zamartwiać się na zapas, Kochany Pamiętniczku. Co ma być, będzie, co ma jebnąć jebnie (jak ta szczotka dziś w nocy, która jebła za moimi plecami, gdym szła do kibelka, jebnąć miała prawo, ale li i jedynie w lewo i paść na pralkę, a jebła po moim wejściu do kibelka na wprost, niezgodnie z zasadami fizyki i padła w przedpokoju, dobrze, że słyszałam, jak pada, ma się tę resztkę słuchu) :)
Spokojnie wczoraj zamknęłam ekstras, jestem pod wrażeniem i zaszokowana. Bo jak rolnicy strajkowali, to hejt się lał, że te maszyny za miliony monet, że takie wypasione. A ja tu dokładnie analizowałam Rolnictwo 4.0 i to, co ono ze sobą niesie. I okazuje się, że teraz kupić zwykły traktor czy inną maszynę to niedługo będzie jak wygrać los na loterii, bo teraz wszystko jest połączone z komputerkami, satelitami, geotagami, nawet poczciwy deszczomierz jest już bardzo skomplikowaną stacją pogodową. Wiem, że to jeszcze nie jest na kieszeń przeciętnego rolnika ani hodowcy, że to pieśń przyszłości, ale przecież sama jeszcze pamiętam traktory na żelaznych obręczach, jadące po kocich łbach, żniwa sierpem i kosą. Sama zbierałam pyry za kopaczką...
Rolnik siał zboże z płachty, a teraz siewniki, które obliczają dokładną liczbę ziaren potrzebną na dany areał, liczbę granul nawozu, a roboty w nocy śmigają po polach i wyrywają chwasty, odróżniając je od roślin w podczerwieni.
To jeszcze nie są powszechne cuda wianki, ale i w oborach, i w chlewniach pracują stacje, które same sporządzają dawki pokarmowe i dozują je dokładnie wszystkim grupom hodowlanym. Zwierzęta coraz częściej są chipowane, chip zapisuje wszystkie ich zachowania, a hodowca nie wchodzi w ogóle do chlewu czy obory, bo widzi wszystko, co się dzieje w smartfonie.
I taka jest przyszłość rolnictwa, które ma wyżywić cały świat, a jest nas coraz więcej i coraz więcej żywności potrzeba i chuje-muje zielonych, że ekosreko - można o kant dupy potłuc. Nie ma od tego ucieczki, bo nie ma też chętnych do ciężkiej pracy na roli.
Że to jeszcze pieśń przyszłości? Ale jest to już bliżej, niż dalej.
I tak sobie dziś popatrzyłam na moją poczciwą Candy.
Pierwszy automat był kupiony za pożyczkę dla młodych małżeństw. Nie pamiętam, ile kosztował, ale jaka to była ulga po praniu pieluch w zwykłej pralce, zwłaszcza zimą, gdy nieodwirowane zamarzały na strychu. Kupiliśmy go w 1981 roku. A pralkę zwykłą dostałam od ciotki męża, bo chcieli wyrzucić, a ja... prałam pieluchy w rękach, gotowałam je na jednopalnikowej maszynce elektrycznej. Klepaliśmy biedę, ona to lubiła :)
Polar. Służyła długo, nie psuła się. Przy Inżynierze pieluchy to już było małe miki. A ja wtedy jeszcze pościel miałam białą, bawełnianą, krochmaliłam, nosiłam do magla. Obrusy też :)
Jednak mimo gotowania nie było z niej śnieżnobiałe pranie...
Ale brat dostał w spadku (ojacierpiędolę, wielki spadek) po ojcu (bo zaznaczył, że pralka ma być dla niego, bo ja mam automat) pralkę wirnikową, nie, nie Franię, Światowit. Miała timer. I wyprane w niej rzeczy były o niebo czystsze niż w automacie. Stało u mnie, bo brat mieszkał na pokoju i nie miał jej gdzie wstawić. Dokupiłam wirówkę i uwielbiałam w niej prać :)
Padła potem, wstawiłam do komórki, ale... sąsiadowi przeszkadzała, mieliśmy wspólną komórkę, zrobił donos do spółdzielni i wywalili mi ją. Do dziś jej nie mogę odżałować. Wirówkę też mi załatwił, postawił na wieczku coś ciężkiego i je złamał. A wirówki używałam do delikatnych swetrów, bo chociaż teoretycznie automat miał program do wełny, to wolałam wełnę prać ręcznie.
Polar padł, bo miałam na stanie chłopa. Chłopcy słuchali matki, sikali na siedząco (to dobre dla prostaty), ale Eks nie, bo to niemęskie i tym sposobem jedna ścianka pralki przerdzewiała, bo nie nadążałam z czyszczeniem. Kupiłam nowy automat. W międzyczasie zmarła Ciocia i od niej przywiozłam Candy. Dziś obliczyłam, że ten cukiereczek ma co najmniej 35 lat już. Stała jakieś 10 lat u mnie (Ciocia zmarła 19 lat temu), a przedtem jej używała też kilka lat, jaka to była radocha, jak ją sobie kupiła. Stała, bo mój drugi Polar prał. Aż padł. A że naprawa już miała być droga, bo i pralka stara, tom ją wywaliła i wstawiłam Candy. I tak ta moja Candy pierze u mnie już od lat, czasem miewa humorki - nie odwiruje dokładnie, ale mam na nią sposób. I tak do niej czule przemawiam, bo ją kocham i lubię. Nie, żebym nie miała na nową pralkę w razie W (odpukać), ale przerażają mnie nowoczesne pralki. Śpiewa taka, tańczy, recytuje, daje dupy i gotuje, pranie wiesza i składa i chuj wi jak to uruchomić, coś bzyka, piszczy, świeci, leci...
I pada.
A mnie w tej chwili wystarcza to pranie pościeli i ręczników na 60 stopni, jak chcę, mogę prać na 90, ale nie widzę sensu, bo mam pościel z kory, biała bawełniana leży i żółknie (nie wiem, jak się jej pozbyć). Leżą i żółkną też obrusy sprzed wojny (a co, mam takie, haftowane i nie, z adamaszku i inne cuda - ale nie mam już stołów do nakrywania, więc też nie wiem, po co to trzymam). Wełny już od dawna nie noszę, bo mi za gorąco, a Candy ma program do takiego prania. Ma też program szybkiego prania - w sam raz do dywaników i innych akcesoriów.
Więc na co mi świecąca jak dyskoteka pralka, która jak się zepsuje, to nie warto jej naprawiać? Inżynier taką ma, rozmawiałam z nim i mówi, że praktycznie też korzystają z takiego prania jak ja mam w mojej Candy, a wszystko inne to tylko nabijanie ceny.
I tak przeszłam w tych rozmyślaniach od Rolnictwa 4.0 do mojej kochanej pralki.
Zwykłej już nie kupię, nie na moje siły napuszczanie wody, spuszczanie, płukanie we wannie.
Ale dlaczego opłaca się produkować tylko drogi, świecący i błyskający ledami sprzęt, a nie opłaca się produkować prostych rzeczy?
Tak samo z kuchenkami. Ja mam gaz i ostatnim rzutem na taśmę kupiłam kuchenkę gazową. Z piekarnikiem gazowy. Wszystkie mają teraz piekarniki elektryczne, rożna,. timery, cuda wianki.
A ja mam gaz na ryczałt, 12 zł miesięcznie (nie mam licznika), więc nie opłaca mi się mieć innej kuchenki. Wciąż nie mogę odżałować mojej pierwszej Ewy, brązowej, wystanej przez Eksa w kolejce dwutygodniowej (cudnie piekła), razem z pralką, ale wymieniłam ją ze względów bezpieczeństwa (zużyła się jednak, bidula) na Mastercooka. Mastercook od razu zaczął strajkować, piekarnik poszedł szybko się jebać, zapalenie go to był los na loterii, więc gdy likwidując książeczkę mieszkaniową jako alibi do jej likwidacji musiałam mieć kupienie kuchenki, bez wahania kupiłam nową. Indesit. Jest OK, ale... jest srebrna i widać na niej każdą kropelkę i każdą rysę i mnie cholera bierze. Odpuściłam już jej czyszczenie do błysku, bo nie ma opcji. Jest czysta, ale nie umywa się do emaliowanej. Tak samo nienawidzę srebrnych zlewów. Mam emaliowany. Zaleję ACE i jest bieluteńki :P
Moja szafa z rodzinnego domu, niewiele młodsza ode mnie, trzyma się dzielnie, choć kluczyków do zamka nie ma. Ale reszta gra gitara.
A nowa, dziesięcioletnia z BWR rozsypuje się powoli, plecki idą się jebać, półki spadają i tylko czekam, aż weźmie i jebnie.
A taka była ładna, choć nie hamerykańska :P
Więc nie wszystko złoto, co się świeci.
I tak też sobie pogadałam dziś z Inżynierem.
Bo wlecieli po tej kundlowej wystawie, dzieci głodne jak cholera, więc do kompa i zamawiamy... A widzę, że zamawia w Da Grasso, więc mówię: a może się tam przejdziemy, to rzut beretem jest? Będzie szybciej niż z dostawą. No to poszliśmy.
Jesień piękna jest, co nie?
Pizze nam bardzo smakowały, a ja mogłam napić się piwka w towarzystwie. W domu już nie piję, jak kiedyś, bo to żadna przyjemność pić do lusterka :)
A że Łobuzy wypatrzyły, że na piętrze jest sala zabaw, tom je tam zaprosiła.
Oko mi zbielało przy płaceniu za wstęp (puścili mnie w skarpetkach dosłownie), stówa za 4 osoby to był dla mnie szok, ale cóż, przeżyłam, a dzięki temu miałam dwie fajne godziny z Inżynierem tête-à-tête, bo Inżynierowa poszła na zakupy w Galerii i do Aldiego, bo odkąd wróciła z UK wybierała się tam, a nie miała nigdy okazji. No i dobrze, ona odetchnęła od Łobuzów, a ja miałam syna dla siebie :) Hałas był niesamowity, mogliśmy jednak siedzieć bez limitu czasu (normalnie płacilibyśmy 100 za godzinę), bo mają tam taki ruch, że nad nim nie panują w weekendy. Ponieważ za Łobuzami już nie trzeba ganiać, było OK. Z jednej strony żal, że jednak krótko miałam ich dla siebie, ale... te chwile z dzieckiem też są mi potrzebne, bo jest wiele spraw do omówienia, o których nie chcę mu pisać na MSG, bo jego plan dnia jest ojapierdolę. Takie czasy. Więc nie zawracam mu głowy rzeczami, które mogę przetrawić sama, bo po co?
A nie mam nikogo w sumie do takich pogawędek i czasem wiele duszę w sobie, a to mi nie służy. No nic.
Byliśmy wszyscy zadowoleni, a najbardziej Kalafiorkówna, która wróciła do domu, dzierżąc dumnie ponad 30 deko pasztetu borowikowego, który dla niej kupiłam, bo ostatnio żaliła się, że za mało pasztetu kupiłam... Tym razem stwierdziła, że to jest odpowiednia porcja i była w siódmym niebie :)
I upiekł mi się jednak wycug na włościach. Inżynier jedzie na 2 dni w delegację do DE i prosili, żebym odstawiała Łobuzy. Teraz to już nie jest takie proste, bo jedno trzeba do szkoły, drugie do przedszkola. A ja spieszona, trasa na godzinę szybkiego marszu, a ja szybka już nie jestem, a i Łobuzy nie, no i one wożone. Okazało się, że logistycznie dam radę je odstawić, ale odebrać już nie. Bo u mnie są "te dni". I nie ma opcji, że się wyrwę na 1,5 godziny w czasie pracy (doliczyć czas na ubieranie się Łobuzów), a operacja byłaby w newralgicznych "tych dniach". Więc Inżynierowa wzięła dwa dni urlopu, bo jej nie pasowało też odbieranie Łobuzów z jej pracą. Trudno dla nich. Dla mnie dobrze, bo spokojnie będę pracowała, to już nie na moje siły takie maratony. No i zakwasów nie będę miała, latając po schodach z biura do kuchni... Jak ostatnio. A i obiadów tam nie ogarniam, bo nie ogarniam indukcji.
Życie.
Zapytałam, dlaczego nie poprosili dziadka. Ma samochód, jest mobilny. Co za problem te dwa dni przyjechać rano, odjechać wieczorem?
Inżynier powiedział, że to zbyt skomplikowane. Nie drążyłam, nie mój cyrk, nie moje pchły.
Ja musiałabym tam pojechać już w niedzielę i siedzieć do soboty, bo tak trzeba byłoby przewieźć moje narzędzia pracy, podłączyć je do ustrojstw - cała operacja logistyczna. A dziadek by tylko dwa dni w samochód wskoczył, za benzynę by mu oddali.
No nic. Z jednej strony - żal, z drugiej - jaka ulga, bo w pracy jednak teraz jest jak jest.
A w domu w tym roku króluje biel, chociaż i różowić się zaczyna :)
Biało, bieluteńko...
Amarylisy cebulki na razie puszczają liście, ale daję im jeszcze szansę, do Gwiazdki mamy czas, może będą z nich jeszcze porządne badylki :)
A na razie prezentują się grudnie...
I trojaczki, jeszcze parę kwiatów im przybędzie. To jest dobrze wydane 19,90 :)
Dojeżdżam do końca 4. sezonu This is us.
Pogoda nieciekawa, więc mnie nigdzie nie ciągnie, tylko w poniedziałek polecę do Faworu po rogale.
I tak warto żyć.


















































