wszystko stanęło, Kochany Pamiętniczku.
Stanęłam więc i ja :)
Tyż piknie, co nie?
Ale do brzegu.
W sobotę Inżynier SJ na włości zawiózł, gdzie utonęła w błocie.
Suchą nogą nie dało się dojść, bo sąsiad z leksza utwardzony podjazd rozjechał sprzętem. Dziś, zniechęcona kolejną próbą doczyszczenia butów, wyciągnęłam inne ze szafki i next time jadę tam z foliówkami na nogach. Oni mają kalosze, ja nie, bo mi na nic. Ostatnie pary wywaliłam, bo tylko miejsce mi zajmowały ;)
Impreza była całkiem, całkiem, zlądował też Pierworodny z całą ekipą. Dojechali autobusem, za co im cześć i chwała, niestety, nie udało się wykonać zdjęcia całej czwórki, bo Kalafiorkówna mimo łapówek była na nie.
A teraz dzieciom wszystko wolno, więc nawet się nie starałam. Było też piąte, przyszywane wnuczę, ale nie wolno go publikować, więc nie istnieje.
I tak
Jubilata Dostojnego praktycznie nie było, jak widać na obrazku, ale Pikachu (to żólte, co leży na stole, po ichniemu gada) i karty Pokemonów do albumu od babci spowodowały, że co chwilę dolatywał na posmeranie po pleckach i mówił: jak ja ciebie kocham :)
Moja Mała Wiedźma jest już rasową wiedźmą, ma alergię na kocią sierść, ale łazi za wszystkimi kotami w okolicy... Ten wprawdzie jest popielaty, nie czarny, ale od czegoś trzeba zacząć...
A tu dowód, że niedaleko pada jabłko od jabłoni - Papryczek też jest starwarsowy i też zapuszcza kudły (fuj).
Imprezka była udana, nie narzekam, zachód słońca od dawna niewidziany zobaczyłam
Z Inżynierem się nagadałam w czasie podwózki, będziemy lecieć w kwietniu do K., do Umarlaków. Do dogadania jeszcze...
Do domu wróciłam z mamą piątego, tajemnego Wnuka, więc oszczędziłam Inżynierowi 70 km po ciemku :)
Ponoć to drobnostka w paliwie i mam zamknąć się.
Obgadane było dojechanie do Lusowa, bo tam częściej jeżdżą autobusy i 4 km wzdłuż jeziora do nich na kijkach, co jest superpomysłem i zalecane, ale... Ja, sama, nad jeziorem, na bezludziu - to mnie naszło później. Zobaczymy :)
A pracowo się działo, bo...
Się przesunęło o 3 dni. Niby tylko trzy dni, ale popracowałam sobie zatem 8 dni po 8 godzin, bo... czekałam na materiały. Tak w sumie może z 10 godzin pracowałam, ale co z tego?
A i maszynki. Okazuje się, że młody rzucił tę brudną robotę i wziął się za węgiel (myślę, że z powodów kasowych, młody, to ma wybór), więc główny sam cały numer ciągnie. I nie zamknął dziś, jak miał, bo są targi. Chce zamknąć w poniedziałek. Zamiast mi to kawa na ławę, to opłotkami. A ja od jutra mam urlop! Co z tego, że jutro sobota? Pojebana jestem, ale opierdoliłam dziada i tak, w poniedziałek będę pracowała. Choć i czwartek, i piątek niepotrzebnie przekiblowałam na necie.
Bo roboty miałam w te dni na 15 minut.
Ale zależy mi, żeby nie padło, bo pensja bez warzywek woła o pomstę do nieba i poryczałam się.
Z HR pokorespondowałam, bo nie zgadzało mi się nic, z Bossem też.
A jakże, wykręcił się jak zawsze, zwalił na HR. Za ekstrasy policzył nadpłacone za warzywka, OK, nie czuję się pokrzywdzona.
Ale za książkę i te 8 dni mam dostać ładną kasę, zdaniem T., który to ogarniał. Boss potwierdził, że dostanę, ale... Nie napisał ile, więc wszystko palcem na wodzie pisane.
Gdyby nie to, że jednak wciąż chcę dołożyć do tego, co mam (Inżynier już powoli oddaje, o to się akurat nie martwię, powoli staje na nogi, bo nie dobija go czynsz za wynajmowane mieszkanie), rzuciłabym to w diabły i poszła z kijkami nad to jezioro, niech mnie ktoś topi... Jak tę Marzannę po terminie ;)
A tak na co dzień to
... jutro mają być też takie, pięć takich za dychę, to... no co... Nie piję, nie palę, nie podrywam...
Dziś na Manhattanie
w ukraińskiej budce, pani ma już budkę, drogo jak cholera, a nie ma cen wystawionych, ale nie będę kablować, pyszne jak diabli... Raz na jakiś czas coś tam kupię, ale na co dzień nie da rady. A miła, sympatyczna i pogadać lubi :) Zaś zmieniła się obsada od moich jaj i taka niesympatyczna prukwa jest, że jak nie będzie moich jaj z podwójnymi żółtkami, to pójdę do konkurencji. Lubię miłą obsługę, bo sama jestem miła.
Winobluszcz żyje, oba żyją, ten stary i ten nowy, zeszłoroczny.
Ciekawa jestem, czy dąb Alienka, posadzony już na włościach się zaaklimatyzuje.
A Inżynier zapraszał na nocleg i na śniadanie wielkanocne.
A ja, padlina, odmówiłam...
Wiem, wiem, jemu też zależy na tym, żebym z nim była.
Ale... na razie mają tylko jedną łazienkę. Ich czworo i ja.
A ja rano, jak to starucha, lubię mieć niczym nieskrępowany do niej dostęp. Bo mój organizm czasami dziwaczy.
To raz.
Dwa - będzie tam cała rodzina Inżynierowej, sądzę, że dojedzie jej brat, którego organicznie nie trawię.
Są zmotoryzowani, więc dojadą wszyscy.
Więc przepraszam, ale ja z nimi ślubu nie brałam, taka prawda.
Może spotkamy się w święta, jak do mnie dojadą, albo mnie zabiorą w poniedziałek do siebie.
Pierworodny jedzie do O.
Ja nie celebruję tych dni, żadnych tradycyjnych potraw świątecznych, baranka może zrobię, ale nie jem masła, więc pewno nie.
Łobuzy i tajny wnuk mają prezenty (myślałam, że Inżynierowa kupi słodkie i jakiś drobiazg, ale nie, kupiła kolejne "oni marzą", a nevermind. Jakby dzieciom nie pokazywano katalogów, nie marzyłyby o ich zawartości).
A ja? Będę szczęśliwa, jeśli ogarnę coś jak to
bo pogoda ma być chujowa :)
I mam zagwozdkę: SI. W korekcie jest dobra, ale nie jest idealna. Mam nadzieję, że zdążę albo umrzeć, albo faktycznie przejść na emeryturę, zanim mnie wywali z rynku pracy.
I tym optymistycznym akcentem żegnam się z Tobą, Kochany Pamiętniczku dzisiaj :)

















































.jpg)
.jpg)