mam chusteczki z koronkami, a jakże, sama myśl o praniu ich, prasowaniu, krochmaleniu koronek - odpada :) Wciąż pamiętam pranie chusteczek ojca po śmierci mamy, gdy miał katar. Nikt mi nie powiedział, jak to zrobić, a prałam je w rękach. Moja trauma do końca życia, a ojciec wymagał wypranych i wykrochmalonych, a jakże, pan i władca...

Było, minęło, trauma pozostała.

Papierowe, nieekologiczne chusteczki, tak jak srajtaśma są dla mnie zdobyczą cywilizacji i mojej ciężkiej pracy.

Patrząc na wszystko, co dzieje się obecnie z obalaniem kultu JPII, mam mieszane uczucia.

Nie w sensie, że o rany, co się dzieje.

Mieszane, bo moja teściowa wciąż podsuwała mi pod nos przepowiednie.

Mieszane, bo sama nie wiem - wierzę, że jest życie po życiu, w innym wymiarze, ale nie w tym, jaki przedstawia Kościół. Może jednak lepiej, żeby go nie było, ale wtedy - jaki to wszystko ma sens?

Ale deja vu - jakbym już to przeżywała i nagle nabieram ochoty, by żyć.

Wiem, to skomplikowane :)

I to, że nigdy nie szalałam za JPII, nawet jak był w wiosce, a był dwukrotnie, nigdy nie leciałam na spotkanie z nim, o co miała do mnie pretensje Ciocia. Sama była na obu, nawet mnie nie informując, że przyjeżdża. Pierwszy raz był, gdy Pierworodny miał niecałe 3 lata, nie widziałam sensu w pchaniu się z takim małym dzieckiem w tłum. Nie lubię tłumu, boję się go, a to było szaleństwo wtedy. A potem w 1997 roku siedziałam w redakcji DP na dyżurze i czekałam na relację, żeby ją skorekcić, żeby poszła na czas do druku :)

C'est la vie.

A w dniu śmierci JPII Pierworodny był na pierwszej randce z dziewczyną, której do dziś żałuję...

I tego mojego krzywego spojrzenia na Kościół nie zmieni ani dzieciństwo (szczęśliwe) w kościelnym (jeszcze) przedszkolu, ani kilku wspaniałych księży, którzy przewinęli się przez moje życie.

A dziś z satysfakcją (panią sprzątającą proszę o wybaczenie) wywaliłam na wierzch skrzynek ze szpary unijnej kopertę z mojej (?) nowej parafii, kopertę formatu A4, a której jak co roku w Chałupach była mała koperta z druczkiem do daniny parafialnej. Mogłam zanieść do makulatury, ale diabeł we mnie wstąpił.

No i jak ze mnie tę daninę ściągną?

Komornik przyjdzie?

Wiem, Eda, pogadamy jak czekista z czekistą, możesz mi nawet nakopać, jak wtedy, gdy oburzony byłeś, że mam na plakacie w akademiku: I Boże, jak jest pięknie żyć, oczy szeroko mieć otwarte, dla dekalogów mieć pogardę, a nie bać się, że pęknie nić... Wlokłeś mnie na obiad do knajpy, bo wychudzona byłam (fakt), pozwalałeś mi wypić piwo, jak zjadłam obiad. Byłeś dla mnie jak starszy brat, którego nigdy nie miałam. Nigdy nie dowiedziałeś się, że kochałam się w Tobie na zabój. Nie potępiłeś mnie za brak ślubu kościelnego. I pewno nie potępiłeś też swoich parafian, że zakryli Cię srebrną płytą, wbrew Twojemu testamentowi. Testament wciąż jest w sieci.

Widzisz, nic nie jest proste...

Ty byłeś doktorem Kościoła, ja cóż, doktoratu dorobiłam się dwukrotnego, z prania pieluch.

I to jest piękne, że nasze drogi się kiedyś przecięły.

A po Twoim odejściu znalazłam Twój grób dlatego, że koleżanka w Auschwitz, mieszkająca w sąsiedniej miejscowości koło mojej wioski wspomniała o cudownym księdzu, który mówił o znajomej bibliotekarce, że taka nieuczesana, ale że albo będzie dobra katoliczką, albo dobrym człowiekiem.

No i powiedz, Eda, jak zakwalifikować taką Starą Jędzę?

Dawno u Ciebie nie byłam, obiecuję, że się poprawię, jak tylko pogoda się poprawi. 

Choc Tobie już wszystko jedno, a może nie, może jednak jest ten inny wymiar i inna czasoprzestrzeń?

W której siedlibyśmy szczęśliwi ze spotkania, nad lampką wina i byłaby pełnia szczęścia?

Z ta nadzieją (wiem, jest matką głupich) pozostanę...

I nie odpuszczę tych dekalogów, bo dla nich warto jednak żyć.

Żyć, nie zeświniwszy się.





czwartek, 2 marca 2023

Jak koń

 po westernie, Kochany Pamiętniczku, zmęczona wróciłam do domu z tej wyprawy do memłona pracowego.

Impreza była na stojąco, ciasta przepyszne, ale te speeches, rozwlekłe i wychwalające pod niebiosa odchodzącą redaktorkę, która raczej popularna nie była, mała salka, choć największa konferencyjna, tłum obcych twarzy - jakieś sto osób, z czego znam może 20? I hałas, wzmocniony przez aparaty, stanie dwie godziny, nawet szampana nie tknęłam, a wyszłam jak pijana :| I te badziewne prezenty, fakt, kwiaty takie, że zabiłabym, żeby je mieć, ale te wazony, szkło, ramki z fotkami... Fakt, że to za kasę ludzi, bo się zrzucali, firma tam nic nie dołożyła jako firma. Ale na słodycze i resztę odchodząca redaktorka wydała co najmniej kilkaset złotych...

A największą uciechę wzbudził tort od firmy, bo Boss znalazł tam błąd. Jego zdaniem. Bo i owszem, błąd był, ale nie tam, gdzie on go widział. Napis był: Dziękujemy Kasiu. To nie był błąd, bo: Dziękujemy (Tobie) Kasiu - jest OK, z tym, że po dziękujemy powinien być przecinek :) A bez przecinka powinno być Dziękujemy Kasi. 

Ojaciepierdolę...

W cukierni nie mają korekty :) 

Redakcję oblazłam, ale mało było luda.

Na dywaniku byłam i okazało się, że pensję wypłacono mi... omyłkowo, co zauważyli dopiero teraz. W dupie to mam, że księgowość nie ogarnia. W rozmowie z Bossem powiedziałam, że jak zostanie jak jest, to będzie OK, będę mu ekstrasy robić bez upominania się o premię, bo była podwyżka o 10%. No ale okazało się, że moje 10% to o wiele mniej, niż tamto za warzywka, że ekstrasów mamy mało, że moje nadgodziny to pikuś, że sranie w banie, jakby kilka stów miało zbawić całą firmę, że... no mogę wrócić do swojego pokoju, bo on broni go własną piersią jak lew i dwa niedźwiedzie.

Na to ja, że nie ma opcji. Że wrócę po moim trupie, że jeszcze będzie takiej perły jak ja żałował...

Ale potem na imprezie się żalił, że mnie ściągnąć nie może. A koledzy na boku mówili mi, że im pasuje, że pracuję z domu, bo... mogą coś na cito wysyłać i zawsze jest skorekcone.

No cóż, punkt widzenia zależy od punktu siedzenia.

Zobaczę, jaka będzie następna pensja, ale nie ustąpię z home office.

A na moje, że od 1 kwietnia Kodeks pracy obejmuje pracę zdalną i że mogę się ubiegać o refundację np. internetu prawie się zapowietrzył. O głupie 45 zł, które firma by i tak wrzuciła w koszty. Tak, jakbym chciała wszystkich i wszystko zrujnować.

Tęsknię za starą siedzibą na R., było ciasno, źle, ale jakoś bardziej po ludzku.

A na koniec zeszliśmy na politykę i na moje, że pomidory drogie stanowczo powiedział, że zimą je się ziemniaki, nie pomidory, bo to nienaturalne.

Kurwa.

Jednak facet z andropauzą to skaranie boskie...

A z milszych wieści.

Inżynier się wczoraj spitolił, bo musi mieć dowód, że płaci podatki w pipidówce, do której się wyniósł, bo mu dzieci do przedszkola nie przyjmą.

Pochwalił się, a ja pozazdrościłam i... Przy śniadaniu też się spitoliłam :) I YEEEHHHH :)

Muszą mi oddać 1325 zł :)

Poszło bezboleśnie, mimo moich obaw o hasła i takie tam...

Ale...



To jest mój PIT za 2021 i jak widać, moja mizerna emerytura była jednak wyższa, choć z podatkiem odciągniętym od tej po waloryzacji i po doliczeniu kolejnego roku pracy, co też daje wyższą emeryturę, no i bez podatku...

I tak nas robią w ciula :)
A po powrocie do chałupki, w szparze unijnej awizo.

Na Dorotę, więc na pewno nic urzędowego...

Na pocztę szłam z duszą na ramieniu, bo jak się służbista trafi, to nie wyda poleconego, tym bardziej że na jedno nazwisko, a ja mam dwa :)

Ale udało się i...

W liście było 


... fuj, jak mi zaśmierdziało ćmikami...


... i kolejny naparstek do kolekcji, Baran tam balował :) Zbankrutuje kiedyś przez moje hobby, biedak.

A na półeczce z moimi pracami wylądowała kolejna pozycja


Coraz ciaśniej tam... Czasopism nie gromadzę, bo musiałabym nowe mieszkanie kupić na archiwum tego, co w życiu przeczytałam i skorekciłam :)

I tym miłym akcentem żegnam się z Tobą, Kochany Pamiętniczku, donosząc, że Inżynier fotkę przysłał, że już nie wspiera Rydzyka, łażąc do Żabki, że teraz jest #teamDino... 

Dino to firma mojego krajana, którego nie znam, który jest nie do znalezienia w internetach, ale w K. krążą różne opowieści... :) 



środa, 1 marca 2023

W sumie

 równie dobrze mogłabym, Kochany Pamiętniczku, mieć na wszystko wyjebane...

Bo pisałam do Bossa, że jestem, silna, zwarta, gotowa, że sranie w banie mieliśmy się na randkę umówić, a wróć, na czerwony dywan, aaaa...

I nic. No cóż, siedziałam od poniedziałku, nie żaląc się, bo roboty było tyle, co kot napłakał, co się filmik oglądnęło i inne takie tam, to moje, punkt 13 zamykałam budkę na kłódkę, a że pogoda cudna, tom szła w siną dal i w stronę słońca, ciesząc się życiem.

Bo tak, bo mogę, bo chcę.

Przyszykowałam się na jutrzejszy wypad na pożegnanie naczelnej warzywek do firmy.

Nawet tusz do rzęs kupiłam, po latach niemalowania (chyba z pięciu), wymalowałam się starym, ledwo zipiącym, bojąc się o oczy, ale oj tam, oj tam.

Naszło mnie. Kto bogatemu zabroni?

A wieści doszły, że toto będziemy zamykać nie w ten piątek, a w przyszły czwartek. I tak mi lecą nieodebrane nadgodziny, ale morda w kubeł. Wciąż dostaję kasę za warzywka, nie wiem, czy się zagapili, czy to ma być podwyżka. Jak tak zostanie, jestem gotowa nawet im robić te jebane ekstrasy bez marudzenia, w końcu ta kasa piechotą nie chodzi, a odkąd warzyw nie ma, cierpię na niedobór pracy ;) Tak jak kiedyś mi Boss wyszczekał: żeby wykorzystać pani moce przerobowe, musielibyśmy jeszcze z pięć gazet wydawać...

Hehehehe, nie mówiłam mu, że w Auschwitz za kasę, którą on mi płaci, robiłam... 28. Fakt, że nie wszystkie były miesięcznikami, ale w sumie było ich 28. I jeszcze wprowadzałam wszystkie do internetu. Tłumacząc się, że nie zdążyłam jeszcze wprowadzić przed palantem rządzącym fotoskładem, który musiał udowodnić, że pracuje, a nie wiedział, co się stało, że klawiatura zamiast Z zapisuje Y, gdy grafik zachorował. Ja wiedziałam, i dzięki mnie numer poszedł do druku z napisem MARZEC, a nie MARYEC... A, kurwa, nikt mi za to nie zapłacił ani grosza, nikt też nie znał HTML, albo też nikt nie był taki głupi, by się przyznać, że go zna :) Myślicie, że jebany kierownik stanął w mojej obronie, gdy zawadzając niepracującym redaktorkom (w godzinach pracy wykonywały zlecenia dla firmy zewnętrznej, w której pracowały na zlecenie, bo "nas jest za mało", a kto udowodni, patrząc na ekran, dla kogo się pracuje?), usłyszałam, że nie pasuję do zespołu? I że zatrudniają mnie z litości? Gdy wg Kodeksu pracy MUSIAŁAM już dostać zatrudnienie na stałe? 

Przeszłam wtedy, a long story, do obecnej firmy. Tam po trzech latach dowiedziałam się, bo w marketingu pracował mąż jednej z redaktorek z Auschwitz, że jestem osobą konfliktową w pracy :)
A moi obecni redaktorzy piszą: nie ma opcji, żeby pani odeszła na emeryturę... Nawet jak firma padnie, będzie pani pracowała jeden dzień dłużej :)

W obecnej firmie nie zająknęłam się o internetach, mają oddzielny dział, pracuje tam dobrze zarabiająca polonistka, która leciała do mnie (jeszcze jak pracowałam na miejscu) z pytaniem, jak się pisze. Choć "jak się pisze" było w zakresie jej obowiązków. 

I nikt, nikt, kurwa, nie wie, że znam HTML i umiem go błyskawicznie obsługiwać. 

Dorosłam, nie pcham się na afisz, miss i tak już nie zostanę.

Jedna z redaktorek, przeszedłszy do marketingu,podrzuciła mi raz ich produkt (a z marketingiem mam na pieńku, bo wysyłał kwiatki typu "kongres w mieście Łudź"... Oberwali i zaczęli mi wtykać swoje cuda, ale... ani słowa o premii. No to poszłam do Bossa, na skargę, że jak to, bez Bossa, pomijając władzę, dowalają mi robotę? (A nienawidzę robienia ogłoszeń...). W momencie, gdy najważniejsza jest NASZA GAZETKA? No i się odjaniepawlili, aczkolwiek eksszef marketingu mnie poleca gdzie się da i nie da...

No i rzeczona koleżanka, awansowawszy i jadąc na moich sentymentach do niej, w dniach moich bezpracowych emilka mi podsyła, że kto, jak nie ja... A ja, głupia, robię to. Za chwilę znów, że to do ukochanej gazetki... W momencie, gdy nie miałam czasu się wysikać. Więc uprzejmie skorekciłam, ale odpisałam, że nie należy jechać na gazetce. No i foch, żadnego dziękuję ani pocałuj mnie w dupę. A wystarczyło napisać, że jako dyrektorka, a jakże, doda mi do pensji parę groszy za ogarnianie i jej kuwety. Wiem, że z kasą nie za bardzo, ale wiem też, ile płacą ludziom z zewnątrz za teksty wołające o pomstę do nieba.

Nevermind...

Nie wyrywam się przed orkiestrę, jest cudnie, bo pensję już drugi miesiąc (odpukać) mam starą :) 

A chuj niech trzaśnie Eneę, łupiącą bez litości Inżyniera, wciąż nie zmienili mu taryfy z budowlanej na normalną, mimo papierków, zgłoszeń, telefonów... To jest tragedia, bo rachunek za prąd sięga już 7 tys., to przerasta nawet pensję Inżyniera (doliczając inne comiesięczne wydatki), a jego roczne zarobki to ja mam w ciągu 10 lat może...

A na mojej fakturze, bo dokładnie ją przejrzałam, dotychczas patrzyłam tylko na numer faktury i na kwotę, wciąż są dane Eksa, kurwa, choć byłam u nich z aktem zgonu i przerejestrowałam wszystko na siebie, jako nowa właścicielka mieszkania! Nie mam w tej chwili melodii na szukanie papierów od nich, wiem gdzie są, ale mnie to przerasta (cóż, niezdiagnozowana jestem), ale jak się ogarnę, zatruję im życie, pisząc i reklamując. Ale poczekam, aż Inżynier ogarnie swoje, żeby nazwiska czasem nie skojarzyli - wypadki chodzą po ludziach ;) 

I tak myślę, co Inżynier napisał, że to 25 km w jedną stronę, więc jakby nie spojrzeć na to - 50 w obie. Byłam przeciw, ale co ja mam do gadania? Miejscówka to był wybór Synowej (bo blisko do taty, a i do mnie blisko obwodnicą). Tata ma samochód - teściowa zmarła, więc jest wolny jak ptak. A ja pracuję. dojazd na Ogrody ode mnie to jakieś 40 minut przy dobrych wiatrach. Autobus do nich, co z tego, że pod sam dom - to chyba jakieś kolejne 40 minut. Więc nie, nie jest to dla mnie ot tak, sobie pojechać, autobus jest raz na godzinę, jak wypadnie, to co? A w wiosce brakuje kierowców i mnóstwo autobusów wypada z kursu.

Zakupy: Dino ma za mały wybór. Jeżdżą do Auchan. Tu jeździli do Selgrosu. No dobra. A ja? Dla mnie Dino też może mieć za mały wybór. Nie ma tam lokalnego Manhattanu. Ani Biedronki też nie ma, choć nie lubię warzyw z Biedronki, a już na pewno nie kupię w niej takich rarytasów, jak czarna rzepa teraz (z jabłuszkiem i jogurtem, cót, mjut i ożeszki), szparagi (wiem, wiem, ale lepiej grzeszyć i potem żałować, niż żałować, że się nie grzeszyło), czy truskawek i innych świństw... Nie mam samochodu. W ich samochodzie dzięki fotelikom nikt więcej się nie zmieści. Więc? Będę na zakupy targowe jeździła autobusem na Ogrody, stamtąd na Rynek Jeżycki (drogi) i apiać z wózeczkiem? 

Co ja za to mogę, że lubię świeże zielsko?

Stanę się wrogiem, męcząc Inżyniera, że nie ma czasu mnie gdzieś podwieźć (moja teściowa miała swój samochód, jeździła jak szatan, nawet morrisa miała, ale i tak lubiła podwózkę i psucie moich planów)?

Więc jednak opcja wyprowadzki z Heimatu staje się coraz mniej aktualna.

Będą chcieli się pozbyć Łobuzów, będą musieli ich wozić albo do mnie, albo do dziadka, nie ma innej opcji.

A to nie znaczy, że za każdym razem powiem tak, bo i moje samopoczucie jest w kratkę.

Trzymam fason, dlatego kupiłam tusz do rzęs :)

No dobra, 18,99 nie zrujnowało mojego budżetu, a jaka piękna będę, zwłaszcza po nieprzespanej nocy...

 

No i sobie laurkę naskrobałam, bezwstydnie, ale wciąż przeżywam jak mrówka okres jutrzejszą wyprawę na M., byłam tam ostatni raz jakoś latem po badaniu okresowym...
Nie da się ukryć, że za nimi tęsknię, ale też cenię sobie możliwość wstania za pięć dziewiąta, w piżamce, do kompika, sprawdzenia poczty, a jak nic nie ma, to wyprawy do łazienki do wanny... I skorekcenie ostatniego tekstu o 22 i wskoczenie do łóżka, bez czekania na jazdę już nocnymi połączeniami z trzema przesiadkami...

SKS...
Życie nie składa się z oddychania, tylko z chwil zapierających dech.

Dawno tego nie mówiłam :)

 

 


sobota, 25 lutego 2023

Te

 sny, Kochany Pamiętniczku, makabra.

Najpierw jest makabra z zasypianiem, a potem makabra ze snami. Jeszcze o 3.15 cholera mną miotała w łóżku, aczkolwiek przed snem zażyłam kąpieli w sześciowodnym chlorku magnezu, a jakże, mocząc się 15 minut - nienawidzę siedzenia we wannie, dla mnie kąpiel to sruuuu i już mnie nie ma.

No nic, jak widać, najlepiej działa wino, ale na to sobie już nie mogę pozwolić, więc cierpię.

Ale wracając do naszych baranów, gdy już zasnęłam, makabryczne sny się zaczęły. Znów telefon i nie, że tym razem nie pamiętam numeru, nie numer pamiętam doskonale (nie miałam go nawet zapisanego), ale... SMS za cholerę wysłać nie mogę. Do Cioci i wujka Janka. Tak się męczyłam do samego rana (sny o niemożliwości wysłania SMS mam co jakiś czas, są strasznie wkurzające), a w międzyczasie w tym półśnie przypomniałam sobie, że mam przecież w szafie jerychonkę.

Bo w środę mamy pożegnanie naczelnej od warzywek, jednocześnie ma urodziny. Robimy (ponoć) grupowy prezent, ale ja chciałam jej coś dać ode mnie, to była najlepsza z naczelnych, jakie miałam w życiu, nigdy złego słowa na mnie nie powiedziała. Myślałam o Wierszach wszystkich Szymborskiej, ale zielonego pojęcia nie mam, czy ona akurat Szymborską lubi. Wiem, że lubi kwiaty, jest taką badylkową wariatką jak i ja. Storczyk - to takie oklepane... I nagle w tym śnie - jerychonka. Tak, to jest dobry pomysł i osobna kartka ode mnie, osobista.



Nic lepszego nie wymyślę.

Szukając jerychonki zaś znalazłam paczkę zdjęć Cioci (oczywiście, to nie wszystkie zdjęcia, jest ich jeszcze pełen karton). Tak się splotło - sen i zdjęcia. Zdjęcia te akurat dla mnie nic nie znaczące - Ciocia w różnych konfiguracjach z rodziną swojego męża, której nie znałam absolutnie, i mnóstwo zdjęć z Hameryki, gdzie miał on rodzinę liczną. Te opisane, ale poza nazwiskiem nic mi nie mówi. Nie poślę tych zdjęć do jego rodziny, z tego prostego powodu, że nie mam zielonego pojęcia, gdzie mieszkają (w PL, amerykański adres jest na jednym z listów, ale autorka listu musiałaby w tej chwili mieć chyba jakieś 120 lat na karku, jak nie więcej). Nie mam pomysłu, co z tym zrobić. I mnóstwo obrazków świętych, Ciocia była bardzo wierząca, a jak pakowaliśmy rzeczy, wmelili mi też mnóstwo książeczek do nabożeństwa, te są stare, mogę je w jakimś antykwariacie upchnąć, pomyślę. I masa zdjęć z wycieczek, z wesel, ludzi, których w żaden sposób nie kojarzę, w tym stare fotografie, chyba jeszcze sprzed I wojny światowej.

Włosy dęba mi stają na głowie na myśl o sprzątaniu tego, widokówki i zdjęcia z wesel dam do muzeum, bo to historia tamtego regionu, dla moich dzieci to już do niczego, nie są z nim ani z nikim stamtąd związane.

Tak w zasadzie nie mam rodziny, rodzina Mamy wymarła, zostały tylko osoby z rodziny jej przyrodniego brata, z którymi ona sama miała bardzo luźne kontakty, a ja mam żadne.
Rodzeństwo mojego ojca też już nie żyje, był najmłodszy z nich, a miałby dziś 93 lata. Z kuzynostwem jakie takie stosunki miałam w dzieciństwie, teraz nawet nie wiem, kto z nich jeszcze żyje - byli starsi ode mnie. 


Tu czerwiec 1954 w czasie zaćmienia Słońca.



A tu we Wrocławiu w lutym 1948 roku, trzy dni po jego urodzinach, więc sądzę, że to taki prezent na jego osiemnastkę. Z braćmi. Jak ze starego, czarno-białego filmu, przystojni byli, nie da się ukryć... Choć życiorysy mało ciekawe...

W sumie miał 2 siostry i 10 braci, jeden zmarł w dzieciństwie.

No i tak mi przeleciała sobota, tym śmieszniej, że wczoraj byłam do wieczora przekonana, że jest sobota, tak to jest, jak człowiek nie pracuje ;)

A dziś po południu wleciał Pierworodny (ostatnio mu weszło w krew wpadanie, nie ukrywam, że podoba mi się to) na 5 minut przy okazji zakupów, bo robi w okolicy. Miło, tym bardziej że to godzinka była, a nie 5 minut. Poczułam się dopieszczona i dowartościowana, a co :) 

Teraz jeszcze posłucham muzyki i w objęcia Morfeusza. Mam nadzieję, że dziś mnie przygarnie i pozwoli mi się wyspać.

A ciśnienie mam teraz za niskie. Nawet rano, zaraz po wstaniu, przed lekami.

Jak nie urok, to sraczka. 

czwartek, 23 lutego 2023

Kwitnę

 przy kompiku, Kochany Pamiętniczku.

Inżynier poleciał na dwa dni do UK, służbowo.

Wiem, że jestem starą wariatką, sama uwielbiam latanie, ale jak ktoś inny leci, to szaty drę, scenariusze piszę i ogólnie mam ambę z przerzutką.  Ten model tak ma.

Kolejny numer za mną. I o dziwo, nie drę szat z powodu warzywek, pewno, że kasa, a raczej jej brak boli, ale...

Wydawało mi się cały czas, że to małe miki, ale widocznie się jednak powoli starzeję i brak tej gazety jakoś uspokajająco wpłynął na moje skołatane nerwy. I nawet przedłużenie pracy ponad normę (co wcale nie usprawniło pracy, albowiem koleżeństwo, mając dzień więcej, po prostu dzień dłużej się leniło), w sumie jak się Boss przyczepi (a mam iść na dywanik, mieliśmy się umówić, ale milczy jak zaklęty, nie, nie, nie podłożyłam się, mieliśmy omówić ekstrakasę dla mnie, więc się przesunie, jak zwykle) tomu powiem, ze zacznę odbierać nadgodziny, co jestem w stanie udowodnić mailami. Sekretariat mówi, że lata, więc nie odpisuje, w sumie rybka mi to. Wybieram się w środę na pożegnanie naczelnej warzywek, może wtedy się dopukam.

Na włościach jeszcze nie byłam, albowiem chwilę po przeprowadzce Alienek ospę złapał. Następnie podejrzewali Kalafiorkównę, ale okazało się, że u niej akurat nie ospa, ale bostonka. A potem Inżynier, zalatany jak chomik w kołowrotku poleciał.

W sumie nie spieszy mi się z wizytą, niech sobie spokojnie poogarniają. Mam zabukowaną podwózkę, ale było nie było to jednak 25 km w jedną stronę, a dość w tym momencie wydatków, kredyt rozrósł się monstrualnie, moje oszczędności poszły się jebać (w sensie, że pożyczyłam, ale nie pali się z oddawaniem, w sumie rybka mi, gdzie ta kasa leży, dobrze, że miałam, rypłoby się bez niej, a przecież do grobu jak coś nie zabiorę, co nie).
Znów okazało się, że Pierworodny mijał się z prawdą, gdy pytałam go, gdzie ma okulary. Jest równie ślepy jak ja, a ja bez okularów nie poznam własnego dziecka na wyciągnięcie ramienia. On mnie też na ulicy nie poznał. Inżynier wyciągnął z niego, że nie ma okularów, bo zepsuł. I za pomoc w malowaniu zafundował mu bryle, sęk tylko, że teraz ja wyłożyłam, a wyszłam od optyka przerażona ceną. I dlatego na moje chucham i dmucham, bo choć chodzą za mną nowe oprawki, to jednak na razie odpuszczę. To nie jest rzecz pierwszej potrzeby, szkła mam dobre.

Opierdolony Pierworodny załamał się i teraz specjalnie wlatuje, żeby raportować.

A dzieje się, bo okazuje się, że Papryczek po babci i ojcu jest krótkowidzem z astygmatyzmem, więc szkła nie będą tanie.

Mała Wiedźma zaś ma zdiagnozowaną depresję, co wyjaśnia wszystkie bóle bez fizycznych podstaw, bo przebadana była wszystkimi nowoczesnymi wynalazkami, tomografem, rezonansem, USG, kolonoskopię i gastroskopię też zaliczyła, miała więcej badań niż ja (hahahaha, ja USG nie miałam nigdy, nie mówiąc już o tomografii czy rezonansie, za co niebiosom dzięki). Badają ją dalej, okazało się, że ma 20-proc. ubytku słuchu, jeszcze nie wiem, czy w obu uszach, czy w jednym, będą powtórne badania. I tu najpierw zaczęłam wyrywać włosy z łysego łba, że nie miałam prawa mieć dzieci, za co zjebkę od Inżyniera zaliczyłam za samobiczowanie, a Pierworodny mówi, że babcia J. też ma coś ze słuchem, więc... U mnie to na 90% po konflikcie serologicznym moich rodzicieli jest, bo kto dojdzie tego po tylu latach?

A u MW to obstawiam jednak słuchawki. Od kilku lat wciąż chodzi w słuchawkach, wyłączona z rzeczywistości, nawet śpi w niech (wiem, bo u mnie spała). Nie wiem, jak głośno słucha, tego nie ogarnę, bo nie słyszę. Ale ja, słuchająca zawsze na maksa, mam ubytek słuchu od lat bez zmian, ale... Jak ktoś do mnie mówi, a ja mam słuchawki - nie ma problemu z kontaktem, bo nauczona latami niedosłuchu, bacznie obserwuję otoczenie i reaguję na ruch. No i czytam z ust, więc rozumiem, co kto do mnie mówi, chociaż nie słyszę :) Taki model. No nic, zobaczymy, przestałam szaty drzeć, nie jest najgorzej, zna polski i angielski, podobno ogarnia też inne języki (ma kanał na YT). Poradzi sobie, czasem wada jest zaletą :) No i przeszła na nauczanie domowe.

Coraz częściej łapię się na tym, że wychowywanie moich dzieci, mimo tego że byliśmy biedni jak myszy kościelne, a i otoczenie było ubogie - w sensie, że nie było tak kolorowo w sklepach i na ulicach, że gnębiła nas komuna i wszystkie inne chujemuje, było jednak zabawą, a nie udręką.

I nawet się podłożyłam na FB, negując BLW (znaczy się to żywienie, że dzieci same decydują), ale gdzie nie spluniesz, to same dysleksje, dysgrafie, ADHD, depresje, SI, gluten, laktoza i inne nieszczęścia.

Nie ogarniam, też miałam pod górkę i pod wiatr, bycie DDA do dziś mnie w dekielek wali, ale...

W pamiętniku mojej Mamy jest: 

 


i inne takie sentymentalne pierdoły, a ja chowałam się na nim, czytając je na okrągło, gdy Jej zabrakło...

No, pierdolona matka Polka ze mnie, a może ja też mam depresję, tylko jeszcze o tym nie wiem, bo przecież uśmiech na ustach, choć w sercu ból, to najtrudniejsza z życiowych ról?

Jedno jest pewne na bank - nadciśnienie mam modelowe, lek i owszem, działa, ale spada mi po nim ciśnienie tak, że się przewracam i tylko czekam, aż będę miała zapaść.

W sumie jest mi wszystko jedno, żeby tylko od razu był koniec, nie że warzywko i rehabilitacja, i inne takie tam historie.
Jak już, to z przytupem, półobrotem i w podskokach :) 

Na samą myśl o pójściu do lekarza mam dreszcze i padam na progu.

Na samą myśl o wypełnieniu PIT-a mam atak paniki.

Na samą myśl...

A właśnie, jaki piękny znów powoli jest świat, mimo całego politycznego, ekonomicznego i chuj wie jeszcze jakiego gówna...




Chodzę trochę jak pijana, bo mam zawroty głowy takie, że bałam się dziś jednak okno umyć, no i poniekąd w gardle mnie drapie, więc co tam moje brudne szyby. Jak po przedrzemanej niespokojnie nocy coraz wcześniej budzi mnie poranek, głęboki wzdech, ruszanie bolącymi kończynkami i... nie wiem - ulga, czy rozczarowanie, że jeszcze jeden darowany cudownego życia dzień..

Bo jest cudowne, mimo wszystko :)

Zwłaszcza że dziś kupiłam sobie wino, dobre, pierwsze do niepamiętnych czasów, ostatnie piłam w Sylwestra, powoli je sączę, i wiem, że będę dziś spała dobrze, co z tego, że po winie? Kiedyś trzeba.

Za pół godziny Inżynier powinien wylądować, a ja wtedy udam się w objęcia Morfeusza, nie martwiąc się już, czy dojedzie na to zadupie, gdzie psy dupami szczekają.

Bo i tak nie mam na to żadnego wpływu.

Dziś w porywie szaleństwa, po długim niechciejstwie, sprzątnęłam jedną (bo boję się wejść na drabinę z tymi zawrotami łba) półkę w kuchni, co zaowocowało selekcją przeterminowanych piguł i ziółek, które już w ogóle nie pachną...

I umyciem lodówki, co jest sportem ekstremalnym - bo też wszystko wysoko jest, a jak dawali centymetry, stałam w kolejce po cięty jęzor.

W ramach zdrowego odżywiania jednak czasem sięgam po mięso, bo muszę opróżnić zamrażalnik, chociaż większość zapasów wydałam dziecku. I tak na kanwie eksperymentów powstały klopsy z pekinką zamiast bułki, zapiekane w piekarniku :) Tak jak zawsze klopsy rozwalały mi się podczas smażenia, te z piekarnika są "nie do podrobienia", nic się nie rozwala, nie przypala, nie ocieka tłuszczem. To prawda, że człowiek całe życie się uczy, a i tak głupi umiera.

Żadna z moich książek kucharskich (jednej, której nie zwróciła mi odchodząca z pracy redaktorka, nie odżałuję do końca życia, niech ją za to prześladują nieudane kucharskie wyczyny) nie miała opcji klopsów z piekarnika. Błogosławione niech będą internety...


Dzięki nim wiem, że moje dziecko jest w tej chwili tu :) 

A w słuchawkach piosenka, przetańczona do upadłego z Baranem.

Nawet nie miałam okazji dopytać Inżyniera, czy w UK jest już żółto na rondach, zresztą on nigdy na to nie zwracał uwagi.

Tęsknię za tamtym czasem...

Znajdę Cię, razem z latem znów znajdę Cię..

I jak wisienka na torcie 


... czyli dwa w jednym :) I just called to say i love you po francusku... 

 

PS Dla zainteresowanych - usunęłam ostrzeżenie o nieodpowiednich treściach, albowiem bloggerowi się wygło, jak i FB... Nawet ode mnie zaczął żądać potwierdzenia, że jestem pełnoletnia. Nosz, kurwa, mnie już nikt nie śmie o dowód prosić:)



czwartek, 26 stycznia 2023

Nie nadążam

 Kochany Pamiętniczku...

Warzywka mi zamknęli miesiąc wcześniej, jestem zatem kilkaset zł co miesiąc w plecy, a jednocześnie pracy mam po kokardkę i kucyki i te tarcia wewnątrzpracowe.

Zakładam: nie piszę o pracy, bo oszaleję.

Włości na dniach zostaną zasiedlone


Inżynier z bratem, który wziął tydzień urlopu na to, malowali jak szaleni, bo niestety, dzięki pisiorom i ich gospodarowaniu i tak budżet budowy został przekroczony i gdybym się nie wycyckała z oszczędności (za komcie typu hejtu podziękuję, to moja decyzja, moja kasa, moje życie w końcu) byłoby źle. 

W międzyczasie zmarła prababcia Łobuzów, ale ani nie udało mi się iść na pogrzeb (ceniłam ją), posłałam wiązankę, choć wiem, że już miała na to wyjebane, ani nie udało mi się iść na żadną imprezę z okazji Dnia Babci (Kalafiorkówna od proga: a ja dla ciebie tak głośno śpiewałam, a ja na to: wiem, wiem, mam film)...

Jutro lądują już na stercie kartonów, ale na swoim.

Moje dzieci są wciąż dla siebie rodziną i to się dla mnie liczy.

Na Dzień Babci dostałam full wziątków, Łobuzy nie dojechały na moje własne życzenie (była zamieć śnieżna, Inżynier jeździ na letnich oponach, bo... odpowiednie wstawić). 

Od Pierworodnego delegacja była nazajutrz, długo by pisać, a nie chce mi się.

Coraz mniej mi się wszystko chce.

Zamykanie poszło dwa dni dłużej, bo ktoś nie patrzy w kalendarz, planując wszystko.

Z tego mam już ponad 16 nadgodzin, co podkreśliłam, upominając się o finansową rekompensatę, ale w tle są inne fakty, więc chuj wi co będzie.

I kiedy poszłam lec na listkach bobkowych, emilek, że... no ferie są, załoga ma dzieci... I...

Że zostałam przedstawiona do medalu i takie tam.

I ja, kurwa, głupia cipa...

A, nevermind...

W międzyczasie, podnosząc mi ciśnienie nieodpowiadaniem, wleciała Mała Wiedźma i to były fajne dwie godziny, chociaż ona ma tak smutne oczy, że zajebałabym jej rodziców. I znów long story, nie na bloga.

Może mi się uda coś zrobić, chociaż watpię.

Wątpię też mamy.

I zaraz leciałam na służbę, bo Alienek miał pierwszą urodzinową imprezę z przedszkola...

Kalafiorkówna powitała mnie czule i serdecznie, przytulaskiem, o dziwo, o łapówkę nie pytając...

Ale potem zatęskniła za mamą i sporo czasu upłynęło, zanim opanowałam sytuację, ale się rozbrykałyśmy...

Na kartonach, bo pakowanie...

 Mama zaś załamała się, bo impreza pośrodku niczego, wróciła taksówką, o zgrozo BEZ FOTELIKA...
Kalafiorkówna zaś szybciorem szeroko drzwi otworzyła i ściskając mnie namiętnie, upewniła się, że już nie wrócę.

I tak się skończyła moja bajka :)

I dostałam kartkę


Ty jesteś jedną z moich najpiękniejszych myśli - z bardzo osobistą notką od kuzyna, który nas po Paryżu oprowadzał, kto czyta ten, wie...

A dzisiejszy dzień sponsoruje 


 którą dzięki Spotify odkryłam i męczę...

I tak na stare lata dzięki postępowi technicznemu odkrywam nowe lądy i wzruszenia...
A, i doktorat do mnie wrócił znienacka.

Ale to jutro.

Pomyślę o tym wszystkim jutro...

Za rok, za dzień, za chwilę...