sobie dziś dumam, Kochany Pamiętniczku.
Ja, rocznik 1954, najpiękniejszy rocznik w dziejach ludzkości.
Jedyny, wyjątkowy egzemplarz, nie do podrobienia.
Z dzieciństwem na wsi, z wychodkiem drewnianym (sławojką, ale nie taką do końca, bo najpierw prywatną, nauczycielską w rzędzie szkolnych sławojek), potem już z murowaną sławojką na podwórku, dla nauczycieli, mieszkających w budynku starej szkoły, gdy powstała tysiąclatka. Ale i tak wciąż jeszcze nosiliśmy wodę do domu z pompy, zanim doprowadzono nam wodę do mieszkania, co u nas było okupione marszem myszy przez kuchnię jak w disneyowskim filmie, bo w byłej klasie kierownik szkoły magazynował sobie zboże, a ściany były poprzebijane...
"Na tapczanie", pokój rzadko zimą używany, bo nie starczało węgla na ogrzewanie wszystkich pomieszczeń.
Pokój, w którym w cieplejszych miesiącach stał telewizor, pokój, do którego cała moja klasa wchodziła, zdjąwszy buty na korytarzu i siedząc na dywanie rozkoszowała się filmem z Myszką Miki.
To był drugi telewizor we wsi, pierwszy miała rodzina właścicieli cegielni. Ich syn (uczeń mojej mamy - a to już całkiem osobna historia, może kiedyś ją opowiem) odnalazł mnie po latach, ale I. stanowczo zaprotestował przeciw kontynuowaniu znajomości (odnowionej na FB), wskazując, że to nie sentyment do lat młodości, ale... taki netowy chłop prawie antyk, a jeszcze romantyk :)
I tak to przyschło, nie wiem - dobrze, czy źle, ale jest spokojnie.
Mój wyjazd na studia i wyrwanie się ze szponów (no, trochę przesadzam, ale nie aż tak bardzo) ojca i jego nowej rodziny.
Ciągłe tuszowanie lekkiego trybu życia mojego młodszego brata, no i ojca, bo jakoś zawsze mieli i pod górkę, i pod wiatr, chociaż nie przeczę, że pomijając ich alkoholizm i egoizm - na swój sposób kochali mnie na zabój :)
Studia. Z moim słuchem.
Ogarnięte.
Parę zabójczych dla mnie miłości, po których długo zbierałam się do kupy.
Moja ostatnia miłość - Eks. Najtrudniejsza.
Zawarta po sprawdzeniu jednej notki w Małej encyklopedii powszechnej. Notki, która utwierdziła mnie w przekonaniu, że jestem w stanie góry przenosić. Jakoś nie wpadłam na to, żeby skonfrontować ją z Wielką encyklopedią powszechną.
Ale nie, nie żałuję. Z inną miłością nie miałabym takich dzieci.
A to one są clou wszystkiego.
Bo tak.
Bo nie kocha się za coś. Kocha się mimo czegoś.
A dziś? Dziś, w krainie wspomnień ogarniam ten czas, tę drogę i to, jak daleko jestem od tamtej dziewczynki.
I jaki kolosalny skok wykonał w tym czasie świat...
Moje pierwsze aparaty słuchowe (wylądowały w jakimś muzeum, nie pamiętam już jego nazwy, to były czasy początków internetów i Kakafonii - przez którą dostałam w Auschwitz w dupę, albowiem mimo że przychodziłam do pracy godzinę wcześniej, żeby odpisać na emilki z tej grupy, niesławny Piotr O., kierownik fotoskładu, drań jakich mało w życiu spotkałam... a, long story), radzieckie, a jakże, w okularach, pielęgniarka w przychodni powiedziała mi, że powinnam na kolanach niebiosom dziękować, że je dostałam...
Nie, nie dziękowałam, zatruwały mi życie tak, że ojacierpiędolę.
I dlatego aparaty, kolejne już [błogosławione niech będą, bo mimo upływu - olaboga - prawie 20 już (sic!) lat] działają idealnie, aczkolwiek w międzyczasie kupiłam (marketing działa) następne, które, niestety padły.
Aparaty, do których noszenia w sumie siłą zmusił mnie Baran (niech mu to zostanie zapisane po stronie: ma), grożąc mi zostawieniem na autostradzie w UK, jak ich nie założę. Dzięki niemu odkryłam świat dźwięków, nie tylko tych w słuchawkach.
Jak szybko mija życie, jak szybko zmienia się wszystko wokół nas.
Jak wiele rzeczy jest mi danych odkryć dzięki internetom.
A jednocześnie jak coraz bardziej staję się wkurwiająca dla moich osobistych dzieci - jeszcze to ogarniam.
Niewłażenie na większe wysokości. Podlanie badyli na półce w kuchni, to cała operacja logistyczna. Ale daję radę, jak coś.
I dumna jestem, że wciąż sama okna myję, mimo lęku wysokości (kurde, w tym mieszkaniu NIKT NIGDY jeszcze okien nie mył, oprócz mnie), że mam metody, aczkolwiek może już nie AŻ tak dokładnie, że nie klęknę już na parapecie, bo boję się, że się złamie pod moim ciężarem :)
I. wkurwiam (może nie do końca), że nie ogarniam paczkomatów. Jakoś mi z nimi nie po drodze, chociaż zmiana programów pracowych to dla mnie małe miki. Nie ogarniam Alledrogo, coś się gdzieś po drodze zacięło, chociaż mam pierdyliard kont tam, na kolejnym pierdyliardzie moich emilków.
No ale jakoś trzeba wykorzystywać i I., a także jego żonę, co nie?
I nawet moja przychodnia lekarza rodzinnego odkryła, że do mnie się nie dzwoni, tylko wysyła SMS.
Bo ja, gupia cipa, dałam się temu dr. C. namówić na wypełnienie formularza Moje Zdrowie. A że na zalecone badania laboratoryjnie nie poszłam, bo przychodniane labo jest czynne tylko w piątek, a to koliduje (jak nie grzybica, to inna sraczka z badaniem moczu) z moją pracką (nikt nie zakłada, że starucha w moim wieku nie ma czasu na badania, na siedzenie w kolejce). Więc zlecone po wypełnieniu ankiety badania się nie odbyły (a miałam na to miesiąc) i przeterminowały, więc mam SMS, że nowe czekają, a potem sruuuu do konowała (a, przepraszam, lekarza).
A w międzyczasie mam wizytę z kopytkiem u pani A., też zakręcona historia i nie wiem, czy dawać wziątek, czy nie, nikt mi nie pomógł, rezygnacja z chirurga w HCP (z nadzieją, że mając już tam kartotekę zawsze mogę wrócić - tylko chujwipoco?), to, co doczytałam się o leczeniu laserem - zaczynam być na nie, czytając, jak spierdolono leczenie laserem...
A moje biedne ślepka za dwa tygodnie?
I internety, uczące mnie bezustannie, jak żyć, aczkolwiek o nieumiejętności wiązania sznurowadeł przez dziesięciolatków - zgadzam się, moje wnuki nie umieją wiązać sznurówek, poza tym na mieście widzę NASTOLATKÓW potykających się o sznurówki i siłą się wstrzymuję, żeby im nie mówić, że dentysta drogi...
Moje dzieci umieją prawidłowo trzymać sztućce.
Synowe już nie.
A wnuki absolutnie.
Drobiazg, co nie?
I tak - tak mija moje życie.
Siedziałam z książką na głowie przy stole, żeby jeść jak dama.
Siedziałam z dwoma książkami pod pachami jedząc.
Moja mama, choć oficjalnie to nigdy nie wybrzmiało, manier tych nauczyła się w czasie okupacji, pracując u Niemca.
Dzieci swoich tak nie torturowałam, tłumaczyłam, nauczyłam.
Do wnuków i synowych mam się nie wtrącać.
Szanuję.
Szwajcaria.
Aczkolwiek, idąc z wnukami do restauracji, mam obiekcje.
Syn (I., dla jasności) mówi, że walczy i uczy...
A ja dziś myślę o tej małej dziewczynce, korzystającej ze sławojki...
Jak daleko zaszła i jak szybko leci czas.
I jakoś mi tak żal, tylko - jaki to ma sens?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz