była taka, Kochany Pamiętniczku, że zamiast zrobić to, co zaplanowałam, skończyłam oglądać Znieczulenie (polecam serdecznie, jak na polski serial rewelacja) i już na kubańskiej usiedzieć nie mogłam.
Więc kijki w dłoń, plecaczek na plecki i na całe szczęście nie założyłam kurtki, tylko polarek i poszłam w stronę słońca, a ono nakurwiało do bólu. Teraz jest taki kąt padania, że jak idę pod słońce, to nie za bardzo widzę, co dzieje się przede mną, nawet jak mam okulary przeciwsłoneczne. Trudno.
Ale był pełny chillout i tak, czuję, że mam urlop...
I nie jest mi do tego potrzebny żaden wyjazd ani żadne zamiejscowe cuda wianki.
Jestem szczęśliwa tu i teraz (pssssttt... niech tego nie usłyszy szczęście). Kiedy siedziałam na ławeczce w Parku Bambrów, poczułam, że coś spada mi na łysy łebek, myślałam, że to jakiś liść, ale nie, to siadł motyl, którego nieszczęśliwie dłonią popędziłam. Za chwilę kątem oka widzę, że tenże motyl lata mi koło głowy i... usiadł mi na ramieniu. Najostrożniej sięgnęłam do kieszeni po ajfonika, ale odleciał, gdy tylko zbliżyłam rękę z obiektywem. Myślę, że przyciągnął go zapach moich perfum, bo żadne kwiaty już nie kwitną, a w tym słońcu musiałam fajnie pachnieć :) Ponoć to dobry znak, jak motyl na człowieku siada, a na mnie siadł dwa razy :) Tej wersji się trzymamy :)
A dziś po południu, gdy w domu była już szarówka (chodzę po domu na pamięć, nie lubię światła),w przedpokoju znów kątem oka widzę motyla. Ale już wiem po chwili, że to nie motyl, tylko ćma. Musiała wlecieć wieczorem, jak wietrzę mieszkanie (a wietrzę dość długo). Nie zdążyłam jej dopaść - ciem nie lubię, boję się ich.
Składam potem pranie z suszarki w małym pokoju i widzę, gdzie świchnęłam elektryczną klapakę. Więc gdy na drzwiach od łazienki zobaczyłam idealnie wkomponowaną w ich kolor ćmę - było za chwilę po niej.
No i tu zagwozdka - ćma w domu to zły znak i nie należy jej zabijać.
Ja się ciem boję. Nie boję się pająków, ale ciem nie toleruję.
Trudno.
Kto wierzy w gusła temu dupa uschła.
A tak z boku patrząc - jak się mają moje nieszczęścia, czyli zaćma i jaskra, do tego, co dostrzegam - w okularach i bez, katem oka nawet? Bo owocówki na suficie bez okularów widziałam doskonale :)
Mniejsza z większym - badylki.
Jest cudnie. Grudnie wszystkie mają pączki i to piękne, więc staram się ich nie dotykać, żeby nie pozrzucały pączków. Nie mogę odżałować tego pomarańczowego grudnia, który zostawiłam w czasie pandemii w pracy. Poluję od 6 lat na taki egzemplarz bezskutecznie.
Amarylisowa pięknota już kwitnie, następna rośnie, a ja kolęduję po sklepach w poszukiwaniu nowych - na razie są niedobitki chryzantem i grudniki, ale tych nie kupuję, bo mam ich kilka, a każdy z nich po przyniesieniu do chaty zrzuca pąki i kwitnie dopiero w następnym roku (albo i nie) - nie mam już po prostu miejsca.
Przygotowałam się już na najazd Łobuzów jutro. Mam dyżurny rosołek i nawet dorwałam fajne polskie małe ogóraski (15 zł za kilo!), kupiłam 10 i zakisiłam - oba uwielbiają ogóraski, synowa kupuje gotowce. Ale co swoje, to swoje.
A, I. mi dziś napisał, że zauważył, że Łobuzy migają się od przytulasków na parkingu pod szkołą i odpuścił. Zrobiło mi się go żal, choć twierdził, że on tego tak nie odebrał, bo może ich miziać w domu. Cóż, mnie na tym etapie z leksza serce pękło, ale... P. może jest mniej miziasty, ale I. zawsze się mocno tuli. Różnie to jest, bo synowa nie cierpi przytulania, więc nie dotykam jej nigdy. Drugiej nie mam ochoty przytulać, bo jest dla mnie absolutnie obca. Za to Alienek wciąż pozwala się drapać po pleckach (oczywiście, w domu), a ja z kolei nie lubiłam drapania po pleckach własnych dzieci, ale drapałam, bo one to lubiły. A Alienka drapię, bo mnie to bawi :) Jak to się człowiekowi wszystko plącze.
Z rozpędu popełniłam z włoszczyzny i mięska galaretę, nie robiłam tego jeszcze nigdy, ale mnie tak naszło - jutro na śniadaniu zobaczę, co z tego wyszło. Bo przejadły mi się zupy z włoszczyzną, a wyrzucanie jej denerwuje, bo jak dziś mówiłam do pani w budce - wciąż mam z tyłu głowy włoszczyznę po 1,50 za pęczek, a aktualnie chodzi po 7-7,50.
Za mrożoną nie przepadam. A takiej, jak robiłam w siermiężnych komunistycznych czasach - znaczy się - wszystko starte na tarce, ubite w słoiku i zasypane solą - nie mam ani siły, ani ochoty ogarniać.
Dni coraz krótsze, coraz wcześniej ciemno.
Na emilku oprócz przypomnienia o składaniu podania na zapomogę na ciężkie warunki zimowe (fajna nazwa, złożyłam, koleżanka się nie zapisała do funduszu socjalnego, bo nie chciała podawać dochodu, w sumie mam wysoki dochód - bo sama jestem, ale te parę groszy z socjalu - dlaczego mam odpuścić), będzie akurat na ogarnięcie kumulacji grudniowej - prezenty gwiazdkowe, no i urodziny i Papryczka, i Kalafiorkówny. Mogłabym wydać tę kasę na siebie, ale...
Tak, wciąż chodzi za mną aparat fotograficzny, ale ceny mnie powalają na kolana, no i nie chodzę już tak jak kiedyś tylko w celu fotografowania.
Prześpię się ze ślimakami, na razie ajfonik wystarcza :)
Przerażona jestem rzeczywistością polityczną. Super, że Amerykanie się obudzili i dali popalić pomarańczowemu debilowi, ale co będzie u nas?
Patrząc na cyrk (bo trudno to inaczej nazwać) pod TK, oglądając rolki z wymądrzającymi się wielbicielami naćpana, grożącymi wszystkimi karami tego świata Tuskowi i rządowi, mam ochotę się uszczypnąć, żeby się przekonać, że nie śnię.
Może i te rolki wrzucane są tendencyjnie przez przeciwników opozycji, ale przecież i sama opozycja je wrzuca, a i jak doszły mnie słuchy - Kaczor się od nich odciął sam.
Pomieszanie z poplątaniem.
Rogale świętomarcińskie do Zmorki doszły, ale nie napisała nic o tym, czy im smakowały, więc pewno nie chciała kłamać. Trudno...
Sama poczekam do 11 listopada, bo rasowy Poznaniak je je tylko w ten dzień, a ja rasowa jestem - wszak urodzona w Wielkopolsce, czyli Poznanianka, a autentyczna Poznanianka już od przeszło półwiecza. I tak, od 1 stycznia 2026 nazwy mieszkańców piszemy li i jedynie dużą literą, bez rozgraniczania na poznaniaków i Poznaniaków - znaczy się - miastowych i okolicznych :)
To taka mała dygresja.
A pracowo jeszcze (bo choć, o dziwo, nie tęskni mi się jeszcze za pracą, ale już o niej myślę), jest nowy regulamin pracy. Korciło mnie, żeby pojechać, bo musi tam wrzeć jak w tyglu, albowiem...
Korpo pełną gębą. Rejestracja czasu pracy za pomocą kart do drzwi, kamery na stanowiskach pracy (znaczy się, zabijać czasu bym nie mogła), zakaz prywatnych spraw na służbowym sprzęcie (tego się zawsze trzymałam, nauczona doświadczeniem, gdy przychodziłam do pracy godzinę wcześniej, by odpisywać na emilki z Kakafonii - takiej platformy dla niedosłyszących i głuchych, z czasów, gdy net w domu był abstrakcją, a dla mnie Kakafonia to był pierwszy w życiu kontakt ze społecznością. Pisałam z prywatnej poczty, nie ze służbowej, poza godzinami pracy, ale szef fotoskładu, kanalia jakich mało, wyciągnął ten fakt - cóż, za zielona byłam, żeby wiedzieć coś o ciasteczkach, jako zaniedbywanie obowiązków przeze mnie. Fakt - winna - wykorzystywałam służbowy sprzęt do prywatnych celów. Inna bajka, że on sam na nim wchodził na strony dla dorosłych, ale jak wiadomo, co wolno wojewodzie, to nie tobie chudopachołku :) ), i o dziwo - oddawanie nadgodzin - hehehehehehehe... Ciekawe, jak to będzie w praniu. I ani słowa o pracy na home office. Cóż, będę włączała z bólem dupy lapka na VPN. Nie ma w regulaminie ani słowa o pracy na HO. Do redakcji nie wrócę, nie ma opcji. Skoro przetrwałam bez szwanku tak długi urlop tu, w domu (bo co innego miesiąc w UK, z ludźmi, a co innego siedzenie w domu na dupie), to i emeryturę jako taką też ogarnę. I już rozmawiałam z I., że jak coś, to po 50 zł na łebka wnuka i będą musiały z tym żyć.
Bo nawet jeżeli zakupy są opcją ratunkową, to...
Jedzenia mam dość, nawet za duże zapasy.
Ubrać też mam się w co.
Kompik, ODPUKAĆ!, dzięki przebiegłości I. powinien mi starczyć na dłuuuugo :) Nie będę tu wnikać w dywagacje o wpływie polityki wielkoświatowej, w tym o wyczynach Trampka na ceny poszczególnych elementów, o AI niszczącej świat, nie w sensie, że roboty rzucą się na nas, ale o szkodach w środowisku, o wodzie, prądzie i innych cudach wiankach... O tym, że jak przeklinane przeze mnie korki nierozerwalnie związane z butelkami, moja segregacja śmieci i inne proekologiczne zachowania mają się do trwających i nadchodzących zmian jak pięść do nosa.
Jak trzepot skrzydła motyla... No i proszę, ja znów o motylkach :) (Na głowie mam kraśny wianek, a w ręku zielony badylek, przede mną bieży baranek, nade mną leci motylek... - Dziady, jakże na czasie ;) )
Zabawki? Potrafię z nich zrezygnować. To nie koniec świata.
Byleby na opłaty starczyło (jak dochód spadnie, łapię się na dopłaty i nie zawaham się z nich skorzystać, bo dlaczego nie?), no i żeby zdrowie było... Reszta to małe miki :)
I że tak się nie będę dalej frustrowała, bo nie warto, a przygotować się muszę na jutrzejszy najazd (już nie kopię okopów, nie zakładam pola minowego ani nie szukam drutu kolczastego), bo zapewne parę niespodzianek mnie czeka...
Do napisania, Kochany Pamiętniczku










