niedziela, 6 lipca 2025

Tydzień

przeleciał pracowo lajtowo, Kochany Pamiętniczku.

Aż za bardzo i zaczynam się zastanawiać, na który poniedziałek się przesunęli, bo ni chujenki nie da się w jeden dzień bajzlu ogarnąć.

Rozmowa z M. też mnie nie podniosła na duchu, ale niech działa zasada: w dupie to mam.

Więc w dupie to mam, co ma być, będzie.

W sobotę ostatnim rzutem na taśmę poleciałam na Manhattan i do Bystrego.

W międzyczasie zaraportował się (ojacierpiędolę) Pierworodny, że do Gdyni jadą, na Linkin...

Byłam w szoku, a jednocześnie uruchomiła się we mnie jebana matka Polka z wyrzutami sumienia.

Że z paką z włości do knajpy idę, a wiadomo, jak u P. z kasą, że jadą tak daleko, gorąco i inne sranie w banie...

Jebana matka Polka ze mnie.

I uspokoiłam się dopiero, gdy stwierdziłam, że pierdolę wszystko :) 

Bo ortodonta Alienka (będzie stały aparat) będzie kosztował 5 tys. Inżynierowa mówiła, że 2 wpłaciła, a resztę ogarnie za miesiąc. Tak, rozmawiamy o takich sprawach, zresztą I. już mi mówił, ile będzie kosztowała klima, spytał, czy w razie czego mogę wspomóc. No mogę. Ale mówiłam jej, że po 10 pomogę, jak przyjdzie emerytura, bo chciałam widzieć na koncie okrągłą sumkę (do niczego mi to nie jest potrzebne, ale ten model tak ma).  Cały ten wyjazd na koncert i moje jebane matkopolkowanie rozwalało mi te kalkulacje...

I tak wróciłam do chaty i przelałam P. na knajpę. Był zaszokowany, ale ładnie podziękował, dostałam (heheheheh) zdjęcia i MW, i żarcia z knajpy.

I przelałam Inżynierowej na ten jebany aparat i na tłumaczenie, że zaraz jak zbierze odda, powiedziałam, że omówię to z jej mężem.

W sumie tę kasę mam, razem z tą, co poszła na budowę, ale ponieważ nie mam zamiaru zakładać żadnych kont oszczędnościowych ani inwestycji - za cienki ze mnie Bolek na to, powiedziałam mu, że ma dopisać do rachunku. Co ma bezrobotnie leżeć u mnie na koncie. Odezwę się, jak będę potrzebowała, jak będę wiedziała, co dalej ze mną. Jest nastawiony na zwracanie. 

A jak kopyta wyciągnę i nie doczekam?

Cóż, do grobu tego nie zabiorę. Rozliczy się z bratem, łącznie ze wszystkim i z mieszkaniem. Nigdy nie robili sobie pod górkę, więc nie sądzę, żeby coś się w tym zmieniło.

Żona P. próbowała się mieszać kiedyś we wszystko, ale została zgaszona.

Sama od zawsze ma i kasę, i złote góry, i co to jej rodzice nie dadzą.

Jak na razie sfinansowali tylko ich wesele (my dołożyliśmy, ile mogliśmy), bo finansować wesele na 150 osób, z których od nas była tylko czwórka - no sorry Winnetou. Nam nie zależało, żeby cała O. wiedziała, że P. dostępuje takiego zaszczytu.

I. miał wypasione wesele, ale sfinansowali je od A do Z sami.  

Tak więc wieczorem, przy winku, omówiliśmy tę kwestię i mogę spokojnie oczy zamykać.

I. była w szoku, że dostała przed 10, ale cóż, i tak czasem bywa.

Przyjechali, oganiałam się od całusów jak bankrut od wierzycieli, bo jak co roku w Chałupach - upał i na dokładkę rozwarta morda u dentysty - i opryszczka murowana. 
Został wprowadzony srogi reżim, łącznie z tym, że ręcznik powiesiłam tak wysoko, że żaden Łobuz nie miał szans. Bo nie słuchają, chociaż każde dostaje swój - mój ma jakiś magnes w środku i ciągnie ich...

Dziecko me, jak zwykle nieusłuchane, na moje: zadzwoń do knajpy, odrzekło, że komunie się skończyły. Mówię: ślub może być. Ale nie, wie lepiej. Autobus sprawdził (a zakładałam, że pojedziemy autem - nie lubi nim jeździć - woli swojego Anglika) do Puszczykowa do knajpy. Ale nie... I tak się przepychamy,  ale co się będę kopać z koniem? Pojechaliśmy autobusem (zwiał, apka kłamała, a na moje: idziemy wcześniej, bo ja zawsze idę na autobus wcześniej), tylko się śmiał.

Za 4 minuty był inny, więc spoko. Ale mówię: podjedźmy przystanek dalej i pójdziemy na naszą pierwszą ulicę. I tym pięknym sposobem Łobuzy zobaczyły pierwszy raz rodzinny dom swojego ojca. A i on sam niewiele pamiętał, ale cóż - miał 1,5 roku, jak się stamtąd wyprowadzaliśmy. I dla niego to była wycieczka w kraj wspomnień i nowe odkrycia.

W knajpie pocałowaliśmy klamkę.

Druga opcja - wleczemy się do Piccolo.  Nie lubię, tam same makarony, a ja nie jestem fanką. No i to śmieciowe żarcie.

I. znajduje jakąś "nową knajpę" na fyrtlu. Nie mam o niej pojęcia, ale cóż. Internety tak twierdzą. Wleczemy się w upale, dzieci kapelutków nie wzięły.

Autobus na styk podjeżdża. Wskakujemy, tylko jeden przystanek. I okazuje się, że ta Inżynierowa nowa knajpa to stara knajpa, gdzie nie ma menu dla dzieci, a Łobuzy mają podniebienie jak francuskie pieski...

Ale... nadjeżdża kolejny autobus, błyskawiczna decyzja: do domu (jeden przystanek, ale upał i nie ma kapelutków). Ja wyglądam jakbym miesiąc piła, cóż na słońcu tak mam.

Domek.
Siku, bo picie generuje siku.

Kluczyki i zapada decyzja - jedziemy do L. do Sfinxa.

Lubię Sfinxa, łaziłam tam z Baranem, bo są tam przystojni kelnerzy, a mamy podobne gusta :)

W Sfinxie tłum jak na plaży.

Ale przemiły kelner ogarnia nam stolik, który niestety zajmuje jakiś kark prawem kaduka, ale spoko...

Dostajemy następny. Jest taki ruch, że kelner nie wyrabia,  myli się, ale my się tylko uśmiechamy, znosząc marudzenie Łobuzów, a zamawianie przez nich tego, co zjedzą to jest wyższa szkoła jazdy, hardcore i wyprawa przez pole minowe.

Jedzenie świetne, ja, tradycyjnie w knajpie, wzięłam rybę - był czarny dorsz, niebo w gębie, cały zestaw trochę a la angielskie fish and chips, ale smaczniejsze.

I. zainstalował za radą kelnera apkę, dzięki temu dostaliśmy zniżkę 50 zł, zostawiłam fajny napiwek, bo... 

Bo tak :) 

Bo mogę, bo to ciężka praca.

Reszta dnia upłynęła na ogarnianiu Łobuzów, Inżynier się zdrzemnął, nie protestowałam, niech wie, że ma matkę.

Kiedy mnie zabraknie...

No, piszę scenariusze.

Ale i moje dzieciństwo skończyło się, gdy ciocia już nie robiła dla mnie makaronu, tylko dała kupny.

A potem wzięła i zmarła.
Alienek o dziwo zażądał powideł.

Powideł nie miałam, ale miałam borówki. Nienawidzi borówek.

Zaryzykowałam i dałam rogala z borówkami i... jadł i klepał się po brzuszku. Potem przy winku dostałam za to opeer, że nie okłamuje się dziecka, tylko mówi się wprost, że jadł borówki - i mu smakowały.  Poprawiłam się rankiem i znów jadł borówki, a do domu zabrał resztę słoików z nimi :) 

A to moje borówki, bez grama cukru, więc może jeść ile chce...

Kąpał Inżynier, bo tak sobie zażyczyli, choć Alienek wołał babci, ale było takie zamieszanie, że nie dawałam rady w tym upale z ogarnianiem legowisk... Nie mam pojęcia, jak my kiedyś w czwórkę mieszkaliśmy w tej chałupie, ale cóż - i moje, i Inżynierowe gabaryty były jednak o dokładnie - połowę mniejsze. Meble też były ergonomiczniejsze i... nie było lasu badyli (co się dało, wyeksmitowałam na balkon - i nie mogłam tam nic podlać, bo nie mogłam na balkon wejść).

Rozrabiali dość długo po kąpieli, prawie do 21.30, dopiero kapral babcia usadził towarzystwo i mogliśmy spokojnie pogadać i napić się dobrego winka.

Uwielbiam takie wieczorki. 

Nocnym rodakom rozmowom nie było końca, tak ładuję akumulatory.

Kopnął mnie zaszczyt spania z Alienkiem (Kalafiorkówna miała fazę nie lubię babci, kocham tatę, aczkolwiek momentami właziła mi w d... bez mydła, stanowczo twierdząc, że babcia ma 20 lat, a tato 41 :) 

 I tu jest pies pogrzebany...

Alienek dostał swoją kordełkę, a spaliśmy w pozycji głowa-nogi - inaczej z nim się nie da.

I skończyło się na tym, że choć poszłam spać o 1 w nocy, zostałam bezlitośnie, powoli wykopana o 6.30 rano...



 Akcja była starannie zaplanowana...

Cóż było robić?

Kibelek, oczka, piguły, kąpiel, a ponieważ nie mam drzwi oprócz tych do łazienki, przesiedziałam jak mysza pod miotłą do... 9.30, zanim Alienek pierwszy wstał. 

A mieliśmy o 10 jechać na lody do Puszczykowa...

 No pojechaliśmy, z poślizgiem. Nie bolałam nad tym, bo lepiej, że kierowca alkohol odespał.

Samochód, zaparkowany pod drzewem był cały pokryty spadzią mszyc, lepiło się wszystko. Inżynierowa nie będzie zachwycona, bo to jej samochód.

W Puszczykowie, w kultowej lodziarni  Kostusiaka, do której jeździłam z dziećmi, maluszkiem, lody wciąż zajefajne są.

A że po naradzie rodzinnej stwierdzono, że babcia rządzi i wymiata, ojciec nie miał nic do gadania w kwestii liczby kulek.

Dwie kulki i już.

Ojciec wziął jedną kulkę.

Za to Alienek zaszalał i wziął najsłodsze z możliwych kulek i polewę karmelową.

W połowie konsumpcji wymiękł i... odmówił dalszego spożywania. Co JAK NA ALIENKA było NIESAMOWITE. Babcia wpadła w stan nerwowy, wieszcząc, że dziecko chore. Ojciec rzeczonego zaś spokojnie skonsumował resztę rozpuszczonej papki lodowej, obmył dzieci obklejone słodkościami w łazience, ze stoickim spokojem. Wzdech, wydech. Alienek zeżarł przed niecałą godziną wielkiego rogala (hahahahaha) z borówkami. Miał prawo nie zmieścić. Ale żeby nie zmieścił dwóch kulek lodów, o które walczył jak lew i dwa niedźwiedzie?

Narada wojenna. Kalafiorkówna, włóczykij i powsinoga pospolita odmawia spacerku po Puszczykowie, Alienek, kijem zmuszany (no, prawie) do spacerków, chce się włóczyć.

Ojciec włącza telefon i...

Jedziemy na plac zabaw.

Plac fajny, rozległy. Dwie godziny mijają tam szybciorem.


 

 Ja się z ławeczki w cieniu nie ruszam, tym bardziej że nagle wychodzi mi drut z cyckonosza i kłuje mnie w moje niecycki bezlitośnie. Umieram z bólu, marząc o jechaniu do domu i wywaleniu tego narzędzia tortur. 

Podczas wychodzenia z placu udaje mi się rzeczony drut wyciągnąć, co nie robi żadnej różnicy w wyglądzie - cycków nie mam :) 

Dojeżdżamy do końca Puszczykowa i nagle mówię: nie gotujemy w chałupie. Inżynier jojczy, że on ogarnie (miały być pyzy, cyce kurzęce i kalafior, przez który filtrowałam denaturat, zanim zaczęliśmy go popijać ;)... Dobra, pogotuje, ale... Nie mieścimy się we dwójkę swobodnie w mojej mikrokuchni, upał zabijający, a on teraz już nie zna topografii - ja lepiej znam jego kuchnię, niż on moją. I sterta zmywania... Nie...

Mam weekendowy urlop, ale mam...

Sterroryzowany (no cóż, matka broń ma), jedzie znów do Sfinxa :)

Na parkingu pustki, w lokalu pustki, ale widzę, że kelner (nie ten sam, sąsiedni) kojarzy nas z wczorajszej wizyty.

Obsługa taka, jakbyśmy byli z Elżunią...

I znów mam dorsza, choć dzieci wydziwiają i tym razem niestety, nie ogarnęły swoich dziwactw do końca.


 

Ale są najedzone, to najważniejsze.

Biedny jest Inżynier, wędrujący z nimi kilometrami do kibelka, żeby je umyć (wciąż nie jedzą jak ludzie).

Nie mam tym razem gotówki na napiwek, więc dodaję do karty, sumitując się, że...

Na co kelner (cudnie pachnący, tak, mam hopla na dobrze pachnących mężczyzn, platonicznie, ale lubię, nie tych przepoconych staruchów, myślących, że skoro jestem bez obrączki, to się zesram, jak do mnie zagadają...) powiedział, że nieważne :) W innym lokalu mówili, że wolą gotówkę. Za chwilę przyszedł znów, że się pomylił i skasował za mało o 10 zł z obiecanego napiwku. Dopłaciłam, dla mnie to żaden problem...

Jak wychodziłam z lokalu, to personel przy ladzie prawie się giął w ukłonach, a Kalafiorkówna zapytała mnie: babciu, skąd ty znasz tych ludzi - bo i parę żarcików wymieniliśmy.

A ja po prostu doceniam ludzi, pracujących w niedzielę po to, żebym sama nie musiała stać przy garach, a potem zmywać.

Uświadomiłam sobie, że mój wysiłek przy kompie na co dzień - ma taką nagrodę.

Gupia jestem, ale co tam.

Rzadko mam towarzystwo na pójście do knajpy, więc korzystam.

Wiktuały zapakowałam Inżynierowi - ma Łobuzów na utrzymaniu (nie chodzą ani do szkoły, ani do przedszkola), pyzy się nie zmarnują, bo ja nie zjadłabym tylu pyz :) Cycki zamroziłam. Dołożyłam im kalafior, Kalafiorkówna lubi to warzywo.

Nic się nie zmarnuje.

Alienek wywlókł książki, o panu Pierdołce, głupie wiersze, ale rechotał, cóż, brzydkie słowa zna, bośmy to wczoraj czytali... I matematyczne, wydane przez mBank - już zaczął studiować. A ja latałam do placówek, gromadząc je i dla Łobuzów i dla tych bez Dżemora. Tamci już dawno dostali, nie wnikam, czy korzystają, nie mój cyrk, nie moje pchły.  

 Trwało, zanim się spakowali. 

Dojechali.

P. też wrócił znad morza.

Chatę doprowadziłam do stanu pierwotnego...

Mieczyki znów stoją na stole, a nie wciśnięte w kąt tak, żeby nawet jak się wywalą, nie zalały nic z prądem...

W słuchawkach leci muzyka.

Dzięki ci, życie, za te chwile.

Za to, że po licznych przeliczeniach, Łobuzy zgodnie ustaliły, że babcia, aczkolwiek ma 70 lat, to tak naprawdę ma 20. Bo jakoś im się po drodze 50 zgubiło, ale mówią, że tak ma być.

I nawet biedne Miśki, które są nieco poturbowane, bo była wojna Miśków, zgodnie twierdzą, że jest cudnie...

No co, gupia jestem, ale cieszę się, że wciąż mam te 20 lat...

Chociaż mając dużo mniej


 nie wiedząc jeszcze, że życie nie składa się z oddychania, tylko z chwil zapierających dech (o, tu dopiero byłam GUPIA na maksa), wpatrywałam się w lusterko pod odpowiednim kątem ustawione, gdzie jest to lusterko w srebrnej oprawie, pewno ojciec, jak wiele innych rzeczy to "ogarnął" i w dużym lustrze w nieodżałowanej toaletce, analizując jak bardzo brzydki mam nos, taki z garbem, rzymski poniekąd, i jak z tego powodu nic mnie dobrego w życiu nie czeka...

Jakoś ani Łobuzom, ani tym bez Dżemora nic we mnie nie przeszkadza...

A mnie jest szkoda czasu na analizowanie moich fizycznych niedociągnięć.

Za mało go mam.

I cieszę się każdą minutą, nawet tą, gdy muszę głaskać Inżyniera, miotającego się  wśród potomstwa, które kocha nad życie, i jego zachcianek.

Życie, masz w sobie troski i masz uniesienia i chwile do przeżycia trudne...

Ale kocham żyć... 

 

 

 

poniedziałek, 30 czerwca 2025

Jak nie urok

 to sraczka, Kochany Pamiętniczku.

Umówiłam się z MW na zakupy, bo chciałam jej te kolczyki kupić na pamiątkę ukończenia szkoły podstawowej. Nie taka bezosobowa kasa, przelana na konto, kup sobie, co chcesz... Chciałam, żeby miała po latach coś, co weźmie do ręki i skojarzy jej się ze mną - o, te kolczyki mam...
Pojechałyśmy na zakupy z jej mamą, bo ona chciała jechać z MW sama, ale wyprowadziłam ją z mylnego błędu - to są moje zakupy i może jechać jako osoba towarzysząca, ale chcę przy tym być.

Bo ja w sumie nie mam kontaktu z moimi wnukami, przynajmniej z tamtej gałęzi. Napisałam też do P., że ma brać Papryczka i jedziemy, ale nawet nie odczytał wiadomości. Potem się wykręcał, że MSG tak ma. No nie wiem,  jakiś dziwny to MSG, ale mniejsza z większym. Długo była niezdecydowana, wybrała kolczyki srebrne, pozłacane, z pinkowymi cyrkoniami, śliczne.

Ale okazało się, że są niedrogie, więc uparłam się na dalsze zakupy.

Bo ja gupia jestem, jak Alienek dostał to i MW musiała mieć.

Ona jest bardzo skromna, zawsze dziękuje, mówi, że więcej nie trzeba, że wszystko ma. 

Ale przewlokłam przez Avenidę i dokupiłam dwie bluzeczki (kurewskie) i ozdóbki w Action (hmmm... dziadowskie, za grosze, ale lubi i była zachwycona, że tak dużo, a to kosztuje naprawdę w granicach 4-5 zł i jest hmmm... niestrawne, ale cóż).

Bo nie podoba mi się moja MW. To już nie jest moja MW. A ja jestem starą pierdołą, rozumiem, że wakacje to wakacje, że luz i hasta manana...

Moje dzieciństwo (bo 15 lat to jeszcze dziecko, nie kobieta) było inne, moje macierzyństwo też było inne (chciałam mieć dwóch chłopców i miałam, i niebiosom i losowi za to dzięki, że nie miałam takich problemów, a w sumie nie miałam żadnych problemów wychowawczych, jedyne czego nienawidziłam, to kupować im butów, bo łazili po sklepach i przesmradzali, ale to ich jedyna wada. Teraz łażą w adidasopodobnych ustrojstwach i kupują je sobie sami, o). 

A zdębiałam, widząc na przystanku - excuse le mot - małą Lolitkę. Wyglądającą na co najmniej 20 lat. Pomijam makijaż oczu - był delikatny i pasował jej. Włosy pospinane pierdyliardem spinek zbyt świeże nie były. Cycki na wierzchu, szorty nawet półdupków nie zakrywały. Upał, wszyscy lecieli do cienia, a ona na nogach takie futrzane, czarne coś a la getry miała. Pępek na wierzchu, sam I. kiedyś za młodu mówił, że go na mdłości bierze w bimbie, gdy siedzi, a nad nim taki goły pępęk zwisa, nawet na najpłastszym brzucholu :) 

I szpony. Domorosłej produkcji, jakieś naklejane, różnokolorowe, z gatunku tych, co nie wiadomo jak mając takie coś dupę wytrzeć, żeby gówna za paznokcie nie zebrać.

Amen.

I nie, nie podoba mi się nowy image MW. Będę unikała wychodzenia z nią publicznie. 

Nie jest elegancka.

Jestem starą kretynką. Wciąż pamiętam, jak mój ojciec wkurzał się na Czerwone Gitary - te szarpidruty. Jak gonił mnie za makijaż - a nasze makijaże były ohydne - to plucie na tusz i coś a la wata na pogrubianie rzęs, i te kredki tłuste do malowania kolorków na powiekach. Tak, to było ohydne.
Ale żadna piętnastolatka się nie malowała.

I czytając co rusz komunikaty, widząc fotki tych małolat uciekających z domu, a wyglądających naprawdę jak - encore en fois - jak tanie (niedrogie, mamo, niedrogie) dziwki. 

Nie dziwię się.

I przykro mi, że moja wnuczka też tak wygląda.

I tym bardziej drżę.

I nie rozumiem zachwytów jej matki. 

Zwłaszcza, że wydało się, przypadkiem, że market, w którym ja i jej matka błądzimy, ona zna jak własną kieszeń, co wyszło przypadkiem.

Potrzebowałam tylko worków do odkurzacza.

Nieważne.

Może coś przegapiłam, zaniedbałam, ale nie. Nie będę się obciążała.

Kiedyś, na wszelkie moje uwagi było burzenie.

Babcia J. malowała paznokietki trzylatce.

A potem wielka przyjaźń jej rodziców z nieco podejrzanym towarzystwem. Ja - jak wiadomo - na ich terytorium nie bywam, bo wciąż sprzątają. 
A nie widzę powodu, dla którego mam wciąż zapraszać o obsługiwać na moim.
Stara jestem. Mam coraz mniej siły.

A w sobotę rano po przebudzeniu okazało się, że poleciała mi plomba z zęba, ważnego, bo będącego podporą do protezy.

Tak, mam protezę.

Moja mama w czasach bezortodontycznych walczyła o moje uzębienie, bo zęby miałam krzywe i za wąską szczękę (zdaje się, że i Alienek, i Kalafiorkówna ma to po mnie). Pamiętam jeżdżenie do Poznania na leczenie do Akademii Medycznej (koło MTP), syrenką  naszego piekarza (coś tam mam podejrzenia, bo chodził do swojej śmierci na grób mojej mamy zapalać znicz, ale może piszę scenariusze - nie dowiem się już nigdy). I te cowieczorne męczarnie, gdy mama masowała ręcznie moje krzywiuteńkie jedynki - i usuwane dwójki? trójki, żeby kły miały gdzie wejść. 
Te kły pozwalają mi dziś na swobodne jedzenie z protezą.

Reszta moich zębów to epopeja prawie że kosmiczna.

Więc gdy w sobotę obudziłam się z tym ubytkiem, najpierw spanikowałam, ale że nie było źle, wzięłam wzdech i założyłam, że w poniedziałek się zapiszę do dentysty mojego.

W sobotę zaś polazłam do Bystrego i z rozpędu wydałam sporo kasy na


 

  Bo I. zorganizował grilla z okazji zakończenia roku szkolnego. Dla całej ekipy i N. i naszej.

No wszyscy do I. jeżdżą na grilla z radością, bo dlaczego nie?

A ja wiem, że wyda on w tym miesiącu (w sumie w następnym) więcej niż ustawa przewiduje, bo i ta jebana klima i ortodonta, bo oba Łobuzy mają za dużo moich genów (MW też ma zniszczone zęby, podejrzewam wymioty, ale nie zakładam bulimii, raczej stres z jej schorzeniami, ale na próbę rozmowy na ten temat - rozmowy, nie narzucania swojego zdania, zostałam spławiona - zresztą oni wszyscy mają zęby w strasznym stanie, ale cóż - na nocowankę do mnie nikt nie ma swojej szczoteczki, ja mam zapas szczoteczek dla gości na lata).  

Alienek będzie miał stały aparat, Kalafiorkówna nie wiadomo.

Więc sobie pomyślałam, że dlaczego zawsze tam jeździć na krzywy ryj?

Nakupiłam, zamarynowałam i na szczęście wpadłam na genialny pomysł, żeby włożyć to do walizki.

Ale nie dotarłam do informacji, że jest bieg z okazji 28 Czerwca i wylądowałam tam, gdzie wylądowałam, ale dzięki mojemu upierdliwstwu - jechać wcześniej - dojechałam. Bo dokładnie sprawdziłam połączenia. Pierworodni wylądowali w TP bez połączenia i Inżynierowa musiała po nich jechać.

A tymczasem Alienek dostał ode mnie Hugo z dedykacją - i tyle było mojego miziania z nim.


 Dziecka nie było i nie ma innej opcji.

Zatem poszłam z Kalafiorkówną i Kundlem, który przedtem skoczył na moje nogi, o mało ich nie zabijając (tak, bolą mnie tak, że każdy dotyk mnie boli, a tu wylądowało na nich 7,5 kilo z wyskoku)


 w świat bez plecaczka...

I tak leciał dzień, do przyjazdu reszty familii...

Jeszcze mnie I. zagonił do skrobania pyr: uwielbiam, po czym brutalnie stwierdził, że dość pyr. Na moje protesty nie dostałam nożyka.

Pyr było za mało.

I to nie ja zeżarłam większość, choć jestem znanym pyrożercą, a z uwagi na ten ząb poprzestałam na rzeczach łatwych do gryzienia. Bo mięso z grilla do nich nie należy, a mea culpa - żeberka kupiłam za grube - nie dopiekły się.


 Kontemplowaliśmy, Baran odpisał, że to raczej nie jest dereń, ale śliwa ozdobna, w co nie chciał wierzyć właściciel tego grajdołka...

Młodzież integrowała się


 Ja, z czupryną, zapuszczaną, którą wiatr mimo czesania ustawił tak, że w drodze powrotnej w zbiorkomie budziłam zainteresowanie, a chciałam mieć takie włoski, jak do ślubu...



kontemplowałam piękne okoliczności przyrody. I zła byłam, że Inżynierowa załatwiła transport do wioski autami swojej rodziny, bo już przed 17 byłam zmęczona (słońce mi nie służy) i miałam wracać autobusem, ale i chłopcy (moi) doznali jakiegoś przypływu synowskiej miłości i w efekcie o 21.05 ledwo wczołgałam się do łóżka, bez kochanka i padłam

.

A dąb  Alienka twardy jest. Odżył. Może będą z niego ludzie.

W poniedziałek zerwałam się bladym świtem i poleciałam do dentysty.

Pani doktor jeszcze nie było, ale była asystentka i okazało się, że mogę się dostać na leczenie... 13 sierpnia. Nie ma innej opcji. Pomyślałam, że skoczę do przychodni przed 13, kiedy tego dnia pani doktor miała zacząć dyżur, żeby ją pomolestować...

Ale wróciłam z podkulonym ogonem do chaupki...

Internety pomęczyłam i okazało się, że w Red Parku jest kolejny zakład. Z dobrymi, a nawet bardzo dobrymi opiniami.

Więc odziawszy się przystojnie, pobieżyłam, kontemplując jak ekipa zgrabnie rozkupuje oddaną do użytku za ponad milion złotych jezdnię, chuj wi po co, ale rozkopywali...


 

Co było nie tylko widać i czuć, ale słychać, bom w aparatach podążała...

W kolejnej przychodni okazało się, że termin i owszem jest, ale...

Na 30  lipca, bo pani doktor ma urlop (też chcę taki urlop).

Zapisałam się, mówiąc, że jak coś znajdę, to się wypiszę.

I stwierdziłam, że  żadne sranie w banie, jadę do Helpu.

W Helpie uratowali wybite dwie stałe jedynki Inżynierowi, w latach, gdy nie ratowano wybitych zębów.
W Helpie majątek straciłam na Pierworodnego, który po wizycie na następną nie szedł, a potem z bólem w nocy jechał - bo matka płaciła...  

Okazało się, że owszem, przyjmą mnie dziś o 13.30, co oznaczało 1,5 godziny kiblowania w pustej poczekalni, bo  przychodzili umówieni na godzinę.

Co to jest 1,5 godziny wobec miesiąca czekania?

Z recepcjonistką jeszcze poszłam na wojnę, bo nie miałam  pojęcia na które nazwisko jestem tam zapisana przed laty (jeden gość czekał). Znalazła nazwiska, cytuje adres, zgadza się. No i międoli mnie o PESEL. Kurwica mnie, bo jednak RODO :) Zgodziła się na dokument, a potem dostałam do wypełnienia ankietę o moich dolegliwościach i... potrzebny numer dowodu kogoś, kogo można zawiadomić w razie roszczeń o mój zgon...

Inżynier  numer dał, zastrzegając, że zgonu sobie absolutnie nie życzy.

I nie kręci go żadne odszkodowanie za zgon :)

I tak doczekałam doktora (chciałam, żeby to był on, inni byli tatuowani, może to nic, ale ja stara jestem), który nie złościł się, że musi do mnie mówić bez maseczki, mimo że miałam aparaty, ręce miał czułe, delikatne, nie bolało nic, mimo że odmówiłam znieczulenia (150 zł, mnie mnie wiercenie nie boli, mam wysoki próg bólu). I ładnie pachniał, leżałam na płask i... czasami otwierałam oczy i widziałam jego oczy, takie z moich marzeń i snów, ale zaraz moje zamykałam, bo widziałam swój PESEL :) No taka dziwna ze mnie istota, że kocham wizyty u stomatologa, a nienawidzę u ginekologa :) 

Jak na razie jest idealnie (odpukać) - wydane 200 zł - stać mnie na to, a ile zaoszczędziłam sobie stresu, że będę musiała zmieniać protezę. Termin do mojej stomatolog zatrzymam, od dawna wiem, że czeka mnie zdjęcie kamienia, a i niech zrobi przegląd moich pieńków...

I tak, to tylko trzy dni, a zamieszania jak na miesiąc.

Jeszcze w piątek z emilka wynikało, że nie zamknęliśmy atlasu.

Na pytanie nikt nie odpowiedział.

Dzisiaj po pierwszej rejestracji poszłam do fryzjera, żeby rozładować stres, trafiłam, już nie straszę mimo wiatrów jak w niedzielę w bimbie.

W domu pytam na emilku o pyry, czy termin gra. 

No i?

Piątek przesuwają na poniedziałek.

Więc piszę, do naczelnej, że idę na zębowy szlak.

Reszta milczy.

Wracam do domu i...

Ta ostatnia strona do korekty.

Ponad godzinę po moim  emilku.

Na  szczęście nie ma błędów.

Ozalidy będą jutro,  więc by się na nich poprawiło...
Serio?

Kolejny dzień siedzenia nawet nie za najniższą krajową?

Kiedy ja mam parę ważnych spraw na głowie?

Olewam.

Działo się.

Udało się.

Jestem zmęczona na maksa, ale...

Jest nadzieja, że i tym razem przeżyję.

Zastanawiam się tylko, jak chory musi być system, że na wizytę PEŁNOPŁATNĄ trzeba czekać tak długo.

Płacąc składkę (ja płacę dwie - od pensji i emerytury).

Płacenie Inżyniera  na te składki (obligatoryjne, w ramach bonusu pensjowego i cuda wianki w tym) to inna bajka. Nie mam już siły tego opisywać.

 

I rozkoszując się nową plombą, udaję się w objęcia Morfeusza.

Stęsknił się za mną, biedak :)  

 

piątek, 27 czerwca 2025

Dzisiejszą notkę

 sponsoruje, Kochany Pamiętniczku

do bólu.

Lubię takie dni, zakręcone na jeden temat...

No i Pink Martini - kocham :) Chociaż nie lubię pinku :) 

Tak, samotność przejmuje każdą emocję.

I nie, w sumie nie jestem samotna, a jednocześnie tak bardzo jestem samotna.

My Echo, my Shadow and Me...

Ale to jest dobry ból.

Poniekąd.

I tak tydzień mi leciał z tym jebanym atlasem, który miał się zamknąć dziś, ale nie wiem, czy się zamknął, bo czekając na ostatnie strony dostałam emilka, że fajrant na dziś.

Kurwa.

A nagrzana byłam już jak cholera, bo mi nie płacą w razie zlecenia za czas czekania, ale za stronę. 

A na tę ostatnią jebaniutką stronę czekałam 3 godziny i po 3 godzinach mnie trzasnęło.

I to jak.

W międzyczasie odezwał się gość od maszynek, uprzejmie pytając, czy wczorajsza ulewa (a był armageddon u nas) podlała mi badyle, no i czy jestem, czy nie utonęłam... Bo ma interes. A ja sobie myślę, ki diabeł, bo maszynki dopiero w sierpniu wychodzą. :) 

No A. pracuje w zasadzie sam.

Więc odpisałam, że sorry Winnetou, słać, co się da, bo mnie do 10 sierpnia nie będzie i... nie ma opcji, że na urlopie będę pracować.

I tak sobie pokonwersowaliśmy grzecznie, zalał się rzewnymi łzami, że ciężko będzie i AI spróbuje zaprząc do roboty. Znając jest moce, zamilkłam. Ale i emilka dostałam, łechcącego ego, że...

Pani Basiu,

 

I tak Pani nie przebije podziwu, jaki my mamy dla Pani, bo trzeba mieć mocną psychikę, żeby czytać ten techniczny bełkot, który wypisujemy 😉

Udanego weekendu i odpoczynku 😊

 Zapisałam w kajeciku, a po południu posłałam podziękowanie, bo w banku było dokładnie netto umówione w pensji więcej za dodatek, który mu zrobiłam. Bez przypominania, bez mówienia, jak to ciężko pracowałam.

I fakt, język techniczny jest ojacierpiędolę, ale ja tam nie staram się nic zrozumieć, bo i tak nie ogarniam, aczkolwiek jak coś mi się nie zgadza, to się czepiam.

A atlasu, jak nie było, tak nie było.

A już rano tknięta przeczuciem  poleciałam na Manhattan, mówiąc, że będę dziś od 10. Bo ja, kurwa, dyscyplinę mam we krwi wdrukowaną.

Zapierdalałam jak ze śrubką okrętową w dupie numer 5.

Po 13 ulało mi się.

Fotki podostawałam jak MW żegna szkołę, zadowolonego Alienka, jakby w totka szóstkę trafił, Papryczka na luzie... I jak nie cierpię imprez przedszkolno-szkolnych, tak chciałabym na jakiejś z nich być.

A tu dupa - znów praca wchodzi mi w drogę. A ile jeszcze takich imprez życie da mi zaliczyć?

Bo z przedszkolnymi już koniec, chyba że do Małego T. się uda jeszcze wlecieć...

A w międzyczasie pożarłam się z Inżynierem (już po raz trzeci, hahaha, co mi wytknął) o piorunochron.

Ale po przemilczanej nocy (nie napiszę do niego i chuj) jakoś się dogadaliśmy (bo mnie żarło, że nie rozstajemy się na noc w gniewie, nie wiem, jak jego, ale pierwszy pisał)...

I. jest spieszony, naprawa klimy potrwa i będzie kosztowała 6 tys. i homoniewiadomo kiedy sprowadzą zepsutą część, której w całej Europie nie ma, a jest w UK - a że Brexit, to potrwa i kosztuje.

O to też się poprztykaliśmy, żeby nie było, że jest kolorowo i wesoło.

Ale...

W niedzielę jadę na grilla na włości, bo muszę uroczyście Alienkowi wręczyć prezent za idealną pierwszą klasę. Taki gratis.

MW zaś z gratisie dostanie kolczyki, które sobie wybierze, za skończenie podstawówki.

Każdy z czwórki dostał 100 zł łapówki na wakacje.

I dlatego babcia zapierdala jak chomik w kołowrotku :) 

W tle prośba o pomoc, bo ortodonta razy dwa. Dwa aparaty. Czasami mam wrażenie, że jednak w tych czasach jest wielu specjalistów, żerujących na ludziach. I. ma krzywe zęby i żyje. Inżynierowa prostowała, ale widziałam jej rentgeny - to rzeczywiście był koszmar. 

I chuj jeszcze wi co.

Ale OK.

Będzie od lipca renta wdowia, dojdzie za wczasy pod gruszą i za ten jebany atlas. Się żyje na szerokiej stopie, więc...

Oczywiście, mogę, nie muszę.

Tak że dziś wkurwiona czekaniem oszalałam i...

Rozpierduchę zrobiłam na kwaterze.

Totalną.


To jest to, co ogarniałam z atlasu, a to tylko II korekta, pierwszą robiłam w Wordzie. Spuszczę na to zasłonę milczenia...
Strony są zadrukowane dwustronnie.

I nawet fotek nie ponumerowali jak ustawa przewiduje... 

A teksty były do wyrzygania, ale mniejsza z większym.

Wywaliłam badylki z półeczką, szukając w szafce nieruszanej od 12 lat moich jebanych świadectw...

Na półeczkach była upchnięta cała masa książek, o których zapomniałam, łącznie z biografią Stalina, a co? Też antyk :) 


 

 To są dwa rzędy książek, plus to, co na górze leży plackiem :P

Świadectw nie było.

Wkurw rósł, pracy też nie było :)

Polazłam do szafy w małym pokoju i znalazłam w niej jakiś dziwny karton...

Grzebałam w nim i TADAM :) 


 

 Jest teczka, TA teczka :) Brakuje w niej karty od sióstr z przedszkola, z moim zdjęciem i z błogosławieństwem na dalszą drogę życia, ale pewno gdzieś się i ta kartka znajdzie, ale są wszystkie świadectwa, w tym to, które do obłędu ze śmiechu doprowadziło moich synów - tarzali się po dywanie, rechocąc, że matkę im pogięło :) 


 12 lat szukania i znalezione właśnie dziś.

Uwielbiam takie historie...

Bo nie wyrzucam żadnej zapisanej karteczki, więc jak miałabym wyrzucić wszystkie moje świadectwa?

I zdjęcia znalazłam.

I pamiętnik, kilka tylko kartek zapisanych przez moją mamę, ale znam te notki na pamięć.


 

 do bólu znam to pismo...


 a już myślałam, że zeszyt zaginął. Wciąż widzę miejsce tych rzeczy SPRZED remontu, ale po nie ogarniam.

A tu taki zonk...


 Te dwa numery, strach ich dotknąć, żeby się nie rozsypały ze starości...


Na dalszych stronach pamiętnika mamy wklejałam moją miłość z czasów nastoletnich. Moją idée fixe - archeologię.

Przeszło mi, gdy uświadomiłam sobie, że... na wykopaliskach są myszy.

Drobiazg, nieprawdaż.

Ale są...

A teraz internety otwierają przede mną wszystkie wrota :) 


 

 Zdjęcie mojej mamy - bezcenne, bo dzięki niemu widzę nasz bufet - byfyj, jak mówią na Śląsku. Nie pamiętałam, że miał takie szyby. Jedną z nich rozbiłam własnoręcznie łbem, gdy już po śmierci Mamy, pijany ojciec, znęcając się nade mną, dopytywał się uparcie, jak to jest mieć teścia fotografa (nie, nie został mym teściem), na co odpowiedziałam: lepiej, niż mieć teścia pijaka... No i poleciałam na bufet i spektakularnie wybiłam szybę w drzwiczkach widocznych za mamą z prawej... Jakoś się obeszło bez szycia :P 


 Na zdjęciu mój brat i córka mojego wujka (znaczy się - jego mama i moja babcia były siostrami, ale jakoś po latach wielu przeszliśmy w Paryżu na ty i nie wiem jakie to pokrewieństwo w sumie jest z nazwy), z jego córką się już nie spotkałam, ale z nim tak - i były to bardzo piękne chwile. Spotkaliśmy się dokładnie po 50 latach. On obecnie ma ponad 80 lat i... zamilkł, ale że mam kontakt z jego rodziną, więc chyba ma się dobrze, żadnych złych wieści. 


 A to on ze swoją córką i mój ojciec ze mną...

I tak, bardzo cieszą takie znaleziska.

W sumie zmęczona jestem już oglądaniem streamingów i zgodnie z założeniem - biorę się za powrót do przeszłości. 
Dzienniczek z liceum znalazłam 


 nie, nie pochwalę się - nie ma czym. Ale oceny od Madame Jakubek, która na nasze marudzenie, że się źle czujemy, sadzała nas na ławce, mówiąc, że "dziewczyno, jesteś przyszłą matką i musisz dbać o siebie", w przeciwieństwie do młodej wuefistki (Madame tez uczyła WF), która ostro mówiła: co, dopiero co miałaś okres (zapisywała daty) i znów nie ćwiczysz? Powinnaś iść do ginekologa (ja tak akurat miałam, taka uroda i ginekolog nie miał tu nic do roboty, nie miałam problemów z zajściem w  ciążę ani z niczym - odpukać - poza tym, że miałam kurewskie okresy, ale jak widać, żyję).

I pełen karton cudów wianków. Ciekawe, ile z tego uda mi się wywalić na śmietnik?

I odezwała się do mnie babcia Ania - nie wiem, czy ktoś z blogosfery ją pamięta.

Podziękowała mi za moje wpisy - w szoku jestem.

Bo zoperowała sobie zaćmę po moim jojczeniu.

Bo poszła do okulisty i zamiast zmieniać po raz kolejny bryle - zoperowała zaćmę.

 

Cuda wianki, co nie...

W szoku jestem.

A jutro mam jechać z MW po kolczyki. Bo chcę, żeby miała coś ode mnie na zakończenie podstawówki.

Bo wiem, ile ją to kosztowało.

No dobra, nie jestem idealną babcią, ale się staram... 

 

Yo protegi mi corazon...

A w niedzielę spotkanie na szczycie.

A za tydzień I. z potomstwem zostanie eksmitowany na memłon, ale nie pójdzie w tango...

Trzeba będzie jakieś dobre wino skombinować.

 

Życie nie składa się z oddychania, tylko z chwil zapierających dech.

Dawno tego nie mówiłam.

A. I systematycznie co rano wyginam ciało śmiało.

Jakoś jest mi lżej, choć bynajmniej nie jest idealnie - do tego jeszcze daleko...

 

Yo protegi mi corazon... 

 

 

 

niedziela, 22 czerwca 2025

Coś jest nie tak

ze mną, Kochany Pamiętniczku.

Mój czas nie jest moim czasem.

Dziś obudziłam się święcie przekonana, że jest poniedziałek.

Tradycyjnie: kibelek, rączki, kropelki, oczka, minuta z zamkniętymi i jako że dla mnie poniedziałek niepracujący, więc bez pośpiechu sobie ajpadzika wyciągam i w poniedziałek to muszę nazbierać w pasjansach punkty premium, więc układam 16 pasjansów na początek. Wchodzę w to premium i zonk, mówi mi, że jeszcze prawie 18 godzin, zanim będę mogłą to ułożyć. To mi się jeszcze nigdy nie zdarzyło, ale myślę... W poprzedni poniedziałek miałam od rana zapieprz jak Zatopek, pewno układałam dopiero wieczorem i godziny się przesunęły. Ale dalej mi coś nie pasuje.

No nic, ułożyłam codzienne 5 wyzwań, a muszę się pochwalić, że od 5 lat ułożyłam wszystkie codzienne pasjanse - inne eventy czasem robię, ale rzadko, bo to zajmuje za dużo czasu. I tak sobie po blogach polatałam, prasówkę i fejsbukówkę zaliczyłam i do gimnastyki się zabrałam. 
Wszystko po kolei, jak należy. No to pora do kuchni, po codzienne pigułki.

Idę, pudełeczko z drugsami wyciągam i coś mi znów nie pasuje... Otwiera się niedziela... Myślę sobie: pewno wczoraj nie zażyłam tableteczek. Ale dalej mi coś nie pasuje, więc lecę do kalendarza. Ten pokazuje niedzielę, ale że zazwyczaj okienko przeciągam, wyciągając krople z lodówki (prawie całą półkę mam w lodówce kropli, tak o mnie mój okulista dba), więc zakładam, że dziś nie przeciągnęłam. Ale dalej mi nie pasuje, więc wlokę się do kompa i...

Olaboga, faktycznie, niedziela jest.

Ale że aż tak mnie pogięło?

To tylko zwykła demencja czy już ten Niemiec, co klucze i inne rzeczy po kątach chowa? 

Na razie nie mam innych kłopotów z pamięcią, oprócz tego, że czasem ucieka mi jakieś słowo, nazwa lekarstwa na przykład, rośliny, łapię się też na tym, że nie pamiętam nazwisk ludzi, z którymi kiedyś pracowałam. Trwa to czasami parę dni, czasami parę godzin, nagle, chociaż o tym nie myślę, zagubione słowo wyskakuje znienacka. I daty. Dat nigdy nie pamiętam, jak nie mam zapisane, to mogiła. Ale do dat nie miałam nigdy głowy, co było świetną okazją do żartów ze strony dzieci.

Pamiętam za to doskonale piosenki z przedszkola, wiersze, wierszyki, wiersze (różne) mogłabym mówić przez całą dobę, nie powtarzając ani jednego.

Panią Twardowską do dziś wyrecytuję, wybudzona ze snu, w całości.

Nie pamiętam tytułów filmów. Książek tak, filmów nie.

Teraz, na stare lata, dzięki internetom i słuchawkom odkrywam, że melodie, kołaczące mi po głowie jako ulubione moich bliskich - to stare przeboje - ale to już inna bajka.

Książek - a czytałam mnóstwo, gdy zaczynałam pracę w korekcie śmiałam się, że mało, że robię to, co lubię, to jeszcze mi za to płacą - nie pamiętam już tak dokładnie. Mało jest takich, które utkwiły mi naprawdę z detalami w pamięci - i miałabym dziś kłopot, by napisać wypracowanie na temat którejś z nich, choć zarys pamiętam, ale poszczególne postacie - ich charakterystyka, opisy, to już byłby problem bez uprzedniego przekartkowania książki. 

Czasami przy pracy nagle otwiera mi się klapka w mózgu, wiem, że to już było i obecna wersja mi do niczego nie pasuje (a mam szeroki przekrój tematów - uprawa, technika, hodowla bydła i świń, zarządzanie,w  tym wszystkie jebane unijne przepisy, prawo) - męczę autora i przeważnie mam rację. Ale gdy ktoś zapyta mnie o tekst, który robiłam przed dwoma godzinami, to rzadko go kojarzę, za dużo tego, żebym obciążała sobie tym pamięć - chodzi mi o to, że dany autor wysyła mi danego dnia 3 teksty, a potem pyta, czy to już robiłam. Jeżeli on nie pamięta, co mi wysłał, a wystarczy, że założy sobie teczuszkę "Teksty po korekcie", to dlaczego ja, skacząca od działu do działu i z tematu na temat w tempie amerykańskim mam to pamiętać?
Nie miałam czasu na zapiski jak dzieci były małe - nie było kompików, a pisania ręcznego nie cierpiałam w zasadzie nigdy, więc wiele rzeczy mi umknęło. I tego naprawdę żal, dziś co dzień FB przypomina mi, co zdarzyło się tego dnia przed 15 laty, bo chyba od tylu lat mam tam konto.

Mam też stare poczty, jak mam chwilę, czyszczę (ilość elektronicznego śmiecia po mnie będzie powalająca), odkrywając przy tym rzeczy, które dawno wyleciały mi z pamięci - ludzie, których nie pamiętam nawet i muszę się dobrze zastanowić, o kim mowa, bo kiedyś pisałam mnóstwo emilków, zapisywałam też rozmowy na GG (nieodżałowane GG, jakże brakuje mi tej ukochanej ikonki, której nic  nie jest w  stanie  zastąpić, przecudnej urody <sex> - dwie sekszące kuleczki - ikonka-wytrych, pasowała do wszystkiego). 




I ten dreszczyk rozkoszy, gdy przynosiło się do domu GIF zapisany na dyskietce (mam jeszcze komputerek z wejściem na dyskietki, pewno Inżynier dałby radę to uruchomić, ale kiedy on na to znalazłby czas?).

Te poczty trochę zastępują mi pamiętnik i bloga, którego wtedy jeszcze nie pisałam, zwłaszcza z okresu, gdy moi chłopcy (no, bez Pierworodnego, bo ten niepiszący jest, analfabeta) siedzieli w  UK, a internet mieli jeszcze z wiaderka. Od sąsiada, znaczy się, i emilki słali.

Tak, żyjemy w fascynujących czasach. Pominąwszy sterty papierowych listów, które mam i których lektura parę lat temu wpędziła mnie w głęboką depresję, a których wciąż nie mam odwagi zlikwidować, a czytać już na pewno nie będę, bo nie chcę powtórki z rozrywki, a została mi jeszcze masa do przekopania się, bo są tam takie, które chcę odnaleźć jednak, chociaż wciąż myślę: qui bono?

Czy martwię się tym, że ktoś je odczyta. Nie, absolutnie. Nie sądzę, żeby ktoś miał siłę, cierpliwość i ochotę na odczytywanie takich pożółkłych stron. Zapisanych często bazgrołami.  A nawet gdyby znalazł się taki szaleniec, to mi będzie to już dokładnie obojętne. A lektura tego znudzi człowieka, nieznającego ani ludzi, ani okoliczności z tych epistoł :) 

A że zaczynają się znów koszmarne upały (dziś w popłochu zasłaniałam znów rolety, prawi cały dzień siedząc w półmroku, czego nienawidzę, bo czym innym jest przyjazny półmrok jesienno-zimowy, a czym innym duszący półmrok letni), więc znudzona szukaniem czegoś, na czym da się oko zawiesić - a mam Netflixa, Disneya i HBO, nie licząc niezastąpionego Pirata, ale do niego nie zawsze są napisy, może znów wezmę się za szpargały?

I oczami duszy widzę siebie, siedzącą znów przy starym biurku,  ze słuchawką na jedno ucho, bo tylko taką miałam, z jednym z pierwszych magnetofonów (tych małych, Sony, dużego nigdy nie miałam, Sony, który znudził się szwagierce w DE), chłopcy uśpieni, a ja pracowicie robię elektrody do EKG.

Tak, lata całe robiłam elektrody do EKG, na czarno, dlatego moja emerytura taka mikra jest, ale szczęśliwa, że mogę dorobić do renty chociaż tak, żeby było na coś więcej niż na sól do śledzia i na benzynę do malucha, którym Eks co dzień zasuwał na Wygwizdowo do teściowej na kawę. Wygwizdowo leży prawie tak daleko jak włości, a nie było wtedy obwodnicy. Eksowi "się należało coś od życia", a mnie się należała praca :) I tak mi zostało do dziś :P 

Elektory produkował szwagier w warsztacie na Wygwizdowie (do dziś ma ten warsztat, choć już do osiemdziesiątki powoli dojeżdża, szwagier, nie warsztat), nie wiem, czy jeszcze  robi elektrody czy coś innego, bo różne rzeczy potem robił. Elektrody produkował dla Religi, dlatego znałam profesora osobiście. 
Tak, nie zawsze byłam korektorką i bibliotekarką. Umiem też malować na tkaninach, ale to nie wypaliło, bo dostałam wzory do malowania (przedwojenne, trochę ich jeszcze mam w komórce) w momencie, gdy świat przyspieszył i nikt już nie bawił się w wyszywanki... I sztuczne kwiaty też robiłam (na czarno, a jakże), interes był zarejestrowany na Eksa, ale kto pracował? Ja. Bo Eks pierwszego dnia pracy wsadził łapę pod 10-tonową prasę do wyciskania płatków... Jako że państwowa służba zdrowia olała zmiażdżony palec, a prywatnie nie chciał iść, bo "to kosztuje i nie będzie miał na benzynę", siłą zawlokłam go wieczorem z krwawiącym palcem do zaprzyjaźnionego chirurga, z gabinetem w garażu, który elegancko przeszczepił mu kawałek dupy na ten palec (kość było widać). No i potem dzieci miały radochę, chwaląc się, że ich tata umie się ugryźć w dupę :) 

Sztuczne kwiaty zabiła konkurencja z Chin - zdobywając materiał spod lady, robiąc wszystko sama, jednocześnie ogarniając dom, zakupy (w czasach jeszcze kolejkowych) nie byłam konkurencyjna dla chińskich sztucznych kwiatów - zresztą i dziś nie byłabym z naszym ZUS konkurencją.
Tak więc po drodze jeszcze mi się trafiła kariera sprzątaczki, odpowiedziałam - już w czasach początków Solidarności na ogłoszenie z jakiegoś pierwszego coś a la spa. Bo u ciotki Eksa, kobiety po Syberii, żony przedwojennego urzędnika poznańskiego magistratu, która ową Syberię z dwójką nieletnich dzieci przetrwała dzięki prostym Sybirakom, bo do końca życia przypalała nawet wodę na herbatę, gromadziła suchy chleb i niewiele ogarniała, też robiłam za sprzątaczkę, bo jej dzieci nie miały czasu, a jak potrzebowałam kasy. Więc poszłam do tego spa, ubrałam się ładnie, gość uprzejmy, o wykształcenie zapytał. Podkreślałam, że jako rencistka, młoda, ale już nieplanująca ciąży jestem idealnym nabytkiem dla spa. A pan na to: wykształcenie jakie ma? I ja głupia, zamiast powiedzieć podstawowe, bo przecież podstawówkę ukończyłam, zaszczebiotałam: wyższe. 

No i dupa, dowiedziałam się, że nici z kariery na mopie, bo za mądra jestem i mu jeszcze związki zawodowe założę i załogę zbuntuję.

A rodzina wciąż zlecała mi jakieś cuda wianki, a to nocne pakowanie towaru na Ukrainę, bo pracownicy nie chcieli po nocach robić, a to inne  cuda, bo: "SJ nie ma co robić, nie pracuje, pewno się nudzi".

Próbowałam dostać się do pracy w bibliotece Polskiego Związku Głuchych, jako że wykształcenie kierunkowe mam, ale dowiedziałam się, że się nie nadaję, bo... nie znam języka migowego, chociaż mam gdzieś tam jeszcze legitymację PZG. Na moje, że nauczę się,  bo skoro opanowałam rosyjski, francuski i łacinę, to i migowy ogarnę. Nie, nie miałam kwalifikacji.

Posadę dostała kuzynka prezesa PZG z wykształceniem podstawowym. Też nie znała migowego, ale znała prezesa.

A potem, wciąż słuchając, że SJ nic nie robi, wkurzona, znalazłam w Dzienniku Poznańskim ogłoszenie, że szukają korektorki.

Jako że na studiach miałam ruch wydawniczy, znalazłam zeszyt z notatkami (do dziś go gdzieś mam) i poszłam na interview. Kierowniczka była w szoku, że znam znaki korektorskie (ludzie do dziś ich nie ogarniają), że widzę błędy, ale... mój słuch. Bała się. No i nie znałam absolutnie kompika, a oni w 1992 już pracowali na maczkach.

Nie miałam aparatów wtedy.

Ale... Była tam Ela K., niesłysząca na jedno ucho, notabene świadek Jehowy (o jeżu kolczasty, jak ona potem usiłowała mnie nawrócić, ojacierpiędolę), która w ramach solidarności głuchych wynegocjowała, że dostanę dwutygodniowy okres próbny i jak się sprawdzę, dostanę etat.

Trafił mi się też chłopak o 20 lat młodszy ode mnie, informatyk (do dziś mamy kontakt wirtualny, a dla moich dzieci jest on legendą, wystarczy Wojtek i już nic nie muszę tłumaczyć), który cierpliwie wprowadził mnie w tajniki kompa. To było prościutkie, bo dzięki temu, że klawiaturę znałam perfekt, bo i trening w biurze u ojca, i przepisywanie na maszynie prac magisterskich, opanowanie obsługi kompa było proste jak budowa cepa. Tylko wystarczyło zapamiętać, że alt X to ź :) Problemem przez parę dni była obsługa myszki, mam zaburzenia błędnika i blatu mi nie starczało na jej dociągnięcie.

Spędziłam tam bez mała 10 lat, a że akurat rzucałam palenie, nie było to łatwe.

I tak się zaczęłam moja droga korektorska.

Dla dzieci byłam alfą i omegą, bo "mama zna się na kompie i na kompie pracuje). Przypominam, był rok 1992 :)

I tak, przez nagłe zamknięcie interesu właściciela Elektromisu, gdzie zarabiałam naprawdę dobrą kasę, poprzez 10 lat w Auschwitz i już niedługo 15 lat w obecnej fabryce - jakoś ciągnę ten wózeczek :) 

Tak mi się na śledzenie drogi zawodowej zebrało.

A na początku po studiach było archiwum w Energopolu-7. Potem kilka lat w BG AR (i w nieodżałowanej Filii nr 1), skąd przeszłam na rentę po 10 latach pracy.
W dupę dają mi lata pracy na czarno, ale...

Nie, nie żałuję.
Moje dzieci nie znają klucza na szyi.

A i Pierworodny zbuntował się, że jak to, Inżynier ma 8 lat i swój klucz, a on musiał czekać do 12. roku życia?

Więc tak, analizując i dociekając...

Mam się martwić, że mi się dni mylą?

Czy odpuścić?

Powinnam wykonać tekst zegara (ma się wiedzę z Auschwitz i wujka G.), ale... 

Boję się.

Bo nie pocieszają mnie słowa P., z którym o tym już rozmawiałam, i który mówi: mama i skleroza? Nie, za dobrze mama wszystko pamięta i nie ma kłopotów w pracy.

Inżynier też się ze mnie śmieje.

A mnie się nie uśmiecha lecieć do jakiegoś lekarza. 

Nie ma opcji.

Gdy wracałam do domu, w dobrych czasach, gdy czekały na mnie jeszcze dwie stęsknione duszyczki i od drzwi mówiłam, że nie wiem, jak się nazywam, taka jestem zmęczona, duszyczki stawały na baczność i recytowały karnie pleno titulo: dwojga imion i dwojga nazwisk...

:)  

 

 


   

piątek, 20 czerwca 2025

Przez

 to Boże Ciało, Kochany Pamiętniczku, wszystkie dni mi się pokręciły.

I chcę pięknie podziękować wszystkim, którzy ucieszyli się z mojego powrotu.

Zrobiło mi się szalenie miło, nie ukrywam. 

Po wiekopomnym zamknięciu w środę, w święto wstałam jak nieżywa (a kogucik jak nieżywy wpadł w pokrzywy, ani drgnie) i zrobiłam sobie Dzień Dziecka. 

Znaczy się, łba nie umyłam, kąpieli nie wzięłam, gimnastyki nie uskuteczniłam (a uskuteczniam ją co rano), na obiad zjadłam pyry z gziką. Jedynie badylki na balkonie podlałam, bo gorąc był.

Lawenda, zapach zabija :) 

Goździki, szaleją... Pinkowe na dociepkę...
I begonia, ta dopiero odstawia cuda wianki :) Jeszcze trochę i skrzynka się złamie, skrzynka, na której stoi ma dokładnie 39 lat :) Nic już w niej nie sadzę osobno, bo przecieka, ale zabytku przecież nie wyrzucę.
I szałwie, przywieziona jako dar od gminy, którą kazały zabrać Łobuzy - były same liście, a ta nagle wzięła i zakwitła jak głupia.

Tak samo jak storczyk, który dostałam od Inżyniera (a u mnie storczyki szybko konają w mękach) w zeszłym roku, a ten nagle wziął i drugi raz kwitnie

 


 A oprócz tego dopieszczam się



 

A to piwoniami...


 

... a to słonecznikami (tak, już są, teraz wszystko jakieś takie pomieszanie z poplątaniem).

Obudziłam się, nie wiedząc jaki mamy dzień, czułam się jakoś dziwnie - sobotnio-poniedziałkowo, zanim uświadomiłam sobie, że jest piątek i tak, wszyscy mają wolne, ale nie mam wolnego ja...

Bo podjęłam się tego jebanego atlasu, ale patrząc, jak szybko zlatuje mi kasa z konta, choć olaboga nie szaleję (no, może trochę, ale przecież do grobu kasy nie zabiorę, a wybieram się tam powoli), stwierdziłam, że cóż, pecunia non olet i z nieba nie leci.

Więc oczka kaprawe zakropiłam, przez minutę, czekając aż krople wlecą, gimnastykę uskuteczniałam (a co, jestem wielozadaniowa), potem pasjanse, kolejna gra, wyskok z wyrka, zmiana pościeli, pościel do prania, śniadanko i...

sruu na Manhattan, bo w lodówce jednak dużo brakowało.

I surprise, hip-hip hurrrrrra...

Są pomidorki, nareszcie :) Cena hmmm. Za zwykłe (tradycyjne) 9,90, te fikuśne po 19,90 - czyli zeszłoroczne, ale... cóż... 

Ale po to pracuję, żeby żyć na szerokiej stopie (niech tego nie czyta urząd skarbowy, bo będzie mnie ścigał), więc



 I kalafiorki kolorowe są, a że sezon na nie krótki, więc nie żałowałam sobie. Na "normalnych" straganach kalafiory po 3 zł, a ja sobie zafundowałam takie po 10 zł za główkę.

Ściga mnie urząd skarbowy. 

Na Manhattanie za całokształt zostawiłam dokładnie 120 zł. No, dokupiłam jeszcze komarzyce, bo mogę... 


 To nie wszystkie zakupy z Manhattanu, bo i szparagi (nie załapały się na fotkę, bo w lodówce wylądowały), i ziemniaki, i rzodkiewki, i truskawki, i czereśnie, że drobnicy już nie liczę, bo wstyd :)

No i obiad był wypasiony - zeżarłam pól kilo bobu.

Z koperkiem i masełkiem.

I głodna nie jestem, a sprzątałam potem jak gupia...

Na kolację nie mam miejsca, więc opłaciło się.

A jako że był reportaż o Bystrym (taki rzeźnik ze Swarzędza), a u Sobkowiaka pracują teraz wybitnie niemiłe babska, a i jak się okazuje - jakość leci na łeb i na szyję, polazłam do Galerii, bo tam Bystry jest. 

I kolejka jak za komuny, stałam w niej  prawie godzinę, ale... opłaciło się.

Tak, reportaż nie kłamał, jedzenie warte grzechu (będą rolady z wołowiny, świeżutka, czerwoniutka, raz na jakiś czas można zjeść czerwone mięsko, zrobię jutro), a i pani bez szemrania i mówienia, że się nie da, wędzonkę krotoszyńską pokroiła w drobne plastry :) U Sobkowiaka  "się nie da". Więc przeproszę się z Galerią, wybiorę dni, kiedy nie ma kolejki (bo takie są w środku tygodnia)... I mają tort z twarogu, taki, że ojacierpiędolę...

I do Biedronki wlazłam, choć ją bojkotuję, ale w okolicy nigdzie nie ma Kłębuszka, a właśnie mi się skończył.

A prać trzeba, co nie? :) 

Mnie tam Kłębuszek wystarcza, nie szukam Persilów i innych niemieckich wynalazków :) 

No dobra, zrelacjonowałam dzień.

A potem ogarniałam kuwetę i...

Emilek przyszedł. Umówiona byłam na 14, przyszedł o 13.35.

Że po naradzie w środę po południu jednak zamkną atlas 27 czerwca w piątek (mieli zamknąć dziś, chcieli przesunąć na 30 lipca - odmówiłam korekcenia, bo ja, MAM urlop od 28 lipca).

No, zmobilizowali się,że ojapierdolę.

Ale...

Innej korektorce pewno musieliby zapłacić więcej i nie byłaby elastyczna z terminami, tak jak ja.

I tak - nie byłaby taka idealna jak ja.

I nie, nie przemawia przeze mnie pycha.

Tylko stwierdzam fakt :) 

Bo nie sądzę, żeby "normalna" korektorka wiedziała, że "podsieciowa część pędu" to jest podliścieniowa część. To jest robota redaktora, nie korekty. Korekta nie musi ogarniać tematu, bo temat jest specjalistyczny.  


Tak samo nie musi wiedzieć, że "opróżnienie wegetacyjne" to nie żadne opróżnienie, ale opóźnienie.  Korekcie się literki zgadzają, za resztę nie odpowiada.

A szczytem szczytów były osypujące się strączki na ziemniakach oraz ziarniaki na kolbie ziemniaków.

Konia z rzędem temu, kto wyjaśni skąd się to wzięło?

Więc tak, jestem idealna.

I dlatego dostaję emilki: kochana SJ...

Bo nie puszczam: Unia Europejska jest kontynentem :) 

I tak, ciężko pracuję na sól do śledzia.

Ale też z drugiej strony nie umiem mówić: nie.

Pojechałabym, jak ta moja bajka, za góry, doliny, i nic mi nie żal, choć powinno być żal...

Ale patrząc na narodową gorączkę długoweekendową, dobrze mi w domu.

Chociaż dziś sponsorem jest 

 


 

 to i tak kocham te chwile :) 

Tak pod wieczór polał się miód na moje serce, bo okazało się, że kupili Łobuzom te zegarki (nie ogarniam tego, sama sobie coś takiego kupiłam, miało mi ułatwić życie, ale mnie tylko wkurwiało, okazując, że mam  ciśnienie niezmiennie 112 na 80, a moje leciało w Kosmos i nie, nie był to tani gadżet, łączył się z ajfonem, ale i tak wylądował w szufladzie, da się bez tego żyć znakomicie), dołożyłam  się trochę do nich i hurrra... będę miała kompanię na WhatsApp.  Z Kalafiorkówną pewno będzie niełatwo, ale będę mogła Alienka uczyć niecenzuralnych zwrotów, co jest moim marzeniem. I po polsku, i po angielsku, bo i w tym języku znam brzydkie słowa. Na piśmie... :P

No cóż, nie jestem idealną babcią, tak wyszło :)

Jutro jadą odebrać zegarki, bo nie było takich, jak chcieli i do Orange się jakoś podłączyć.

To już nie do ogarnięcia przez mój gupi móżdżek.

I tak sobotę będzie sponsorowała inna piosenka - może Galapagos, bo właśnie mi się przypomniała...

Obcy los zniszczy moją przyszłość, więcej już na ten brzeg nie przychodź, przyjaźń Twoją chciałabym czasem wśród nocy wspominać...

Parę rzeczy zapomniałam kupić, więc jutro też mam motywację do wyjścia z chałupy. Bo tak ogólnie na łażenie jest dla mnie za gorąco - niedawno było za zimno, teraz jest za gorąco, żyćko :) 

 I dla Zmorki, bo nagle mi się przypomniało: I. padła klima jakoś dawno, może ze 2 lata temu. Nie naprawiał, bo trzeba było demontować całą deskę rozdzielczą. No, jeżdżenie w czasie upałów było niehalo, wiem, bo jechałam, nawet we wrześniu mamy teraz upały. I nagle naprawia, bo... Kundel. Kundel jechał na Szachty i potem rzygał, bo było mu za gorąco. A jedzie z nimi nad morze. Co byś o tym pomyślała? Rozumiem miłość do zwierząt (może nie do końca), ale są jakieś granice, co nie? Mając taką miłość w sercu, bierze się biedy ze schronisk,  a nie kupuje za grubą kasę rasowych (tak, ich wszystkie są kupowane, nie adoptowane). Na pewno jest wielu czytaczy wielkich sierściolubów (chociażby AMP), ale jak dla mnie to przegięcie. Mają wiele wydatków, na które nie mają kasy, ważniejszych do życia, ale... Kundel musi wypocząć nad morzem. A koty mają mieć wolierę, ale pewno jej nie dożyją, bo w szkatule pustki.

Na cóż, moje osobiste zdanie jest takie, że wszystko ma swą miarę, i skalę, i stopnie.

Że najpierw ogarnia się to, co do życia jest niezbędne. A potem zachcianki i fanaberie.

Po prostu mam inną skalę wartości.

I nie, nie wybieram się nad morze. Tu kiwam łapką do Eli Kos :) Nie wyszło, nie w tym roku, nie dam rady :) Ale moi znów będą w Twoim Heimacie :) 

I wolałabym wreszcie mieć łazienkę na piętrze wykończoną, niż psa za kilka tysięcy, generującego kolejne wydatki i to niewąskie.

Fakt, nie moja kasa, nie mój cyrk i nie moje pchły.   

 I staram się nie myśleć o upadku mojego kraju, gdy Ążej zaprasza sutenera na posiedzenie RBN.

Kurwa, od razu pomyślałam, że jak to, bez certyfikatu do treści niejawnych ktoś o takiej reputacji wchodzi na posiedzenie nie dla zwykłych śmiertelników? 

Topnieje moje zaufanie do Tuska.

Rośnie do Giertycha, którego kiedyś, gdy był w LPR miałam za debila - no cóż, dorósł. I mądrze prawi.

I coraz mniej podoba mi się to towarzystwo wzajemnej adoracji, na które głosowałam.

Że nie tupnęło nogą i...

Też pasie się u żłoba.

I tak, jestem za Izraelem.

Chociaż tamta bliskowschodnia nawalanka w ogólnym rozrachunku może się skończyć scenariuszem katastroficznym, z Ostatniego brzegu.

I oby nie był to scenariusz z Paradise, chociaż w sumie zakończenie sezonu daje nadzieję...

Marzę, by moje wnuki zaznały życia w spokoju.

Tak jak i ja przeżyłam większość swojego, mimo gróźb zimnowojennych i innych...

Nie zaznając grozy bomb lecących na mój dom. 


Dość się na dziś napisałam, ale staram się na bieżąco, by nic nie umykało mej słabnącej pamięci...

 

 

 

 

 

 

 

środa, 18 czerwca 2025

Zaczynam się

 łamać, Kochany Pamiętniczku, czy nie wrócić czasem.

Ale łamię się powoli, choć wiele się dzieje...

Mała Wiedźma wylądowała w szpitalu - ma torbiel kieszonki Rathego.

Oczywiście, jak trwoga to do Boga, odezwali się do mnie, byłam w szpitalu, niby ogarnęłam wszystko z Pierworodnym, w kurcgalopku jechałam w sobotę po ciężkim tygodniu pracowym, mając w perspektywie nocowankę Łobuzów u mnie. 

Pojechałam wcześniejszym autobusem, na przystanku już  czekał P. Nieuczesany tak, że ojapierdolę, więc wyskoczywszy i zaatakowawszy go, wręczyłam mu grzebień, od razu wyglądał, lepiej.

Był z torbą, z taką z jaką mieli zwyczaj mnie puszczać, przyjeżdżając z UK - zawsze się śmiałam, że puszczą mnie z torbami.

Na pytanie o plecaczek, okazało się, że plecaczek w krótkich abcugach wykitował. W Dzień Dziecka, kiedy zwołałam całą familię na festyn osiedlowy - nie dojechała tylko Inżynierowa.

Nieco to spustoszyło moją kasę, bo wzięłam wszystkich na pizzę do Da Grasso, a potem na lody.

Chciałam skonsolidować rodzinę, ale wyszło to średnio na jeża, bo u Pierworodnego wciąż sprzątają.

Mniejsza z większym, Mała Wiedźma przyszła z fajnym makijażem, ale olaboga, makijaż u piętnastolatki (jeszcze niespełna)? Mnie ojciec ganiał za makijaż jako już pełnoletnią dziewczynę, jojcząc - kto to widział, żeby kwiatek malować, wyglądasz jak puchacz w klatce, a moja - największa - miłości przed zabawą wsadziła mnie pod pompę i ceremonialnie zmyła mi makijaż zimną wodą, co było nie lata wyczynem, albowiem wtedy były inne utensylia, choć nie wodoodporne. Wbił mi do głowy, że jestem najpiękniejsza saute i tak mi na stare lata zostało. Nawet kremu używam sporadycznie, raz na ruski rok, gdy już teraz moja stara skóra mówi mi grzecznie, że pęknie...

Mniejsza z większym, nie jojczyłam.

A MW jako kilkulatka wpadała już do mnie z pomalowanymi paznokciami, co było nieporozumieniem, bo trzymała je w kształcie pistoletu i krzyczała pink, pink, co ja zrozumiałam jako ping, ping i objechałam P., że uczy dziecko strzelać.

Ale to była szkoła babci J. zadowolonej, że robi z niej kobietę elegancką, nie takie byle co, jak ja.

MW została po weekendzie wypisana ze szpitala, neurolog nic nie stwierdził, dał skierowanie  do... laryngologa.

I odtąd cisza w eterze znów.

No bo ja jestem do gaszenia pożarów.

Ale szczerze - boleję nad P.

Bo ma na serio pod górkę i pod wiatr, tylko...

Zabrałam go do Pestki i po wielkiej włóczędze po sklepach (nigdy więcej, ja wchodzę i kupuję, nie latam, nie porównuję, nie grymaszę, nie kombinuję) kupiłam mu plecach jako dodatek do 45. (sic!) urodzin, bo przedtem kupiłam mu bilety (dla niego i osoby towarzyszącej) na grudniowy koncert Dżemu, Big Cyca i innych miłości jego młodości. Plus dostał kasę na jakąś wypasioną książkę, więc się nazbierało...

Czy zasłużył? Nie wiem. Ale na moje serce zasługiwać nie musi.

Aczkolwiek boleję nad bezustannym okłamywaniem mnie na wszystkie możliwe tematy.

Cóż. Było wyskrobać, a nie rodzić, teraz już jest za późno na wszystko.

Kończąc to narzekanie, zaczynam się zastanawiać, czy ja w ogóle jestem komuś na coś potrzebna?

I tu odezwałby się I. z gorącym protestem.
Ale...

Takie czasy.

My w maluchu mieściliśmy się w zasadzie w piątkę. Znaczy się, my plus teściowa lub mój ojciec, mój brat. Wiadomo, maluch nie z gumy, ale tę trójkę dorosłych i dwoje małoludów pomieścił. Fotelik był jeden, taki dziś nie do zaakceptowania.

A ja? No cóż, nie mówię, jestem wożona jak coś.

Ale...

Wiem, że nigdy nie pojadę z nimi na jakiś wspólny wypad, bo...

Za gruba jestem.

Fakt, nie zmieszczę się między dwa foteliki dla Łobuzów. 

Oczywiście, rozumiem konieczność ochrony dzieci.

Ale...

Nie pojadę nawet jak dzieci wyrosną z fotelików, bo...

Tam jest miejsce dla psa.

Fakt, nie ważę i nie będę ważyła 10 kg jak Kundel. Nigdy :)

Ale psa nie można nigdy zostawić, więc jak coś - nie mieszczę się.

W planach jest za kilka lat kupienie SUV.

No cóż - mogę nie mieć tych kilku lat.

Mogę za te kilka lat nie mieć już ani siły, ani ochoty ma takie wyjazdy.

Zaciskam zęby, ale w głębi duszy czuję żal, że moje dziecko jest z kimś, kto bardziej ceni zwierzęta niż ludzi i że przeciągnęła go na tę stronę.

Życie, co, nie?

Tak się we mnie zbiera...

Alieniątko dostało taką ocenę opisową, bo teraz nie ma świadectw, że popłakałam się ze wzruszenia. Wszyscy na niego narzekają, a on jest - jeszcze - idealny.


 

 

 


 Narada wojenna się odbyła i okazało się, że I. zachomikował jakiś cykl komiksów, który bardzo podobał się Alienkowi, a za który zapłaciłam za ciąg dalszy i nowe wydanie jak za zboże, mam to opatrzyć dedykacją i osobiście mu wręczyć. Że jak babcia kopyta wyciągnie, to coś zostanie po niej :)

Kalafiorkówna właśnie przedszkole skończyła i nie jest AŻ tak zainteresowana edukacją, jak moje Alieniątko. Tak, moje, niezgrabne, wycofane, z wadą wymowy i innymi takimi tam.

Cóż, zarzekałam się, że nie mam faworyta, ale mam. On zawsze bez okazywania humorków leci do mnie z otwartymi ramionami, ostatni skonfiskował mi skorekcony przeze mnie atlas chwastów, czytał go jak najciekawszą lekturę... Atlas chwastów dla rolników praktyków, czytał nawet stopkę i pękł z dumy, że korekta to jego babcia :)

Umie mi podbić bębenek jak nikt, a atlas zdrowia świń, 800-stronicowy przejrzał, docenił moją pracę, ale nie chciał, bo... były tam zdjęcia martwych świnek. Słusznie uczynił.

A na rodzinnej imprezie, gdzie były akcesoria policjanta, kiedy wykończył już wszystkich, zakuwając ich w kajdanki, gdy ofiarowałam się z dobrego serca, że może mnie zakuć, żachnął się, twierdząc, że nie, że babci nigdy, bo ona jest kochana, po czym zakuł w kajdanki własnego ojca...

Więc tak to tak, nie ma opcji...

I tak rodzinnie-nierodzinnie mijał mi czas, dołożyłam do rowerów i Inżynierowej, i Inżyniera, awansem, w ramach urodzin, bo latem mam rodzinną kumulację...

Pracując wciąż z zaparciem.

Ale... jako że mam nadpłatę ponad 2 tys. na czynszu, nie płacę go przez 3 miesiące i jeszcze coś zostanie, więc nie odbiło mi się to za bardzo na portfelu.

W międzyczasie obleciałam ZUS i upewniłam się, że mając przyznaną rentę rodzinną (zawieszoną, jak było do przewidzenia - Eksa jest minimalna) mam złożone podanie o wdowią - dupy nie urwie, ale na prąd chociaż będzie. Jednocześnie ogarnęłam tę kasę, co leży w ZUS po śmierci mojego brata, ale ponieważ zmarł 20 lat temu, a nie miałam przeprowadzonego postępowania spadkowego - dupa blada. No i I. przypomniał mi, że niewarta skórka za wyprawkę, bo są dłużnicy, a dość przeszłam ze SKOK. Odpuściłam.   

I tak dzień za dniem coś leciało...

A w tle praca.

Najpierw okazało się, że maszynki nie są maszynkami, ale dodatkiem, no i naczelny jak zawsze poszedł mi na rękę. Będzie - może nie oszałamiający, ale zawsze dodatek do pensji.

A potem zgłosiła się matka firma, że atlas.

Się podjęłam.

A cuda wianki w tym atlasie, bo liście narkotyczne zamiast nekrotyczne, inne takie tam, że olaboga. Bo autor mimo sugestii i zaleceń nie wyłącza słownika.

No niby dogadane, miało się kończyć pojutrze, znaczy się, po Bożym Ciele, więc nastawiłam się na pracę w święto, ale z głupia zapytałam o pracę w weekend i słyszę, znaczy się czytam, że... przenieśli się na 30 lipca.

I tu stanęłam dęba.

Bo ja od 28 lipca mam wypisany i podpisany URLOP na dwa tygodnie.

Przez 15 lat miałam TYLKO dwa miesiące całe urlopu, raz na sześćdziesiątkę mi Boss podpisał, bo powiedziałam, że na sześćdziesiątkę dzieci zafundowały mi wyjazd na biegun. A drugi raz dostałam urlop na ponad miesiąc, jak miała się urodzić Kalafiorkówna - mój najfajniejszy urlop, bo dzięki niemu miałam  Alienka na miesiąc i tak się zaprzyjaźniliśmy jak czekista z czekistą.

A po fuzji (wiekopomnej, temat na nową wielką notkę) mam fundusz socjalny i muszę wybrać ciągiem 2 tygodnie urlopu, żeby dostać parę setek za wczasy pod gruszą. To piechotą nie chodzi. I nie, nie kręci mnie kasa, bo do grobu jej nie zabiorę, co najwyżej co niektórzy będą musieli ograniczyć swoje wydatki. Więc pokorekcę im do 27 lipca i ani dnia więcej, Chcę mieć URLOP :) Kurwa, urlop bez myślenia o pracy. I tak wiem, że dziennikarze mają gorzej. Ale odchodzą, mają opcję. Odchodzi M., odchodzi do M. i... mówi, że ściągnie mnie do tamtej gazety. Mnie, siedemdziesięciolatkę :) Bo mnie potrzebuje i M. też. Nie podniecam się, bo nie wiem, jak tam jest, ale chętnie poszłabym za mniejsze pieniądze bez tego stresu i bez nacisków korpo.

Co ma być, będzie. Nie podniecam się. 

A jestem już, kurwa, tak zmęczona przesuwaniem ciągłym zamykania, terminów i nadgodzinami nie do odebrania, biciem piany na temat jaka to z nas superfirma, bałaganem, bajzlem i innymi okolicznościami, że powiedziałam NIE, nie korekcę na urlopie (nigdy więcej). Będzie problem, bo na maszynki zostają mi w czasie po urlopie tylko cztery dni, ale kurwa, tak się umawiałam na początku, godząc się na dodatkową pracę w nich.

Bo ja jestem proszę pana na zakręcie...

No i nic, cisza od atlasu, a dziś nieśmiały emilek, czy mogę, że policzy strony i dostanę za to kasę.

Jako że od 8 siedziałam w pełnej zbroi, nawet z cyckoświchem na wątłych cyckach, czekając na inspekcję, czy mi się gaz nie ulatnia (jak co roku, ale wiem, że potrzebne to), a ostanie strony ruszyły do pierwszej po 13.30 (mogłam na Manhattan polecieć, ale cóż, ja zawsze na posterunku, silna, zwarta, gotowa), zostałam więc z resztkami w lodówce (w Lidlu oprócz piwa adekwatnego do sytuacji nie upolowałam nic, z tego, co potrzebowałabym), znudzona już Gilmore girl's - dociągnęłam do końca, sequelu już nie mam siły oglądać... - powiedziałam YES.

I tak sobie popracowałam do 19.45, po czym poszłam do Lidla, skąd przywlokłam dwa prorocze piwka...


  

 Jestem Zen. Jak ten kwiat, kurwa, lotosu.
Kołodziejczak dziś podał się do dymisji, nie zliczę już, który to z kolei minister podaje się do dymisji w dni zamykania się mojej ukochanej gazetki :) Paru ich było - albo mają namiar na nasz harmonogram, albo mają pecha :)

No i odmówiłam w międzyczasie I. dojechania na grilla z rodziną N. Mnie trochę zabolało, jego bardziej, sądząc po wiadomościach, które dostałam.

Ale nie można mieć wszystkiego, trochę późno zaczynam tego uczyć moje dziecko.

Tylko dlaczego mnie to boli? (Nie wiem, czy jego też, ale mnie tak.) 

Balkon mam ukwiecony do bólu.

I to mnie kręci.

a do tego wszystkiego nieciekawa sytuacja polityczna - i ta po wyborach prezydenckich w PL, i ta międzynarodowa na Bliskim Wschodzie. 

W tle Ostatni brzeg.

A ja, korekcąca zdania bez sensu czasem.

Otwieram bloga na krótko.

Bo tak.

Bo może.

A jeżeli nie?

No to trudno :)