sobota, 25 grudnia 2021

A miało być

 cicho i spokojnie, Kochany Pamiętniczku, a wyszło jak wyszło :) 

Obudziłam się z takim bólem gardła, z zaschniętym nosem, że ojapierdolę, do tego kicham jak armata.

Więc piszę do Inżyniera, że sorry Winnteou. 

A Winnetou spokojnie, że to pewno po tych jebanych kaloryferach (za zimno, żeby je zakręcić, przykręcone nie grzeją, a rozkręcone wykańczają człowieka - dziś to rozkminiłam na maksa, zapomniałam o roztworze soli morskiej, kupię i dla siebie, i dla Alienka, bo mimo upierdliwego pilnowania wciąż dłubie w nosie, jak ma tak wysuszoną śluzówkę, nic dziwnego, że nie może tego odruchu opanować).

W międzyczasie zapukał Baran, czy pamiętałam o starym śląskim zwyczaju - po kieliszku wódki na każdą nóżkę na czczo, żeby zdrowie było. Zapomniałam, ba, nawet wódki w domu nie miałam!

To mi pojechał, że po szczepionce ludzie się zmieniają i fakt, ma rację. Ja, zapominająca o tym szlachetnym zwyczaju, niemożliwe.

No cóż, poszłam po wódkę, ale już za późno było na picie i cały pogrzeb na nic :) 

Dziecko me uparte zaś zjawiło się z testem i okazało się, że nie jestem w ciąży


więc spakowało mnie i bagaże do samochodu i pojechaliśmy w stronę wschodzącego słońca. Zabrałam różki, sama miałam reniferki (jak jechałam w nich na miejsce docelowe bimbą, to tak na mnie się gapili, jak na aliena jakiegoś, że też w tym kraju wszystkich wszystko dziwi, w UK ze świecącymi rogami łaziłam i pies z kulawą nogą się mną nie zainteresował). Alienek polubił różki, Kalafiorkówna nie. 

W sumie w mieszkaniu o parę metrów kwadratowych większym od mojego było 13 osób, więc przejście gdzieś, zwłaszcza dla takiego kloca jak ja było wyczynem. 

Gospodarz zaszalał, fakt, że pomagały mu S.i A., stół był zastawiony obficie, ale biedne dzieci zwijały się już z głodu i nadmiaru wrażeń. Kalafiorkówna wytrwale atakowała karpia, dobrze, że go jej nie dali, bo... zakrztusiła się czymś z łososia (tam też czasem ości bywają), pierogów ledwo skubnęła, a karp był tak ościsty, że ja po jednym kawałku spasowałam (dziś zrobiłam sobie mojego i spokojnie wciągnęłam, prawie bez ości był, no ale ja wyfiletowanego kupiłam), pierogi jej nie podeszły do końca, więc zakończyła ucztę trzema skibkami suchego chleba. Siedziałam koło Alienka, który z apetytem sam wsunął 15 pierogów, a koło mnie siedziała opiekunka babci. I zamiast dać Alienkowi spokojnie zjeść, to zawisła nad moim barszczem i drobiła mu każdego pieroga na cztery, sapiąc nad barszczem i wzdychając, mówiąc i oczywiście - nie tknęłam już barszczu. Przerastała mnie ilość DNA opiekunki, która wylądowała w rzeczonej zupie, a pewno i jakieś włosy też tam skapnęły. Talerzyk miałam dziecięcy, bo dzieci chciały duży, widelec mój zwinęła ta pani, kawałek karpia był ościsty jak diabli, więc na nim poprzestałam. 

I nie, że mam pretensje, ale choć było w sumie miło, to jednak nie organizuje się takiej imprezy na takim metrażu, ściągając obce osoby. Nie, że nie doceniam, ale... W sumie umęczyli się wszyscy, a i rozmawiać nie za bardzo było o czym, bo skoro wszystkich boli polityka, a tu polityka dzieli ludzi, religia też, bo połowa to fanatycy, a reszta myśli o apostazji, no i nierozwiązana kwestia tęczowości...

Więc uśmiech na ustach choć w sercu ból... Było OK.

Prezenty też nie za bardzo wypaliły, raz, że przywieźli tylko prezenty ode mnie i dostały dzieci od gości, bo całość by im się pewno do bagażnika nie zmieściła, to jeszcze biedne dzieci nie mogły wypakować prezentów, bo kto zbierałby tonę klocków LEGO? Więc znudzone i zniechęcone zaczęły marudzić, że chcą do domu, z nudów jadły wielkie czekoladowe Gwiazdory, a Inżynier miał obłęd w oczach, wróżąc - na wzór zawsze panikującej SJ, że dzieci rzygać będą (te największe gwiazdory maja chyba 150 g czekolady, jak nie więcej). 

Od Małego T. dostałam wielki kosz prezentowy, aż w szoku byłam, a od całej bandy dzieci... Biorąc do ręki prezent podskoczyłam, ciesząc się, że kalendarz z moimi ulubieńcami - irlandzkimi farmerami, na co ludzie zrobili dziwne miny... Bo był to kalendarz, ale... z moimi wnukami, z Inżynierową dwójką i Małym T. Inżynier rechocąc pytał, czy naprawdę wolę farmerów... Nie kłamałam, ale fakt, że nie o takim marzyłam, marna ze mnie babcia ;) Na pociechę usłyszałam, że farmerzy jeszcze nie dojechali z Irlandii :) 

Ponieważ na chodnikach był armageddon z sajgonem, a ja objuczona prezentami nie doszłabym do bimby, więc zamówiłam taxi (Inżynierowa limuzyna, choć landara, nie ma miejsca na 5 pasażera przy tych dwóch fotelikach). I tak nikt mi na SMS nie odpisywał, Inżynier dzwonił na radio-taxi, nikt nie odbierał, przy okazji odzyskałam swoją kartę klienta do RMI - a karta historyczna, bo jedna z pierwszych, wydanych jeszcze w latach 90., gdy zakładali to taxi... Zawsze podawałam nr i było fajnie, a kiedyś gość się uparł, że chce kartę zobaczyć, a ja jej fizycznie przy sobie nie miałam, więc zapłaciłam 100% żeby się z kretynem nie kłócić...

Sprawdziłam MPK i od 16 nic nie jeździło, prócz nocnych...

Umarłabym na Dąbrowskiego, a do domu bym się nie dowlekła, latem może, ale nie w tej śniegowej bryi. Na szczęście S. i A. mieszkają w Luboniu i okazało się, że fotelik Małego T. nie zajmuje całego auta i podrzucą mnie do domu, bo to w sumie im po drodze, choć wjadą do Lubonia od dupy strony.

I tym pięknym sposobem wróciłam szczęśliwa na memłon, gdzie wypoczęłam, słuchając muzyki i rozmyślając, jakie piękne jest życie.

Bo w sumie było miło, że z kimś byłam, choć jak widać, była to całkiem skomplikowana operacja logistyczna.

Gdy po 20 zlądowałam w domu, na telefonie pojawił się SMS od radio taxi: czy państwo jeszcze czekają? Olałam, bo to było ponad 1,3 godziny od zamówienia, a chwilę później, że taksówka jedzie na Dąbrowskiego. Podziękowałam. 

Trochę to dla mnie nielogiczne, bo rozumiem, że tam też ludzie pracują i chcą zjeść wigilię z rodziną, ale w ten sposób okazuje się, że niezmotoryzowani skazani są na zamknięcie w domach w tym dniu. W zeszłym roku odwiózł mnie Inżynier, ale raz, że nie latał jak kot bez pęcherza cały dzień, bo wigilia była u niego i nie woził prezentów, dwa, nie było zagrożenia szklanką. Nie wiem, czy szklanka była, tego już nie sprawdzałam, za to za oknem miałam 


niesamowity widok.

Jutro celebrujemy 3. urodziny Kalafiorkówny, ale że i MPK już jeździ, i taksówki też, a grono będzie kameralne, bo reszta się porozjeżdżała, więc będzie mniejsze zamieszanie.

No ale co się po schodach nalatam to moje ;) 

Trzeba dbać o kondycję, co nie?

I tak spokojnie we własnym sosie mijają mi te dni, na obiad ziemniaczki, pół tuszy i kalafiorek. Nie mam bigosu, sałatki, śledzi, pierogów. Nie jestem przeżarta, nic mi nie dolega. Jestem szczęśliwa, mając dach nad głową, ciepło i własną łazienkę.

Z nikim się o nic nie kłócę, a jutro spotkam się z najbliższymi. 

Baran próbował mnie agitować na nie do testów, że mam sobie poczytać, co w nich jest, ale powiedziałam, że szkoda mi czasu na czytanie. Wkładasz patyczek do nosa, maczasz w roztworze, na skali pokazuje się wynik. Nic nie piję, nie wprowadzam do organizmu. Sama sobie takie coś zamówię, bo przynajmniej będę wiedziała (nie na 100%, ale zawsze), czy to tylko przeziębienie czy inna franca.

I niech tak zostanie...

A dzisiejszy wieczór sponsorują Gott i Humperdinck, bo w radiu wciąż wałkują Przeminęło z wiatrem...

Niech Wam święta w spokoju mijają, jako i mnie :) 


7 komentarzy:

  1. Jędzo Kochana (mogę tak się zwracać?), spokojnych, familijnych świąt Ci życzę i tych farmerów jak najszybciej. I niech ta franca, co mi dała popalić, Ciebie omija szerokim łukiem. Najlepszego!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Możesz, nie jestem obrażalska :) (zresztą nie ma o co). Dziękuję, a i Tobie MJ vice versa :)

      Usuń
  2. U nas tez luzik, spacerek po sliskim, obiad bez zwyklego swiatecznego obzarstwa. Jutro wpadna corka z partnerem i juniorem, bedzie wiec rowniez rodzinnie. A w poniedzialek do roboty.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja do roboty dopiero w następny poniedziałek, ale też zaległy urlop wybieram :) Tak, takie święta bez presji są najlepsze. Ja mam zaległości tylko w babce, którą kupiłam niepotrzebnie i nawet jeszcze nie tknęłamm.

      Usuń
  3. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń
  4. Hmmm,tak nabazgrałam,że skasowałam 🤷‍♀️
    Święta minęły i dobrze.Było ok,nie powiem,ale ja potrzebuje odpoczynku i oderwania się od rzeczywistości,a trudno to teraz zrealizować,bo nie jestem tak odważna żeby gdzieś wyjeżdżać,a tego mi akurat brakuje.
    No i chciałabym już wiosnę...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Teraz trudno gdzieś jechać, człowiek czuje się najbezpieczniej we własnej skorupie. A, o wiośnie też marzę i odliczam do niej dni. Ale najpierw Nowy Rok :) Będzie dobrze :)

      Usuń