to się bawić, Kochany Pamiętniczku, czapkę sprzedać, pas zastawić.
Z ta zacną myślą poleciałam w tym upale uzupełnić rankiem braki w domowych zapasach, a tam
w sobotę (sic!) w upale, bez zapowiadanych deszczów banda kretynów w pomarańczowych kubraczkach kosiła pobocza. Kosiła, to dużo powiedziane, poszarpali tę trawę i poszli. Kurwa. Pewne rzeczy są w tym kraju niereformowalne.
A obok chaty, o której marzę odkąd się tu wprowadziłam
taka brzoza, niby nieżywa, a jednak...
Zlądowali po południu, zadowoleni zostawili Łobuzów i poszli w tango.
A Kalafiorkówna dała mi popalić, bo to charakterna dziewczyna jest i lubi stawiać na swoim. Nudziła się. I nie pomogły tłumaczenia, że umrę w ten skwar, poszliśmy na lody, chociaż lody miałam w domu, ale mając perspektywę wymyślania czegoś po 10 minutach po loadach, postanowiłam ich przegonić. Natrzaskałam tego dnia ponad 12 tys. kroków, za co mi cześć i chwała. I przeżyłam. Aczkolwiek w połowie drogi do lodziarni zaczęli jęczeć, że za daleko. Trudno, cierp ciało, kiejś chciało :O
Najpierw dotarliśmy na pocztę, gdzie omal się nie pobili, kto wrzuci do skrzynki list do mojego Szkota (kartkę urodzinową mu słałam)
potem podrażnili psa, oszczekującego ich z balkonu, bo darli się jak stare kalesony na płocie. K. drażniła kundla, pytając go, czy chce parówkę... No nic :)
Aleją Żula, pełną żulerii w stanie wskazującym, awanturujących się i zaczepiających innych (w ten upał, nie znam tej popołudniowej atmosfery tam, albowiem popołudniami rzadko wychodzę z chałupy, a już na pewno nie w taki skwar) udało nam się przejść, aczkolwiek A. głośno dociekając okoliczności przyrody mógł sprowokować kolejną awanturę, a K. z trudem udało mi się odciągnąć od miniplacu zabaw, na środku patelni, otoczonego przez żuli...
Wypinam pierś do medalu.
Wracając do domu taki fajny skwerek minęliśmy
no i wylądowaliśmy na osiedlowym nędznym (bo mamy nędzny) placu zabaw
z którego K. nie chciała zejść, bo chciała koniecznie na huśtawkę, tę zaś okupowały dwie nastolatki ze smartfonami w dłoniach, pod nią koczowała dwójka niedorostków, czekając na zwolnienie huśtawki.
Zmęczona proszeniem o wyjście powiedziałam, że idę do domu, na co ta mała uparciucha nie zareagowała, ale gdy A. poszedł za mną, i gdy oddaliliśmy się trochę, ruszyła rycząc wniebogłosy, że została porzucona, że nie mówiłam, że idę, że jej nie ostrzegałam...
Po drodze była tyrolka, za ciężka, by ją uciągnęli, ale polecieli, bo tyrolka. Kategorycznie zapowiedziałam, że tyrolki nie pociągnę, miałam sandały, mam wrażliwe stopy, a tam sam piach, mnie wystarczy ziarnko piachu do rany na kopytach. Na placu zabaw nie wchodziłam na piach, plac okala trawa. Nie pozwoliłam też K. zdjąć sandałów, bo tam wieczorami znudzeni rozbijają butelki i w piachu może być szkło.
Na tyrolce był taki ryk, że dziw, że policja nie dojechała na sygnale, nogę sobie na dechach obtarła i była wielce nieszczęśliwa.
Opatrzyłam otarcie. ojojałam, ojojane nie boli i...
Dotrwałam do kolacji. Pytam, czy chcą kawę.
Chcą, ale taką dla dorosłych. No to dostaną. Mam karmelową. (Oberwałam dziś od I., że kłamię, ale przecież skoro ja taką kawę piję, to jak najbardziej jest kawa dla dorosłych. Co z tego, że Inka, jak dobra. A A. przynajmniej opił się mleka, którego nie lubi). Natomiast K., napierająca się na kawę upiła łyk, pochwaliła, ale kolejny łyk jej już nie smakował. A. zaś upewniał się, że przeżyje po tej kawie dla dorosłych, grożąc mi, że jak wyląduje przez nią w szpitalu, to ja pójdę do lochu.
Ha... Nie wylądował, ocalałam przed marnym końcem tego żywota :P
Nie muszę mówić, że perfekcyjnie gra mi z tym lubię - nie lubię na nerwach, bardzo często domaga się czegoś, twierdzi, że będzie jadła, a po kęsie - dwóch zmienia jej się smak. Dlatego daję jej mikroskopijne porcje, żeby nie wyrzucać żywności, czego nienawidzę.
(Pisanie tej notki sponsoruje Tercet Egzotyczny i Pamelo żegnaj, nie rozumiem hejtu na to, w latach podstawówki czekałam na pociąg u koleżanki, która miała starszą siostrę, miała narzeczonego marynarza i ta piosenka leciała na okrągło. A mnie dziś wzrusza - w sumie samo życie.)
Potem była wariacja w łazience, aż wreszcie towarzystwo wylądowało w łóżku, spacyfikowane Smerfami zasnęło bez książeczki nawet, a ja czułam, że za chwilę umrę, tak bolały mnie wszystkie kości.
Rano zaś, kulając się do kibelka miałam taki cudny widok...
Posłałam im w poprzek, bo jak śpią wzdłuż, to się leją... Jeszcze się tak mieszczą...
A rano K. wstała pierwsza, zażyczyła sobie jajecznicę na boczku, którą dostała, kawy jej odmówiłam, bo przecież jej nie smakowała. Zjadła wszystko, wtedy obudził się A., który oświadczył, że on na nic nie ma ochoty, biedny, zje chleb z masłem. Ale zlitowałam się nad nim, dostał z masłem i z miodem, choć wieczorem miał zapowiedziane, że dostaje miód tylko dziś... :P
I tak po śniadaniu towarzystwo wylądowało na sublokatorstwie, co za mojej młodości było zawsze ulubioną chwilą niedzieli...
Popieszczeni, wybawieni zostali eksmitowani, ogarnęłam wszystkie wyrka, ich pościel od razu do prania (co z tego, że niedziela, jestem poganką, a pogoda była suszarniowa).
W termometrze zabrakło skali, a powieszona pościel schła w mgnieniu oka, czułam, jak paruje i schnie.
Lody dostali i mimo sporów i zaganiania babci do roboty: mam nakazane zrobienie sukienek z wełny dla wszystkich stworów typu gęś Pipa i jakieś tam lemury i inne takie tam...
Zbuntowana, w którymś momencie mówię, że mają sobie poszukać innej babci, jak ja im się nie podobam.
No i zostałam postawiona na baczność. Oświecono mnie, że tak łatwo się nie wykpię, bo babcię się dostaje od losu, a nie, że sobie można wyszukać. Że ja jestem matką ich ojca, więc się nie wykręcę od bycia ich babcią. A A. stojąc na baczność powiedział mi, że wydaje mu się, że jest mądrzejszy ode mnie, skoro wie, że babcię się ma... A K. zasugerowała, że może za kasę by się babcia znalazła, ale ją zgasił i uświadomił, że się nie zna :)
Hahahahahaha...
Przyjechał ojciec, sam, po to tałatajstwo. Umawialiśmy się, że zjemy coś, ale ponieważ Inżynierowa (nocowali u dziadka) pojechała do domu, bo nerwowała się o rybki świeżo wpuszczone do akwarium, miejsce w aucie było wolne (tak, tak, w maluchu nas się więcej mieściło, niż w ich wypasionych brykach, gdzie nie ma miejsca dla matki, bo foteliki). Z jednej strony rozumiem, bo i warunki na drogach są inne, sama wymagam meldunku za każdym razem odjazdu.
Znów darowane chwile - udupiliśmy ich na bajce, żeby spokojnie pogadać, bo gdy ja otwierając mu drzwi, przy których warowali już spakowani po dzwonku domofonu, mówiąc, że chcą do domu, bo u babci źle, zaprotestowali tak głośno, że dobrze, że sąsiedzi wszyscy są wyjechani. Że babcia kochana i inne takie tam.
No to sobie pogawędziliśmy, omawiając sytuację rodzinną, nie globalną (jednak mamy problemy rodzinne, a ja dowiaduję się cudów wianków właśnie tak, o co mam kolosalny żal). Nie, nie mam w tym ani mojej winy, ani nic. Po prostu ta druga połowa jest posrana na maksa. Bo o problemach na włościach wiem, o wszystkich. Też czasem mam swoje zdanie, ale staramy się wypracować konsensus. Druga część zaś robi pierdolenie o Szopenie ze wszystkiego. Synowa już dawno straciła pracę w biurze, ale się do tego nie przyzna. Pracuje w Żabce, jest z tego zadowolona. No ale ja wieki temu, gdy odbierałyśmy razem Papryczka z przedszkola po Dniu Babci i MUSIAŁ dostać hot doga w Żabce, powiedziałam luźno, że w Żabce nie kupuję, bo nie dam zarobić Rydzykowi. Na to ona (i słusznie) odrzekła, że tam też pracują ludzie. Fakt, ja zdania nie zmienię, ale to, że ona tam pracuje wcale mi nie przeszkadza. Przeszkadza mi, że mnie okłamują.
I o diagnozie (niewesołej) MW też wiem okrężną drogą, nie powiedzieli tego nawet Inżynierowi (no KURWA, to jest jego brat), ale jedna synowa drugiej, chociaż obie mają do siebie wielki dystans.
Taka to posrana rodzina jest.
I siostra Inżynierowej też ma niewesoło, bo się jej związek wypalił, nie wiadomo, czy odpali, a urodziła dziecko, bo druga strona chciała. I jest opcja, że zwali się dziadkowi, no bo dziadek jest sam. A że dziadek właśnie odzyskał odrobinę wolności na starość, gdy zmarła leżąca teściowa (podkreślam, teściowa, nie matka, nie chciały się nią opiekować nawet jej rodzone dzieci, bo miały wyrękę w dziadku. A babcia wychowała całe pokolenie wnuków w tej rodzinie. Masakra.) to nie problem, no bo ma mieszkanie i jest sam.
No i musi pomóc dziecku.
Zastanawiam się właśnie, jak daleko sięga granica tego, że MUSISZ pomóc dziecku, bo często okazuje się, że dzieci ci wcale nie muszą pomagać.
Choćbyś nie wiem jak na głowie stawał, wychowując je.
Więc (wiem, nie zaczyna się zdania od więc) nagadaliśmy się znów do wypęku.
Nic nie rozwiązaliśmy, ale nieważne, czasem trzeba pogadać jak czekista z czekistą.
Skoczyliśmy do Sfinksa do Lubonia (okazuje się, że jest tak blisko, że mogę sobie tam spacerkiem pójść, oczywiście nie w taki kurewki upał), z czego być może skorzystam nawet idąc na obiad sama, będę miała cel, żeby dupę ruszyć i odpocznę, nie kombinując z jedzeniem, bo naprawdę gotowanie dla jednej osoby to masakra. A 50 zł, no 70 z piwkiem, to nie taki wielki wydatek, żebym sobie czasem nie mogła zaszaleć.
Plędz, już nadgryziony, bo zapomniałam sfocić, plus cyc kurzęcy z grilla i zielsko - pyszne było.
Dzieci tak jak w lodziarni, wymęczyły kelnerkę, prawie z życiorysu ją przepytały :)
Kalafiorkówna wciągnęła pomidorówkę i zażyczyła sobie burgera, ale ojciec się nie zgodził, zna jej możliwości. Dostała więc rosół, zaś Alienek, który dostał burgera (jakiegoś dziecięcego, a że czyta, to wyczytał i wymęczył kelnerkę) miał mało i dostał... pomidorówkę. I tu zaczęły się schody, bo w rosole było zielone (co to jest to zielone, kelnerka usłyszała, że ta przyprawa jest niesmaczna). W pomidorówce też było zielone. Zielone z rosołku pracowicie wyłowił I., Alienek zamieszał i zjadł wszystko... Aczkolwiek nie uniknął dociekań ze strony siostry, dlaczego je z makaronem, a nie z ryżem jak ona...
I tak musieli do tych zup jakieś GMO dosypać, bo po zapłaceniu rachunku już (czyli nie było co reklamować), Łobuzy zamieniły się w jakieś stwory nieziemskie
których stęskniona matka się wyrzekała.
Wywalili mnie na BP koło chaty, bo tak chciałam, osiedlowe drogi rozkopane, bo wodociągowe rury (nie tak dawno remontowane) padają, więc i przejazd to droga przez mękę, a ja te 5 minut nawet w tym upale się dokulałam.
Home sweet home... cichutko, spokojnie, poprałam drugą porcję ręcznikową i wróciłam do swoich zabawek.
Znaczy się Wikingów Walhallę trzeci sezon zajeżdżam i cieszę się, że chociaż na stare lata dojrzałam od odejścia z Kościoła. Znakomicie, że jednak opadły mi łuski z oczu. I tak, to prawda, że indoktrynacja robi swoje. A ja, no cóż, na wsi chowana, przedszkole prowadziły siostry. Zawsze spotykałam na swojej drodze fajnych księży, jeden był dla mnie jak starszy brat, którego nigdy nie miałam, wikary z mojej młodości, spotkany w dorosłym życiu jako proboszcz też pomógł mi w krytycznych momentach życia, a i moi chłopcy byli z tym związani, bez podtekstów.
Otrzeźwiałam w momencie, gdy niedorostek dla mnie w czasie spowiedzi, gdy byłam na zakręcie zaczął mnie pouczać, jak mam układać życie sobie i dzieciom, chociaż KURWA nic o nas nie wiedział.
A potem już było z górki i się skończyło apostazją.
A tu, w Wikingach, ja, stara kobieta, oczy przecieram i jeszcze lepiej mi się wszystko układa w całość...
Nie miałam tak szerokich horyzontów na ten temat jak Pantera.
Niby wiedziałam, ale wypierałam.
No ale lepiej, że wyparłam i pójdę do piekła...
A czekaj, mam nadzieję, że moje piekło będzie lodowate, bo gorąca nienawidzę...
No nic, zobaczymy :)
A na razie przetrwać kolejną tropikalną noc - brzmi jak plan :)
I jutrzejsze zamykanie...
Jedno co mnie martwi, to że do bloku wprowadza się coraz więcej hołoty.
Ludzie umierają, ich dzieci sprzedają albo wynajmują mieszkania.
Kilka dni temu do mieszkania sąsiadów próbowała dostać się pijana w trzy dupy kobieta. Oni jeżdżą latem na działkę. Nie dostała się, nie alarmowałam (wiem z nagrań z judasza).
Wczoraj widziałam ją, gdy szliśmy na lody, wchodziła do naszego bloku, znów pijana, ale ma kod, więc co mogę zrobić?
I. mówił, że można się tak zaprawić, że autopilot nie pomaga. Nie wiem, nie zaprawiłam się nigdy tak, albo miałam dobrą opiekę :)
Na nagraniu jej wczoraj nie było, więc teoria I. ma ręce i nogi. Dziś wychodzimy, ona wchodzi, a I. mówi: to była TA? Przytaknęłam, a on: no jechało od niej sfermentowanym alkoholem i brudem... Mam katar, nie czułam.
Ale to nic wesołego mieć takie jednostki w bloku.
Tak powoli powstaje getto, a taka fajna była to latami miejscówka...
Źle się dzieje w państwie duńskim...
I tym nieoptymistycznym akcentem żegnam się z tobą, Kochany Pamiętniczku...
Szczęśliwa i nieszczęśliwa jednocześnie.
A jutro MW będzie miała 14. urodziny.
I tyle mojego babciowania.
Szczęśliwego i nieszczęśliwego.