sobota, 9 listopada 2024

Nie warto

 zamartwiać się na zapas, Kochany Pamiętniczku. Co ma być, będzie, co ma jebnąć jebnie (jak ta szczotka dziś w nocy, która jebła za moimi plecami, gdym szła do kibelka, jebnąć miała prawo, ale li i jedynie w lewo i paść na pralkę, a jebła po moim wejściu do kibelka na wprost, niezgodnie z zasadami fizyki i padła w przedpokoju, dobrze, że słyszałam, jak pada, ma się tę resztkę słuchu) :) 

Spokojnie wczoraj zamknęłam ekstras, jestem pod wrażeniem i zaszokowana. Bo jak rolnicy strajkowali, to hejt się lał, że te maszyny za miliony monet, że takie wypasione. A ja tu dokładnie analizowałam Rolnictwo 4.0 i to, co ono ze sobą niesie. I okazuje się, że teraz kupić zwykły traktor czy inną maszynę to niedługo będzie jak wygrać los na loterii, bo teraz wszystko jest połączone z komputerkami, satelitami, geotagami, nawet poczciwy deszczomierz jest już bardzo skomplikowaną stacją pogodową. Wiem, że to jeszcze nie jest na kieszeń przeciętnego rolnika ani hodowcy, że to pieśń przyszłości, ale przecież sama jeszcze pamiętam traktory na żelaznych obręczach, jadące po kocich łbach, żniwa sierpem i kosą. Sama zbierałam pyry za kopaczką...

Rolnik siał zboże z płachty, a teraz siewniki, które obliczają dokładną liczbę ziaren potrzebną na dany areał, liczbę granul nawozu, a roboty w nocy śmigają po polach i wyrywają chwasty, odróżniając je od roślin w podczerwieni.

To jeszcze nie są powszechne cuda wianki, ale i w oborach, i w chlewniach pracują stacje, które same sporządzają dawki pokarmowe i dozują je dokładnie wszystkim grupom hodowlanym. Zwierzęta coraz częściej są chipowane, chip zapisuje wszystkie ich zachowania, a hodowca nie wchodzi w ogóle do chlewu czy obory, bo widzi wszystko, co się dzieje w smartfonie.

I taka jest przyszłość rolnictwa, które ma wyżywić cały świat, a jest nas coraz więcej i coraz więcej żywności potrzeba i chuje-muje zielonych, że ekosreko - można o kant dupy potłuc. Nie ma od tego ucieczki, bo nie ma też chętnych do ciężkiej pracy na roli.

Że to jeszcze pieśń przyszłości? Ale jest to już bliżej, niż dalej.

I tak sobie dziś popatrzyłam na moją poczciwą Candy.

Pierwszy automat był kupiony za pożyczkę dla młodych małżeństw. Nie pamiętam, ile kosztował, ale jaka to była ulga po praniu pieluch w zwykłej pralce, zwłaszcza zimą, gdy nieodwirowane zamarzały na strychu. Kupiliśmy go w 1981 roku. A pralkę zwykłą dostałam od ciotki męża, bo chcieli wyrzucić, a ja... prałam pieluchy w rękach, gotowałam je na jednopalnikowej maszynce elektrycznej. Klepaliśmy biedę, ona to lubiła :) 

Polar. Służyła długo, nie psuła się. Przy Inżynierze pieluchy to już było małe miki. A ja wtedy jeszcze pościel miałam białą, bawełnianą, krochmaliłam, nosiłam do magla. Obrusy też :)
Jednak mimo gotowania nie było z niej śnieżnobiałe pranie...
Ale brat dostał w spadku (ojacierpiędolę, wielki spadek) po ojcu (bo zaznaczył, że pralka ma być dla niego, bo ja mam automat) pralkę wirnikową, nie, nie Franię, Światowit. Miała timer. I wyprane w niej rzeczy były o niebo czystsze niż w automacie. Stało u mnie, bo brat mieszkał na pokoju i nie miał jej gdzie wstawić. Dokupiłam wirówkę i uwielbiałam w niej prać :)
Padła potem, wstawiłam do komórki, ale... sąsiadowi przeszkadzała, mieliśmy wspólną komórkę, zrobił donos do spółdzielni i wywalili mi ją. Do dziś jej nie mogę odżałować. Wirówkę też mi załatwił, postawił na wieczku coś ciężkiego i je złamał. A wirówki używałam do delikatnych swetrów, bo chociaż teoretycznie automat miał program do wełny, to wolałam wełnę prać ręcznie.

Polar padł, bo miałam na stanie chłopa. Chłopcy słuchali matki, sikali na siedząco (to dobre dla prostaty), ale Eks nie, bo to niemęskie i tym sposobem jedna ścianka pralki przerdzewiała, bo nie nadążałam z czyszczeniem. Kupiłam nowy automat. W międzyczasie zmarła Ciocia i od niej przywiozłam Candy. Dziś obliczyłam, że ten cukiereczek ma co najmniej 35 lat już. Stała jakieś 10 lat u mnie (Ciocia zmarła 19 lat temu), a przedtem jej używała też kilka lat, jaka to była radocha, jak ją sobie kupiła. Stała, bo mój drugi Polar prał. Aż padł. A że naprawa już miała być droga, bo i pralka stara, tom ją wywaliła i wstawiłam Candy. I tak ta moja Candy pierze u mnie już od lat, czasem miewa humorki - nie odwiruje dokładnie, ale mam na nią sposób. I tak do niej czule przemawiam, bo ją kocham i lubię. Nie, żebym nie miała na nową pralkę w razie W (odpukać), ale przerażają mnie nowoczesne pralki. Śpiewa taka, tańczy, recytuje, daje dupy i gotuje, pranie wiesza i składa i chuj wi jak to uruchomić, coś bzyka, piszczy, świeci, leci...

I pada.

A mnie w tej chwili wystarcza to pranie pościeli i ręczników na 60 stopni, jak chcę, mogę prać na 90, ale nie widzę sensu, bo mam pościel z kory, biała bawełniana leży i żółknie (nie wiem, jak się jej pozbyć). Leżą i żółkną też obrusy sprzed wojny (a co, mam takie, haftowane i nie, z adamaszku i inne cuda - ale nie mam już stołów do nakrywania, więc też nie wiem, po co to trzymam). Wełny już od dawna nie noszę, bo mi za gorąco, a Candy ma program do takiego prania. Ma też program szybkiego prania - w sam raz do dywaników i innych akcesoriów.

Więc na co mi świecąca jak dyskoteka pralka, która jak się zepsuje, to nie warto jej naprawiać? Inżynier taką ma, rozmawiałam z nim i mówi, że praktycznie też korzystają z takiego prania jak ja mam w mojej Candy, a wszystko inne to tylko nabijanie ceny.

I tak przeszłam w tych rozmyślaniach od Rolnictwa 4.0 do mojej kochanej pralki.

Zwykłej już nie kupię, nie na moje siły napuszczanie wody, spuszczanie, płukanie we wannie.

Ale dlaczego opłaca się produkować tylko drogi, świecący i błyskający ledami sprzęt, a nie opłaca się produkować prostych rzeczy?

Tak samo z kuchenkami. Ja mam gaz i ostatnim rzutem na taśmę kupiłam kuchenkę gazową. Z piekarnikiem gazowy. Wszystkie mają teraz piekarniki elektryczne, rożna,. timery, cuda wianki. 

A ja mam gaz na ryczałt, 12 zł miesięcznie (nie mam licznika), więc nie opłaca mi się mieć innej kuchenki. Wciąż nie mogę odżałować mojej pierwszej Ewy, brązowej, wystanej przez Eksa w kolejce dwutygodniowej  (cudnie piekła), razem z pralką, ale wymieniłam ją ze względów bezpieczeństwa (zużyła się jednak, bidula) na Mastercooka. Mastercook od razu zaczął strajkować, piekarnik poszedł szybko się jebać, zapalenie go to był los na loterii, więc gdy likwidując książeczkę mieszkaniową jako alibi do jej likwidacji musiałam mieć kupienie kuchenki, bez wahania kupiłam nową. Indesit. Jest OK, ale... jest srebrna i widać na niej każdą kropelkę i każdą rysę i mnie cholera bierze. Odpuściłam już jej czyszczenie do błysku, bo nie ma opcji. Jest czysta, ale nie umywa się do emaliowanej. Tak samo nienawidzę srebrnych zlewów. Mam emaliowany. Zaleję ACE i jest bieluteńki :P 

Moja szafa z rodzinnego domu, niewiele młodsza ode mnie, trzyma się dzielnie, choć kluczyków do zamka nie ma. Ale reszta gra gitara.

A nowa, dziesięcioletnia z BWR rozsypuje się powoli, plecki idą się jebać, półki spadają i tylko czekam, aż weźmie i jebnie. 
A taka była ładna, choć nie hamerykańska :P 

Więc nie wszystko złoto, co się świeci.

I tak też sobie pogadałam dziś z Inżynierem.

Bo wlecieli po tej kundlowej wystawie, dzieci głodne jak cholera, więc do kompa i zamawiamy... A widzę, że zamawia w Da Grasso, więc mówię: a może się tam przejdziemy, to rzut beretem jest? Będzie szybciej niż z dostawą. No to poszliśmy.


Jesień piękna jest, co nie?


Pizze nam bardzo smakowały, a ja mogłam napić się piwka w towarzystwie. W domu już nie piję, jak kiedyś, bo to żadna przyjemność pić do lusterka :) 

A że Łobuzy wypatrzyły, że na piętrze jest sala zabaw, tom je tam zaprosiła.

Oko mi zbielało przy płaceniu za wstęp (puścili mnie w skarpetkach dosłownie), stówa za 4 osoby to był dla mnie szok, ale cóż, przeżyłam, a dzięki temu miałam dwie fajne godziny z Inżynierem tête-à-tête, bo Inżynierowa poszła na zakupy w Galerii i do Aldiego, bo odkąd wróciła z UK wybierała się tam, a nie miała nigdy okazji. No i dobrze, ona odetchnęła od Łobuzów, a ja miałam syna dla siebie :) Hałas był niesamowity, mogliśmy jednak siedzieć bez limitu czasu (normalnie płacilibyśmy 100 za godzinę), bo mają tam taki ruch, że nad nim nie panują w weekendy. Ponieważ za Łobuzami już nie trzeba ganiać, było OK. Z jednej strony żal, że jednak krótko miałam ich dla siebie, ale... te chwile z dzieckiem też są mi potrzebne, bo jest wiele spraw do omówienia, o których nie chcę mu pisać na MSG, bo jego plan dnia jest ojapierdolę. Takie czasy. Więc nie zawracam mu głowy rzeczami, które mogę przetrawić sama, bo po co?

A nie mam nikogo w sumie do takich pogawędek i czasem wiele duszę w sobie, a to mi nie służy. No nic.

Byliśmy wszyscy zadowoleni, a najbardziej Kalafiorkówna, która wróciła do domu, dzierżąc dumnie ponad 30 deko pasztetu borowikowego, który dla niej kupiłam, bo ostatnio żaliła się, że za mało pasztetu kupiłam... Tym razem stwierdziła, że to jest odpowiednia porcja i była w siódmym niebie :)

I upiekł mi się jednak wycug na włościach. Inżynier jedzie na 2 dni w delegację do DE i prosili, żebym odstawiała Łobuzy. Teraz to już nie jest takie proste, bo jedno trzeba do szkoły, drugie do przedszkola. A ja spieszona, trasa na godzinę szybkiego marszu, a ja szybka już nie jestem, a i Łobuzy nie, no i one wożone. Okazało się, że logistycznie dam radę je odstawić, ale odebrać już nie. Bo u mnie są "te dni". I nie ma opcji, że się wyrwę na 1,5 godziny w czasie pracy (doliczyć czas na ubieranie się Łobuzów), a operacja byłaby w newralgicznych "tych dniach". Więc Inżynierowa wzięła dwa dni urlopu, bo jej nie pasowało też odbieranie Łobuzów z jej pracą. Trudno dla nich. Dla mnie dobrze, bo spokojnie będę pracowała, to już nie na moje siły takie maratony. No i zakwasów nie będę miała, latając po schodach z biura do kuchni... Jak ostatnio. A i obiadów tam nie ogarniam, bo nie ogarniam indukcji. 

Życie.

Zapytałam, dlaczego nie poprosili dziadka. Ma samochód, jest mobilny. Co za problem te dwa dni przyjechać rano, odjechać wieczorem?

Inżynier powiedział, że to zbyt skomplikowane. Nie drążyłam, nie mój cyrk, nie moje pchły.

Ja musiałabym tam pojechać już w niedzielę i siedzieć do soboty, bo tak trzeba byłoby przewieźć moje narzędzia pracy, podłączyć je do ustrojstw - cała operacja logistyczna. A dziadek by tylko dwa dni w samochód wskoczył, za benzynę by mu oddali.

No nic. Z jednej strony - żal, z drugiej - jaka ulga, bo w pracy jednak teraz jest jak jest.

A w domu w tym roku króluje biel, chociaż i różowić się zaczyna :) 

Biało, bieluteńko...

Amarylisy cebulki na razie puszczają liście, ale daję im jeszcze szansę, do Gwiazdki mamy czas, może będą z nich jeszcze porządne badylki :) 

A na razie prezentują się grudnie...


 I trojaczki, jeszcze parę kwiatów im przybędzie. To jest dobrze wydane 19,90 :) 


Dojeżdżam do końca 4. sezonu This is us. 

Pogoda nieciekawa, więc mnie nigdzie nie ciągnie, tylko w poniedziałek polecę do Faworu po rogale.

I tak warto żyć.



czwartek, 7 listopada 2024

Czarną

 kredą w kominie zapisać Kochany Pamiętniczku ten 1 listopada.

Dziękowałam Baranowi za naparstek i o dziwo, dostąpiłam zaszczytu pogadania na Skype :)

A nie rozmawialiśmy wieki.

Cóż, tak bywa, każdy ma swoje życie, swoje zmartwienia, swoje sprawy.

Wiadomo, że nie przylecę już, bo byłby raban na całe województwo, że jak to, że biedne wnuki bez babci.

Kiedyś z przyjemnością wywalali matkę, mającą obiekcje, że jak to, biedne sierotki będą same w Boże Narodzenie, a biedne sierotki cieszyły się, że będą miały chatę wolną...

Inna bajka, że to były moje pierwsze dwa tygodnie wakacji od... studiów :) 

Teraz nawet bym nie walczyła, nie chce mi się. UK już nie jest w UE, te kombinacje, przerasta mnie to. 

Ale pogadaliśmy tak, jakbyśmy się wczoraj rozstali, to są dalej moi chłopcy :) 

Choć już dorośli i wyrośli ze mnie.

Ale wciąż Przyjaciele i cieszę się, że im się dobrze powodzi.

Nie tragizowałam, że 1 listopada. Inżynier zapalił Umarlakom na Nowinie, Małgosia w K. na ich grobie.

Pierworodny się do dziś nie odezwał, normalka.

W sobotę słońce tak napinkalało, że grzechem było siedzieć w domu, więc Niechcieja kopnęłam w dupę i poszłam w stronę słońca, aż po horyzontu kres...

Brzozy były jak złote wodotryski...
Pegaz wciąż na posterunku, nie odleciał.
Wujek Mietek tradycyjnie dostał światełko dla całej ekipy. Prawda, jaki rechot historii - ja, ateistka, apostatka, chodzę zapalić światełko klerykowi, którego nie znałam, nawet z opowiadań mało znałam, bo i dla Mamy, i dla Cioci to był temat bolesny.
Wiem niewiele, że bardzo chciał się uczyć, dziadka nie było na to za bardzo stać, więc poszedł na kleryka. Do dziś widzę tę wąską jak kiszka kuchnię w ich mieszkaniu, w starej kamienicy, więc wysoką. Mama mówiła, że dziadek zrobił mu antresolę pod sufitem, wchodził tam i się uczył. A ona z Ciocią stukały mu w nią kijem od szczotki, by zszedł się z nimi pobawić...

Głupie, że tyle wiem.

Niewiele też dowiedziałam się, kontaktując się z zakonem, w którym był. Nie chcę do tego wracać.

Na ścianie wciąż mam jego zdjęcie, wyblakłe, zamazane, wisiało o Cioci. Ani to ładne, ani urocze. Wisi. Chuj wie dlaczego, ale wisi. No cóż...


Pomnik, zawsze budzi we mnie dreszcze, jest dla mnie piękny. Nie to, co te jebane schody w Warszawie. I nie, że mam coś do ludzi, którzy w Smoleńsku zginęli. Nie, rzygam kłamstwem i szopką.

Władze miasta się ani nie popisały, ani nie szarpnęły, ale wiadomo, w tej chwili to niemedialne jest. Cóż...
A dzień był cudny...



Po powrocie do domu jeszcze ze śmieciami poleciałam (u mnie, odkąd dzieci zabrakło, to cała operacja logistyczna jest) i...


tak przemija wielkość tego świata, to, co wczoraj budziło niesamowite emocje, za i przeciw, łącznie z wbijaniem szpilek i innego świństwa w cukierki dla dzieci (nie tylko u nas, w innych krajach też, taki trend z TikToka) kończy na śmietniku...

Życie.

Niedzielę przetrwałam na ostatnim oddechu, pisząc scenariusze, że może dostanę emilkowo dymisję... Życie uratował mi This is us... Obecnie ogarniam 4. sezon, ciesząc się, że jeszcze dwa przede mną. I - kretyństwo - wiele analogii do mojego życia tam znajduję. I teraz na stare lata, bez leżenia na kozetce i płacenia milionów monet jakoś zaczyna mi się wszystko zazębiać w całość.

Jednak nie jestem tak do końca pojebana - to życie pojebane jest.

W poniedziałek okazało się, że wciąż mam pracę, mało tego, że beze mnie z AI zginą. Bo AI nie widzi różnicy między szczerością międzyrzędzi a ich szerokością. Nie widzi tego nawet autor, musiałam dwa emilki mu napisać, zanim zrozumiał, o co chodzi. Nie widział. Widział, to co chciał widzieć, czyli szerokość, nie szczerość :P 

No cóż, ten huk, który było słychać w całej Europie, to był kamień, który spadł mi z serca.

I tak aż do dziś przesiedziałam na kubańskiej dupie w domu, choć serce wyrywało mi się w świat, ale primo po pierwsze, wyrywało mi się do jakiegoś Action albo innego PEPCO, bo kuszą reklamy gnomów i innych chujów-mujów, a mam tego kilka pudeł. Primo po drugie, staram się nie wydawać kasy bez sensu (wiem, głupia ja), bo może będę deską ratunku...

Primo po trzecie smog był. Myślałam, że gmła, ale gdy rankiem uchyliłam balkon, czym prędzej go zamknęłam, bo nie lubię zapachu palonego plastiku o poranku, choć zapach napalmu kocham :) 

Za to zainaugurowałam już światełkowanie, ostrożnie, ale jednak...




A moje kochane badylki


Trojaczki są białe i jakie zachwycające, a wszystkie grudnie pierdalca dostały, nawet ta sierota z małego pokoju, która NIGDY nie kwitła


ma pączki i będzie cieszyła oko...

Dziś obudziłam się o 5 rano, wypoczęta i dostałam jak te grudnie pierdalca: pościel zmieniłam, emilki ogarnęłam, na Manhattan i do sklepów poleciałam, z myślą, że znów długi weekend. 

Wyprawa była owocna, aczkolwiek badylków żadnych nie dostałam, ale rogal z Faworu zeżarłam cały i mnie nie zemdliło, jak po tym "kultowym" rogalu z Kociaka. Nie było czuć żadnego olejku migdałowego. I zamiast 22 zyla za rogala zapłaciłam jakieś 11 zł z groszami.

Zatem czeka mnie wyprawa do Faworu, innym rogalom mówimy stanowcze NIE...

W ramach pierdalca ogarnęłam chałupę, więc nie licząc siedzenia jutro chuj wie jak długo nad Rolnictwem 4.0 (a, zdziwilibyście się, jakie cuda wianki odchodzą w Rolnictwie 4.0, wiem to tylko ja, pamiętająca jeszcze sianokosy kosami i żniwa sierpami, i te traktory na żelaznych obręczach, jadące po końskich łbach) - mam luz.

Inżynierostwo zapraszało na psią wystawę w weekend, najpierw powiedziałam tak, ale potem mi się odwidziało, bo w sumie dla mnie to żadna atrakcja łazić po halach i oglądać kundle (tak, wiem, rasowe, wypieszczone, tresowane). Cóż, jestem do bólu niezwierzęca, można rzucać kamieniem :) 

I tak mnie się rozgoryczyło, że...

W sumie nigdy nie idziemy na imprezy, które mnie kręcą.

Poszłabym do Lumina Parku, na jarmark bożonarodzeniowy, na imieniny ulicy Święty Marcin.

Moje wnuki, choć trochę pomieszkały w Koziołkowie, nie były nigdy na Starym Rynku w południe, nie widziały koziołków, nie znają Muzeum Rogala i wielu innych bajek miejscowych.

W niedzielę mają jazdę konną, OK. Dobrze to robi Alienkowi na jego brak koordynacji.

Nie jeżdżę z nimi nigdzie, bo nawet w C-Maxie nie ma dla mnie miejsca, bo foteliki i bezpieczeństwo dzieci. I to też OK.

Dziś dokopałam Inżynierowi, ale odpisał, że nie chce co drugi dzień jeździć do Koziołkowa.

I poczułam się wyrzucona poza nawias kwadratowy, bo w sumie - nie mam im nic do zarzucenia, ale...

Nie tak miało być.

Nieważne... Czuję się jak się czuję. Nieluksusowo. Bo niby dlaczego mam wciąż być na baczność?

Tak, uczyłam synów, że żona najważniejsza. Może przesadziłam. Sama już nie wiem.

I nie, nie sprzedam mieszkania, nie wyniosę się stąd.

Co najwyżej wezmą mnie na oddział paliatywny jak sąsiadkę dziś...

Albo znajdę jakieś inne wyjście, choć trzecie piętro to wcale nie jest taka fajna opcja, kości mam twarde, a pod balkonem miękko jest :) 

To nie są dla mnie dobre chwile.

Wpadną w sobotę po tej wystawie kundli, a ja sobie jednak kupię to dobre wino w Lidlu. Wypiję wieczorem, po wszystkim.

Więcej pić nie będę, bo czeka mnie kolejny ekstras już we wtorek.

Tak, jestem AA :) Chociaż zawsze płacę kartą imienną.

Dobre, choć drogie.

Ale łatwiej po tym zasnąć i nie zadręczać się, że  nie tak miało być...

To wciąż za mało, moje życie, żeby żyć...

A, satysfakcję dziś miałam, wyciągając ze szpary unijnej list z Warty :) 

Już nie wysyłają pocztą, noszą sami (nie wiem, jak weszli do bloku, nie otwierałam). Że do 20.10 mam ubezpieczone mieszkanie... Mamy 7.11... :P
A zawsze ubezpieczałam grubo przed terminem. 

Cóż, chytry dwa razy traci :)


czwartek, 31 października 2024

Halloween

 Kochany Pamiętniczku... Czekam zawsze na ten dzień, upajając się jego grozą. Nie, żebym się bała. Osobiście bowiem


 

Ale śmieszy mnie zażarta walka KK z tą tradycją.

Bo to tylko tradycja, jak te wszystkie kościelne święta.

Wszystko wymyślili ludzie i wszystko jest dla ludzi.

I tak, mam wdrukowany dzień Wszystkich Świętych, choć zawsze drażnił mnie komercją. Do dziś widzę jak stoimy całą rodziną nad grobami, Ciocia obowiązkowo w nowym futrze, a Mama w swoim wytartym futerku ze źrebaków, zimnym jak cholera - wiem, bo po jej śmierci nosiłam je. Mało, że ciężkie, to zimno w nim było jak cholera. I do tego moje wiecznie zmarznięte na cmentarzu nogi - wciąż widzę, jak po powrocie do domu siedzę na stołku, a ojciec wkłada mi moje biedne kopytka do miski z zimną wodą, żeby odtajały...

A dziś nie jeżdżę już na cmentarz. Może jutro pojadę do wujka Mietka, świeczuszkę mu zapalę, zobaczę.
O moich Umarlakach myślę codziennie, to, że pojadę postać sama nad ich grobem niczego nie zmieni.

Sama. Inżynier pójdzie z żoną na grób jej mamy i OK. To jego mężowski obowiązek. U naszych Umarlaków był ze mną, grób ojca też ogarnął, przy okazji wprowadzając Łobuzów w zawiłości rodzinnej genealogii. I szczerze - skoro rodzina pochowała Eksa tak jak chciała po kosztach, jestem zadowolona, że nie szwenda się w tym dniu w swoim "odwróconym" samochodzie po PL. Zwłaszcza w okolice spoczynku Eksa. Może jechać samochodem żony, ale to już też inna bajka, bo inna dźwignia zmiany biegów. Niby nic, ale moim zdaniem może zrobić różnicę.

Pierworodny pojechał do O., o grobie ojca się nawet nie zająknął. I to też OK. Widocznie tak musi. 

Choć mógłby zapytać mnie, co ze mną, co nie?

Ale u mnie wszystko OK.

A ja, wędrując dziś na Manhattan po ostatnie w tym roku pomidorki i pożegnać się z Panem od Pomidorków (będę za Panem tęskniła - i vice versa) myślałam o tym, jak bardzo zmienił się świat, bo wsadzałabym dziś kopytka do zimnej wody, żeby je ochłodzić, mimo że tuptałam w sandałkach :) A futro po Mamie gdzieś w pomrokach dziejów przepadło. Mogłam nawet zamówić bratki, ale zrezygnowałam, nie mam melodii na przesadzanie, jestem zbyt zestresowana pracowymi sprawami.

Już powoli to opada, bo to rzecz, na którą nie mam w żadnym razie wpływu - co ma być, będzie.
Siemię lniane chciałam w zielarni kupić, okazało się, że i owszem - jest. Ale... z Kazachstanu (ostatnio wszystkie etykiety sprawdzam dokładnie). Nosz, kurwa.

Pracowo wiem, jak rygorystyczne są normy UE przy hodowli roślin i jak luzackie są normy w krajach spoza UE. 

Polska lnem stoi, w Koziołkowie mamy nawet na AR osobny wydział do lnu (bodaj katedrę, nie pamiętam dokładnie). A w sklepie wtykają mi len z Kazachstanu, ojapierdolę.

W drugiej zielarni (a mamy wokół Manhattanu dwie) był polski len. I o dziwo - Ivana czaj, którego kiedyś bezskutecznie szukałam - więc od razu kupiłam. Wierzbówka kipczyca, idealna na prostatę. Prostaty wprawdzie nie mam, ale jako środek moczopędny zamiast piguł - idealna. Nie licząc innych dobroci :)

I jako że dziś czwartek, skoczyłam do rybnego, bo w czwartek mają dostawę.

A ja już myślę o spokoju przed świętami i poluję na karpia. Pewno znów będzie koło 100 zł kosztował. A dziś wypatroszony fajny płat był po 54 zł za kilo. Więc lekko ponad kilo (bo tak wyszły dwa płaty) kupiłam, będą z tego cztery obiady, więc nie najgorszy deal :) 

A droga była cudna


choć już coraz mniej liści, za chwilę pojawią się ludzie w pomarańczowych kubraczkach, zgarniający liście z trawników do worków -  niepotrzebnie (to też wiem z pracy, ale cóż, taka polityka). 

I na pocztę wleciałam, bo w szparze unijnej było awizo. W pierwszej chwili zamarłam, oczami duszy widząc polecony z wypowiedzeniem, ale nie. Było na Dorotę, więc na pewno nie z pracy. I że przesyłka w szparę nie wejdzie. Nie wiem, komu przeszkadzały otwierane w całości drzwiczki skrzynek - pewno taka norma unijna znów - listowy otwierał i do każdej przegródki nawet książka weszła. A teraz w tę szparę to niewiele wejdzie. I dobrze, że nie tkał, tylko awizo zostawił, bo w paczce był



kolejny przecudnej urody naparsteczek od Barana i Postmana, a już myślałam, że o mnie zapomnieli.

Biedni chłopcy kiedyś zbankrutują w czasie swoich wojaży, kupując dla mnie kolejne naparstki :) 

Naparstek kruchy, jeden taki mi listowy zgwałcił, wtykając na siłę w szparę unijną, a na reklamację odpowiedzieli, że widocznie w transporcie się uszkodził.

Dzień Dziecka sobie zafundowałam. Nie sprzątam, ogarnęłam po łebkach, różnicy nie widać :P 

Sprzątam po sobie od razu, więc olać tę odrobinę kurzu po kątach.

Sanepid się jeszcze nie zapowiedział.

Obiad mam na parę dni - znaczy się - podstawa jest, reszta to małe miki.

Słodyczy dokupiłam, za mały talerz zamieniłam na większy koszyk


  Dwóch ekip (tych zeszłorocznych) doczekałam, ale jeszcze sporo zostało, mimo że ta pierwsza brała garściami, aż byłam zaskoczona, bo to chyba nie na tym polega, ale co ja będę dzieciom żałowała.

Dla Łobuzów mam odłożone osobne słodycze. One same bawiły się wyśmienicie na jakiejś sali eventowej (co za czasy) :) 

I tak minął mi kolejny, darowany życia dzień.

Bywały gorsze :) 

I dzisiejszy dzień sponsoruje 




Jakoś ostatnio mam fazę na francuskie piosenki...



środa, 30 października 2024

Zaczynam

 na serio się bać, Kochany Pamiętniczku, że coś jest na rzeczy i ze mną jest coś nie tak.

Wczoraj było 10 stopni, więc wskoczyłam w nowe butki i kurteczkę. Całkiem wygodnie się nich szło, ale...

Wróciłam do domu spocona jak siwa mysza, a ostatni etap pokonywałam autobusem, bo myślałam, że się rozpuszczę. Skarpetki były mokrzuteńkie i T-shirt takoż.

No to dziś, nauczona doświadczeniem, z sandałkami się przeprosiłam, T-shirt, poncho, takie cieniutkie... i wróciłam do domu zgrzana. A było 13 stopni i pizgał wiater...

Tak na tle wszystkich ciepło odzianych wyglądam nietenteges, ale co ja mogę za to, że mi ciepło?

A na dokładkę tak jak przed 1 października rozkręciłam kaloryfery, tak zaraz po włączeniu ogrzewania je zakręciłam, bo... za gorąco mam w mieszkaniu.

A że mam te jebane podzielniki, to nawet jak zakręcę kaloryfery, i tak mi dowalają, bo to się nazywa, że pasożytuję na grzejących sąsiadach. Bez włączonych kaloryferów i przy szeroko otwartym balkonie mam w mieszkaniu... 23 stopnie...


Data i godzina nieprzestawione, bo nie umiem w tym ustrojstwie :) Stoi tylko do temperatury i wilgotności :)Ale na kompie widać, że to dziś.

I jak ja mam tu grzać, skoro mi i tak ciepło?

Wydaje mi się jednak, że coś jest naprawdę na rzeczy, bo nigdy dotąd tak nie było, żebym nie grzała pod koniec października, choćby jednym kaloryferem, ale zawsze.

A jak się doczytałam i w Japonii rzecz niesłychana, bo ichni kultowy wulkan Fudżi do dziś nie ma czapy śniegowej, a zawsze miał ją już we wrześniu.

Coraz dziwniej, pani Popiołkowa, co nie?

Bratków w tym roku nie mam, bo nikt nie sprzedawał, ale...


mlecze mają się dobrze...


A za moim oknem żółciutko jakby małe kaczuszki tam były :P 

Czy ten dywan zamieni się jak zapowiadają w puchowy śniegu tren?


Niektóre drzewa są już golusieńkie


A mój fyrtel cudny jest...

Tu niedawno było rżysko, ale mamy San Francisco :) I kroją się nowe budowy. To po lewej to moja chata :) 



Grudnie mówią, że zima tuż-tuż... I kwitną bez proszenia, czego nie można powiedzieć o amarylisach, ale cóż, może się ockną, jak postraszę je jazdą na gemelę :)

Ten z trojaczkami będzie biały, wrzucę, jak się rozwinie :)


A w przedpokoju jestem gotowa na Halloween, choć nie wiem, czy ktoś zadzwoni :) Nie chce mi się wyciągać kartonów i bebeszyć szafy, więc więcej dekoracji nie będzie. 

Wsiąkłam całkowicie w 


Oglądałam to już kilka lat temu, bodajże w 2016, chyba tylko jeden sezon, nie pamiętam. A jest ich sześć.

Kończę właśnie 1. sezon, a już dwa razy ryczałam jak bóbr. A ja bardzo rzadko płaczę na filmach, a w życiu to już w ogóle.

Trza być kwardym, a nie miętkim.

Całkiem inaczej odbierałam ten film wtedy, a teraz.

Może dlatego, że był z Zatoki Piratów i napisy też jakieś takie?

Teraz oglądam na Disney+...


No i jebło. 

W trakcie pisania tego posta odzywa się kumpela i...

Źle się dzieje w państwie duńskim po tej fuzji...
Ludzie lecą... Moja nowa szefowa, która zamilkła w poniedziałek, na moje pytanie teraz na MSG odpowiada, że polecę po jej trupie.

Koleżanka, która mi o tym napisała mówi, że praca mnie sama znajdzie. Może tak, może nie. Mam już niedługo siódmy krzyżyk na karku.

Nawet nie umiem szukać pracy, a kto chce człowieka w moim wieku?

Ale patrząc na wszystko...

Jak było nam ciężko w chuj, tak że nawet światełka w tunelu nie było, zawsze mówiłam dzieciom, że najpierw musi być źle, żeby potem było dobrze. I tego się zawsze trzymaliśmy.

Cóż.

Z emerytury wyżyję.

Oczywiście, nie na takiej szerokiej stopie jak teraz,  z badylków bez umiaru trzeba będzie zrezygnować, wnukom i dzieciom nie dołożę tyle, co dotychczas... Może i nie będę już bankomatem, ale mam nadzieję, że pod mostem nie wyląduję.


Życie nie składa się z oddychania, tylko z chwil zapierających dech.



sobota, 26 października 2024

Ta pogoda

 mnie wykończy, Kochany Pamiętniczku...

Żartuję, ale naprawdę nie pamiętam takiej pogody w tym okresie. Mało, że mam kaloryfery zakręcone, cały dzień otwarty balkon jak szeroko, to w tej chwili mam 23 stopnie, a nawet dziś obiadu nie gotowałam, bo mnie się nie chciało, zeżarłam rogala marcińskiego i wystarczy...

Ale do brzegu, Kochany Pamiętniczku, jak piszą moi ukochani redaktorzy.

Wczoraj kijki raźno w dłoń wzięłam i poszłam (z plecaczkiem, bo portfel, klucze, woda, gdzieś to trzeba upchnąć) i dobrze, że żadnej okryjbidy nie wzięłam, bobym się ugotowała na twardo. I tak się zgrzałam jak siwa mysza, a wróciwszy byłam tak padnięta, że z trudem ogarnęłam korytarz i chałupę, powoli, pomalutku, dałam radę. A tylko ponad 8 tys. kroków zrobiłam, co do pięt nie dorasta Panterze :) 

A widoki miałam, że ojacierpiędolę :) 












Aż chce się żyć, co nie?

Posiedziałam na ławeczce, pokontemplowałam, cicho było i spokojnie.

Nad żywotem i jego ulotnością się zacukałam, nad pięknem, które w nim jest i - mam nadzieję - wciąż będzie.

Plany posnułam, może skoczę jednak do redakcji, bo i ten przepadły-niedoszły urlop muszę omówić, no i o kasę się potargować, bo za 300 zł jakie pewno będą chcieli rzucić, to ja prędzej L4 wezmę, niż tę dodatkową robotę.

A co, ja, boomer, zaczynam się cenić jak pokolenie zetek, a lepsza od niego jestem w pracowe klocki o całą galaktykę :) 

Miałam szczery zamiar dziś posiedzieć w domu, już się czułam usprawiedliwiona, bo za oknem była gmła...

Ale coś mnie podkusiło, że badylków nie mam, więc ubrałam się wyjściowo i do Lidla bieżyć zamierzałam, ale najpierw poleciałam do śmietnika, bo na moje nieszczęście włączyłam sobie aktualizację jabłuszek i się wlokło...

Kurde...

Okazało się, że jest tak ciepło, a na dworze tak pięknie, że jak będę w chacie siedzieć to jestem beznadziejna dupa...

Cóż było robić...

Jabłuszka się wciąż aktualizowały, a tu Inżynier dosyła info, że są we Wrocku. Strzeliłam focha... No, Inżynierowa jak jej podsyłałam rolkę o tygrysich czworaczkach we Wrocku, mówiła, że pojadą, ale samochodem, bo pociągiem niewygodnie na jeden dzień. Odpadałam w przedbiegach - pojechałabym z nimi pociągiem, do samochodu się nie mieszczę (foteliki). Ja bym rodzinę odwiedziła, chodzenie po ZOO to nie jest moja bajka. A opierdoliłam, bo gmła. Celowo pewno nie pisali, znam te sztuczki :P Wracał zawsze dzień wcześniej z wypadów niż zapowiadał, bo po co ma się matka denerwować, czy dojadę :) Stara metoda :) 

I tak oni balowali we Wrocku, a mnie natchnęło, żeby spróbować tych rogali z nowo otwartego punktu na Starym Rynku (a nie byłam na nim po remoncie), należącego do Kociaka. Kociak to moja młodość - był rzut beretem od Biblioteki Uniwersyteckiej, gdzie studiowałam, wpadaliśmy tam na coś słodkiego. W ostatnich latach Kociaka reaktywował niejaki Adrian Mieszała, kto ciekaw, niech sobie pogoogla Kawiarnię Kociak.

Byłam tam z koleżanką ze studiów, no jednak to nie jest do końca to, ale gość umie w internetowy pijar, kręci mu się.

Wszyscy się zachwycają, motorniczy zatrzymuje tramwaj, a geje tańczą poloneza, ale OK. Dla mnie nie do końca to, choć cóż, biorę pod uwagę, że i ja się zmieniłam, i to bardzo.

O ten punkt z rogalami na Starym też była jazda w internetach, bo na ścianie kamieniczki powiesili rogala z brązu, który wyglądał jak kupa. Dla mnie też. Adrian wziął sobie do serca krytykę, rogal nie wisi :)

Ale chodzą słuchy, że rogale cót, mjut i ożeszki, więc postanowiłam sprawdzić.

Pojechałam więc, kontemplując dawno niewidziane okolice, gdybym nie wiedziała, gdzie jestem, pomyślałabym, że mnie alokowało do innej krainy.

Wysiadłam z autobusu na Garbarach i zaraz uderzył mnie w nos smród.

Tak, we wszystkich okolicznych uliczkach wokół Starego śmierdzi starym, zużytym olejem :|

Wszechobecny smród.

Chodniki brudne, pochlapane są sosami z tych wynalazków, którzy wszyscy poruszający się w zasięgu moich oczu  żarli. No, prawie wszyscy, bo niektórzy jedli pączki i inne takie wynalazki.  

Od smrodu oleju było mi mdło i zapisałam w kajeciku: nie jeść w okolicy Starego Rynku...

Na samym rynku nawet mi się nie chciało focić, poczułam się trochę nieswojo, wszyscy w parach albo w grupach, a ja solo, jak ten samotny biały żagiel w niebios toni...

 


 Nawet koziołki były dwa :P

Dotarłam do rogali - wszystkie stoliki zajęte, nie dziw, wszak sobota, a pytać, czy mogę się gdzieś dosiąść nie miałam ochoty, więc kupiłam dwa rogale na wynos - cennika nie było, ale cóż, bogata jestem, poprosiłam dwa na wynos. Sprzedają gorące, prosto z pieca - w sumie dobrze, że nie było miejsca, nie jestem pewna, jak zareagowałby mój żołądek i wątroba na ciepłe ciasto półfrancuskie z nadzieniem, że już kalorii nie liczę, popite kawą, której od dawna nie pijam...

Rachunek 44 zyla, znaczy się, liczą 22 za rogala.

W Faworze kilogram kosztuje 65 bodajże w tej chwili, a dwa rogale to pół kilo. Nie mają certyfikatu, ani tu (są na margarynie), ani w Kociaku, który sprzedaje rogale na maśle tylko raz  w roku.

Ale nic, kto bogatemu zabroni. Kupiłam, chciałam, mam.

Poszłam dalej, kontemplując.

Wciąż jak samotny żagiel w niebios toni, a słoneczko (szłam pod słońce) napierdalało tak, że niewiele widziałam, mimo korekcyjnych przeciwsłonecznych bryli. Nie poznałabym własnego dziecka, gdyby mnie mijało :) 


Lokale mają coraz ciekawsze nazwy, ale...  Może na gołych chłopów bym poleciała (a nie, wróć, masz na to za mało kasy i ochoty), ale na baby - nie :)

Jakoś mi interpłciowe korelacje nie wychodziły nigdy. Choć gejów lubię :) 

Do domu wróciwszy, przesiadając się w popłochu z bimby na bimbę, bo za moje siedzenie wtoczył się bezdomny na wózku, nie woniał, ale... Zimową kurtkę, którą opierał na poręczy obok mnie miał czymś obsypaną, mam PEKĘ, a za mną jechał następny tramwaj.

Cóż, niepoprawna politycznie jestem i nie szanuję ubogich...

Dotarłam do domu, zbaczając do Aldiego...

Mają Carlo Rossi dark, moje ulubione, więc wieczór będzie przyjemny. (Może to już alkoholizm, ale jeszcze nie dojrzałam do wylewania wina do zlewu i do mityngów AA.)

Pierworodny się odezwał, pochwalił sukcesami MW i parę pierdół wydusiłam, ale o kibelku się nie zająknął...

Odpuszczam, kurek wciąż działa.

Zjadłam tego rogala i...

Ciasto kawałkami niedopieczone, półsurowe jest. Nadzienie natkane tak olejkiem migdałowym, że aż mnie w pierwszej chwili zemdliło, a potem stwierdziłam, że odpuszczę obiad - dopiero koło 19 moje brzusio się uspokoiło... Oczywiście, napisałam na FB Kociaka, że nie mają się czym chwalić i że do nich nie wrócę, jestem ciekawa, czy wpis zostanie, czy usuną.

Wali mnie to, rogale będę kupować 11 listopada w Faworze :) 

I tak miło minął mi kolejny dzień.

Dojechali z tego Wrocka.

 Jutro znów ma być zamglony dzień.

Ale ciepły, więc miotana wyrzutami sumienia powlokę się.

Z plecaczkiem.

Gdziekolwiek.

Byle nie do centrum.

Centrum jest dla turystów, nie dla miejscowych.

I to dla turystów bez zmysłu powonienia.

Przykro mi.

Moja wioska schodzi na psy.


UPDATE

Sąsiad w piątek (a jakże, katolik, w inne dni nie jada) smażył ryby... Mnie do dziś przez drzwi mimo uszczelek śmierdzą (chociaż kocham ryby). To dobry węch, czy już jakiś guz mózgu?

czwartek, 24 października 2024

Wczoraj

nosa z domu nie wyściubiłam, Kochany Pamiętniczku, takiego Niechcieja miałam u siebie.

A dziś bladym świtem (moje koleżanki mówią, że to noc, ale one emerytki, to śpią do południa, a ja, chcąc coś ogarnąć przed pracą, to muszę wstać o 6, bo wiadomo, grzeszne ciałko obmyć, nakarmić, na Manhattan wykopać... może kiedyś będę częściej dłużej spała, na razie 6 rano to dla mnie dzień, nie noc) wstawszy taki cudny widok za oknem znalazłam


 i zimno, takie już przymrozkowe, choć badyle jeszcze dają radę.

No a że nie roboty dziś nie musiałam, a zapasy mam na miesiąc chyba i przysięgłam sobie nie latać do marketów, bo gdzie mam to wszystko upychać, tom dokończyła zaczęty wczoraj film.

A nagle... zrobiło się słonecznie i radośnie i powiedziałam sobie, że jak się nie zmobilizuję, to sobie sama do tej szerokiej kubańskiej dupy nakopię, więc wystraszona, ubrałam się i pojechałam do miasta (no co, na wsi mieszkam). Jako że gdy byłam na pogrzebie Danusi, to lało jak z cebra, wróciłam do domu z wodą w butach, bo tylko takie mogłam założyć na pokaleczoną piętę. Okazało się, że są dziurawe. Mam jeszcze inne, ale twarde i nie lubię, a w tych, które lubię, podeszwa pękła na pięcie, a szewca w okolicy nie uświadczysz - wszyscy się pozwijali, zresztą pewno naprawa kosztowałaby tyle, co nowy but...

Butów i ciuchów online nie kupuję,, no chyba że taki sam model jak mam, a takiego nie ma :)

Byłam już w centrach handlowych, ale mają tam albo ceny z Kosmosu, albo jakieś ortopedyczne imadła teraz modne bądź w tak wściekłych kolorkach, że na sam ich widok mnie skręca. A 600 zł za jakieś sneakersy nie dam, bez przesadyzmu.

Więc wykopawszy się, postanowiłam pożegnać winobluszcz na Alma Mater, ale spotkał mnie srogi zawód, albowiem... poprzycinali go i nie było ani jednego listka. 

Tylko Adaś stał jak zawsze na placu



a na miejscu nieodżałowanego Bałtyku płynie nowy Bałtyk - jednym się podoba, innym nie. Sama mam mieszane uczucia, tam bodaj na I piętrze są siłownie i widać całą masę ludzi ćwiczących - nie wiem, czy chciałabym tak na widoku, ale cóż, są guściki i gusta :) 


A pogoda była cudna, żałowałam, że kurtkę założyłam, ludzie też misz-masz - jedni w T-shirtach, inni mało że w płaszczach do kostek, to w czapkach i zakutani w ogromniaste szale, jakich ja nie noszę dopóki nie ma co najmniej minus 20 :)

Ale to wolny kraj.

Na schodach AE mnóstwo ludzi, najpierw się zacukałam, a potem uświadomiłam sobie, że przecież to koniec października już, a rok akademicki zaczął się pierwszego.
Człowiek zgłupiał w tej norze i stracił poczucie czasu :) 

Dojechałam do Parku Wilsona i poszłam, szukając dwóch sklepików, gdzie zawsze było obuwie na takie kajaki jak moje :) W pierwszym nawet nie przymierzyłam nic, nędza z biedą, a wydawało mi się z okien tramwaju, że drugi jest zlikwidowany, ale nie, był :) 

No i od razu jak wlazłam, w oko wpadły mi butki, przymierzyłam szybciorem i poczułam się, jakbym na nogi wkładała skarpeteczkę. Wiedziałam, że je kupię. Chciałam jeszcze Riekera, ale nie było nic, co przyciągnęłoby mi oko, a pani mówiła (przesympatyczna zresztą, bardzo pomocna, ale stonowana, nie tak jak te młode ekspedientki, patrzące na człowieka z pogardą, wyższością lub sfrustrowane tym, że pracować muszą), doradziła mi kolejną parę numer mniejszą, aż byłam zdziwiona, że mogę numer mniejsze nosić - nie zdarzyło mi się to od lat :) I też mięciutkie jak kaczuszka :) 

Na każdą parę dostałam 5% zniżki, niby niedużo, ale ponad 30 zł zostało mi w kieszeni - kupiłam sobie potem jeszcze kalendarz trójdzielny, bo swoje przyzwyczajenia mam :)

I tak grzejąc się w promieniach cudnego październikowego słońca, kontemplując feerię kolorów - mam dziwne wrażenie, że jeszcze nigdy nie było tak dużo i tak kolorowych liści, do domu wróciłam.


Takie nowe butki mam :) 

Dużo wydałam, ale cóż - ostatni raz kupowałam sobie buty na zjazd, po taniości i wydałam, bo zupełnie mi nie leżały :) 

A przedtem kupowałam sobie buty na ślub Inżyniera - a to już kopa lat :P 

No i sandałki dwa lata temu we Wrocku, jak mi stare dosłownie z nóg spadły na ulicy :P 

Nienawidzę kupowania nowych butów.

Wcześnie teraz robi się ciemno, a że vis a vis mych okien mieszka ten miłośnik gadów, co sobie włącza to oczojebne światło, muszę rolety spuszczać, bo inaczej mi oczy z orbit wychodzą, tym bardziej że zmieniają się kolory światła.

A rachunek za prąd mi skoczył i to kurewsko, bo nie mam już tej umowy ani tarczy ochronnej, bo za bogata jestem, tom sobie dziś wytargała z zakamarków lampę ze zwykłą żarówką, a co...

Nie lubię górnego światła, a moja lampa przybiurkowa nie ma się w sumie na czym zaczepić, bo to nowe biurko jest niskie i nie świeci tak, jak lubiłam.

Więc sobie wyciągnęłam lampkę z ludzkiej skóry :P 

Ma taki fajny klosz i fajne światło daje.

Przyjechała wieki temu z Reichu, jak szwagier zmieniał wystrój mieszkania. Dał ją teściowej, mówiąc, że jest wykonana z ludzkiej skóry. 

No i lampka dostała się mnie, teściowa miała traumę okupacyjną, a wiadomo, że Niemcy nie takie cuda robili.

I nie, nie jest to ludzka skóra :) 


A daje ciepłe światło.

Pieprzyć rachunki za prąd.

Pracuję, nie wydaję na siebie, nie licząc życia i badyli, w końcu czas zacząć się rozpieszczać, bo nikt tego za mnie nie zrobi, a jak nie ja i nie teraz, to kiedy? :)

Mam rację, Kochany Pamiętniczku?

Jeszcze poczekam ze światełkami świątecznymi, żeby mi nie zbrzydły do cna :)