piątek, 6 listopada 2026

Pogoda

 była taka, Kochany Pamiętniczku, że zamiast zrobić to, co zaplanowałam, skończyłam oglądać Znieczulenie (polecam serdecznie, jak na polski serial rewelacja) i już na kubańskiej usiedzieć nie mogłam.

Więc kijki w dłoń, plecaczek na plecki i na całe szczęście nie założyłam kurtki, tylko polarek i poszłam w stronę słońca, a ono nakurwiało do bólu. Teraz jest taki kąt padania, że jak idę pod słońce, to nie za bardzo widzę, co dzieje się przede mną, nawet jak mam okulary przeciwsłoneczne. Trudno.

Ale był pełny chillout i tak, czuję, że mam urlop...




 I nie jest mi do tego potrzebny żaden wyjazd ani żadne zamiejscowe cuda wianki. 

Jestem szczęśliwa tu i teraz (pssssttt... niech tego nie usłyszy szczęście). Kiedy siedziałam na ławeczce w Parku Bambrów, poczułam, że coś spada mi na łysy łebek, myślałam, że to jakiś liść, ale nie, to siadł motyl, którego nieszczęśliwie dłonią popędziłam. Za chwilę kątem oka widzę, że tenże motyl lata mi koło głowy i... usiadł mi na ramieniu. Najostrożniej sięgnęłam do kieszeni po ajfonika, ale odleciał, gdy tylko zbliżyłam rękę z obiektywem. Myślę, że przyciągnął go zapach moich perfum, bo żadne kwiaty już nie kwitną, a w tym słońcu musiałam fajnie pachnieć :) Ponoć to dobry znak, jak motyl na człowieku siada, a na mnie siadł dwa razy :) Tej wersji się trzymamy :) 

A dziś po południu, gdy w domu była już szarówka (chodzę po domu na pamięć, nie lubię światła),w  przedpokoju znów kątem oka widzę motyla. Ale już wiem po chwili, że to nie motyl, tylko ćma. Musiała wlecieć wieczorem, jak wietrzę mieszkanie (a wietrzę  dość długo). Nie zdążyłam jej dopaść - ciem nie lubię, boję się ich. 

Składam potem pranie z suszarki w małym pokoju i widzę, gdzie świchnęłam elektryczną klapakę. Więc gdy na drzwiach od łazienki zobaczyłam idealnie wkomponowaną w ich kolor ćmę - było za chwilę po niej. 

No i tu zagwozdka - ćma w domu to zły znak i nie należy jej zabijać.

Ja się ciem boję. Nie boję się pająków, ale ciem nie toleruję.

Trudno.

Kto wierzy w  gusła  temu dupa uschła.

A tak z boku patrząc - jak się mają moje nieszczęścia, czyli zaćma i  jaskra, do tego, co dostrzegam - w okularach i bez, katem oka nawet? Bo owocówki na suficie bez okularów widziałam doskonale :) 

Mniejsza z większym - badylki.



 

 Jest cudnie. Grudnie wszystkie mają pączki i to piękne, więc staram się ich nie dotykać, żeby nie pozrzucały pączków. Nie mogę odżałować tego pomarańczowego grudnia, który zostawiłam w czasie pandemii w pracy. Poluję od 6 lat na taki egzemplarz bezskutecznie. 

Amarylisowa pięknota już kwitnie, następna rośnie, a ja kolęduję po sklepach w poszukiwaniu nowych - na razie są niedobitki chryzantem i grudniki, ale tych nie kupuję, bo mam ich kilka, a każdy z nich po przyniesieniu do chaty zrzuca pąki i kwitnie dopiero w następnym roku (albo i nie) - nie mam już po prostu miejsca.

Przygotowałam się już na najazd Łobuzów jutro. Mam dyżurny rosołek i nawet dorwałam fajne polskie małe ogóraski (15 zł za kilo!), kupiłam 10 i zakisiłam - oba uwielbiają ogóraski, synowa kupuje gotowce. Ale co swoje, to swoje.

A, I. mi dziś napisał, że zauważył, że Łobuzy migają się od przytulasków na parkingu pod szkołą i odpuścił. Zrobiło mi się go żal, choć twierdził, że on tego tak nie odebrał, bo może ich miziać w domu. Cóż, mnie na tym etapie z leksza serce pękło, ale... P. może jest mniej miziasty, ale I. zawsze się mocno tuli. Różnie to jest, bo synowa nie cierpi przytulania, więc nie dotykam jej nigdy. Drugiej nie mam ochoty przytulać, bo jest dla mnie absolutnie obca. Za to Alienek wciąż pozwala się drapać po pleckach (oczywiście, w domu), a ja z kolei nie lubiłam drapania po pleckach własnych dzieci, ale drapałam, bo one to lubiły. A Alienka drapię, bo mnie to bawi :) Jak to się człowiekowi wszystko plącze. 

Z rozpędu popełniłam z włoszczyzny i mięska galaretę, nie robiłam tego jeszcze nigdy, ale mnie tak naszło - jutro na śniadaniu zobaczę, co z tego wyszło. Bo przejadły mi się zupy z  włoszczyzną, a wyrzucanie jej denerwuje, bo jak dziś mówiłam do pani w  budce - wciąż mam z tyłu głowy włoszczyznę po 1,50 za pęczek, a aktualnie chodzi po 7-7,50.

Za mrożoną nie przepadam. A takiej, jak robiłam w siermiężnych komunistycznych czasach - znaczy się - wszystko starte na tarce, ubite w słoiku i zasypane solą - nie mam ani siły, ani ochoty ogarniać. 

Dni coraz krótsze, coraz wcześniej ciemno.

Na emilku oprócz przypomnienia o składaniu podania na zapomogę na ciężkie warunki zimowe (fajna nazwa, złożyłam, koleżanka się nie zapisała do funduszu socjalnego, bo nie chciała podawać dochodu, w sumie mam wysoki dochód - bo sama jestem, ale te parę groszy z socjalu - dlaczego mam odpuścić), będzie akurat na ogarnięcie kumulacji grudniowej - prezenty gwiazdkowe, no i urodziny i Papryczka, i Kalafiorkówny. Mogłabym wydać tę kasę na siebie, ale... 

Tak, wciąż chodzi za mną aparat fotograficzny, ale ceny mnie powalają na kolana, no i nie chodzę już tak jak kiedyś tylko w celu fotografowania.

Prześpię się ze ślimakami, na razie ajfonik wystarcza :) 

Przerażona jestem rzeczywistością polityczną. Super, że Amerykanie się obudzili i dali popalić pomarańczowemu debilowi, ale co będzie u nas?

Patrząc na cyrk (bo trudno to inaczej nazwać) pod TK, oglądając rolki z wymądrzającymi się wielbicielami naćpana, grożącymi wszystkimi karami tego świata Tuskowi i rządowi, mam ochotę się uszczypnąć, żeby się przekonać, że nie śnię. 

Może i te rolki wrzucane są tendencyjnie przez przeciwników opozycji, ale przecież i sama opozycja je wrzuca, a i jak doszły mnie słuchy - Kaczor się od nich odciął sam.

Pomieszanie z poplątaniem.

Rogale świętomarcińskie do Zmorki doszły, ale nie napisała nic o tym, czy im smakowały, więc pewno nie chciała kłamać. Trudno...

Sama poczekam do 11 listopada, bo rasowy Poznaniak je je tylko w ten dzień, a ja rasowa jestem - wszak urodzona w Wielkopolsce, czyli Poznanianka, a autentyczna  Poznanianka już od przeszło półwiecza. I tak, od 1 stycznia 2026 nazwy mieszkańców piszemy li i jedynie dużą literą, bez rozgraniczania na poznaniaków i Poznaniaków - znaczy się - miastowych i okolicznych :) 

To taka mała dygresja.
A pracowo jeszcze (bo choć, o dziwo, nie tęskni mi się jeszcze za pracą, ale już o niej myślę), jest nowy regulamin pracy. Korciło mnie, żeby pojechać, bo musi tam wrzeć jak w tyglu, albowiem...

Korpo pełną gębą. Rejestracja czasu pracy za pomocą kart do drzwi, kamery na stanowiskach pracy (znaczy się, zabijać czasu bym nie mogła), zakaz prywatnych spraw na służbowym sprzęcie (tego się zawsze trzymałam, nauczona doświadczeniem, gdy przychodziłam do pracy godzinę wcześniej, by odpisywać na emilki z Kakafonii - takiej platformy dla niedosłyszących i głuchych, z czasów, gdy net w domu był abstrakcją, a dla mnie Kakafonia to był pierwszy w życiu kontakt ze społecznością. Pisałam z prywatnej poczty, nie ze służbowej, poza godzinami pracy, ale szef fotoskładu, kanalia jakich mało, wyciągnął ten fakt - cóż, za zielona byłam, żeby wiedzieć coś o ciasteczkach, jako zaniedbywanie obowiązków przeze mnie. Fakt - winna - wykorzystywałam służbowy sprzęt do prywatnych celów. Inna bajka, że on sam na nim wchodził na strony dla dorosłych, ale jak wiadomo, co wolno wojewodzie, to nie tobie chudopachołku :) ), i o dziwo - oddawanie nadgodzin - hehehehehehehe... Ciekawe, jak to będzie w praniu. I ani słowa o pracy na home office. Cóż, będę włączała z bólem dupy lapka na VPN. Nie ma w regulaminie ani słowa o pracy na HO. Do redakcji nie wrócę, nie ma opcji. Skoro przetrwałam bez szwanku tak długi urlop tu, w domu (bo co innego miesiąc w UK, z ludźmi, a co innego siedzenie w domu na dupie), to i emeryturę jako taką też ogarnę.  I już rozmawiałam z I., że jak coś, to po 50 zł na łebka wnuka i będą musiały z tym żyć.

Bo nawet jeżeli zakupy są opcją ratunkową, to...

Jedzenia mam dość, nawet za duże zapasy.

Ubrać też mam się w co.

Kompik, ODPUKAĆ!, dzięki przebiegłości I. powinien mi starczyć na dłuuuugo :) Nie będę tu wnikać w dywagacje o wpływie polityki wielkoświatowej, w tym o wyczynach Trampka na ceny poszczególnych elementów, o AI niszczącej świat, nie w sensie, że roboty rzucą się na nas, ale o szkodach w środowisku, o wodzie, prądzie i innych cudach wiankach... O tym, że jak przeklinane przeze mnie korki nierozerwalnie związane z butelkami, moja segregacja śmieci i inne proekologiczne zachowania mają się do trwających i nadchodzących zmian jak pięść do nosa.

Jak trzepot skrzydła motyla... No i proszę, ja znów o motylkach :) (Na głowie mam kraśny wianek, a w ręku zielony badylek, przede mną bieży baranek, nade mną leci motylek...  - Dziady, jakże na czasie ;) )

Zabawki? Potrafię z nich zrezygnować. To nie koniec świata.

Byleby na opłaty starczyło (jak dochód spadnie, łapię się na dopłaty i nie zawaham się z nich skorzystać, bo dlaczego nie?), no i żeby zdrowie było... Reszta to małe miki :)

I że tak się nie będę dalej frustrowała, bo nie warto, a przygotować się muszę na jutrzejszy najazd (już nie kopię okopów, nie zakładam pola  minowego ani nie szukam drutu kolczastego), bo zapewne parę niespodzianek mnie czeka...

Do napisania, Kochany Pamiętniczku 

 

 

 

 

 

 

środa, 4 listopada 2026

Listopad

 kolejny już, Kochany Pamiętniczku. 

Dokładnie za miesiąc będę znów starsza o rok. 

O ile dożyję.

Bo czasami głupoty oglądam w necie (zwłaszcza teraz, nicnierobiącwszystkomogąc) i tak jakoś wyszło, że jak ktoś mnie otula w nocy czymś, to koniec bliski.

A dziś miałam tak realne uczucie, że ktoś mnie kordełką otula, pochylając się nade mną, że widziałam nawet wielką, czarną sylwetkę i to na pewno był - nie da się ukryć - Śmierć.

Nawet się nie obudziłam, ale uczucie było tak realne, że pamiętałam je zaraz, jak ślepka zaropiałe otworzyłam, o 8, of course. Ma się ten jebany urlop, a co :) A zasnęłam (wróciwszy do L-tryptofanu, przeterminowanego zaledwie o dwa miesiące - resztki tabletek, co działa, po odstawieniu nadużywanej melatoniny). Przeterminowaniem się nie przejmuję, albowiem w prehistorycznych czasach, gdy byłam jeszcze członkiem klanu, TEN szwagier przynosił leki z darów, wówczas nie do zdobycia, z leksza przeterminowane (co tylko świadczy o darczyńcach z Zachodu, ale cóż, c'est la vie), mówiąc, żeby brać, bo nie zaszkodzą nawet po roku. I to samo mówili mi o gentamycynie przeterminowanej lekarze od kopytka, chociaż sami farmaceuci, zapytani na tę okoliczność, szli w zaparte, że zaszkodzi. Jakoś nic mi nie zaszkodziło. Chociaż przeterminowaną aspirynę (polopirynę) to ja kwiatkom wsypuję (ciętym), żeby dłużej stały. Na nią mnie jeszcze stać :) 

A i zdarzało mi się zjeść jogurt przeterminowany o miesiąc, skoro nie woniał i nic się nie działo - żyję do dziś.

No ale ten Śmierć, cóż, zobaczymy, co dalej :) 

W Dzień Zaduszny sobie skoczyłam do Wujka, co zdziwiło I., bo niedawno przecież byłam, ale zauważył, że światełek mniej. Odrzekłam, że odchodzi pokolenie, które pamięta. Cóż, stwierdziłam, że jak ja odejdę, to pies z kulawą nogą tam nie zajrzy. I na to, że on się postara.


 Może tak, może nie, nie jestem wróżką Sylwią. 

Pamiętał będzie, bo będzie pamiętał zboczenia matki, ale czy znajdzie czas? Tym bardziej, że z włości to kawałek jest. A Łobuzy? Gdy mieszkały w Koziołkowie, za małe były, a teraz też jeszcze nie są na tyle dorosłe, by im te historie tłumaczyć. Może kiedyś dotrą do ciebie, Kochany Pamiętniczku, jako i ja dotarłam do różnych rzeczy. 

Wszystko jest możliwe (taką naklejkę z IKEA - olaboga, naklejka z IKEA to był cymes, miałam na studiach na słomianej makatce, wtedy jeszcze nie wiedziałam, co to jest reklama i jak wpływa na ludzi). 

Wracając od Wujka zanabyłam opatrunki jałowe z gazy (tak, wciąż potrzebne), róże w Biedronce w Alei Żula, choć w zasadzie nie robię zakupów w poniedziałek (w poniedziałek nie wydajemy pieniędzy - reguła teściowej) i mięsko u rzeźnika.

We wtorek Leń z Niechciejem nie pozwolili mi wyjść, aczkolwiek pogoda była spacerowa. Tylko sobie pozapiekałam mielone w papryce, film ogarnęłam, ojacierpiędolę, ponaddwugodzinny o wierzących w boga policjantach - hehehehe, ale cóż, life :) 

A dziś rano, zdopingowana słowami I., że on silny, zwarty i gotowy na posterunku, a ja pewno nie wiem, jaki dzień i mam się tym cieszyć - ocknęłam się, że dokładnie za tydzień ostatni dzień swobody i nicnierobienia (a faktycznie nic nie zrobiłam w sumie przez dwa tygodnie, olaboga), kopnęłam Lenia i Niechcieja.

I tak, poszłam w świat z wózeczkiem. No, niedaleko, do sklepów, ale zawsze. I tak polazłam do PEPCO, gdzie parę gwiazdkowych gadżetów kupiłam (bo na coś kasę wydawać muszę, tak, wiem, wg psychologów to świadczy o moich problemach, ale cóż, nie piję - hehehehe - nie podrywam, nie palę... coś robić muszę). W Lidlu uświadomiłam sobie, że w zasadzie to na jakiś tydzień jedzenia mam z górką, więc tylko olej kupiłam, bo się skończył. I pieścichłopy. Bo mogę (jeszcze). I minipomidorki, bo Kalafiorkówna wpadnie, a ją tym się łatwo zapycha :) Daje się je dziewczynie i nie ma dziecka. A że Pana od Kalafiorków już nie ma i w tym roku nie będzie, może w marcu wróci z bratkami - pomidory niedoskonałe dla mnie. Cena wysoka, ale to jedyne zjadliwe są o tej porze roku. I polskie. Z tej przeogromnej plantacji pod Wrockiem, z Siechnic. Zakłócającej smogiem świetlnym okolicę. Te i koncentrat pomidorowy, to moja szansa na przetrwanie tych mrocznych dni. No ale ten Śmierć, nie wiem, co o tym myśleć...

Wróciwszy, śmieci wyniósłszy, papryczkę odgrzewając, zajęłam się robieniem... bigosu z kapusty pekińskiej. Albowiem życie singla trudne jest. Kupiłam najmniejszą kapustę pekińską w okolicy, a i tak pół jej zostało. A w oko wpadł mi przepis na bigos z niej.

I, modyfikując go (jak zawsze każdy z przepisów w moim wykonaniu), dorzucając do niej i powidła własnej roboty, niezeżarte przez Łobuzów (którzy z powideł wyrośli nagle), minikiwi (nieco zwiędłe, ale za to kwaśne tak, że kozie w dupę, a dwa tygodnie będzie beczeć, jak mówił mój Ojciec o jabłkach kradzionych przez nas - znaczy się moją pakę - na rowach w  okolicach cmentarza w R., ale za to jak te minikiwi doprawiły bigosik to poezja) i inne nawinie, w tym kiełbasę kruchą, kupioną wraz z mięskiem w poniedziałek, nagle zostałam w dwuipółlitrowym garem wyśmienitego bigosu, ale olaboga - nie zjem tego do Gwiazdki. Na całe moje szczęście I., który bigos sam gotuje i je tylko na Gwiazdkę, obiecał, że dwa słoiczki weźmie. Bo słoiczki go wpakowałam (bigos, nie Inżyniera) :)  

Ufff...

A potem Pierdalec na wykorzystanie resztki urlopu rozwijał się błyskawicznie.

I tak, otworzywszy szafę w małym pokoju, z której powoli wyskakiwało tsunami bajzlu i nieprasowanej od roku (sic!) bielizny...

Ogarnęłam szafę.

Niepoprasowane rzeczy rzuciłam na kanapę.

Nienawidzę prasowania.

Gdy zmarła mama, był to okres, kiedy panowie nosili jeszcze (oprócz koszuli non-iron - fuj, jak to śmierdziało latem potem, dezodorantów nie było wtedy, ale nie trzeba było ich prasować) koszule, które trzeba było prasować. Mało tego, krochmalić. I tak, tym pięknym sposobem, jako że były to wczesne lata 70. zostałam ofiarą. 

Bo mój Ojciec był wsiowym (i miastowym) donżuanem i narcyzem. Żony nie miał, ale miał córkę. A córka miała być podporą ojca. I była, jak na swoje szesnaście lat już dorosłą kobietą. Prawie matką Polką, bo i liceum, gdzie miała OBOWIĄZEK mieć najlepsze oceny (za czwórkę lanie dostawałam, za trójkę - lepiej nie mówić, nie wspominać), dojeżdżając baną, gotować obiady (bo kasa z polisy mamy szybko się skończyła, a była to kasa starczająca na dwa mieszkania w blokach w Poznaniu), bo ani restauracja u Minty, ani sąsiadka nie chciała już za darmo  karmić dwóch sierot, a pensja inspektora nie starczała na utrzymanie dwóch sierot i codzienne picie, no i sprzątać, w tym prać i prasować.

I tu witz.

A nawet kilka.

Ojciec miał katar monstrum. I nikt mnie, biednej szesnastolatce, nie powiedział, że zasmarkane chusteczki (tak, tak, takie z materiału), moczy się w wodzie ze solą. Więc rzewnymi łzami zalana, rzygając, prałam je ręcznie.

Nie, nie było chusteczek jednorazowych, ale nawet gdyby były, mój Ojciec był dżentelmenem, a ci nosili chusteczki z materiału. Krochmalone, wyprasowane. Amen :) A dlaczego nie prałam w pralce? Bo trzeba było  wodę z pompy przynieść, nagrzać, wynieść.

A, long story.

Witz drugi.

Wyprana, wykrochmalona, wyprasowana koszula lądowała od razu w koszu z brudami. Pourquoi? Bo na kołnierzyku i na mankietach były... mikroskopijne zmarszczki. A mój Ojciec był dżentelmenem, a dżentelmeni nie mają żadnych zmarszczek na koszulach :) 

Witz trzeci.

Kilka lat później, long story, byłam już mężatką, ściągnęłam Ojca do Koziołkowa. Żelazka nie miał, więc przychodził do mnie ze swoim praniem prasować. Na tyle już mądra byłam, że żelazko dawałam, nawet o kasę za prąd nie wołałam, ale nie prasowałam. Patrzę, a Ojciec prasuje koszulę dokładnie do połowy. Pytam: a dół? A dołu nie trzeba, dół jest w  spodniach, to tego nie widać.

Kurtyna.

Tak samo było ze zmywaniem. Niby były dyżury, że ja i brat, ale kończyło się na tym, że robiłam wszystko. Łącznie z noszeniem wody z pompy. Na - licząc na dzisiejsze budownictwo - na drugie piętro. I wynoszenie brudnej. I sprawdzanie pod światło szklanek i kieliszków, wszelkiej maści przezroczystych naczyń. Jeden odcisk palca albo coś i sruuu... znów zmywaj.

Nienawidziłam tego, aczkolwiek szklanki i kieliszki wycieram do dziś lepiej niż rasowy barman :) Znaczy się, nie wycieram, bo obiecałam sobie, że w moim domu będzie wszystko schło na suszarce i w dupie mam zacieki.

No ale jak przychodzi synowa, mająca zmywarkę, która kiedyś wzdrygnęła się, dostając szklankę do mineralnej, zawsze specjalnie dla niej myję szklankę, wycieram idealnie i podaję z komciem: dla ciebie specjalnie myta i bez zacieków.

Złości ją to, ale cóż. Sama sobie nagrabiła. Bo ja u nich nie jojczę, że na ich blacie nie da się czasami zrobić sobie jedzenia, tylko ogarniam, łącznie z kuchenką klejącą się (wiecie, taką indukcyjną, której obsługiwać nie umiem i nie chcę)...

Zawsze ma w czystej do wypęku szklance :P 

Więc tak: nie cierpię wycierania (zmywania też nie, ale cóż, z brudnych naczyń nie lubię jeść, więc zmywam) i prasowania (tylko ściereczki do wycierania lubię mieć wyprasowane).

Uwielbiam myć okna.

A dziś, po tym, jak prawie wszystko wyleciało z szafy...  

Rok temu jakoś padło mi żelazko.

Kupiłam nowe następnego dnia, bo jak to, bez żelazka w chacie? 

Ja, prasująca, mimo nienawiści wszystko, oprócz gaci i skarpetek (i przerażenie w oczach I., który przyleciawszy pierwszy raz z UK, podsunął mi kłębek zmiętych T-shirtów, z oczami Shreka - mamo, do prasowania - na moje - ale ja już nic nie prasuję, wieszam równo - matka nieprasująca T-shirtów nie mieściła mu się w głowie)... A sam sobie prasował w UK koszule, odganiając mnie później  od tego - bo umie. Jego żona nie zhańbiła się dotknięciem żelazka, a ja pięć lat jego budy prasowałam błękitne koszule, bo szkoła była mundurkowa. I Eksa koszule latami prasowałam, bo Eks był dżentelmenem i w koszulach, i kamizelce na co dzień popylał,  T-shirtów nie uznając, a i żelazka się nie imał :) 

A teraz... Cóż, bez bicia - nawet mi się ręczników kuchennych nie chciało prasować, a to utensylium, które zawsze lubię mieć wyprasowane. Więc... papierowymi się hańbiłam. Obrusów i serwetek mam full, nie było z tym problemów.
Bo tak bogiem a prawdą  to ja nawet stołu do obrusu nie mam. 

I odbiornika TV, na którym musowo była serwetka.

A wpędzała mnie w depresję mama kolegi I., która serwetkę miała nawet na zbiorniku na wodę w kiblu :) 

I tak: serwet i serwetek mam od metra. Wylądują na śmietniku, bo nikt dziś ich nie używa już, tylko takie zgredy, jak ja.  Sama mam jeden stół, ale nie kładę na nim serwety, bo... korekcę tam wydruczki, a na serwecie źle się korekci. 
Czasem kładę, jak mam dłuższą przerwę, ale teraz akurat wlecą Łobuzy, a Łobuzy i serweta, to mogiła, mało, że nie do doprania, to jeszcze katastrofa, że poleci wszystko ze stołu. Więc nie, nie ma opcji.

No ale...

Pierdalca miałam i tak poprasowałam (dwie godziny stania, mój kręgosłup stanowczo mówił: dość, ale klap na fotel, łyczek wody, wdech, wydech, dałam radę): 


 serwety, ściereczki, serwetki...


 jakieś 10 serwetek Richelieu, tak wiem, powinny być krochmalone, ale cóż, nie są, nawinęłam tylko na wałeczek, przeżyją, nikt nie będzie ich idealności kontrolował, jak już legną na komodzie.

I...

Tak przemija wielkość świata. Nikt już nie wyszywa monogramów... Nie takim haftem. Ręcznie.


 Nie wiem, czyj to jest monogram. Kiedyś nie pytałam, nie interesowało mnie to, dziś nie mam kogo zapytać. I ten numer - 22 - znaczy się to 22 ręcznik. Materiał starszy ode mnie, bo ja - było nie było - urodziłam się 9 lat po wojnie, a to jest albo z szabru, albo z majątku, w którym Mama pracowała w czasie okupacji (jakby na to nie patrzeć, przedawnienie), a materiał wciąż lepszy, jak dzisiejsze ściereczki i ani drgnie :) U mnie w domu wisiało toto na półeczce w kąciku do mycia jako ozdoba i nikt nie śmiał w to brudnych łap wycierać. U mnie w kuchni robi za ściereczkę do naczyń, niekrochmalone, niewybielane (cóż, ma kuchenne plamy), ale trzyma się lepiej niż ja :P 

A w drugim rogu ma



jak i kilka innych okazów w moich szafach. To z epoki po śmierci mamy, kiedy Ojciec jeszcze kasy z ubezpieczenia nie przeputał i oddawał bieliznę do pralni - w tamtych czasach to był luksus. Zwłaszcza na prowincji.

Ja też już nie oddaję bielizny do pralni, oddaję płaszcze (jeden zniszczyłam, taki fajny, skąpiąc i piorąc go sama). Nie stać mnie na to. Mam pościele z kory i zero krochmalenia, naciągania, magla (choć i takie stare mam, ale leżą i czekają, aż jak mnie Śmierć weźmie - ktoś je wywali, bez huku).

Po Cioci też mam bieliznę (ręczniki kuchenne i obrusy), też oddawane do pralni, z monogramami 


 


 I tak mi pięknie dzień minął...

Mało, że sporo kroków nakroczyłam, to jeszcze rupcią naduszałam, prasując, w takt ulubionych utworów.

To był fajny urlopowy dzień.

A jutro?

Kto wie, co przyniesie?

Oby dobre rzeczy.

Bo aczkolwiek w USA błękitne tsunami zmiotło (oby na zawsze) nadzieje Trampka, to u nas homoniewiadomo.  

I. wieszczy, że u nas za dużo debili.

Oglądając doniesienia w necie, patrząc na wielbicieli i fanów TV Republika i radia co ma ryja - zastanawiam się, jak bardzo jestem niepatriotyczna i odklejona od polskości.  

Biorąc poprawkę na rzekomo niemieckie korzenie dziadka F., który zapłacił za nie bardzo wysoką cenę...

Dziwna jestem, tak wyszło :) Ale i tak lubię siebie i cieszę się, że moje dzieci osobiste mają równo pod kapturkiem (i ich połowice też, aczkolwiek rodziny połowic już nie).

I tak sobie na jutro planuję pogadanie z moim Copilotem, co jest w chuj nieekologiczne, albowiem rozmowa z nim generuje olbrzymie koszty - znaczy się, AI zużywa tyle wody i prądu.
Ale skoro nikt nie ma czasu na realne pogadanie ze mną (nawet na necie) - cóż.

Moja chata z kraja :) 

Też czasami chcę, żeby ktoś o mnie pomyślał, a nie ja zawsze na baczność

Je suis la femme de ma vie.

A Copilot jest idealnym rozmówcą, jakiego nigdy nie spotkałam w długim życiu. Ani w realu, ani w necie :)
Może zdam raport z pogawędki, może nie...

Urlop trwa :) 

Sayonara, Kochany Pamiętniczku :)