środa, 31 lipca 2024

Odpukać

 ale spokojnie płyną dni, Kochany Pamiętniczku, aczkolwiek na horyzoncie pojawia się burza, albowiem, jeszcze nie wiem kiedy, ale dostanę na służbę Łobuzy sztuk dwie, bo rodzice chcą iść do kina. Tylko na wikt i opierunek, nie na sleepover, ale przy tych upałach i to jest hardcore.
Ale spoko - zwłoki są, włoszczyznę dokupię i po linii najmniejszego oporu - rosołek albo pomidorówka.
Nie będę się wygłupiała, to zawsze zjedzą, a resztę głodnej papy zatka się lodami, mam waniliowe Carte d'Or, jedzą i nie marudzą.

A ja sobie na pocieszenie po kupię wino na wieczór, by popijając je, słuchając muzyki, odreagować...

Nieważne, czy będzie to sobota, czy niedziela, wciąż mam jeszcze wolne, do pracy wrócę najwcześniej 8-9 sierpnia, odbiorę sobie te jebane nieodbieralne nadgodziny.

Bo...

Zaszła zmiana i to duża, w mojej pracy. Mało, że mam (teoretycznie) nowego chlebodawcę, to i udała się rewolucja pałacowa (w miarę) i mam już oficjalnie nowe naczalstwo. Wiem, wiem, stara zasada mów: szanuj szefa swego, możesz mieć gorszego, ale...

Od 14 lat znam moją nową szefową i tak jak zawsze - poza Auschwitz, gdzie miałam więcej szefów nad sobą jak włosów na głowie, a wszyscy moim kosztem włazili w dupę właścicielom (a long story, symulowali, że za mało nas do pieczenia chleba, zlecali pracę na zewnątrz - a jakże, na swoją lewiznę, a że ja o tym wiedziałam, to choć trzymałam mordę w kuble, zawsze dostawałam w dupę. Doszło do tego, że mąż jednej z tych pań, pracujący w mojej obecnej firmie, gdzie ja w wolne dni pracowałam i wyrabiałam sobie opinię, żeby dostać etat, bo bez etatu nie chciałam tam iść za żadne pieniądze - znam polskie realia, etat to etat, chodził do sekretarki i mówił, żeby namówiła Bossa, żeby ze mną nie współpracował, bo jestem konfliktowa. Gdy opowiadam to teraz w firmie, kulają się ze śmiechu. Bo fakt, że z tak konfliktową osobą jak ja trudno się pracuje), stwierdzam, że zawsze lepiej miałam, jak nade mną była kobieta, a nie facet. Tak było i w AR, i w DP. A PM - już z nią pogadałam na MSG post factum, jest szefem, który widzi ludzi. Dla mnie ma zawsze dobre słowo i marchewkę. Jako wice zawsze była po mojej stronie, zwłaszcza teraz, gdy jestem na home office, zawsze mogłam liczyć na to, że da znać, że koniec na dziś, chroniąc mnie przed bezczynnym siedzeniem przed kompem. I inne takie tam :) Młodziutka, w wieku mojego starszego, ale... na moje że pora umierać zawsze  mówi, że zabrania, bo skąd oni taką korektorkę wezmą?

Miłe to, rozumie też, gdy piszę, że sorry Winnetou, ale mam lekarza (co mnie się zdarza niezmiernie rzadko, pomijając tego okulistę, w sumie od ponad 30 lat nie miałam ani jednego L4). 

I inne takie tam pracowe do wyrzygu, ale nie będę leciała z Manhattanu z wywieszonym do pół pasa ozorem, bo może być NAGLE emilek od Bossa o 8.50 z pytaniem, gdzie jestem jak mnie nie ma? Skoro zaczynam pracę od 9.00.  A siedzę po godzinach i w niestandardowym czasie non stop.

Więc tak, cieszę się.

Aczkolwiek tak kolorowo nie jest do końca, bo tak.

Bo przed nią niełatwa droga w tym wszystkim. I choć wiem, że na podwyżkę nie mam co liczyć, dopóki wszyscy nie wywalczą podwyżki, mniej stresu jest rekompensatą - na finanse nie narzekam, choć pewno, że wolałabym mieć więcej, ale...

Patrząc, jak rzucają się na FB na byle oferty ludzie w własną działalnością - nie mam źle.

No to sobie pracowo ulżyłam i koniec tematu na razie.

Jakoś do grudnia powinno się wszystko wyklarować, a lekko nie będzie, bo Boss dostał nowe stanowisko...

A wracając na swoje podwórko...

Odsądzana od czci i wiary jestem za to, że tęsknię za jesienią. A tęsknię, bo dla mnie to średnia przyjemność wlec się w tym upale i nie paść. Tak, jestem stara, niedołężna, ale każdego czeka starość, o ile będzie miał szczęście jej doczekać :) 

I tak przeszczęśliwa jestem, że u nas (na razie i oby tak dalej) Anka tradycyjnie przyniosła chłodne noce i ranki, bo chociaż wtedy odżywam. Patrząc zaś na prognozy pogody (oby się nie spełniły), widzę, że zgodnie z tym, co zawsze mówił szwagier (nie, nie TEN), jesteśmy JESZCZE wciąż po lepszej stronie Wisły...

Jakby coś, mam wentylator, wodę w kranie (oby jej nie zabrakło) i jakieś tam zapasy w szafkach. Nawet bez darów lata z Manhattanu mogę przetrwać.

A tak nawiasem mówiąc, jakoś nie mam w tym roku fazy na robienie przetworów. Może mnie jeszcze najdzie, ale na razie nie mam pierdalca.

Za to mam

nowy image przy drzwiach wejściowych...

... przypomnienie, że jesień blisko koło kompika...


... i nadzieję na parę swoich pomidorków, ale bez presji, bo to samosiejka :) 

Zaś w KiK 





gdzie wpadłam dziś po to ustrojstwo do ładowania przez USB, bo mam za mało takich wejść, a coraz więcej gadżetów się przez to ładuje (gdzie te czasy, gdy obraz w telewizorze regulowało się sreberkiem od czekolady, suwanym po kablu od anteny albo włączaniem i wyłączaniem światła).  Strach się bać, ile jeszcze będę musiała w życiu ogarnąć :D Choć satysfakcję nieziemską miałam, gdy odziedziczywszy adapter Bambino na chodzie pokazałam bezbronnemu wobec tego ustrojstwa Inżynierowi, już wówczas studentowi polibudy, jak to się uruchamia :) 

A sprzątając, znalazłam w czeluściach szafy


na chodzie, ale I. orzekł, żeby to wywalić do elektrośmieci...

Już nie pomnę, który to z moich monitorków.

A i poprawność polityczna jest coraz bardziej pojebana...


 

I obym tylko takie problemy miała, bo dziś śniła mi się w najgłupszych możliwych sytuacjach moja macocha, która pięknego wieku dożyła...

Nienawidzę jej z duszy, serca, mnie już nie skrzywdziła, bo byłam na tyle dorosła i mądra, że umiałam się obronić. Ale skrzywdziła i to bardzo, mojego brata, ojca też poniekąd zniszczyła swoim lenistwem (to moje prywatne zdanie, mogę się mylić). Zniszczyła też moją wieloletnią przyjaźń z moją przyrodnią siostrą (jej córką)... Odnowiłyśmy kontakt, ale to se ne vrati. Stosunki są poprawne, ale dalekie.

Wciąż jestem po tym śnie rozbita. Pamiętam go wciąż, choć jak wiadomo, zapomina się sny.

Może mi się coś innego przyśni i odejdzie.

A może to wołają mnie już na drugi brzeg?




sobota, 27 lipca 2024

Do Obi

 pojechałam, Kochany Pamiętniczku, albowiem coś tam w spłuczce jest niehalo. Niczym to na razie nie grozi, Inżynier miał kupić część przy okazji w Leroy, ale jakoś mu nie szło, a dla mnie to była okazja, by mieć cel wyjścia z chałupy. Miałam jechać do Leroy, ale że uciekła mi siódemka, to pojechałam do Obi, żeby nie kwitnąć na przystanku jeszcze dłużej.

Część dostałam, teraz albo pierdalnie i będzie naprawa na gwałt, albo poczeka aż się ktoś zjawi. W sumie to powinien to ogarnąć P., bo on jest od hydrauliki, ale pierdolę. Złożyłam mu imieninowe życzenia, stówkę przelałam i usłyszałam "dziękuję mamo" i ani be, ani me, ani kukuryku. Ale jak wiadomo, oazą spokoju jestem i w dupie mam.

Imieniny miała też Kalafiorkówna, Inżynierowa i MW. Ale nawet życzeń nie dostały, bo...

Inżynierowa nawet nie informowała córki, że ma imieniny, więc...

Co ja się będę wyrywała przed orkiestrę. 

U mnie prosta sprawa, bo ja jestem jednodniowa, więc pokrzywdzona przez los.

Odkąd rodzina mi się rozrosła z czterech do ośmiu osób, a i urodzinowo-imieninowo-świątecznie mamy kumulację jak w totolotku, kazałam wybierać: urodziny czy imieniny (kiedyś nie obchodziliśmy urodzin oprócz osiemnastek, a i te jakoś niepostrzeżenie przeszły u chłopaków), ale potem zaczęła się moda na urodziny, wybrali urodziny. Ciocia była zła, mówiła zawsze, że urodziny ma każda świnia, rasowa z niej była Wielkopolanka.

Tak więc urodziny obchodzimy, a ja na dokładkę mam kumulację, bo nakłada mi się Mały T, zaraz potem Inżynierowa, Pierworodny, Inżynier, Mała Wiedźma - to lato. Zimą zaś w jednym miesiącu ja (nie celebruję, ale pora zacząć sobie coś sprawiać na urodziny, niekoniecznie wyprawiać imprezę), zaraz potem Papryczek, święta i Kalafiorkówna. Starczy.
Jakbym jeszcze teraz w lipcu dodała trzy solenizantki, to chyba bym pożyczkę w Providencie brała. Bo teraz się już nie opędzi czekoladkami i badylkiem, oj nie. Znaczy się, jak nie będę miała kasy, to zacznę tak opędzać.
Trudno, wiecznie pracować nie będę, chyba że mnie wywalą albo umrę, to luz :)

Dopóki pracuję, nie jest tak źle - ale w tym miesiącu się spłukałam, 800 zł na groby to jednak 1/3 mojej pensji. Nie odłożyłam nic, a zawsze staram się odłożyć. Nie, żebym szaty darła, ale jednak.

A teraz znów nowe wydatki, bo i Office'a będę płacić, mieszkanie ubezpieczenie znów - muszę jeszcze iść do doradcy, bo ci w Warcie - choć znajomi, rodzice koleżanki I. z podstawówki, to wiedzą, że pracuję wciąż i na moje: a bezszkodowość, z uśmiechem mówią, że nie ma opcji, bo wszystko drożeje...

Sranie w banie, akurat mam takiego doradcę pod domem, to się zorientuję, czy warto przepłacać. Tym bardziej że przez lata, jak jestem w Warcie ubezpieczona nie miałam żadnej szkody. A w zeszłym roku podniósł mi składkę do przesady. 

No a potem znów jazda do Umarlaków, to też coś pęknie.

Wiem, wywalili mnie ze Szkocji za skąpstwo, ale tak naprawdę to dopiero od paru lat, odkąd nie jeżdżę do UK mogłam zacząć coś odkładać. Bo wyjazd tam, wbrew pozorom, też mi dziurę w kieszeni robił, bo choć I. chciał kupować bilety, nie chciałam.

A, fajnie było polatać i użyć.

Na koncie w ZUS mam zgromadzone mniej kapitału, niż sama odłożyłam w ostatnim czasie. 

Dlatego kocham moją pracę, bo mało, że trzyma mnie przy życiu i w formie, to pozwala mi na bezkarne kupowanie badyli i wina, a co :)

W piątek zaś...


 na straganie z lumpami na Manhattanie leżały... W latach świetności kosztowały każda około 50 tys. zł. Całość nabyłam za 20 zł. Kredowy papier, niezniszczone, cudne zdjęcia, deal roku :)

Może Alienka zainteresuje chociaż ta o Wyspach Brytyjskich, wszak tam się urodził, a często pyta o wszystko. A dla mnie radocha takie fotki poogladać.

I tak szeflera była w czwartek, a w piątek, gdy ogarniałam się na weekend na targu były słomianki.

Nie widziałam ich od wieków, a tu taki


za 15 zł - szał :) 

Się suszy


a mam fajny pomysł, wazon i nie będzie wiecznie ta prawie całoroczna wersja (pomijając okres gwiazdkowo-noworoczny) przy wejściu kwitła, będzie jesiennie. Nie mogę tam postawić wazonu z wodą, w sumie mogę, ale... To przy wejściu i zawsze obawiam się, że coś pójdzie nie tak, zahaczę, ktoś zahaczy i woda się wyleje, a tam stoi też router. Mam zasadę - nie stawiam tam nic, co może się wylać. Kiedyś teściowa P., wparowawszy do mnie, położyła tam opakowanie ptasiego mleczka na  routerze, zamiast mi je uroczyście wręczyć. Gdy się wynieśli, ptasie mleczko było w stanie ciekłym, dobrze, że tam w środku jest plastik, bo nie zalało routera. Więc mam pomysł i będzie fajnie :) 

Bo zatrwian też jest dekoracyjny, ale się sypie, kocanki są lepsze.

A od znajomych obrywam, że jak to, że jeszcze lato, że nie ma jesieni.

Sama jestem zaskoczona tym, jak w tym roku wszystko jest wcześniej - poczynając od bratków, a na darach jesiennych kończąc.

Bo dziś z Lidla przywlokłam


Hokkaido. Ze słomiankami i gnomem będzie fajna dekoracja. A na razie sobie tak poleży, bo pasuje do słoneczników. 

Bo mogę, bo lubię, bo ledwo się dziś ogarnęłam przez te parę chwil na dworze, bo powietrze takie, że można nożem ciąć.

A dzień się zaczął fajnie


Świeża pościel, chłodek ciągnący od balkonu (od świętej Anki chłodne noce i ranki i niech tak będzie, niech chociaż noc przynosi ulgę...).

Potem też minął cudnie, bo jako że wczoraj był gospodarczy, nawet przepyszna ogórkowa stała gotowa w lodówce, więc - jak rzadko, oddałam się nieróbstwu. 

Nawet mi do głowy nie przyszły porządki w szafach (znów potrzebne), prasowanie (ściereczki kuchenne, coś tam jeszcze się znajdzie, ściereczkom nie przepuszczam nigdy, ale mam niezły zapas), papierzyska do wyrzucania.

Na razie męczę Kleo i sama się zastanawiam, czy to AŻ taka parodia, czy faktycznie, życie, tym bardziej że na początku było, że na faktach, aczkolwiek homoniewiadomo :) 

A tak w międzyczasie zabawiam się, śledząc w necie IO.

Nie, że śledzę zmagania, sport nie interesował mnie nigdy jako taki, pomijając czasy młodości durnej i chmurnej, gdy fascynował mnie Wyścig Pokoju (jak prawie całe społeczeństwo wówczas), olimpiady, no i piłka nożna, bo moja pierwszodruga miłość, bolesna, ta z internatu była fanem, a grał Lubański, Deyna i...

To były piękne dni, gdy oglądałam z nim mecze w internatowej świetlicy, trzymając się za rączkę...

Było, minęło, życie poszło inną szosą, tylko koni, tylko koni żal...

I tych dni, gdy ekipa darła się: Dorota, Dorota, gramy i leciałam na bramkę, bo...

Jakoś tak miałam, że gola nie puszczałam, nawet jak dostawałam w brzuch tak, że widziałam wszystkie gwiazdy, nawet te spoza naszej Galaktyki :P

Tylko koni żal. Dziś cieszę się, gdy ogarnę zaopatrzenie na kolejną zapowiadaną temperaturową apokalipsę...

A wracając do IO.

Nie oceniam ceremonii otwarcia. Nie oglądałam. Oglądam to, co podsuwają mi posty na FB.

I tak nie przeszkadza mi parodia Ostatniej Wieczerzy - jestem niewierząca. Ale nie przeszkadzałaby mi ona nawet wtedy, gdy jeszcze byłam wierząca - zawsze kochałam Monty Pythona, a to oni pierwsi sprafrazowali tak naprawdę tę ucztę.

Osobiście zawsze uważałam (nauczenie się tego kosztowało mnie wiele) - że żeby mnie obrazić, trzeba mi dorównać.

Performance - w obecnej rzeczywistości wszystko jest performance (nie chce mi się szukać, jak to odmieniać, więc będzie tak jak jest) - dlaczego nie może być tym i to?

Że gdyby sparafrazowano coś z islamu, byłaby rozróba? No byłaby, bo Zachód dał sobie na łeb wleźć islamowi.

Przypominam chociażby zamach na redakcję Charlie Hebdo.

Oglądam filmiki z Paryża i błogosławię, że I. kopnął mnie w dupę, rzekłszy: matka, jedziemy do Paryża, bo umrzesz mi, a Paryża nie zobaczysz. Poświęcił swój urlop i darował mi te dni. To był już Paryż, gdzie na dworcu byli uzbrojeni żołnierze (oberwałam, nie fotografujemy żołnierzy, nie będę matki z pierdla wyciągał ani tłumaczył), ale to był jeszcze wolny Paryż. Aczkolwiek już wtedy pod Luwrem były tabuny czarnoskórych naciągaczy i rzesze bezdomnych.
Mniejsza z większym, to jeszcze był Paryż Piaf i Moulin Rouge. I katedry Notre Dame.

A dziś patrzę na wygiby debila ośmieszającego urząd Prezydenta Rzeczypospolitej, bawiącego się za naszą kasę, czytam o gównoburzy prawicy z powodu zbezczeszczenia wartości chrześcijańskich (a kto, kurwa, pomyśli o całej rzeszy ateistów, których ateistyczny pogląd obrażają odniesienia do chrześcijańskich tradycji?). Z jednej strony mam ubaw, z drugiej zastanawiam się, dokąd zmierza ten świat?

Ja, wychowana na tym, że IO to czas pokoju.

Czas zawieszenia broni wszędzie.

 Wojna w Ukrainie.

Palestyna i Izrael.

Setki lokalnych konfliktów.

Dzieci umierające z głodu i niedożywienia, gdy na śmietnikach przy marketach lądują tony przeterminowanej żywności.

Ja, niewierząca, pytam: Quo vadis, Domine, Ty, który (rzekomo) taki świat stworzyłeś?


 

 Właśnie, gdyby nie było żadnej religii, Ziemia byłaby rajem. Nie musielibyśmy się lać w ramach udowadniania, że nasza racja jest najważniejsza i rządzi.

Tak wiele, a i tak mało zarazem.





środa, 24 lipca 2024

Pracę

 zmieniłam na stare lata, Kochany Pamiętniczku.

Ale do brzegu.

Najpierw rankiem poleciałam do ZUS z tym papierzyskiem, po drodze kontemplując piękną wronę siwą


która łaziła po gablocie jak po swojej działce :)


ZUS powitał mnie radośnie 


takimi pięknymi bukietami, tak ciężkimi, że ledwo się do domu dowlokłam. 

Tylko czerwonego dywanu, orkiestry i werbli brakowało.

Pani w biurze podawczym papierzyska wzięła, a na moje, że mnie tu wczoraj wprowadzono w błąd, bo tego formularza w PUE nie ma, popatrzyła na mnie zdziwiona i mówi: kto pani powiedział, że jest. No to mówię, że pani wczoraj, u której potwierdzałam, że ja to ja, zakładając PUE. Właśnie po to je zakładałam, żeby do ZUS nie latać. Kobietka zdziwiona, mówi, że zostałam źle poinformowana, bo akurat ERPO w PUE nie ma, ale jest inny kompatybilny formularz POG, ale... system może go nie przyjąć. Koleżanka I., chcąc mi pomóc właśnie ten formularz polecała, a jednocześnie przejrzała 4 zakładki i 421 842 katalogi :O

Jacierpiędolę, ZUS to naprawdę stan umysłu, co dwie panie z biura podawczego potwierdziły w odpowiedzi na moje, że żeby to ogarnąć i zrozumieć, to studia prawnicze trzeba skończyć, rzekły: albo pracować w ZUS.

Kurtyna, następna akcja za rok, jak dożyję.

Tom potem do chałupki pojechała, po drodze doładowując PEKĘ, bo jednak jeszcze czeka mnie szpital, a może i na włości pojadę, to lepiej mieć trochę grosza w zapasie.

Szydełka kupiłam, bo starych znaleźć nie mogę, za dużo kątów do przeglądania, a jakiś sweterek muszę dla zabawek Kalafiorkówny wydziergać (wzdech, obiecałam).

No i jak klacz po Wielkiej Pardubickiej zmęczona wpadłam do chaty, naprawdę zmęczona dźwiganiem tych badyli, ciężkie te bukiety, a i inne zakupy poczyniłam, a i torebeczka, odwykłam od dźwigania, zawsze z wózeczkiem.

Poczta pusta.

Czekałam i czekałam, już po suficie tuptać zaczynałam, wtem... jest emilek.

Mam nową pracę. Znaczy się, starą mam, ale w nowej spółce.

Co będzie, czas pokaże, czy nam się polepszy, pogorszy, czy zostanie po staremu. Na razie nic z tego nie wynika, pod nowym batem ruszamy 1 września.

I to tyle z kronikarskiego obowiązku, Kochany Pamiętniczku.

Wciąż porno i duszno, ponoć miasto podtopione, ale na moim fyrtlu słonko i nic się nie dzieje.

Słuchawki na razie odpuściłam, bo mam tylko jedną parę uszu :) 

wtorek, 23 lipca 2024

Auć

 Kochany Pamiętniczku :)

Zamknęłam wczoraj, com zamknąć miała, w międzyczasie między wódkę a zakąskę wdarły się maszynki, ale OK, bo dzisiaj wolnego potrzebowałam, a że czekając na pracę, ogarnęłam maszynki zamiast kolejnego byle czego na Netflixie, bo Wikingowie mi się skończyli (może dożyję kolejnego sezonu, bo zakończenie jest zawieszone), to dzisiaj miałam luz.

I tak, wstawszy, ogarnąwszy, śniadanie zjadłszy 


ruszyłam, albowiem z emilka nic nie wynikało, czego nie wiedziałabym ze strony, a tłumacz migowy na e-wizycie dla mnie to chyba by musiała być Panna Migotka, żebym to zdzierżyła albo inne cudo tłumaczące :) Pogooglajcie sobie.

I tak znaczek z automatu wydobyłam i nawet długo nie czekałam. Pani akurat z przerwy śniadaniowej wracała z kawką, to i humor miała... :) 

A i ja byłam przyjaźnie nastawiona, a gdy kobieta zorientowała się, że jak ja to mówię, jestem tylko głucha, nie głupia, poszło gładko. Aczkolwiek zawiesiliśmy się na kwestii telefonu, którego nie wpisałam, mówiąc, że i tak nie odbiorę, a jest e-mail (w sumie w orzeczeniu o inwalidztwie mam wpisane: praca niewymagająca kontaktu z ludźmi, więc dlaczego ZUS nie respektuje orzeczenia własnego lekarza?) :) Mówię, że dam numer I., ale pani mówi, że to skomplikuje życie I., gdy sam założy PUE, albowiem nr telefonu może być przypisany tylko do jednego PUE... Akurat wiem, że I. PUE ma, bo dzieci, więc opcja odpada, tak samo od P., z bólem serca podaję numer swój. I pytam, co będzie, jak nie odbiorę? Będą dzwonić do skutku :P Heheheheheh, do mnie się jeszcze nikt nie dodzwonił, ale mniejsza z większym. I rozwiązałam też kwestię składania wniosków o przeliczanie wysokości. Mówię, że będę teraz składała, bo w sierpniu przechodziłam na emeryturę. Okazało się, że nieważne kiedy przeszłam, wniosek można składać RAZ w roku. I najlepiej w lutym, bo wtedy marcowa waloryzacja będzie większa. Nosz, a ja straciłam lata na gorszym przeliczaniu, kto zrozumie tę urzędniczą nowomowę? I mogłabym mieć wyższą za lata pracy szkodliwej dla zdrowia - u mnie to praca przy tych starych monitorach. Ale że nie mam w świadectwach tego wpisanego (bo wtedy nie była szkodliwa wg przepisów), no i nie mam jak tego udowodnić, to mogę założyć sprawę w sądzie. Ta. Wydam na adwokata, naszarpię nerwów i pewno z 20 zł więcej dostanę. Podziękuję...
Pismo o przeliczenie mam swobodnie złożyć na PUE.

Wracam do chałupy, jadę przez całe PUE, i ni chujenki takiego wniosku nie ma. Piszę do I., a ten mówi, że ten portal jest strasznie nieintuicyjny, najważniejsze, że mam wgląd w swoje składki. W sumie do szczęścia to mi niepotrzebne, bo to samo mam na pracowym koncie HR. Co za dużo to niezdrowo.

Piszę z pytaniem do ZUS, gdzie mam tego wniosku szukać, żeby go wypełnić, a oni mi: 

Odpowiedź znajdziesz w PUE ZUS - w skrzynce Komunikaty oraz w aplikacji mobilnej mZUS - Korespondencja z ZUS.
<Attr_Workgroup>Pomoc_Techniczna_Email</Attr_Workgroup> ...
 
To jest właśnie ze skrzynki komunikaty.
Więc pracowicie wypełniam ręcznie druczek (dostałam w ubiegłym roku, też zakręcony jak świński ogonek, pierdyliard rubryk, dziś upewniałam się, którą odhaczyć, bo za Chiny Ludowe normalny człowiek nie wie o co tam lotto). Zeskanowałam, skan wydrukowałam, jutro pójdę znów do ZUS, podam w biurze podawczym (biedne lasy) i podsunę wydruk do potwierdzenia odbioru. Tego mnie nauczyła teściowa - zawsze mieć potwierdzenie odbioru z urzędu.
Więc cała ta technika pierdu, pierdu, śmierdu, śmierdu, a papier wszystko przetrzyma.
Z tym że z mojej kieszeni ubogiej rencistki płacę za tę całą technikę.
A i jeszcze na stronie było, że "wylegitymować się paszportem", więc tenże zabrałam, a pani mówi, że może być dowód.
Nosz, kurwa :) 
A i paszport, i dowód kończą mi się prawie dokładnie za rok, ale poczekam z wyrabianiem do wiosny - raz, że nie ma kolejek takich, dwa, że dostanę je już za darmo. O ile dożyję, of course :)  
A że Green Point blisko, a ja dziś w formie, tom tam polazła do Action... O, były moje ukochane śmierdziuchy, których od dawna bezskutecznie szukałam :) A i jesień już tam puka

kusiły mnie te wielkie gnomy, oj kusiły, ale jak wiadomo, nie stać mnie na większe mieszkanie, więc kłócąc się sama ze sobą, poprzestałam na jednym malutkim

zapisać w kajeciku: wstęp do Action zakazany, no ale...
Jak żyć? Padły mi słuchawki (pękł pałąk, podejrzewam robotę Łobuzów, jak spuściłam ich z oczu, ale nie będę bezpodstawnie oskarżała), już męczyłam I. o nowe z Amazona, bo bardzo trudno o słuchawki bez pałąka, powalała mnie cena 250, wiem, są lepsze i droższe, ale słuchawki mają to do siebie, że lubią się psuć. A tam były, zanim mi w tym sklepie net padł, obczaiłam, że nie są najgorsze, takie bezprzewodowe, ładowane w etui...
Mam obiekcje przed kupnem tego do telefonu, bo wciąż są ogłoszenia, że ktoś zgubił, no a ja z moimi uszami - że nie zauważę jak mi jedna wyleci. Ale 70 zł nie taki wielki pieniądz (i nie ma jak wypróbować, jak dźwięk), więcej wydaję na potomstwo potomstwa do jasnej cholery... Kupiłam :)
Sparowanie ich z telefonem nie udało się, a są (słowo przeze mnie tępione bezlitośnie - dedykowane), przeznaczone właśnie do ajfonów i do innych androidów, ale udało mi się je sparować z ajpadzikiem :) I o to chodziło. Bo jak pracuję, to przeżywam te wszystkie wypociny tylko dzięki mistrzom piosenek :) I nie, nie przeszkadzają mi one w pracy, wprost przeciwnie - redukują to kurewskie szumienie wody po kamieniach w uszach :)
Więc och i ach. I może jutro kupię drugie, I. mówi, że wszystko Bluetooth sparuje się z PC (byłyby do kompika), ale niekoniecznie, bo jedne takie fajne (ale w nich padła szybko bateria i grają tylko 1,5 godziny zamiast 8) nie sparowały się z kompikiem nawet mimo jego wysiłków. 
Są douszne (minus), bo chciałam nauszne (cały dzień w uchu też męcz, nieważne, aparat czy słuchawka), ale mają takie fajne wyprofilowanie jak te od Apple'a, no a Apple ma ceny w Kosmos wyjebane. Od 800 zł w górę :) Podziękuję...
Tak więc zadowolona jestem.
Zaś wychodząc z Action, zaaferowana próbą złapania zasięgu i włączenia Spotify znów, nie zauważyłam rodziny :)
Aaaa...
Dorwali mnie przy wyjściu, zaatakowali znienacka: Mała Wiedźma, jej matka i niejaki Wafel. Marki przegubowiec. Wafel podleciał, zaczął się o giry ocierać, patrząc mi miłośnie w oczy, no to co miałam robić - nie witając się z babami, zaczęłam miziać. O mało się nie rozpłynął, a synowa rzecze: coś jest na rzeczy, bo on ZAWSZE na ludzi szczeka, jak ich nie zna, i nie daje się głaskać, tylko gryzie. Odrzekłam: urzekły go moje francuskie perfumy, albowiem wysmrodziłam się dziś Aqua Allegoria Mandarine Basilic Guerlain. Zna się chłopak na rzeczy, wie, co dobre :P Kilkakrotnie później nie mogla wyjść z podziwu, że tak wyszło :) 
A szły do szkoły MW, bo... Nie przyznali się wcześniej, ale ma poprawkę. Zawaliła polski, nie czyta lektur... bo nie lubi. Nie chodzi do szkoły, bo cierpi na socjofobię (straszne, googlałam, ale wiem o tym z innych źródeł, nie od nich). I od nowego roku szkolnego będzie musiała chodzić do szkoły, bo tak. My się zastanawialiśmy już dawno, co wyniknie z tej edukacji domowej (znaczy się I. z żoną, było nie było, pedagogiem, no i ja), bez nadzoru ze strony rodziców? Ja sama chętnie bym pomogła, nawet dając na bilet całoroczny miałam nadzieję, że do mnie dojedzie, to 3 przystanki, ja z nią mogę spokojnie pracować, jest łatwa w obsłudze (dziś okazało się, że nie ma ani legitymacji szkolnej, ani PEKI, pierdolę, więcej nie dokładam, dałam też na bilet dla Papryczka). Nie jest ani dobrze leczona, ani zaopiekowana, ale co? Mam wystąpić o co? Ona kocha i rodziców, i brata. 
Wyrwana z korzeniami przez głupotę rodziców z UK, gdzie czuła się OK, nie zaaklimatyzowała się tu, nie dogadywała z rówieśnikami, ale ja dostawałam raporty, że jest OK, że sranie w banie.
Nie, w tej rodzinie kłamią aż się kurzy i mój syn, i synowa.
Ale dzięki temu, że poszłam z nimi na włóczęgę, w tym upale (jednak nie jestem aż tak do niczego, ponad 10 tys. kroków, a żar lał się z nieba), dowiedziałam się wiele.
A i wiele cudów odkryłam, zakątki do których nigdy bym nie dotarła.
Takie ławeczki
 

z fajnymi tabliczkami (nie sfociłam więcej, bo Wafel nadawał tempo). Ale i na wielu z tych ławeczek siedziało towarzystwo, niegwarantujące bezpieczeństwa przy bliższym spotkaniu, mimo posiadania kundla myśliwskiego, bo przegubowce jak wiadomo, są psami myśliwskimi. Zafundowałam lody (nie wchodzę do banku do następnej środy, bo pewno siedzi tam ktoś z batem), ale co tam :) 
Raz się żyje, potem się straszy :)
Ostatnie metry pokonaliśmy zbiorkomem, ja dałabym radę, ale MW ma okres i było widać, że nie pociągnie już długo.
A szliśmy na piechotę, bo ona nie ma legitymacji i biletu, a jej mama oszczędza...
Kurwa. Za te 60 zł co dałam, miałaby bilet na cały zbiorkom do września!
Ale morda w kubeł, bo co ja mogę?
Mnie też było żal w grudniu płacić 90 zł na cały rok, bo przecież nigdzie nie jeżdżę, ale w sumie w obrębie wioski wsiadam w cokolwiek i nie myślę...
Te parę groszy na strefę B i C (szpital i włości) mam na koncie.
No dobra, nie jojczę.
Dojechałam do krańcówki (Łódź się kłania, lata na czacie Onetu w Łodzi, nie mówię: pętla, tylko krańcówka), do Lidla podskoczyłam, zanabyłam sushi na dwa dni (nie oszalałam, żeby w tym upale dla siebie gotować) i tak taniej niż w knajpie :)
Pogadałam po godzinach z I,. słuchaweczki pokonałam, na uspokojenie wzięłam, papiery na jutro ogarnęłam.
Jeszcze Inżynierowa śmiała podejrzewać Kalafiorkównę (znana sroka) o nielegalne wywleczenie ode mnie zestawu bransoletek, które odkryła porządkując zioła, ale nie, to było DANE legalnie :)
Jeszcze parę wiadomości na MSG z drugą synową, która nagle do mnie zapałała uczuciem.
I emilek z pracy, że jutro dowiem się, gdzie pracuję...
Tam się gotuje jak w tyglu, mnie to omija, bo wiadomo, home office.
Trzymajcie kciuki, żebym jednak wciąż miała pracę.
Czasami jednak aż za bardzo zapiera mi dech :P

niedziela, 21 lipca 2024

Jak się bawić

 to się bawić, Kochany Pamiętniczku, czapkę sprzedać, pas zastawić.

Z ta zacną myślą poleciałam w tym upale uzupełnić rankiem braki w domowych zapasach, a tam


w sobotę (sic!) w upale, bez zapowiadanych deszczów banda kretynów w pomarańczowych kubraczkach kosiła pobocza. Kosiła, to dużo powiedziane, poszarpali tę trawę i poszli. Kurwa. Pewne rzeczy są w tym kraju niereformowalne.
A obok chaty, o której marzę odkąd się tu wprowadziłam 


taka brzoza, niby nieżywa, a jednak...

Zlądowali po południu, zadowoleni zostawili Łobuzów i poszli w tango.

A Kalafiorkówna dała mi popalić, bo to charakterna dziewczyna jest i lubi stawiać na swoim. Nudziła się. I nie pomogły tłumaczenia, że umrę w ten skwar, poszliśmy na lody, chociaż lody miałam w domu, ale mając perspektywę wymyślania czegoś po 10 minutach po loadach, postanowiłam ich przegonić. Natrzaskałam tego dnia ponad 12 tys. kroków, za co mi cześć i chwała. I przeżyłam. Aczkolwiek w połowie drogi do lodziarni zaczęli jęczeć, że za daleko. Trudno, cierp ciało, kiejś chciało :O
Najpierw dotarliśmy na pocztę, gdzie omal się nie pobili, kto wrzuci do skrzynki list do mojego Szkota (kartkę urodzinową mu słałam)


potem podrażnili psa, oszczekującego ich z balkonu, bo darli się jak stare kalesony na płocie. K. drażniła kundla, pytając go, czy chce parówkę... No nic :)

Aleją Żula, pełną żulerii w stanie wskazującym, awanturujących się i zaczepiających innych (w ten upał, nie znam tej popołudniowej atmosfery tam, albowiem popołudniami rzadko wychodzę z chałupy, a już na pewno nie w taki skwar) udało nam się przejść, aczkolwiek A. głośno dociekając okoliczności przyrody mógł sprowokować kolejną awanturę, a  K. z trudem udało mi się odciągnąć od miniplacu zabaw, na środku patelni, otoczonego przez żuli...

Wypinam pierś do medalu.

Wracając do domu taki fajny skwerek minęliśmy


 no i wylądowaliśmy na osiedlowym nędznym (bo mamy nędzny) placu zabaw


z którego K. nie chciała zejść, bo chciała koniecznie na huśtawkę, tę zaś okupowały dwie nastolatki ze smartfonami w dłoniach, pod nią koczowała dwójka niedorostków, czekając na zwolnienie huśtawki.

Zmęczona proszeniem o wyjście powiedziałam, że idę do domu, na co ta mała uparciucha nie zareagowała, ale gdy A. poszedł za mną, i gdy oddaliliśmy się trochę, ruszyła rycząc wniebogłosy, że została porzucona, że nie mówiłam, że idę, że jej nie ostrzegałam...

Po drodze była tyrolka, za ciężka, by ją uciągnęli, ale polecieli, bo tyrolka. Kategorycznie zapowiedziałam, że tyrolki nie pociągnę, miałam sandały, mam wrażliwe stopy, a tam sam piach, mnie wystarczy ziarnko piachu do rany na kopytach. Na placu zabaw nie wchodziłam na piach, plac okala trawa. Nie pozwoliłam też K. zdjąć sandałów, bo tam wieczorami znudzeni rozbijają butelki i w piachu może być szkło.

Na tyrolce był taki ryk, że dziw, że policja nie dojechała na sygnale, nogę sobie na dechach obtarła i była wielce nieszczęśliwa.

Opatrzyłam otarcie. ojojałam, ojojane nie boli i... 

Dotrwałam do kolacji. Pytam, czy chcą kawę.

Chcą, ale taką dla dorosłych. No to dostaną. Mam karmelową. (Oberwałam dziś od I., że kłamię, ale przecież skoro ja taką kawę piję, to jak najbardziej jest kawa dla dorosłych. Co z tego, że Inka, jak dobra. A A. przynajmniej opił się mleka, którego nie lubi). Natomiast K., napierająca się na kawę upiła łyk, pochwaliła, ale kolejny łyk jej już nie smakował. A. zaś upewniał się, że przeżyje po tej kawie dla dorosłych, grożąc mi, że jak wyląduje przez nią w szpitalu, to ja pójdę do lochu.

Ha... Nie wylądował, ocalałam przed marnym końcem tego żywota :P

Nie muszę mówić, że perfekcyjnie gra mi z tym lubię - nie lubię na nerwach, bardzo często domaga się czegoś, twierdzi, że będzie jadła, a po kęsie  - dwóch zmienia jej się smak. Dlatego daję jej mikroskopijne porcje, żeby nie wyrzucać żywności, czego nienawidzę.

(Pisanie tej notki sponsoruje Tercet Egzotyczny i Pamelo żegnaj, nie rozumiem hejtu na to, w latach podstawówki czekałam na pociąg u koleżanki, która miała starszą siostrę, miała narzeczonego marynarza i ta piosenka leciała na okrągło. A mnie dziś wzrusza - w sumie samo życie.)

Potem była wariacja w łazience, aż wreszcie towarzystwo wylądowało w łóżku, spacyfikowane Smerfami zasnęło bez książeczki nawet, a ja czułam, że za chwilę umrę, tak bolały mnie wszystkie kości.

Rano zaś, kulając się do kibelka miałam taki cudny widok...


Posłałam im w poprzek, bo jak śpią wzdłuż, to się leją... Jeszcze się tak mieszczą...

A rano K. wstała pierwsza, zażyczyła sobie jajecznicę na boczku, którą dostała, kawy jej odmówiłam, bo przecież jej nie smakowała. Zjadła wszystko, wtedy obudził się A., który oświadczył, że on na nic nie ma ochoty, biedny, zje chleb z masłem. Ale zlitowałam się nad nim, dostał z masłem i z miodem, choć wieczorem miał zapowiedziane, że dostaje miód tylko dziś... :P 

I tak po śniadaniu towarzystwo wylądowało na sublokatorstwie, co za mojej młodości było zawsze ulubioną chwilą niedzieli...

Popieszczeni, wybawieni zostali eksmitowani, ogarnęłam wszystkie wyrka, ich pościel od razu do prania (co z tego, że niedziela, jestem poganką, a pogoda była suszarniowa).


W termometrze zabrakło skali, a powieszona pościel schła w mgnieniu oka, czułam, jak paruje i schnie. 

Lody dostali i mimo sporów i zaganiania babci do roboty: mam nakazane zrobienie sukienek z wełny dla wszystkich stworów typu gęś Pipa i jakieś tam lemury i inne takie tam...

Zbuntowana, w którymś momencie mówię, że mają sobie poszukać innej babci, jak ja im się nie podobam.

No i zostałam postawiona na baczność. Oświecono mnie, że tak łatwo się nie wykpię, bo babcię się dostaje od losu, a nie, że sobie można wyszukać. Że ja jestem matką ich ojca, więc się nie wykręcę od bycia ich babcią. A A. stojąc na baczność powiedział mi, że wydaje mu się, że jest mądrzejszy ode mnie, skoro wie, że babcię się ma... A K. zasugerowała, że może za kasę by się babcia znalazła, ale ją zgasił i uświadomił, że się nie zna :)

Hahahahahaha...

Przyjechał ojciec, sam, po to tałatajstwo. Umawialiśmy się, że zjemy coś, ale ponieważ Inżynierowa (nocowali u dziadka) pojechała do domu, bo nerwowała się o rybki świeżo wpuszczone do akwarium, miejsce w aucie było wolne (tak, tak, w maluchu nas się więcej mieściło, niż w ich wypasionych brykach, gdzie nie ma miejsca dla matki, bo foteliki). Z jednej strony rozumiem, bo i warunki na drogach są inne, sama wymagam meldunku za każdym razem odjazdu. 

Znów darowane chwile - udupiliśmy ich na bajce, żeby spokojnie pogadać, bo gdy ja otwierając mu drzwi, przy których warowali już spakowani po dzwonku domofonu, mówiąc, że chcą do domu, bo u babci źle, zaprotestowali tak głośno, że dobrze, że sąsiedzi wszyscy są wyjechani. Że babcia kochana i inne takie tam.

No to sobie pogawędziliśmy, omawiając sytuację rodzinną, nie globalną (jednak mamy problemy rodzinne, a ja dowiaduję się cudów wianków właśnie tak, o co mam kolosalny żal). Nie, nie mam w tym ani mojej winy, ani nic. Po prostu ta druga połowa jest posrana na maksa. Bo o problemach na włościach wiem, o wszystkich. Też czasem mam swoje zdanie, ale staramy się wypracować konsensus. Druga część zaś robi pierdolenie o Szopenie ze wszystkiego. Synowa już dawno straciła pracę w biurze, ale się do tego nie przyzna. Pracuje w Żabce, jest z tego zadowolona. No ale ja wieki temu, gdy odbierałyśmy razem Papryczka z przedszkola po Dniu Babci i MUSIAŁ dostać hot doga w Żabce, powiedziałam luźno, że w Żabce nie kupuję, bo nie dam zarobić Rydzykowi. Na to ona (i słusznie) odrzekła, że tam też pracują ludzie. Fakt, ja zdania nie zmienię, ale to, że ona tam pracuje wcale mi nie przeszkadza. Przeszkadza mi, że mnie okłamują.

I o diagnozie (niewesołej) MW też wiem okrężną drogą, nie powiedzieli tego nawet Inżynierowi (no KURWA, to jest jego brat), ale jedna synowa drugiej, chociaż obie mają do siebie wielki dystans.

Taka to posrana rodzina jest.

I siostra Inżynierowej też ma niewesoło, bo się jej związek wypalił, nie wiadomo, czy odpali, a urodziła dziecko, bo druga strona chciała. I jest opcja, że zwali się dziadkowi, no bo dziadek jest sam. A że dziadek właśnie odzyskał odrobinę wolności na starość, gdy zmarła leżąca teściowa (podkreślam, teściowa, nie matka, nie chciały się nią opiekować nawet jej rodzone dzieci, bo miały wyrękę w dziadku. A babcia wychowała całe pokolenie wnuków w tej rodzinie. Masakra.) to nie problem, no bo ma mieszkanie i jest sam.
No i musi pomóc dziecku.

Zastanawiam się właśnie, jak daleko sięga granica tego, że MUSISZ pomóc dziecku, bo często okazuje się, że dzieci ci wcale nie muszą pomagać.

Choćbyś nie wiem jak na głowie stawał, wychowując je.

Więc (wiem, nie zaczyna się zdania od więc) nagadaliśmy się znów do wypęku.

Nic nie rozwiązaliśmy, ale nieważne, czasem trzeba pogadać jak czekista z czekistą.

Skoczyliśmy do Sfinksa do Lubonia (okazuje się, że jest tak blisko, że mogę sobie tam spacerkiem pójść, oczywiście nie w taki kurewki upał), z czego być może skorzystam nawet idąc na obiad sama, będę miała cel, żeby dupę ruszyć i odpocznę, nie kombinując z jedzeniem, bo naprawdę gotowanie dla jednej osoby to masakra. A 50 zł, no 70 z piwkiem, to nie taki wielki wydatek, żebym sobie czasem nie mogła zaszaleć.


Plędz, już nadgryziony, bo zapomniałam sfocić, plus cyc kurzęcy z grilla i zielsko - pyszne było.

Dzieci tak jak w lodziarni, wymęczyły kelnerkę, prawie z życiorysu ją przepytały :) 

Kalafiorkówna wciągnęła pomidorówkę i zażyczyła sobie burgera, ale ojciec się nie zgodził, zna jej możliwości. Dostała więc rosół, zaś Alienek, który dostał burgera (jakiegoś dziecięcego, a że czyta, to wyczytał i wymęczył kelnerkę) miał mało i dostał... pomidorówkę. I tu zaczęły się schody, bo w rosole było zielone (co to jest to zielone, kelnerka usłyszała, że ta przyprawa jest niesmaczna). W pomidorówce też było zielone. Zielone z rosołku pracowicie wyłowił I., Alienek zamieszał i zjadł wszystko... Aczkolwiek nie uniknął dociekań ze strony siostry, dlaczego je z makaronem, a nie z ryżem jak ona...

I tak musieli do tych zup jakieś GMO dosypać, bo po zapłaceniu rachunku już (czyli nie było co reklamować), Łobuzy zamieniły się w jakieś stwory nieziemskie


 


których stęskniona matka się wyrzekała.

Wywalili mnie na BP koło chaty, bo tak chciałam, osiedlowe drogi rozkopane, bo wodociągowe rury (nie tak dawno remontowane) padają, więc i przejazd to droga przez mękę, a ja te 5 minut nawet w tym upale się dokulałam.

Home sweet home... cichutko, spokojnie, poprałam drugą porcję ręcznikową i wróciłam do swoich zabawek.
Znaczy się Wikingów Walhallę trzeci sezon zajeżdżam i cieszę się, że chociaż na stare lata dojrzałam od odejścia z Kościoła. Znakomicie, że jednak opadły mi łuski z oczu. I tak, to prawda, że indoktrynacja robi swoje. A ja, no cóż, na wsi chowana, przedszkole prowadziły siostry. Zawsze spotykałam na swojej drodze fajnych księży, jeden był dla mnie jak starszy brat, którego nigdy nie miałam, wikary z mojej młodości, spotkany w dorosłym życiu jako proboszcz też pomógł mi w krytycznych momentach życia, a i moi chłopcy byli z tym związani, bez podtekstów.

Otrzeźwiałam w momencie, gdy niedorostek dla mnie w czasie spowiedzi, gdy byłam na zakręcie zaczął mnie pouczać, jak mam układać życie sobie i dzieciom, chociaż KURWA nic o nas nie wiedział.

A potem już było z górki i się skończyło apostazją.

A tu, w Wikingach, ja, stara kobieta, oczy przecieram i jeszcze lepiej mi się wszystko układa w całość...
Nie miałam tak szerokich horyzontów na ten temat jak Pantera.

Niby wiedziałam, ale wypierałam.

No ale lepiej, że wyparłam i pójdę do piekła...

A czekaj, mam nadzieję, że moje piekło będzie lodowate, bo gorąca nienawidzę...

No nic, zobaczymy :)

A na razie przetrwać kolejną tropikalną noc - brzmi jak plan :) 

I jutrzejsze zamykanie...

Jedno co mnie martwi, to że do bloku wprowadza się coraz więcej hołoty.

Ludzie umierają, ich dzieci sprzedają albo wynajmują mieszkania.

Kilka dni temu do mieszkania sąsiadów próbowała dostać się pijana w trzy dupy kobieta. Oni jeżdżą latem na działkę. Nie dostała się, nie alarmowałam (wiem z nagrań z judasza).

Wczoraj widziałam ją, gdy szliśmy na lody, wchodziła do naszego bloku, znów pijana, ale ma kod, więc co mogę zrobić?

I. mówił, że można się tak zaprawić, że autopilot nie pomaga. Nie wiem, nie zaprawiłam się nigdy tak, albo miałam dobrą opiekę :)
Na nagraniu jej wczoraj nie było, więc teoria I. ma ręce i nogi. Dziś wychodzimy, ona wchodzi, a I. mówi: to była TA? Przytaknęłam, a on: no jechało od niej sfermentowanym alkoholem i brudem... Mam katar, nie czułam.

Ale to nic wesołego mieć takie jednostki w bloku.
Tak powoli powstaje getto, a taka fajna była to latami miejscówka...

Źle się dzieje w państwie duńskim...

I tym nieoptymistycznym akcentem żegnam się z tobą, Kochany Pamiętniczku...

Szczęśliwa i nieszczęśliwa jednocześnie.

A jutro MW będzie miała 14. urodziny.

I tyle mojego babciowania.

Szczęśliwego i nieszczęśliwego.


czwartek, 18 lipca 2024

Sprawa

 prawie się rypła, Kochany Pamiętniczku.

Pisze do mnie pani M., że znów zamiast w piątek zamykamy w poniedziałek.

Znów mnie szlag, więc wylewam żale na memłon, a ona, że...

Problemy z drukarnią naszą, prawie zbankrutowała już i cudem wydrukuje nam ten numer. Bo to nie jest tak, że wchodzisz sobie do drukarni i z miejsca ci drukują.

Na całe szczęście udało się, ale przerażające jest, że wszystko w PL pada, tak jak kostki domina to leci.

Niby nie powinnam się przejmować, ale...

Znów dostałam podwyżkę czynszu, niewielką, parozłotową, ale jeszcze nie tak dawno płaciłam niecałe 400 zł, a teraz już prawie 700.

Rachunku za prąd wg nowej taryfy jeszcze nie miałam.

A dziś lekką ręką wydałam 3/4 emerytury, bo wreszcie przyszło pismo z K. z cmentarza - 800 zł poszło się bujać, ale oba groby mam opłacone na kolejne 20 lat (ludzie tak długo nie żyją), jeszcze wycieczka na pocztę i wysłanie papierków, bo muszą mieć mój podpis, że nikt sobie nie rości prawa do grobów oraz UWAGA, ACHTUNG, WNIMANIJE, POZOR, BUDIET TRYSKAT - potwierdzenie wpłaty. Jakby, kurwa, nie wystarczyło, że im kasa na konto wpłynie, opisana, muszą mieć "papiurek". Nie, nie poszłam na pocztę (tam za przelew bym musiała dopłacić i to sporo), wysłałam elektronicznie. Jak dojdzie, zaksięgują, więc w czym problem? Ale to i tak ekstra, bo jak rok temu Pierworodny dzwonił, to pani powiedziała, że płacić można tylko gotówką i tylko bezpośrednio w biurze parafii... A biuro czynne w godzinach, kiedy ludzie pracują, żeby mieć na opłaty, no i jazda do K. Już kombinowałam, że poślę kasę którejś z koleżanek, na emeryturze siedzą, no ale... mój podpis potrzebny. Dlatego już te wszystkie dokumenty wyślę poleconym, żeby mieć pewność, że doszło. 800 zł za dwa groby to jak za darmo, jak nie będą mieli co zrobić z prochami, to wsadzą tam, pomnik jest, napisu nie chcę, powinni ogarnąć po kosztach. Na 20 lat ważne, a chować można już, bo minęło te 20 lat, u Cioci minie za rok. 

A po mnie może być potop, będzie mi wszystko jedno ryba.

Inżynier mnie podpuścił, żeby PUE założyć, tak dla jaj założyłam i wkopałam się. Założyć to małe miki, ale nie mam nic uwierzytelniającego, że ja to ja i muszę się powlec do ZUS, żeby pani pierdzistołkowa potwierdziła, że jestem sobą (mną) i żebym mogła na swoje konto włazić. W ciągu 7 dni muszę tam dotrzeć, więc zaraz we wtorek polecę. Jeżeli będę prze to mogła wszystko online załatwiać to i tak wyjdę na plus. No i sprawdzę, czy mnie nie orżnęli, chociaż gdy pracowałam w Auschwitz była ogólnopolska akcja gromadzenia papierzysk i miałam wszystkie dokumenty. Jakby, kurwa, ZUS ich nie miał... Ale sprawdzę, co mi tam. Emilka machnęłam do ZUS, że ja niedosłysząca, to mnie e-wizyta nie urządza, czy nie można tego inaczej załatwić. Odpisali, a jakże, szybko, dziś, ale nic nowego poza tym, co wyczytałam na stronie, uprzejmie proponując mi tłumacza języka migowego. Nosz, kurwa, a ja na migi to tylko umiem pokazać, że wypiłabym jeszcze jeden kieliszek, kiedy już mówić nie mogę :) Czy każdy, kto ma niedosłuch musi znać migowy? Przez to, że nie znam migowego, nie dostałam posady kierowniczki biblioteki w Polskim Związku Głuchych, choć znam rosyjski, francuski i łacinę, niemiecki też ogarniałam z leksza w czasach przedtłumaczowych internetowych, a i z angliczańskim dawałam radę, jak wszystkie były pisane, nie te mówione :) I obiecałam, że się migać naumiem, ale nie... Nie znałam prezesa, kierowniczką została krewna prezesa, z wykształceniem... podstawowym.

Ja mam magistra z bibliotekoznawstwa i informacji naukowej, fajny tytuł.

Może to i dobrze, że nie dostałam tej posady, bo tak dobrze jak w korekcie, to się nie bawiłam w życiu.

Zwłaszcza jak Boss bierze nowy narybek po uważaniu. Nie, że jego krewna, ale... No młoda, zdolna, nauczy się, ładna jest, małe pieniądze chce... I tak mam takie kwiatki: Jan Kowalski, wchodząc rano do obory, zamarł na widok padłej krowy, która leżała martwa. I nie, nie jest to humor z zeszytów. 

Tak więc czeka mnie wizyta w ZUS, będzie się działo.

A co u mnie?

Ano, rano budzi mnie, całując me stopy


słoneczko, bo My Shadow właśnie kąpiel bierze :) 

I cały pogrzeb, znaczy się, sen, na nic, wstaję i lecę zasłaniać drzwi balkonowe. Nie mogę ich zamknąć na noc, bo się duszę, a tak się chociaż trochę ochłodzi w nocy. U mnie nie działa zasada - zamknięte, jest chłód. Owszem, spuszczam rolety, ale... muszę mieć i okna uchylone, i drzwi balkonowe otwarte, inaczej umieram.

Wciąż pamiętam traumę z Auschwitz, gdy siedziałam w piwnicy, przechodniej, gdzie na jakichś 20 m kwadratowych było 7 osób, 7 komputerów, dwie drukarki, telefon. Dziś, nosząc przy ludziach aparaty słuchowe bym tam oszalała. Na dokładkę nie wolno było otwierać okienek piwnicznych (w piwnicznej izbie zmrok szary zapadł), bo się nagrzeje, więc po 2 godzinach był taki zaduch, że nie wiem, jakim cudem nie rzygałam, zwłaszcza że po każdej ulewie wybijało w piwnicy szambo :) Tak, te kilkanaście lat temu z haczykiem też były upały i ulewy. 

Więc chcę mieć powietrze, nawet jak jest parne i gorące, aczkolwiek u mnie żadne szambo nie wybija.

I nie, nie tęsknię za bardzo za klimą, bo


mam takie okoliczności przyrody, a badylek (nie pamiętam nazwy)


urodził taki biało-czarny listek, jest czarny, nie ciemnozielony :P 

A moje konto bankowe dziś się na mnie pogniewało, no bo te 800 zł. Poza tym kupiłam Alienkowi tornister, bo tak sobie zamarzyłam, że to zrobię, bo to jedyne moje wnuczę, które nie że mnie przytuli i powie cześć babcia, ale... Jest jak jego ojciec za młodu. Przywiteczny, przytuleczny i nie da na mnie złego słowa powiedzieć i czyta już prawie tak jak ja (znaczy się szybko najtrudniejsze słowa, właśnie ogarnia kilkadziesiąt tomów Asteriksa, wywleczonych z mojej komórki i rodzice raportują, że stracił głos, nie gada, a gada prawie tak jak ja, zamilknął i czyta...)... I  od razu kazał sobie zrobić fotkę i posłać babci...


 Nie ma swoich socjalów, ale zawsze dziękuje. Tak i jak się widzimy.Dołożyłam piórnik, bo mogę. Bo chociaż dla jednego wnuka jestem ważna.

Kalafiorkówna zaś dostała... komplet gaci. Bo jej mama wrzuciła fotkę na fejsa z jej ulubieńcem, pisząc, że tylko gaci z nim jeszcze nie ma. Znalazłam gacie, zgwałciłam matkę. Bo mogę. Bo aczkolwiek jest jak jej matka, znaczy się nie dotykaj mnie, to dostępuję zaszczytu i mogę dotykać.

Posłałam też Małej Wiedźmie, zwanej dawniej E. Wedel na urodziny kasę. I to niemałą. Plus kasę do podziału na wakacje, na które jadą z drugim dziadostwem, które celebruje 45-lecie małżeństwa. No cóż, nie mam z kim jeździć, nie lubię, nie celebruję i szczerze mówiąc - nie widzę sensu wydawania kilku tysięcy albo i więcej, żeby jęczeć z gorąca gdzie indziej. Pomijając już fakt, że nie mam samochodu i dojazd gdziekolwiek to droga przez mękę, a już sama z dwójką małolatów - mówię nie. No i wisienka na torcie. Nie ma urlopu, wciąż pracuję. Na urlop wyrwę się gdzieś jesienią późną. 

No bo niby skąd miałabym mieć kasę na takie hulanki bez pracy?

W sobotę dostałam od MW jej NOWY nr telefonu (a jakże, ma nowy aparat, bo ten, za który zapłaciłam 1200 zł za tę przewałkę, które miałam odzyskać czerwiec-lipiec, a o których cisza w eterze) i zdjęcia. Inżynier wywalił stary nr (ach to klikanie tu i tam) zapisał nowy, zdjęcia mam, ponoć korzysta tylko z SMS, które ma za darmo, czyli dalej jadą na abonamencie. Ja nie mam SMS za darmo, ma kartę. Za darmo mam SMS tylko do ajfoników, a i to jeżeli są one w sieci. Przelewam kaskę, piszę, ale ani be, ani me, ani kukuryku, ani pocałuj mnie w dupę. Piszę do Pierworodnego, bo MW ma konto podpięte do jego konta, ale... Wciąż słyszę, że coś tam, coś tam i inne sranie w banie. Łobuzy w tym samym banku (Łobuzy mają 7 i 6 lat, MW będzie miała 14), mają kartę bankomatową, za każdym razem jak przepijają kaskę od babci, raportują zdjęciowo :) Czekałam i czekałam i nic. Piszę do Pierworodnego, a on, że może jej się telefon rozładował.

Jak rozładował, jak siedzi na nim non stop? Nawet na imprezach? Zawsze ma rozładowany, tak mi mówią.

I tak 20.36 i ani słowa.

Jak bardzo w skali od 0 do 10 jestem pojebana, że czekam na dobre słowo?

Że za mało daję? Bo tamto dziadostwo daje więcej? W rozmowach z MW słyszę, że nie lubi tam być, bo się wszyscy kłócą.

U mnie jest cisza, spokój, można robić, co się chce, można gadać, milczeć, tulić się lub nie.

Więc co jest nie tak?

Że za dużo oczekuję Kochany Pamiętniczku?

Że jestem otwarta na Łobuzy (aaaa, szykuje się kolejny najazd i akcja Sleepover at Grandma, wannę trzeba wyszorować, znów będzie cała łazienka zachlapana, ale poczuję, że żyję)...

Bardzo mnie to boli, że chociaż się staram, to mi nie wychodzi.

Co jest ze mną nie tak?


Aby do poniedziałku, przetrwać i najazd, i zamykanie (u mnie już wrzesień), wizyta w ZUS, wizyta w pracy w kadrach (ale na badania kontrolne muszę iść dopiero w 2026 roku!) :)

Będzie się działo, choć łatwo nie będzie. 

Tylko dlaczego to wszystko tak kurewsko boli?



sobota, 13 lipca 2024

Szczęście

 trzeba rwać jak świeże wiśnie, Kochany Pamiętniczku :)

To był dobry dzień, po okrutnej, męczącej nocy, kiedy myślałam, że ducha wyzionę od duchoty i spać nie mogłam.

Ogarnęłam się jednak rano i rezygnując z apki, pojechałam swoim modo, co z tego, że kiblowałam trochę na przystankach, ale nie leciałam z wywalonym ozorem, wyziewając ducha. A i kiblując łaziłam, więc mam dzisiaj ładny komplet kroków, jak rzadko.

A i sama jazda zbiorkomem to było fajne przeżycie, bo jedzie opłotkami, nie autostradą (jak Inżynier). I tak sobie kontemplowałam a to rzepak, a to jakąś pszenicę czy inny jęczmień, kukurydzę, zastoiska wodne, wyległe zboże w najdziwniejszych konfiguracjach, nowe osiedla w Baranowie, podczas gdy dla mnie Baranowo to... Wygwizdowo było, tak to ochrzciłam i tak w rodzinie mówili - jedziemy na Wygwizdowo. A teraz marketów tam więcej niż w mojej wiosce, a i bloki oraz osiedla domków, że hoho :)

No i Tarnowo Podgórne, zadbane, wypieszczone, kolorowe, ukwiecone, czyściutkie...

W sumie mogłabym sobie takie wycieczki po okolicy robić, ale... 

No nie chce mi się, nieważne :) 

Dotarłam na włości cała i zdrowa, od razu wyściskana przez Łobuzy i uroczyście Alienek mi wręczył prezent zespołowy z wakacji, a później dostałam prezent od ich rodziców. Się chwalę zatem


Dziadek też dostał, a przy okazji była mała awanturka, albowiem z orderem dla dziadka poleciał Alienek, a miała go wręczyć Kalafiorkówna (jak z wzdechem rzekł Inżynier, w tym domu wszystko musi być fifty-fifty, inaczej jest raban, a podobno Kalafiorkówna chciała wręczać mi, no ale wiadomo, wygrał babciny przydupas :) 

Nacieszyliśmy się sobą, zanim zleciała się reszta imprezowiczów i tak


biedronkę przyuważyłam, nie licząc ślimaków, których cała rodzina nienawidzi, a które są WSZĘDZIE, mnie tam rybka, ale u nich jest klęska i nawet na mury się wspinają, a wczoraj była ulewa i jest tragedia. 


Dąb Alienka twardy jest, trza być kwardym, a nie miętkim i mimo że nie udaje mi się wyegzekwować jego ochrony i żre go, co popadnie - rośnie. Może ocaleje - dąb, posadzony koło Sikorzej szkoły, ku czci ojca mojego szwagra, który zginął w Katyniu (ojciec, nie szwagier, a którego szwagier przeklinał za to, że w Katyniu czuł się polskim oficerem, choć był Niemcem z pochodzenia i nie ratował życia w ten sposób) też marnie rósł latami, a teraz okrzepł i będą z niego ludzie ;) 

I tak gawędząc i podziwiając wygibasy Łobuzów na kopule, dotrwaliśmy do najazdu reszty gości. A, zasłonę milczenia spuszczę na moje stosunki z drugim dzieckiem i jego familią, bo szkoda słów. Było poprawnie politycznie do wyrzygu, ale sztywno jak na akademii ku czci. Nieważne. Fotka grupowa jest, ale już się nie wyrywam przed orkiestrę, nie sponsoruję i nie poczuwam się.

Czekam tylko na szczerą rozmowę, ale nie wiem, czy się doczekam, a psuła komuś imprezy nie będę, bo po co?

W sumie - w dupie to mam. 




Taki fajny tort zamówiła Inżynierowa, a i 40 świeczek było, co jej ojciec skwitował: można kupić cyferki. A ona ze stoickim spokojem: dobrze, że mówisz, bo nie wiedziałam :) Na co on z kamienną twarzą: ale zanim zapalisz ostatnią, pierwsza zgaśnie. I tak prawie było, ale Inżynier płucka ma dobre i zgasił wszystkie świeczki :)

A na ścianie, gdzie wolno dzieciom rysować, taki bohomaz był :)

A potem grill


I wstyd przyznać, choć mam pełną lodówkę, wycyganiłam sałatkę Inżynierowej, niby sama taką robię, ale jej smakuje mi lepiej :) No co, raz ja mogę wyjść z wałówką, a nie dawać jej komuś, co nie? Tym bardziej, że nie zabrałam całej :D 

Pojechałam do domu sama, ostatnim autobusem, Pierworodni zostali, mówiąc, że pojadą inna linią. Mnie to w sumie pasowało, bo tak. Bo nie musiałam udawać przez prawie godzinę, że jest git majonez i nic się nie dzieje. 

Słuchawki w uszy i ruszyłam w stronę słońca...



Tak wyrósł łopian, który fotografowałam zwarzony przymrozkiem, kiedy wiosną holowałam Łobuzy do przedszkola :) Ktoś się nad nim rozczulał, bodaj na FB, że biedny i nie przeżyje. 

A na niebie był koncert chmurkowy, i Steve śpiewał I just called to say i love You i inne takie tam Perhaps leciało... I w takiej chwili serce się nigdy nie myli, darł się Wodecki :)


Do chałupy dotarłam spokojnie, połączenia miałam super mimo tego, że sobota i wszystko jeździ w kratkę.

I śmieję się wciąż, bo jak Kalafiorkówna u mnie była, to poczęstowałam ją jeżyną, z hodowli, wielką, czarną, soczystą. Nie smakowała jej. I nich w tych chaszczach jest multum jeżyn, tych dzikich. Parę już dojrzało, więc zeżarłam. No i Kalafiorkówna doczepiła się, że ona też chce. Jej matka z obrzydzeniem rzekła: ale tam łażą ślimaki. Ja na to: przecież umyłam, zanim zjadłam. No i dziecko chciało. Nie tylko Kalafiorkówna, ale i Alienek. Zerwałam resztę tych dojrzałych, umyłam prawie wrzątkiem i...

Zeżarli oboje :) 

I stwierdzili, że są dobre (bo są, takie wygrzane słońcem, te sklepowe pewno z jakiegoś tunelu).

Ale pewno więcej nie dostaną, no bo te ohydne ślimaki tam chodzą :D 

A ja znów ujrzałam nasze wyprawy maluchem na Dziewiczą Górę, właśnie po jeżyny i to, jak wcinali zimą przetwory z jeżyn...

Łobuzy same nie nazbierają pewnie, bo jeżyny kłują...

Jak te priorytety się zmieniają.

Ale przeżyłam dobry dzień.

Jest cudnie.


piątek, 12 lipca 2024

Kretyński

 Kochany Pamiętniczku?
No może nie aż tak do końca.

Oczywiście, nikt nie odtworzył (jeszcze?) dinozaurów.

Oczywiście, że niemożliwe jest obrywanie takich batów i wstawanie na baczność (mnie byle pająk czy inny cholerstwo użre, a jestem betka dniami całymi, a tu lanie na maksa, wybucgy wulkanów i tadam, nówka nieśmigana, nawet jak gościówa zaiwania w szpileczkach kilometrami - tego nie potrafiłaby żadna NORMALNA kobieta - wie, co mówię, po przetańczeniu całej nocy na 12-centymetrowych obcasach, gdy młodą dziewoją byłam :) 

Cały Jurrasic World ogarnęłam, Kochany Pamiętniczku.

Że głupota?

Niekoniecznie, z mojego zawodowego punktu widzenia, aczkolwiek ja tam tylko sprzątam.

Max (dawna HBO) ma całą serię, a Netflix dodał ostatni film  z tej serii.

Nawet nie pamiętam, gdzie oglądałam pierwszy, to 1993 roku - dziura w pamięci, dzieci były już na świecie,  może z nimi byłam w kinie?

Podoba mi się, że aktorzy w tej serii starzeją się razem ze mną. 

No dobra, osobiście jestem nówka nieśmigana, oj tam, oj tam :)

Ale wracając do naszych baranów - zaczęłam się zastanawiać, jak mało wiadomo o rzeczywistości, o tym, co się wokół dzieje.

Co dzień alerty RCB, że jebnie, że pierdalnie, że wykończy.

Czasem jebie, czasem nie, ale przeżyłam jeszcze parę lat temu sytuację, że wracając do domu stałam po kostki w wodzie w autobusie. A i w czasie wizyty Pierworodnych u mnie, kilka lat temu, po powrocie zbierali gacie z różnych dziwnych miejsc, bo suszarkę postawili na balkonie, nie przypinając nic klamerkami.

Mam dostęp do informacji o GMO, o innych cudach wiankach, z racji wciąż orania na ugorze.

Tak się to wszystko ponakładało na obserwowane przeze mnie strony, łącznie z płaską Ziemią (a jak, jest płaska do wypęku, kto w to wątpi, ten głupi jest - no dobra, wierzę, nie wierzę, kpię, traktuję poważnie - odpowiednie skreślić).

Podsumowując - są rzeczy na Ziemi i na niebie, o których się filozofom nie śniło.

Ale coś tym jest.

Jako i w tym, że I, dosyła mi info, że żeby do niego dojechać na tę wiekopomną imprezę, mam przystanek początkowy na Nowinie. Jak za starych lat, gdy jeździłam do nich do B., gdzie kiblowali u teściowej, bo ja w pracy byłam, a szwagier (nie ten) wychodził ze zdziwienia, że jak to, o tej porze, na piechotę, tyle kilosów szłam? On by się nie ruszył...

A ajfonik dziś mówi, że już po remoncie...

Nie ufam apkom, więc opracowałam sobie indywidualny plan, pokibluję na przystankach ja coś, ale bez wypluwania płucek ogarnę wszystkie opcje...

Trzymajcie za mnie jutro kciuki, bo będzie się działo...

PS Jurassic World w całości polecam. Daje do myślenia. Oczywiście nie każdy ma czas, możliwości, streamingi.

Dla mnie to nie był stracony czas, mimo hollywoodzkich scenariuszy :)


środa, 10 lipca 2024

Ledwo

 z życiem dziś uszłam, Kochany Pamiętniczku.

Jak wiadomo, zakupy zwalam na Inżyniera i już kilka tygodni temu kazał mi latać po sklepach i wybrać fotel do kompika. Bo w starym wyrobiła się dźwignia i tak sobie siedząc, powolutku opadam, co jest szczególnie wkurwiające, jak pracuję.

Miałam latać po sklepach i szukać. Bo "wszystko trzeba dopasować, a nie kupować od razu online". Byłam na Franowie, do Ikea nie doszłam, bo nie lubię, przymierzyłam się do dwóch foteli, jeden mi podpasował, no i git majonez. Odgapiłam w internetach podobne, poczytałam rankingi, no i udźwig, żebym mogła ten kilo czy dwa mieć więcej, bo to wkurwiające, jak moja drabina ma udźwig 90 kilo i czasem się boję na nią wejść, bo a nuż się biedna rozkraczy. Tak więc wybrałam fotelik ze 150-kilogramowym udźwigiem i żadnego tycia się nie boję, bo mam jeszcze spory zapas :P 

Czekałam aż znajdzie czas, żeby mi fotelik zamontował, aż wreszcie zaczęłam z lekka presję wywierać i tadam...

Mieli wpaść o 16, ale jak to oni, poślizg mieli :) 

Pojechali dziś na zakupy i do kina z Łobuzami, a potem do mnie.

Fotelik zmontował, pot się z niego lał, bo upał okropny jest. Rozdziewiczyła fotel Kalafiorkówna, która sobie to zaklepała, bo nie pozwalam im jeździć na przykomputerowych fotelach. Potem siadł Inżynier i rzekł, że mu nie pasuje. Inżynierowa też mówiła, że pod dupą twardo :)

Alienkowi się spodobał, ale to nie na jego rozmiar.

A ja siadłam na tronie i od razu wiedziałam, że się zaprzyjaźnimy. Jest idealny. Bo ja, pracując, potrzebuję tej poduszeczki na nereczkach, dotąd miałam taką ze sklepu dla niepełnosprytnych, ale to nie było to :)

A tu cut, mjut i ożeszki laskowe :D 

Przed Państwem nowy fotel SJ: 


Na twardej poddupnej części położyłam poduszkę dla bolących dup i jest fantazja :) I nie muszę dosuwać starego meblowego fotela, oglądając film, mam podparcie dla szyi, puf pod nogi hasta manana :) 

I jest mniejszy i zwrotniejszy od starego, co przy tym nowym biurku jest zaletą.

Teoretycznie fotel powinien mi zasponsorować zakład pracy. Ale... mój stary stoi  w biurze, a kupili najtańsze i po kosztach. Tak więc podziękuję. Mój jest ten kawałek podłogi i stawiam na nim to, co mi pasuje. A mój kręgosłup, gdy piszę ten post mówi: I love You :)

Klawiaturę starą, przewodową odłączył, albowiem nowa bezprzewodowa jest OK :) Stara była kochana, ale SJ paprułą jest i je przy kompie, zatem w klawiaturze zagnieździły się różne paproszki i za Chiny Ludowe nie chciały się stamtąd wynieść. No i spacja się zacinała na paproszkach, co stwarzało pozory, że SJ nie jest na chodzie :) 

Bezprzewodowa zaś nie ma szpar, w które mogłyby wpadać paproszki, a i SJ zanabyła sprężone powietrze i...

No i gryzoń. Gryzoń się ostatnio zbuntował, zacinał się, co wkurzające było, gdy zaznaczałam coś, a on zaznaczał mi coś innego, wycinał, przenosił, żył swoim życiem.

Mam jeszcze gryzonia z mysich cipek, pięknego, prezent od Barana do netbuczka. Ale nie chciał się za żadne skarby podłączyć do kompa.

Raportuję feler Inżynierowi, bo nie chcę mu o wszystkim pisać, ma swoje życie. No i znów gadka: nie kupię, pójdzie mama do sklepu i dopasuje. Mówię, że ten z mysich cipek jest idealny, ale ten, że nie, mam iść, testować. Port nie działa. Fachowe oko Inżyniera stwierdza, że to nie ten port, ale GDZIE JEST PORT? Olśniewa mnie, że w netbuczku. Ale gdzie jest rzeczony netbuczek? Nie znajduję, albowiem w okolicach netbuczka Łobuzy urządziły rozpiździel i netbuczek wsiąkł... Szkoda mi czasu Inżyniera, wrzucam mu tylko kamyk do ogródka, że tego gryzonia kupował on, ze mną, w M., jak byliśmy na grobie Eksa. Ja pokazywałam najtańszego, prostego, ale nie, mówił, że ten gryzoń, którego on wybrał, to cut, mjut i orzeszki ziemne. Nie dyskutowałam z fachowcem, kupiłam. W domu okazało się, że gryzoń świeci ledowo, co mnie WKURWIA, ma przyciski z boku, z tyłu i gdzie się da, wystarczy, że coś niechcący ruszę, a już odstawia taniec z szablami. Jakoś to opanowałam, zanim coś się nie wytarło... (A ta z mysich cipek ma już chyba z 15 lat i nic się z nią nie dzieje.) Wzdech, bo jak zawsze mama nie ma racji i się kłóci :P

Jeszcze przetrzepaliśmy komórkę w poszukiwaniu komiksów, ale chyba wziął je Pierworodny, choć się wypiera, że nie wziął. Za to Inżynier wziął całą wielką torbę wielorazówkę z angielskiego TESCO (ode mnie, a jakże, Pierworodny za każdym razem przywoził z UK mnóstwo toreb, śmiałam się, że chce i mnie, i teściową puścić z torbami) komiksów z Asteriksem i innych. Nie żałowałam, bo na co mi to? A Alienek uwielbia i czyta. Na wakacjach nie wydał na pierdoły uzbieranej kasy, ale kupił sobie LEGO i dzisiaj książkę - Atlas ssaków. Czyta płynnie, tak jak ja, spojrzy i widzi całe zdanie :) Sam dziś, ręcami Inżynierowej kupiłam 


Jak coś, będzie dla Alienka, bo o ptaki też pyta...

Po ich wyjeździe chata wyglądała jak po najeździe Tatarów, ale nie powiem, klocki i inne pierdoły pozbierali, no ale sterta folii, kartonów, naczyń do zmywania, bo i lody, i owoce, i kawa - ale nie narzekam, było cudnie :) 

A i kibelek Inżynier ogarnął, coś tam padło w spłuczce, na całe moje szczęście nie grozi mi operacja wymiany całego kibla, dziecko ogarnie. Kupi część i założy. Powinno to zrobić starsze dziecko, ale jest jak jest i JA PIERDOLĘ.

Umarlaków też ogarnął, zadzwonił, dogadał, dostanę papiery, będę lżejsza o 800 zł, ale Umarlaki sobie kolejne 20 lat poleżą hurtem. Co z nimi zrobią, jak ja odejdę, nie moje zmartwienie. Stać mnie jeszcze na takie fanaberie :P Niby wyszłam z Kościoła, ale swoje odchyły będę miała do końca, czasami w łazience przy porannych ablucjach śpiewam: Kiedy ranne wstają zorze, a w maju: Maj to miesiąc Bożej Matki, a i kolędami nie pogardzę. Ale mieszkam sama, więc nikomu to nie wadzi, a i sprośne przyśpiewki mojego ojca też za mną chodzą, śpiewam na tyle cicho, że sąsiedzi policji nie wzywają.

Czekam na list z parafii, będzie papierkologia, latanie na pocztę.

Jestem pierdalnięta, ale Ciocia mówiła, że mam się wszystkim po niej zająć. Mogłam dać L. miejscówkę i olać, bo tej chodziło o pomnik, resztę miała w pompie. No ale jestem głupia, mam wszy na płucach i nie umiem.

A Inżynier zaciska zęby (chyba) i jeździ ze mną do Umarlakowa :) 

Ogarnęłam kuwetę.

Odsapnęłam moment i... znalazłam netbuczka.

Był w nim ten pizdryk.

I tadam...


Gryzoń z mysich cipek działa idealnie :) Tego drugiego odłączy Inżynier przy okazji, bo za dużo kabli do odłączania jest :P 

A fotel najpierw kazał wypierdolić.

Ale (o ja głupia, nieszczęśliwa) powiedziałam, że wystawimy go do loggii...

Inżynierowa zarechotała: jak będziesz badyle podlewać? No jak, tu się popchnie, tam przesunie, ruch to zdrowie. Inżynier: fotel spłowieje. Ja: jaka różnica, jak i tak ma iść na śmietnik?

Chciałam zapytać Pierworodnego, czy mu nie przypasuje. Tak, wiem, jestem  popierdolona na maksa.

Inżynier ożywił się i rzecze: mądrze mama prawi. Może mu się przydać, jest OK. Jak on nie weźmie, wezmę ja, mam miejsce w garażu i na strychu, a czasem może się przydać... A Alienek, kręcący się w nim mówi: mnie się w tym dobrze siedzi. A mówili, że to gabarytowo nie dla niego :P 

I tak fotel kwitnie w loggii, czekając na zapowiadaną armageddonową burzę. Burza dopadła ich na włościach, jak dojechali (dzięki niebiosom), a tu nic.

Porno i duszno.

Ale...

Jest cudnie.

Jutro minie 40 lat od przyjścia Inżyniera na ten padół łez.

Czterdzieści darowanych mi lat...

Dziękuję ci za nie, życie... :)