przeleciał pracowo lajtowo, Kochany Pamiętniczku.
Aż za bardzo i zaczynam się zastanawiać, na który poniedziałek się przesunęli, bo ni chujenki nie da się w jeden dzień bajzlu ogarnąć.
Rozmowa z M. też mnie nie podniosła na duchu, ale niech działa zasada: w dupie to mam.
Więc w dupie to mam, co ma być, będzie.
W sobotę ostatnim rzutem na taśmę poleciałam na Manhattan i do Bystrego.
W międzyczasie zaraportował się (ojacierpiędolę) Pierworodny, że do Gdyni jadą, na Linkin...
Byłam w szoku, a jednocześnie uruchomiła się we mnie jebana matka Polka z wyrzutami sumienia.
Że z paką z włości do knajpy idę, a wiadomo, jak u P. z kasą, że jadą tak daleko, gorąco i inne sranie w banie...
Jebana matka Polka ze mnie.
I uspokoiłam się dopiero, gdy stwierdziłam, że pierdolę wszystko :)
Bo ortodonta Alienka (będzie stały aparat) będzie kosztował 5 tys. Inżynierowa mówiła, że 2 wpłaciła, a resztę ogarnie za miesiąc. Tak, rozmawiamy o takich sprawach, zresztą I. już mi mówił, ile będzie kosztowała klima, spytał, czy w razie czego mogę wspomóc. No mogę. Ale mówiłam jej, że po 10 pomogę, jak przyjdzie emerytura, bo chciałam widzieć na koncie okrągłą sumkę (do niczego mi to nie jest potrzebne, ale ten model tak ma). Cały ten wyjazd na koncert i moje jebane matkopolkowanie rozwalało mi te kalkulacje...
I tak wróciłam do chaty i przelałam P. na knajpę. Był zaszokowany, ale ładnie podziękował, dostałam (heheheheh) zdjęcia i MW, i żarcia z knajpy.
I przelałam Inżynierowej na ten jebany aparat i na tłumaczenie, że zaraz jak zbierze odda, powiedziałam, że omówię to z jej mężem.
W sumie tę kasę mam, razem z tą, co poszła na budowę, ale ponieważ nie mam zamiaru zakładać żadnych kont oszczędnościowych ani inwestycji - za cienki ze mnie Bolek na to, powiedziałam mu, że ma dopisać do rachunku. Co ma bezrobotnie leżeć u mnie na koncie. Odezwę się, jak będę potrzebowała, jak będę wiedziała, co dalej ze mną. Jest nastawiony na zwracanie.
A jak kopyta wyciągnę i nie doczekam?
Cóż, do grobu tego nie zabiorę. Rozliczy się z bratem, łącznie ze wszystkim i z mieszkaniem. Nigdy nie robili sobie pod górkę, więc nie sądzę, żeby coś się w tym zmieniło.
Żona P. próbowała się mieszać kiedyś we wszystko, ale została zgaszona.
Sama od zawsze ma i kasę, i złote góry, i co to jej rodzice nie dadzą.
Jak na razie sfinansowali tylko ich wesele (my dołożyliśmy, ile mogliśmy), bo finansować wesele na 150 osób, z których od nas była tylko czwórka - no sorry Winnetou. Nam nie zależało, żeby cała O. wiedziała, że P. dostępuje takiego zaszczytu.
I. miał wypasione wesele, ale sfinansowali je od A do Z sami.
Tak więc wieczorem, przy winku, omówiliśmy tę kwestię i mogę spokojnie oczy zamykać.
I. była w szoku, że dostała przed 10, ale cóż, i tak czasem bywa.
Przyjechali, oganiałam się od całusów jak bankrut od wierzycieli, bo jak co roku w Chałupach - upał i na dokładkę rozwarta morda u dentysty - i opryszczka murowana.
Został wprowadzony srogi reżim, łącznie z tym, że ręcznik powiesiłam tak wysoko, że żaden Łobuz nie miał szans. Bo nie słuchają, chociaż każde dostaje swój - mój ma jakiś magnes w środku i ciągnie ich...
Dziecko me, jak zwykle nieusłuchane, na moje: zadzwoń do knajpy, odrzekło, że komunie się skończyły. Mówię: ślub może być. Ale nie, wie lepiej. Autobus sprawdził (a zakładałam, że pojedziemy autem - nie lubi nim jeździć - woli swojego Anglika) do Puszczykowa do knajpy. Ale nie... I tak się przepychamy, ale co się będę kopać z koniem? Pojechaliśmy autobusem (zwiał, apka kłamała, a na moje: idziemy wcześniej, bo ja zawsze idę na autobus wcześniej), tylko się śmiał.
Za 4 minuty był inny, więc spoko. Ale mówię: podjedźmy przystanek dalej i pójdziemy na naszą pierwszą ulicę. I tym pięknym sposobem Łobuzy zobaczyły pierwszy raz rodzinny dom swojego ojca. A i on sam niewiele pamiętał, ale cóż - miał 1,5 roku, jak się stamtąd wyprowadzaliśmy. I dla niego to była wycieczka w kraj wspomnień i nowe odkrycia.
W knajpie pocałowaliśmy klamkę.
Druga opcja - wleczemy się do Piccolo. Nie lubię, tam same makarony, a ja nie jestem fanką. No i to śmieciowe żarcie.
I. znajduje jakąś "nową knajpę" na fyrtlu. Nie mam o niej pojęcia, ale cóż. Internety tak twierdzą. Wleczemy się w upale, dzieci kapelutków nie wzięły.
Autobus na styk podjeżdża. Wskakujemy, tylko jeden przystanek. I okazuje się, że ta Inżynierowa nowa knajpa to stara knajpa, gdzie nie ma menu dla dzieci, a Łobuzy mają podniebienie jak francuskie pieski...
Ale... nadjeżdża kolejny autobus, błyskawiczna decyzja: do domu (jeden przystanek, ale upał i nie ma kapelutków). Ja wyglądam jakbym miesiąc piła, cóż na słońcu tak mam.
Domek.
Siku, bo picie generuje siku.
Kluczyki i zapada decyzja - jedziemy do L. do Sfinxa.
Lubię Sfinxa, łaziłam tam z Baranem, bo są tam przystojni kelnerzy, a mamy podobne gusta :)
W Sfinxie tłum jak na plaży.
Ale przemiły kelner ogarnia nam stolik, który niestety zajmuje jakiś kark prawem kaduka, ale spoko...
Dostajemy następny. Jest taki ruch, że kelner nie wyrabia, myli się, ale my się tylko uśmiechamy, znosząc marudzenie Łobuzów, a zamawianie przez nich tego, co zjedzą to jest wyższa szkoła jazdy, hardcore i wyprawa przez pole minowe.
Jedzenie świetne, ja, tradycyjnie w knajpie, wzięłam rybę - był czarny dorsz, niebo w gębie, cały zestaw trochę a la angielskie fish and chips, ale smaczniejsze.
I. zainstalował za radą kelnera apkę, dzięki temu dostaliśmy zniżkę 50 zł, zostawiłam fajny napiwek, bo...
Bo tak :)
Bo mogę, bo to ciężka praca.
Reszta dnia upłynęła na ogarnianiu Łobuzów, Inżynier się zdrzemnął, nie protestowałam, niech wie, że ma matkę.
Kiedy mnie zabraknie...
No, piszę scenariusze.
Ale i moje dzieciństwo skończyło się, gdy ciocia już nie robiła dla mnie makaronu, tylko dała kupny.
A potem wzięła i zmarła.
Alienek o dziwo zażądał powideł.
Powideł nie miałam, ale miałam borówki. Nienawidzi borówek.
Zaryzykowałam i dałam rogala z borówkami i... jadł i klepał się po brzuszku. Potem przy winku dostałam za to opeer, że nie okłamuje się dziecka, tylko mówi się wprost, że jadł borówki - i mu smakowały. Poprawiłam się rankiem i znów jadł borówki, a do domu zabrał resztę słoików z nimi :)
A to moje borówki, bez grama cukru, więc może jeść ile chce...
Kąpał Inżynier, bo tak sobie zażyczyli, choć Alienek wołał babci, ale było takie zamieszanie, że nie dawałam rady w tym upale z ogarnianiem legowisk... Nie mam pojęcia, jak my kiedyś w czwórkę mieszkaliśmy w tej chałupie, ale cóż - i moje, i Inżynierowe gabaryty były jednak o dokładnie - połowę mniejsze. Meble też były ergonomiczniejsze i... nie było lasu badyli (co się dało, wyeksmitowałam na balkon - i nie mogłam tam nic podlać, bo nie mogłam na balkon wejść).
Rozrabiali dość długo po kąpieli, prawie do 21.30, dopiero kapral babcia usadził towarzystwo i mogliśmy spokojnie pogadać i napić się dobrego winka.
Uwielbiam takie wieczorki.
Nocnym rodakom rozmowom nie było końca, tak ładuję akumulatory.
Kopnął mnie zaszczyt spania z Alienkiem (Kalafiorkówna miała fazę nie lubię babci, kocham tatę, aczkolwiek momentami właziła mi w d... bez mydła, stanowczo twierdząc, że babcia ma 20 lat, a tato 41 :)
I tu jest pies pogrzebany...
Alienek dostał swoją kordełkę, a spaliśmy w pozycji głowa-nogi - inaczej z nim się nie da.
I skończyło się na tym, że choć poszłam spać o 1 w nocy, zostałam bezlitośnie, powoli wykopana o 6.30 rano...
Akcja była starannie zaplanowana...
Cóż było robić?
Kibelek, oczka, piguły, kąpiel, a ponieważ nie mam drzwi oprócz tych do łazienki, przesiedziałam jak mysza pod miotłą do... 9.30, zanim Alienek pierwszy wstał.
A mieliśmy o 10 jechać na lody do Puszczykowa...
No pojechaliśmy, z poślizgiem. Nie bolałam nad tym, bo lepiej, że kierowca alkohol odespał.
Samochód, zaparkowany pod drzewem był cały pokryty spadzią mszyc, lepiło się wszystko. Inżynierowa nie będzie zachwycona, bo to jej samochód.
W Puszczykowie, w kultowej lodziarni Kostusiaka, do której jeździłam z dziećmi, maluszkiem, lody wciąż zajefajne są.
A że po naradzie rodzinnej stwierdzono, że babcia rządzi i wymiata, ojciec nie miał nic do gadania w kwestii liczby kulek.
Dwie kulki i już.
Ojciec wziął jedną kulkę.
Za to Alienek zaszalał i wziął najsłodsze z możliwych kulek i polewę karmelową.
W połowie konsumpcji wymiękł i... odmówił dalszego spożywania. Co JAK NA ALIENKA było NIESAMOWITE. Babcia wpadła w stan nerwowy, wieszcząc, że dziecko chore. Ojciec rzeczonego zaś spokojnie skonsumował resztę rozpuszczonej papki lodowej, obmył dzieci obklejone słodkościami w łazience, ze stoickim spokojem. Wzdech, wydech. Alienek zeżarł przed niecałą godziną wielkiego rogala (hahahahaha) z borówkami. Miał prawo nie zmieścić. Ale żeby nie zmieścił dwóch kulek lodów, o które walczył jak lew i dwa niedźwiedzie?
Narada wojenna. Kalafiorkówna, włóczykij i powsinoga pospolita odmawia spacerku po Puszczykowie, Alienek, kijem zmuszany (no, prawie) do spacerków, chce się włóczyć.
Ojciec włącza telefon i...
Jedziemy na plac zabaw.
Plac fajny, rozległy. Dwie godziny mijają tam szybciorem.
Ja się z ławeczki w cieniu nie ruszam, tym bardziej że nagle wychodzi mi drut z cyckonosza i kłuje mnie w moje niecycki bezlitośnie. Umieram z bólu, marząc o jechaniu do domu i wywaleniu tego narzędzia tortur.
Podczas wychodzenia z placu udaje mi się rzeczony drut wyciągnąć, co nie robi żadnej różnicy w wyglądzie - cycków nie mam :)
Dojeżdżamy do końca Puszczykowa i nagle mówię: nie gotujemy w chałupie. Inżynier jojczy, że on ogarnie (miały być pyzy, cyce kurzęce i kalafior, przez który filtrowałam denaturat, zanim zaczęliśmy go popijać ;)... Dobra, pogotuje, ale... Nie mieścimy się we dwójkę swobodnie w mojej mikrokuchni, upał zabijający, a on teraz już nie zna topografii - ja lepiej znam jego kuchnię, niż on moją. I sterta zmywania... Nie...
Mam weekendowy urlop, ale mam...
Sterroryzowany (no cóż, matka broń ma), jedzie znów do Sfinxa :)
Na parkingu pustki, w lokalu pustki, ale widzę, że kelner (nie ten sam, sąsiedni) kojarzy nas z wczorajszej wizyty.
Obsługa taka, jakbyśmy byli z Elżunią...
I znów mam dorsza, choć dzieci wydziwiają i tym razem niestety, nie ogarnęły swoich dziwactw do końca.
Ale są najedzone, to najważniejsze.
Biedny jest Inżynier, wędrujący z nimi kilometrami do kibelka, żeby je umyć (wciąż nie jedzą jak ludzie).
Nie mam tym razem gotówki na napiwek, więc dodaję do karty, sumitując się, że...
Na co kelner (cudnie pachnący, tak, mam hopla na dobrze pachnących mężczyzn, platonicznie, ale lubię, nie tych przepoconych staruchów, myślących, że skoro jestem bez obrączki, to się zesram, jak do mnie zagadają...) powiedział, że nieważne :) W innym lokalu mówili, że wolą gotówkę. Za chwilę przyszedł znów, że się pomylił i skasował za mało o 10 zł z obiecanego napiwku. Dopłaciłam, dla mnie to żaden problem...
Jak wychodziłam z lokalu, to personel przy ladzie prawie się giął w ukłonach, a Kalafiorkówna zapytała mnie: babciu, skąd ty znasz tych ludzi - bo i parę żarcików wymieniliśmy.
A ja po prostu doceniam ludzi, pracujących w niedzielę po to, żebym sama nie musiała stać przy garach, a potem zmywać.
Uświadomiłam sobie, że mój wysiłek przy kompie na co dzień - ma taką nagrodę.
Gupia jestem, ale co tam.
Rzadko mam towarzystwo na pójście do knajpy, więc korzystam.
Wiktuały zapakowałam Inżynierowi - ma Łobuzów na utrzymaniu (nie chodzą ani do szkoły, ani do przedszkola), pyzy się nie zmarnują, bo ja nie zjadłabym tylu pyz :) Cycki zamroziłam. Dołożyłam im kalafior, Kalafiorkówna lubi to warzywo.
Nic się nie zmarnuje.
Alienek wywlókł książki, o panu Pierdołce, głupie wiersze, ale rechotał, cóż, brzydkie słowa zna, bośmy to wczoraj czytali... I matematyczne, wydane przez mBank - już zaczął studiować. A ja latałam do placówek, gromadząc je i dla Łobuzów i dla tych bez Dżemora. Tamci już dawno dostali, nie wnikam, czy korzystają, nie mój cyrk, nie moje pchły.
Trwało, zanim się spakowali.
Dojechali.
P. też wrócił znad morza.
Chatę doprowadziłam do stanu pierwotnego...
Mieczyki znów stoją na stole, a nie wciśnięte w kąt tak, żeby nawet jak się wywalą, nie zalały nic z prądem...
W słuchawkach leci muzyka.
Dzięki ci, życie, za te chwile.
Za to, że po licznych przeliczeniach, Łobuzy zgodnie ustaliły, że babcia, aczkolwiek ma 70 lat, to tak naprawdę ma 20. Bo jakoś im się po drodze 50 zgubiło, ale mówią, że tak ma być.
I nawet biedne Miśki, które są nieco poturbowane, bo była wojna Miśków, zgodnie twierdzą, że jest cudnie...
No co, gupia jestem, ale cieszę się, że wciąż mam te 20 lat...
Chociaż mając dużo mniej
nie wiedząc jeszcze, że życie nie składa się z oddychania, tylko z chwil zapierających dech (o, tu dopiero byłam GUPIA na maksa), wpatrywałam się w lusterko pod odpowiednim kątem ustawione, gdzie jest to lusterko w srebrnej oprawie, pewno ojciec, jak wiele innych rzeczy to "ogarnął" i w dużym lustrze w nieodżałowanej toaletce, analizując jak bardzo brzydki mam nos, taki z garbem, rzymski poniekąd, i jak z tego powodu nic mnie dobrego w życiu nie czeka...
Jakoś ani Łobuzom, ani tym bez Dżemora nic we mnie nie przeszkadza...
A mnie jest szkoda czasu na analizowanie moich fizycznych niedociągnięć.
Za mało go mam.
I cieszę się każdą minutą, nawet tą, gdy muszę głaskać Inżyniera, miotającego się wśród potomstwa, które kocha nad życie, i jego zachcianek.
Życie, masz w sobie troski i masz uniesienia i chwile do przeżycia trudne...
Ale kocham żyć...
























.jpg)
















