piątek, 13 stycznia 2023

Auć

 już połowa stycznia, Kochany Pamiętniczku, kiedy to przeleciało?

Urlop przebumblowałam tak, że aż wstyd przyznać, nawet zdjęć dla księdza nie poszukałam, bo wiem, że nie mam przedwojennych na bank, a te go interesują, to co się mam wysilać?

Podreptałam do Certusa, szczęśliwa jak świnia w błocie, bo spadło mi wszystko, jeszcze nie do końca, ale spadło, więc fajerwerki...

No i...

Kurwa.

Wzięłam ciśnieniomierz, bo miałam wziąć do wyskalowania i co się okazało? Że doktor ma tylko takie mankiety jak ja w moim starym ciśnieniomierzu. Jebłam. Bo aczkolwiek gruba jestem, to jednak są grubsi ode mnie, a moje ramię jest o 1 cm za grube na ten ciśnieniomierz. Doktor zajmuje się leczeniem nadciśnienia, podkreślam. Więc pitu-pitu, pierdu-pierdu, znów proponuje mi piguły na kwas moczowy, po których się łysieje, a ja mam normę przekroczoną o 0,2 i powoli przestają mnie boleć kosteczki. Więc nie, podziękowałam.

Ale dostałam kolejne piguły na zbicie ciśnienia na wieczór, bo rano mam za wysokie wciąż, receptę... No, wykupiłam. Recepta z dupy, bo leki od razu na 3 miesiące i nie rozłożone na pół roku, ale ważna miesiąc. I tym pięknym sposobem, głupia cipa, zostawiłam i u lekarza i w aptece na starcie nowego roku 600 zł.

Potem się zreflektowałam: wizyta za 165 zł i nie zmierzy mi ciśnienia nawet? To równie dobrze mogę sobie chodzić do rodzinnego za friko za moje składki i kombinować z lekami, wykupując jedno opakowanie, a nie trzy.

Ale leki działały do tego tygodnia jak malowane, więc morda w kubeł... A w tym tygodniu, po powrocie do pracy mam zawroty głowy znów i czuję się jak przez okno.

I co ja paczę?

Odżywiam się tak, że ojapierdolę, zdrowiej nie można i się nie da, sałatki, sratki, zupki



brokuł, roszponka, czosnek, cykoria na wegetariańskim rosołku z pyrkami :) Wygląda ohydnie, a pyszne jak diabli jest, można jeść i jeść...

Mięsa i żółtego sera oraz innych wynalazków nie tknęłam od początku grudnia gdzieś.

No nie, wróć, kłamiesz, w niedzielę znów chłopcy wlecieli, tym razem zapowiedzieli się, to i dostali


polędwicę, którą pierwszy raz w życiu upiekłam w rękawie i jak zawsze polędwica była sucha i łykowata, tym razem wyszła że ojapierdolę i zeżarli jej prawie kilo, bo i ja na kawałek się skusiłam. Do tego kasza gryczana biała nieprażona była (oszaleli, co mama dała, co to, dlaczego to takie dobre), czerwoną kapustkę (przepis, przepis, bo mamę zabiję) i buraczki z jabłkiem.

Skończy się, jak się Inżynier na włości wyniesie, bo nie będą już razem wlatywali...

Wszystko, co piękne, to się szybko kończy.

W międzyczasie żona P. urodziła. Kamień, żeby nie było. I dostał opierdol, bo mnie się ulało, że pisze tylko, gdy coś u nich się dzieje. Siedział ze spuszczoną głową, jakoś mnie to nie wzruszyło. Opierdol był solidny, Mała Wiedźma ostatnio lajkuje moje posty na FB, ale kurwa, trza być kwardym, a nie miętkim, co nie?

Inżynier przeszarżował ze wszystkim, ale co ja zrobię oprócz kolejnego głupstwa w moim życiorysie? W razie W to on będzie się martwił, fakt faktem, że na razie w czarnej dupie jestem ja.

Nevermind.

Ten zdrowy tryb życia doprowadził mnie do tego, że od dwóch dni mam niedociśnienie, co dla kogoś, kto walczy z nadciśnieniem jest zabójcze. Więc odstawiłam wieczorną pigułę, mającą obniżać ciśnienie na rano, bo 110/68 i puls 56 to nie są książkowe wyniki.

Wino sobie zanabyłam i popijam, bo jakoś muszę to ciśnienie podnieść, co nie?

Doktorat zaczęłam, bo podrzucił, a że i osobista redakcja dołożyła mi w tym miesiącu prawie 100 dodatkowych stron to będzie się działo, co nie? Strony jak strony, ale czas. Pięć dni. Bo na razie wszystko w czarnej dupie, mają seminaria, targi i nie ma kto pisać. A pan prawie doktor? Nie widzi różnicy między łukiem eklektycznym (tak pisze) i elektrycznym. Pisze z dziedziny prądowej. Nie rozumiał, co mu poprawiam. I nie widzi różnicy w zapisach dialektyczny i dielektryczny. Kurwa. Stanowczo jestem niedoceniana. Nie tak jak ta zadupnica wuca. Żebym ja wuca znała, dziś bym chaty kupowała, na pęczki...

A... wróć... masz piękne życie i jeszcze cię nie posrało chyba do reszty :)

Choć nie masz już 60 lat i...

Jedyna dobra nowina, że nie chudnę, mimo nieżarcia i diety (może ta dieta zła jest), bo D. żarła i chudła, a potem okazało się, że to rak.

W środę zmarła babcia Inżynierowej, ta co 1 stycznia miała 98. urodziny. Zmarła w przeddzień urodzin zięcia, który się nią opiekował od lat. Łobuzy przeszły nad tym do porządku dziennego, ale niewielki z nią już był kontakt od lat. Tak myślę, czy po mnie chociaż łezkę uronią, ale pewno za dużo chcę.

Żal prababci jako człowieka, ale leżenie od lat plackiem w łóżku, z zięciem zmieniającym pampersy (bo rodzone dzieci "nie mają warunków") - podziękuję. Umrę młoda i piękna, bo nie mam zięcia na stanie, oprócz przyszywanych, a ci daleko.

Jedyny problem w tym, że dziadek (znaczy się zięć) miał iść do przedszkola na występy, bo Dzień Babci i Dziadka, a babcia, znaczy się SJ nie ma w oprogramowaniu opcji: urwać się na występy (teraz dopiero musi zapierdalać na sól do śledzia w tym gównie, co jest), więc poszkodowana będzie Kalafiorkówna. 

Trudno, niech się dziecko uczy, że życie to niejebajka.

I jeszcze więcej mnie znienawidzi.

Będzie miała za to dom, kiedyś może doceni to, że nie mogłam iść na tę imprezę.

A ja...

... wącham smród, mam ich od metra...
... a i grudnie po kątach robią swoje...
... jako i storczyki, z którymi mam na pieńku...

 ... cieszę się smrodem, kolorami, spacerem w deszczu, jak mi się uda wyrwać...

... kolejnym Małym księciem aż z Sarajewa, od dziewczyny, która wciąż mnie pamięta, pracowałyśmy razem przez moment, kolorowa istota, i wojażując szuka dla mnie tej książki, pisząc do mnie przemiłe listy, chociaż ja siebie nie widzę tak, jak ona mnie (no cóż, może mam zaniżoną samoocenę)...

I to już powoli odchodzą w niebyt 


 ... te światełkowe dni, bo za chwilę znów wiosna buchnie... i dni się wydłużą...


... Nie wiem, co przyniesie jutro. Cieszę się dzisiaj, mile wspominam wczoraj.

Z nadzieją, że jeszcze przede mną wiele pięknych dni...

 


 


A, kolędy nie wpuściłam, aczkolwiek nawet sąsiedzi, których nigdy w kościele nie widziałam, wyleźli z gawry i pokazywali. który dzwonek dusić, bo przyjmowali kolędę. Inżynierowa mówiła: było otworzyć i powiedzieć, że dziękuję, ale...

Jestem damą, a dama nie otwiera drzwi w dresach, bo właśnie zaległa na fotelu, oglądając kolejny odcinek Kalejdoskopu :) Kalejdoskop polecam :) 

Mina księdza, naburmuszona, na wideowizjerze nie do przecenienia :) 



 


4 komentarze:

  1. Chyba jednak masz te samoocene zanizona, bo nawet ja uronilabym lezke nad Twa mogila, wiec co dopiero Kalafiorkowna i reszta rodziny. Ale rozumiem Twoje rozterki, bo tez mi sie wydaje, ze moja smierc rodzina przyjmie z ulga, ja zreszta tez przyjelabym z ulga, ale nielatwo zejsc, trzeba sie jeszcze troche pomeczyc.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No staram się, żeby zejść, ale w miarę dla mnie bezboleśnie, a to wcale nie jest łatwe. Chociaż patrząc na Inżyniera na pogrzebie jego ojca, nie jestem tego pewna, że nie będzie go bolało. Ale zawsze, otwierając lodówkę mówił: matka, jest tylko jedna... :)

      Usuń
  2. Za chwilę wiosną powieje( dzisiaj właściwie już wiosennie u nas!), ale nie za późno, żeby Ci pożyczyć najlepszego na ten Nowy ! Byłam wcześniej, ale dół jak Rów Mariański, bo choroby i operacja dziecka, że nie miałam siły pisać. Już o.k. Też powoli mam dosyć światełek , zimowych pierdołek i ochotę na więcej wiosny, bo moje hiacynty dopiero wystawiają główki:) Idziemy na Dzień Babciowo-Dziadkowy! Przyjeżdżamy już 19, bo Skrzaty mają występ o 9.45! O tej godzinie to w domu dopiero się rozkręcamy, a tu trzeba będzie zasuwać przez cały Park Kasprowicza do przedszkola:) Przed pandemią byłam na występie starszej i dawno się tak szczerze nie uśmiałam,bo któż dziś tak tańczy, że aż pada z partnerem na glebę, jaki aktor w połowie występu zbiega ze sceny i siada babci na kolana? No nigdzie, tylko w przedszkolu:). Moje ciśnienie też muszę obniżyć, długi stres ( ja to się martwię za cały świat:() dał mi się we znaki. Trzymaj się! Wiosna przed nami!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Super, że poukładało Ci się, Imienniczko. Ja dziś byłam ostatni raz na tej ulicy, bo jutro moi stamtąd się wynoszą na włości :) A Twoje przedszkole i moich Łobuzów chyba nie jest to same. Zazdroszczę tej imprezy, ale mnie się nie udało i już chyba nie uda nigdy, o ile los dalej pozwoli pracować. Ty też się trzymaj i nie daj się...

      Usuń