piątek, 1 grudnia 2023

To nie był

 Czarny blues o czwartej nad ranem,Kochany Pamiętniczku, Starego Dobrego Małżeństwa, to proza życia, znaczy się sik wywalił mnie spod kordełki do kibelka.

Ile dałabym za przespanie nocy tak, jak Kalafiorkówma, kopiąc we wszystko, ale się nie budząc i nie wlokąc do łazienki.

To se ne vrati, c'est la vie.

A za oknem było mleko i od razu mój pojebany mózg zaczął pisać czarne scenariusze, że I,. że te wąskie jezdnie, że jadą...

A jeszcze gorsze scenariusze, a może lepsze zaczęłam pisać o 7, gdy yahoo!  w ajpadziku pokazało, że mamy minus 14.

Oczami wyobraźni widziałam, jak zdechnął akumulator (garaż wciąż nieczynny, nawet tam nie zaglądałam, nie moja to bajka).

Wdech, wydech.

Jestem marną scenarzystką.

Nic nie padło, aczkolwiek musiał skrobać nawet w środku auta :)

Już nie pamiętam skrobania. I dobrze :)

I tak walczyły we mnie dwie opcje - leźć w ten mróz, czy nie leźć. Wygrała opcja nielezienia, bo na upartego mam w domu wszystko do przeżycia miesiąca z hakiem, póki z kranu leci woda :) 

I tak dokończyłam Winnych na Disney+, dobre, nic nie jest takie, jak się wydaje.

Trochę pokorekciłam, aczkolwiek z gazetki, która czasu nie ma nic nie było, ale maszynki się starają.

Obiadek ogarnęłam.

Pokontemplowałam zaokienne


cuda prawie jak z Doktora Żiwago, ale to nie była mgła, to był i jest wciąż smog - oddychać się nie daje.

Kurwa. 

Po obiedzie, po skończonym serialu nic się nie działo, a minus 14 spadło do minus 2 i słoneczko jebało aż miło



więc poszłam w siną dal, a co...

Na pocztę wleciałam i za chęć wysłania 8 (słownie: ośmiu) kartek, z czego 3 za granicę, choć zarzekałam się, że nie ślę, a te 5 krajowych to do osób bliskich memu sercu, ale nieinternetowych i TYLKO telefonicznych (a ja nietelefoniczna, jak wiadomo), zapłaciłam 50 zł bez kilku groszy.

Kurwa.

Dobrze, że nie było kolejki, bo za mną urosła, a pani sprzedająca znaczki mamrotała: jeszcze 20 groszy, jeszcze 30 groszy, skanując rzeczone znaczki i wklepując coś do kompika, a ja roztapiałam się w zimowym płaszczyku, bo na poczcie było cieplej niż w mojej chałupie, panie siedziały w krótkich rękawkach... I olaboga, za mną zrobiła się zakręcona jak świński ogonek kolejka, mnie poleciały z niedopiętej portmonetki drobne, które z trudem zebrałam (no cóż, 5 zł to już nie takie drobne), a wokół kwitnęły jak te leluje pocztowe książki, obrusy, mydełka, herbatki i chujwijeszczeco :) 

Do apteki poleciałam, albowiem kończą mi się piguły niezbędne do nieumarnięcia (aczkolwiek w ulotce stoi jak wół, że jak się coś nie powiedzie, to zejdę z tego świata, ale cóż, wola boska i skrzypce). Receptę wydrukowałam, albowiem doszły mnie słuchy, że po 1 listopada coś tam nie stykło i cały pogrzeb z receptami na nic. Na dokładkę nie pamiętałam, czy akurat w tej aptece się zaopatrywałam, a jak wiadomo, recepta raz zrealizowana jest przypisana do danej apteki, co dla mnie w dobie komputeryzacji i pierdyliarda kont pacjenta jest absurdem, ale cóż.

To była ta apteka. Mam jeszcze do odebrania 4 opakowania. Ale mogą mi wydać jednorazowo 120 tabletek. Opakowanie ma 28 sztuk, czyli chciałam wszystkie, żeby już nie latać. Niestety, na stanie było jedno. Ale za darmo, o tak, dziękuję ci jebany pisie za te darmowe leki. Wolałabym zapłacić i dostać całość, ale może to i dobrze, bo mam motywację, żeby pokolędować po resztę. I tak, te darmowe, kurwa, są za moje podatki :) Co z uśmiechem na ustach rzuciłam mojej ulubionej pani w aptece, a za mną już była kolejka zakręcona jak świński ogonek.

Poleciałam do rzeźnika i w porywie szaleństwa zanabyłam


w ramach dobrego uczynku dokarmiania biednych wnuków (nie, nie Łobuzów), albowiem ich ojciec jutro ma ogarnąć moją baterię w łazience.

I tak, kurczak jest drogi - zapłaciłam za niego prawie 30 zł.

Ale nie żałuję, co oni z tym zrobią - to już nie mój ból.

Pierworodny potwierdził, że gotów jest na akcję naprawiania baterii.

Więc wróciłam do chaty, ogarnęłam, co trzeba, jak to w dniu gospodarczym, pranie, sprzątanko i takie tam.

A jutro będzie się działo, bo nie wiem, czy bateria da się tak bezboleśnie ogarnąć, aczkolwiek Pierworodny w tej dziedzinie mistrzem jest.

A potem ląduje Inżynier, który zostawia furę i idzie na firmową balangę.

Więc...

No cóż, nie ukrywam. Jestem matką wariatką. Znów będę spała jak zając pod miedzą. Nie, żebym się martwiła brakiem zasięgu.

Ale z tego się nigdy nie wyrasta.

W następnym życiu wyskrobię bez wahania obu i będę żyła długo i szczęśliwie.

Rezygnując nawet z takich sielskich obrazków



I tak już umrę, a co?

W ciszy, spokoju...

No dobra, a kto mi naprawi wtedy kompika?

Trzeba jednak przeanalizować wszystkie za i przeciw.

Pocieszające jest jedynie to, że Mała Wiedźma na w telefonie aplikację śledzącą i jak coś, nie powinna zaginąć.

Ja też mam. Znaczy się, Inżynier mnie śledzi, czy matce czasem nie włącza się amba z przerzutką.

Ja nikogo nie śledzę, ale cieszę się, że jestem śledzona :) 

I tak się to kręci :P 


 


środa, 29 listopada 2023

W telegraficznym

 skrócie, Kochany Pamiętniczku.

Do pani E. pojechaliśmy w czwórkę, albowiem pani E. jest w wieku podeszłym i obciążona choróbskami, a Inżynierowa ostatnio robi za chodzącą bombę biologiczną :) 

Czuła się nietenteges, a w przedszkolu, w którym pracuje jest COVID, więc odpuściła.

I tym sposobem ominął mnie zbiorkom, pojechałam autem.

Spotkanie - jak z każdym wspaniałym człowiekiem - po latach niewidzenia, jakbyśmy się wczoraj rozstali.

Nawet Łobuzy stanęły na wysokości zadania i o dziwo, mimo naszych obaw, nic nie zdemolowały, a nawet pozwoliły nam na spokojną pogawędkę.

Było wspaniale, umówiliśmy się na po Nowym Roku - co będzie, się obaczy.

Nawet Inżynier bez bicia przyznał, że on inaczej widział panią E. Nie spodziewał się, że taka fajna z niej kobieta.

A ja wciąż żałuję, że odeszła z mojego Heimatu, którego nienawidzi do szpiku kości.

No nic.

Pojechali potem do mnie na spóźniony obiad, znaczy się, pomidorówkę, nie ma to jak dyżurny rosołek w lodówce.

A potem ruszył nowy tydzień.

I we wtorek, skuszona reklamą (reklamy z rzadka oglądam, ale ta wyskoczyła), poleciałam do Aldi po barszcz...

Bo średnio na jeża uśmiecha mi się robienie barszczu, nad którym wbrew zapewnieniom potem wszyscy nosem kręcą, bo u nich w domu inaczej się robiło barszcz, tym bardziej że towarzystwo będzie zbieraniną.

A, w trakcie zajadania nieśmiertelnej pomidorówki Inżynier ze swoimi oczami konającego Shreka i innymi takimi sztuczkami odstawił scenę balkonową godną co najmniej Romea i Julii, i niestety - będę spała na włościach.

Kurwa.

Ale wracając do naszych baranów - polazłam do Aldika i tadam...


moja działka wigilijna z głowy. Tak się martwiłam, że w tym roku w lodziarni nie ma pierogów, bo zamknięta po sezonie, a tu - tadam :) W Aldiku pierogi i uszka z Jawo. Jawo to firma sprzed wieków, pierwsza, z której kupowałam gotowce w nieodżałowanym Pozperito po tym, jak Chłopcy zabronili mi stanowczo lepienia pierogów na wigilię, mówiąc: nieważne - robione czy kupione, ważne, że matka wypoczęta i szczęśliwa. I akurat w Pozperito były genialne pierogi, na dokładkę z kaszą gryczaną też. Więc pozostając z nadzieją, że nadal są takie (a są o połowę tańsze niż te z prywatnych i ukraińskich firm), kupiłam. W sumie w dupie mam pierogi, nie jestem ich fanką, Łobuzy i Inżynierowa też nie, a reszta ekipy - mam na to wyjebane. Przychodzą na krzywy ryj, to jedzą to, co dają i nie marudzą :)
I tym pięknym sposobem nie muszę lecieć na Unii Lubelskiej (Inżynier zacukał się: to coś takiego w Koziołkowie jest? No jest, jakieś nowe osiedle). Ani na plac Wielkopolski, gdzie już cała dla mnie wyprawa i gdzie zostawiłabym dwa razy tyle kasy.

I tak, nie jestem Matką Polką przez duże M.

Lubię dobre jedzenie, więc nawet gotowce staram się wybierać z tej lepszej półki, ale bez przesady.

Oczami duszy widzę wciąż siebie, stojącą w B., w kuchni teściowej, nad olbrzymim garem, w którym dusiła się ćwiartka cielaka. Pracowicie mieląca to mięsko i lepiąca pierogi. Setki pierogów. A że dom teściowej był domem otwartym, wpadali tam oprócz rodziny również interesanci do warsztatu, a teściowa gościnnie witała ich od proga: dobrze, że jesteś, właśnie pierogi zrobiłam...

I na talerzu kolejnego gościa lądowała następna porcja pierogów, a ja, lepiąc je, ogarniałam jeszcze moich Chłopców, małych wówczas...

Wszyscy chwalili pierogi, a ja konałam na spuchniętych nogach, nawet dzisiaj, te 40 kilo więcej moje nogi nie są tak spuchnięte jak wtedy.

A wigilia? No cóż, teściowa przyjeżdżała do mnie najpierw (nie, nie robiła wigilii, a gdzie tam, jeździła po kominkach), bo u mnie była najlepsza, nieprzypalona ryba. U TEGO szwagra była ryba, ale "cudaczna", a ona cudów nie lubiła. Zjadła, zmykała, a u mnie był jeszcze i Ojciec, i Brat... Do znoszenia i zmywania naczyń nie było już chętnych.

Więc gdy zostałam już, zrzą(ę)dzeniem losu sama z Chłopakami, pracując wówczas przeważnie w 2. święto, kazali mi siąść na dupie i radowaliśmy się sobą, nie bacząc na to, że żremy gotowce.

I tak mi zostało do dziś, z maleńką przerwą, kiedy działałam kilkanaście lat z Baranem w UK, ale to inna bajka. Ja tam za podkuchenną robiłam, goście odnosili naczynia, a i zmywarka była. Pierogi zaś były - z jednym wyjątkiem, kiedy na skutek wilgoci w chałupie nie kleiły się absolutnie i wyszedł jeden wielki PIERÓG - kupne. Z polskiego sklepu.

I nikt nie umarł i nie czuł się poszkodowany.

Zatem i tym razem mam na to WYJEBANE.

Na całą tradycję, of course.

Przypominam, że jestem niewierząca już od dawna :P

I tak to leciało, aczkolwiek A. zapomniał, że pisałam, że w środę mnie nie ma.

Jest pełnia, więc nie śpię i chuj, mimo nalewek, herbatek, piguł. Jest pojebana pełnia.


Moje pokoje i kuchnię zalewa trupie światło i mimo spuszczania rolet niewiele to pomaga. A zasypiam gdzieś o 4 nad ranem :|

No a dziś znów wyjazd do Puszczykowa, przeżywałam jak mrówka okres.

Tym bardziej że zimno i ACHTUNG: odkopałam w szafie RAJSTOPKI, kupione na ślub Inżyniera. Albowiem było założenie, że elegancka kobieta musi mieć rajstopy :) Byłam nieelegancka, a rajstopy przeleżały w szafie hmm... 7 lat? Ale o dziwo, wlazłam w nie swobodnie, choć wtedy miałam obawy, czy się zmieszczę. Zmieściłam się i jeszcze spory zapas został. Cud jakiś :)

Ale mam teraz spodnie cienkie, wiaterek przez nie piździ, a tu stanie na przystankach, chuj wie ile... A takich temperatur nie pamiętam od kilku lat z hakiem... No i  płaszczyk pikowany, watowany wywlokłam.

Więc i podkoszulkę, kupioną w porywie zmarznięcia (ja i marznięcie?) w ubiegłym roku założyłam, i

I tym pięknym sposobem dotarłam do Puszczykowa cała i zdrowa.

W hallu był ochroniarz, tym razem niesympatyczny jak cholera, na moje pytanie, gdzie jest szatnia, zaperzył się jak indor, jednocześnie wdając się w pyskówkę z ludźmi, którzy chcieli iść tam, gdzie on twierdził, że przejścia nie ma. Obstawali przy przejściu, bo ktoś z poradni kazał im tam przejść...

W końcu oddałam płaszczyk i poleciałam do poradni, gdzie upewniłam się, że po prostu mam siąść i czekać na zmiłowanie.

Doczekałam się, samotna na krzesełeczkach jak ten biały żagiel w niebios toni...

Wyszła przemiła Pielęgniarka przez duże P, przez ogromne P.

Samo badanie pola widzenia jest upierdliwe jak cholera, ale dzięki Pielęgniarce nie tylko przeszło bezboleśnie, ale jeszcze pokazała mi wydruki (pytałam, czy może je zinterpretować, powiedziała, że nie opisze, bo od tego jest lekarz, ale moje wyniki nie są złe, to początkowe stadium jaskry i o ile nie będę lekceważyła podawania leków regularnie, mogę z tym żyć aż do śmierci, bo leki są OK. Rzadko kiedy lekarz tak rozmawia z pacjentem, jak ona ze mną. Zresztą sama czułam w czasie badania, które oko jest niezłe, wiedziałam od razu, że z drugim jest gorzej. Ale to wczesne stadium, więc z lekami jest nadzieja. Te objawy miałam już jako nastolatka, ale nikt wtedy mi jaskry nie zdiagnozował). 

I dzięki Pielęgniarce zdążyłam na autobus - badanie o 12, punktualnie, autobus o 12.34 - wydarłam się na ochroniarza, że chcę palto teraz zaraz już, bo mi autobus wieje :) 

Teraz spokój do końca stycznia - mam badanie kontrolne, o zgrozo, o 9 rano.

No cóż, muszę z tym żyć i na razie nawet nie sprawdzam rozkładu jazdy.

A potem dzień


już bez słońca, a całą drogę do Puszczykowa i z powrotem świeciło tak, że okulary musiałam zmienić, a widoki za oknem autobusu były przepyszne...


Szybkie zakupy w Lidlu i okazało się, że poinsecja mi się okociła ;) No dobra, małą dokupiłam.

I wizyta na pracowej poczcie, a tam, tadam...

Nie było tego w starym harmonogramie, na którym jadę...

Jutro mamy zamykać ekstrasa :) 

Hahahahahahaha...

Czekał na poczcie 1 (słownie: jeden) tekst do niego.

I tak życie pędzi coraz prędzej.

W sobotę ta jebana bateria - mam nadzieję, że Pierworodny jednak do mnie dotrze... Bo mało zabawne jest kąpanie się z wodą lejącą się i z baterii i z węża prysznicowego.

Ale i tak moja Złota Rączka (musiał zapytać żonę, czy może pomóc matce - no comment, nie chcę za darmo, zapłacę za poświęcony czas) musi najpierw zmierzyć wszystko (to mit, że to jest standardowe), pojechać ze mną do marketu i pomęczyć się montując...

A na wieczór zląduje u mnie  Inżynier, idący na firmową imprezę. Tym razem bez Łobuzów. Łobuzy domagały się tym razem Sleepover at Grandpa, ale coś nie stykło :) No cóż, Grandpa romansuje, nie tak jak Grandma... :) Jednak Łobuzy nie dojadą do mnie, z jednej strony to nawet lepiej :) 

Przede mną dwa ciężkie tygodnie, a i nie wiadomo, co się poprzesuwa.

Ale i tak będzie jak ma być...

Życie nie składa się z oddychania tylko z chwil zapierających dech.


środa, 22 listopada 2023

Wyłączyli

 Kochany Pamiętniczku, te jebane reflektory na sąsiednim bloku - pewno nie ma na razie (oby na zawsze już) żadnej reklamy.

Od razu inaczej jest w mojej chacie, szarzej i ciemniej, ale przecież o to, do jasnej ciasnej chodzi w nocy, żeby było ciemno, a nie żeby w okna waliły reflektory jak na przesłuchaniu w UB :|

Suszarka do bielizny nagle się złamała, no cóż, stara była, jej prawo, toster też padł, ale też tostery kupuję te najtańsze, więc po paru latach padają.

Mam już nową suszarkę i błogosławię sama siebie, że kupiłam ją w Biedronce, choć nieco było mi żal grosza, ale Vileda, większa od poprzedniej, a jak zimą piorę pościel i coś jeszcze to na starej było mi brak miejsca, więc OK.  A błogosławię, bo ledwo ją do chaty dowlokłam.

Pojechałam potem do Action po toster, bo w okolicy nie było, a tam była suszarka, kosztująca dokładnie tyle samo, co w Biedronce, na dokładkę no name, a musiałabym ją zbiorkomem wlec do domu, więc dobrze, że kupiłam w Biedrze :)

Czeka mnie jeszcze jedna wyprawa do miasta, bo książki dla Papryczka nie było, więc musiałam zamówić, a że najtaniej wychodziło w Empiku, a mam teraz wolne, to zamówiłam z dostawą tam, a co. I tak mi się kasa rozchodzi jak świeże bułeczki.

W niedzielę wizyta u pani EM. To mama kolegi Inżyniera z podstawówki. Całkiem spoko kobieta, chyba jedyna moja znajoma na osiedlu tak naprawdę. Inżynier był z nim blisko, a że kolega był marudnym  jedynakiem, zabierali Inżyniera na wyjazdy w wakacje, żeby M. miał kolegę. Inżynier wyszedł z tego bez szwanku, bo miał wyrąbane, jak to on, ale M., przekochany chłopak i dżentelmen ma do dziś odchyły, bo ojca miał przeokropnego. Ten z  gatunku co to wszystko wie lepiej, jak chłopcy odrabiali lekcje, wparowywał im do pokoju z encyklopedią albo innym ustrojstwem i dokładał wiedzy.

W którymś momencie pani E. nie wytrzymała i odeszła od niego, ale trochę za późno, dobrze, że miała gdzie iść. Rozwiedli się, chciał ją puścić w skarpetkach (i prawie mu się to udało), kobieta nie pracowała, za to w domu musiało być jak w muzeum, a koronkowa serwetka leżała nawet w łazience na kiblu :|
Nasze drogi rozjechały się, jak się wyprowadziła - nie chciała przyjeżdżać na osiedle, a ja, wciąż pracując nie za bardzo miałam czas na odwiedziny u niej.
Od kilkunastu lat kontakt mamy tylko przez M., na FB, a niekiedy wpadał do ojca (dopóki musiał, ze względu na alimenty).

Czasem spotykaliśmy się na osiedlowych dróżkach.

Ostatnio jak Inżynier poszedł z nim na spotkanie, to umówili się, że pojedziemy ją odwiedzić, niedomaga już, jest znacznie starsza ode mnie.

Gazetka od wczoraj zamknięta, względna wolność do 1 grudnia, bo jednak maszynki, ale luz.

Dziś po tej obrzydliwej jesieni, która nagle spadła nie było śladu, dzień, choć z lekka mroźnawy był rozsłoneczniony jak mało kiedy. 

U pierworodnego jelitówka.

Alienek nie wiadomo co złapał.

A ja mam katarek mały i kicham, mam nadzieję, że to tylko lekkie przeziębienie, a nie żaden srovid, którym znów straszą. I znów majaczą maseczki.

A nie chciałabym odwoływać okulisty za tydzień.

I tak leci dzień za dniem.

Ogrzewanie włączyłam, bo jednak przy kompiku jechało po nereczkach.

I góralskie bamboszki wdziałam, no cóż, już prawie koniec listopada.


niedziela, 19 listopada 2023

No nie

 Kochany Pamiętniczku, ojaciępierdolę.

Mnie to życie funduje taki rollercoaster, że klękajcie narody.

Ale nie narzekam, dopóki wszystko ma happy end.

I tak więc, w ramach akcji Sleepover at Grandma pobieżyłam na poranne polowanie, aby dopiąć wszystko na ostatni guzik i zadowolona z wózeczkiem wróciłam do domu, a jakże. Portfel był trochę lżejszy, ale oj tam, oj tam, rosołek, gotowy do zamienienia się w pomidorówkę na życzenie był gotów, na Inżyniera w ramach rozpieszczania (i oczyszczania zamrażalnika, a jakże, bo ileż można w nim trzymać mrożone cuda) czekały: maleńki gulasz wołowy (z żeberek sprzed chyba dwóch lat, kiedy koleżanka z redakcji biła byczka - wyszedł przesmaczny i nikomu nie zaszkodził - ja jadłam, Inżynier nie, co ważne dla dalszego wątku opowieści mej), polędwica wieprzowa i żeberka wieprzowe również - wszystko to przecudnie upieczone w piątek w otoczce papryki i innych nawinie, wyszło MLASK :) W jednym garze, a co, kuchenka ma tylko cztery palniki. Jako że szarych klusek nie było w budce, a kolejki były koszmarne, zanabyłam pyzy drożdżowe, by nie szukać klusek dalej i kapustkę kiszoną chrzanową, zasmażana wyszła ojapierdolę. Nawet sos, mnie, niesosowej do bólu wyszedł piękny i gęsty. Więc obiad jak na cztery gwiazdki Michelin (wiem, wiem, skala ma trzy gwiazdki, ale moja kuchnia wymiata)... :) 

I tak sobie czekam, kontemplując


(znaczy się, nie plułam pod kątem, bo nie pluję, ale ciesząc się kompozycją, bo i gwiazdę betlejemską za całe 9,90 z Biedronki przywlokłam i jak pięknie się to skomponowało, że ojapierdolę), Dalida śpiewała, jak to ona, melodyjnie i duszaszczypatielno, a Inżynierostwo jak zwykle miało poślizg, ale Alienek był na przesłuchaniu u logopedy (nareszcie, bo wlecze się to od dwóch lat i poszli wreszcie prywatnie). Logopeda był pod wrażeniem w czasie testu, ale wiadomo, Alienek po babci ogarnięty jak kupa gnoju i jest the best. Zdobył tyle punktów, że zaszokował logopedę. Babcia z tego wrażenia zapłaciła za pierwszą poniedziałkową lekcję. Bo może. Bo pracuje jak ten slave po ty, by móc rozrzucać kasę na prawo i na lewo. Kto bogatemu zabroni? Nie żalę, się, stwierdzam fakt, bez tej jebanej pracy zdechłabym z nudów, a tak mam szerokie perspektywy i nawet przepalający się w najmniej odpowiednim momencie toster nie był w stanie wyprowadzić mnie z równowagi, bo kupiony za grosze, następny też za grosze kupię, ale dopiero za kilka dni, jak się wyrwę z chałupy :) 

I tak sobie kontemplując czekam i czekam, aż tu pika MSG od Pierworodnego, czy może wpaść na 10 minut.

Wiadomo, kurwa, jak na 10 minut, to matka do czegoś potrzebna, bo z wizytą to się nie kwapią jakby co... No ale jestem porządną matką, piszę, że zapraszam, bo jakże, serce mam szerokie i te moje niedorobione dzieci kocham jednakowo, a co, może nie?

Wleciał, kawy nie odmówił, pół rogala marcińskiego wszamał (a Inżynierowa mówiła, że Alienek nie tknie rogala, bo są w nim rodzynki - jakie kurwa, rodzynki w rogalu świętomarcińskim, gdzie oni taki szajs kupili? U mnie Alieniątko wszamało rogala i się oblizywało, aczkolwiek przedtem dokładnie obadało, czy nie ma rodzynek, których nienawidzi).  No i jak zwykle pierdolenie o Szopenie, o mieszkaniu na wyrost i o tym, że nie jadą do teściów, bo teściowa w środę lamenciła córce, że ma dość obsługiwania tłumów w święta (ma ogromną kuchnię, ze zmywarką i wszystkimi bajerami, ja mam 5 m kwadratowych, z jednej strony ją rozumiem, choć jest sporo młodsza ode mnie, postawiłabym na katering, a reszta w maszyny, wnuki już podrośnięte, to można zagonić do wynoszenia, mają pietro chaty przystosowane do całej bandy Pierworodnego, no ale nie mój cyrk, nie moje pchły), więc wprosili się do Inżynierów. Jak zawsze gdzieś na krzywy ryj. W sobotę teściowa marudziła Pierworodnemu, oburzona, że zostanie sama na święta. A jej rodzona córka jej odszczeknęła: sama tego chciałaś.

Jakby na to nie patrzyć.

Z góry zapowiedziałam, że nie obsługuję świąt, chcę je spędzać sama, bo: mam małą kuchnię, nie mam zmywarki i nie mam siły. Możemy się spotkać na kawie, ale na tym kończy się moja inicjatywa.

IMHO, mogliby mnie do siebie na kawę zaprosić, co jedna dodatkowa osoba, to nie cztery i kundel na dokładkę.

Więc ja, Kochany Pamiętniczku, jestem idealna.

O tym będzie dalej, nie, że się chwalę, ale muszę się dowartościować :) 

 Moje dzieci nie ośmieliły się do mnie nigdy mówić na ty albo w trzeciej osobie. Synowe mówią mi po imieniu, mnie to rybka - w sumie nic do nich nie mam, ale nie chciałabym mieć żadnej z nich za córkę. 

U mnie jest: ale mamo, ale mamo, albo: jak się mama czuje, czy mama weźmie Łobuzy, mogę mamę prosić.

A i ja do wnuków mówię: teraz babcia wam spuści lanie, aż będzie pierze leciało, a i wnuki do mnie: babcia Yoda, co dla nas masz, babcia Yoda, dostanę puzzle?

Więc respekt i szacunek jest :)

No i gadu-gadu, latam do kuchni, bo dają znać, że wyjeżdżają, więc odgrzewam, makaron dogotowuję, Pierworodny odmawia obiadu (a pułk wojska mogłam obdzielić).

I wychodzi szydło z worka.

Wpadł do matki, bo przegubowiec, którego kupili, zeżarł buty.

Pierworodnemu, ale ma zapasowe. A i inni mają, ale Papryczkowi zeżarł jedyny egzemplarz. A w sakiewce dziura, ale nie, nie chce kasy ode mnie na buty. Nosz, kurwa, ja świąteczne wydatki ogarniam już od pół roku, żeby nie zbankrutować, nowe okulary odkładam, bo to wydatek co najmniej pół mojej pensji (tak, mam marną pensję), ścibolę, patrząc w dal, jak mi pralka nie odwirowała (stara, mam już chyba 20 lat, wpadłam w depresję, bo gdzie ja znajdę pralkę, która nie śpiewa, nie tańczy, nie recytuje, nie daje dupy i nie gotuje, ale po prostu pierze?), no i na kolana padłszy ją całowałam, jak się okazało, że wszystko jest OK, choć stać mnie na nową, z palcem w dupie?
A oni kupują Karchera do czyszczenia mebli (kurwa, w tym niesprzątanym bajzlu), podczas gdy ja kanapy sprzątam odkurzaczem i wilgotną szmatką. Ale mamo, ale mamo to kosztowało tylko 20 zł. Serio?

"Kłamie, co pyskiem ruszy". Nie mam już siły z tym walczyć, bo walczyłam z tym, odkąd się urodził. Ten model tak ma. I oczywiście, ma załatwionego Ubera na wigilię (WTF?), który zabierze ich z włości do wioski. Za 70 zł. W Wigilię, podczas gdy ja w ubiegłą Wigilię, chcąc dojechać do domu od I., dojechałam tam dzięki uprzejmości siostry Inżynierowej, która była u nich, albowiem taksówka (sic!) na moje zamówienie odpowiedziała o północy (sic!) z pytaniem, czy chcę jeszcze jechać. A to było w samej wiosce. Więc obawiam się, że zaczną się roszady, typu, że ja pojadę z teściem I., z którym NIE CHCĘ jeździć, bo jest stary, ma grata i szarżuje na drodze śmierci, a I. będzie ich odwoził. 

No dobra, kurwa, nie piszę scenariuszy.
Skończyło się na tym, że zapytałam, ile na buty dla Papryczka.

Na początku strzelił 200, ale zeszedł na 150.

No kurwa, ja kupiłam buty za 129 zł.

A plumknął, że są takie po 1000.

Nie dosłyszałam. Mimo aparatów. To, że dziadkowie fundowali im odzież za 800 - w dupie mam. Nie mam 5000 emerytury dziadka plus nie wiadomo, ile babci ani gospodarstwa. Poza tym martwię się sama o siebie od lat, Inżynier, zanim się nie rozwalił przez chałupę (też nie słuchając mnie), dopieszczał mnie systematycznie. A oni miesiącami nie pytali, czy żyję (i nadal nie pytają), licząc na to, że I. ich zawiadomi, że jest kasa po mnie do wzięcia. Bo że mieszkanie, to wiadomo.

Chciałam mu zaraz tę jebaną kasę wysłać, ale co się zbliżałam do kompa, to zakwitał mi za plecami, a ja, sorry, nie będę się spowiadała, ile mam ma koncie.

Więc zeszło, do przyjazdu Inżyniera, który znów się spóźnił, bo wyjechał z domu BEZ płaszcza, więc w połowie drogi wracał po płaszcz.

Kurwa.

A już wstawione pyzy powoli szlag trafiał, makaron się sklejał, a  Pierworodny nawijał o cudach wiankach w swojej pracy i o tym, co może Inżynierowi za darmo załatwić (moim zdaniem fajna opcja, ale Inżynier był potem na nie, a ja jestem jak Szwajcaria i w dupie już wszystko mam).

Dojechali wreszcie i zaczęło się PIEKIEŁKO.

Bo musiałam jednocześnie obejrzeć i jednorożca, który będzie ze mną spał, i aparat na zębach Alienka, ogarnąć stertę okryć wierzchnich, na rozłożenie których nie mam miejsca (mieli z tej emigracji nie wracać i mieszkanie jest JENOOSOBOWE), przebrnąć przez rozwaloną w przedpokoju stertę buciorów, nie łamiąc biodra, włączyć i wyłączyć w kuchni co trzeba, nie pozwolić na wyładowanie na JEDYNYM w tym domu stole, tak pięknie chwilę przedtem udekorowanym całej armii Pokemonów (jak ja nienawidzę tego plemienia), podać obiad, pożegnać Pierworodnego, który po  otrzymaniu kasy na buty dla Papryczka od razu przestał męczyć młodszego brata o te gratisy i poleciał...

Inżynier, jak i jego dzieci, je obecnie wybiórczo i połowa z żeberek wieprzowych została wydłubana i do wyrzucenia. Kiedyś by zjadł wszystko i jeszcze by talerz wylizał.

Mniejsza z większym.

Zjedli deser - nawet Alienek, który nie tyka rogali marcińskich, bo są w nich (UWAGA, ACHTUNG, WNIMANIJE, POZOR, BUDIET TRYSKAT) rodzynki - zeżarł je, oblizał się i zapytał, skąd takie dobre :) 

No jak skąd - od babci :)

Kalafiorkówna wielce zdziwiona, że każę im siedzieć na czterech literach, bo muszę pozmywać, rezolutnie uświadomiła mnie, że ona ma w domu dużą kuchnię, spiżarnię i zmywarkę.

Tom jej wymachnęła ręcami obiema, uświadamiając ją, że to jest moja zmywarka, kuchnia jest mała, spiżarni nie mam i muszę ten bajzel sama ogarnąć.

Tak się dziewczę zszokowało, że dało mi spokój.

Ogarnęłam, Inżynier poszedł w długą, a ja zostałam z Łobuzami.
W międzyczasie dostałam fotkę Papryczka w nowych butach, ale wygląda jak kupa nieszczęścia, na ulicy bym go z trudem poznała - włosy tłuste i zaniedbane, poza ramiona, zęby już stałe (a ostatnio jak go widziałam miał mleczaki górne) - no cóż mam rzec?

To nie jest mój wybór.

Serduszko, cmok i niech mi to będzie zapisane po stronie ma, że mój wnuk dzięki mnie boso nie chodzi.

Mówiłam, że kupowanie kundla (bo za 500 zł to nie jest rasowy pies, nie żebym miała coś do kundli) za ostatnią kasę w tym bajzlu to nie jest dobry pomysł. No ale ja zawsze jestem głupia i mam obiekcje, bo to dla dobra dzieci. Które już teraz mają na przegubowca wyjebane i lata z nim Pierworodny, który zarzekał się, że latać nie będzie. Dlatego sama osobiście nie kupiłam moim dzieciom ani nie zgodziłam się na adopcję żadnej sierści, bo wiadomo było, że zostanie to na mojej głowie, a miałam na niej cały dom i Eksa. Czego nie żałuję, ale rozkładałam moje siły na to, co dałam radę ogarnąć. Trudno, mieli spierdolone dzieciństwo - tak twierdzi zawsze Inżynier i czasami nie wiem, czy żartuje, czy mówi serio.

No cóż, w tej nieświadomości umrę, ceniąc się jak zawsze nisko, jak każde DDA. Szkoda mi teraz kasy na kozetkę u psychologa, żeby mnie prostował.

Umrę zdołowana i tyż piknie. 

Inżynier wybył wreszcie na spotkanie z kolegami ze studiów, a ja, no cóż, chciałam się poczuć jak wtedy (nie odpisywałem, bo nie było w pubie zasięgu), ale coś poszło nie tak.

I mój piękny design, że pozwolę sobie użyć tego tępionego przeze mnie słowa zamienił się w 


 

i tylko puzzle z iPada pozwoliło na opanowanie towarzystwa, na trzymanie go w ryzach. Bo na kolację: nie taka bułka, nie takie masło, nie taki obkład, nie takie picie. Jebać zasady niekorzystania z elektroniki. Pokolenie moich dzieci było zdyscyplinowane, pokolenie moich wnuków "ma prawo wybrać to, co chce". Nikt nie myśli o tym, czy mój dom jest przygotowany na to, co wnuki chcą, trudno, żebym miała dyżurne ogórki kiszone, skoro sama je jadam od wielkiego dzwonu, a kiszonej białej rzodkwi, którą jem, nie tknie nikt, bo nawet nie tknąwszy wie, że nie lubi. Z góry wiedzą, że nie lubią tego serka, który mam, lubią inny, którego nie mam, a nie dam rady ubrać całej bandy (bo ubiera się sama, bo ma się ubierać sama, co trwa dwie godziny i nie polecę z nimi do najbliższej czynnej placówki spożywczej po ciemku, by zdobyć produkt, który akurat zjedzą, a jebana zwykła bułka kosztuje jak się okazuje prawie 2 zł - dla mnie szok, bo nie jem bułek, jem chleb. Orkiszowy, bo to zboże zalecane w moich choróbskach).

Los strzegł, że nie pourywałam łebków i ogonków i nie wywaliłam z loggii, bo siedziałaby dziś w pierdlu, a nie pisała tej notki :P

Widok Alienka, szukającego w chlebie orkiszowym ziaren, bo on ziaren kijem nie tknie, a w tym chlebie są ziarna (nie ma, mąka ma jakieś kropki, a właśnie padł mi toster...), z nosem na chlebie - bezcenny...

Ale aparat z zębów zdejmuje idealnie i szoruje zęby po jedzeniu. Zakłada aparat, karnie.

Nie wspominam, ile wody leje się strumieniem w łazience, u mnie, oszczędzającej wodę aż do skąpstwa, bo tak. Bo oszczędzam jak Szkot wyrzucony ze Szkocji za skąpstwo, jak rasowa poznanianka.

Ogarnęłam tę kuwetę, łóżka posłałam, uszykowałam starego iPada, gdzie mam ich profil, bo na nowym mam profil inny i ruszyło clou dnia - kąpiel.

Znienawidzona czynność Inżynierowej, ukochana moja, ale w wannie. Znów byłam młoda, piękna, miałam te 30 parę lat...

Piana wylewała się z wanny, a wrzaski niosły się po całym bloku. Zastanawiałam się, kręcąc zajebiste filmiki, kiedy do mych drzwi zadzwoni policja i opieka społeczna, ale że trzeźwa byłam, aparaty miałam, no i polski znam perfekcyjnie, a z wanny co chwila dochodziło "babciu, kocham cię" w wykonaniu tym razem Kalafiorkówny (serio, da się mnie kochać?), czekałam spokojnie na interwencję służb. Nie doszło do niej, więc widocznie wyżej ani niżej te wrzaski nikomu nie przeszkadzały.

Filmików nie będzie, bo wyszłaby pornografia dziecięca, a oto nie chcę być posądzana, jestem porządną babcią i byle czego nie publikuję.

Kolejne Pokemony spacyfikowały bandę na wielkiej kanapie z IKEA, miała tam spać z rodzicem.

Obeszło się bez książeczki, ale po 15 minutach Kalafiorkówna z ekipy "śpimy tylko z tatą, dajemy babci przestrzeń", na moją zgubę zlądowała w moim łóżeczku :) (Łóżko polowe, zanabyte za mą krwawicę, zabrał na włości Inżynier dla gości) :) 

I tu zaczęła się bajka: nie śpij w moim łóżeczku...

Podejrzewam, że Kalafiorkówna ma to samo, co Eks.

Zespół niespokojnych nóg. 

Budzi mnie - z powodu mojego słuchu - tylko światło i ruch.

Na początku używałam dwóch kołder. Potem wyniosłam się na amerykankę w pokoju dzieci, co oczywiście utwierdziło Eksa w przekonaniu, że go zdradzam. Aczkolwiek do usług małżeńskich byłam zawsze chętna. 

No cóż sfelerowany ze mnie model.

Z Kalafiorkówną nie miałam nigdy zaszczytu spać, z Alienkiem i owszem, ale ten wędruje i spycha z łóżka, nie kopie.

A panienka kopie regularnie co 15 minut i to dokładnie, i systematycznie co 15 minut.

Jak ten|ta z amerykańskich filmów, co to frustracje wyładowuje na worku bokserskim.

Do teraz czuję te ciosy na nereczkach i na żołądku, gdy przewracałam się na drugą szyneczkę :)

Biedna Sześciokitka kajała się za to rano do bólu, ale... No dobra, za ten wrzask w wannie: babcia, ale ja cię kocham najbardziej na świecie - została jej ta noc wybaczona.

Aczkolwiek o 2 w nocy zmęczona do granic możliwości babcia, gdy krótko po 1 po oczach poświecił jej komórką syn marnotrawny, który NIGDY nie siedział tak długo w łazience ( nie mam drzwi, światło z łazienki wali mi po oczach), zwlokła wszystkie szmaty w zasięgu ręki i padła na podłogę, marząc o zaśnięciu, ale szmaty się marszczyły, gniotąc ciałko, kocyk był za cienki, a wstanie z podłogi na siku wymagało operacji większej niż izraelska w sprawie zniszczenia Hamasu...

Próbowałam rano opanować tałatajstwo, które mordę drze na wyprzódki, z miernym skutkiem, z rozpaczą patrząc na maleńkie płatki śniegu za oknem, przeradzające się w zamieć, pisząc scenariusze, zabijające Inżyniera, jego dzieci, drące japę, że nie chcą jajecznicy, że chcą jajecznicę taką jak siostra, ale nie zjedzą pieczywa...

A w loggii konały 


... ostatnie pomidorki i papryczki...

W tym bajzlu Inżynier zapuchnięty (w życiu nie jadłam kebaba i tak już zostanie, on jadł i zapłacił za to, a ja przerażona jego jazdą z Łobuzami w tej śnieżycy)...

Kurwa. To już nie na moje nerwy.

Dojechali cali, bo uparł się, że pojedzie, zanim się wszystko zatka.

Inżynierowa: jak się czuje na siłach, niech jedzie.

Ja: zastanawiająca się, jak to przetrwam.

Pierworodny dzwoniący, że Papryczek rzyga.

Ja: zastanawiająca się, co komu jeszcze potrzeba.

Inżynierowa dzwoniąca, że są w chałupie.

Ja - mówiąca sobie, spocznij, wolno pić.

Tak się składa, że mam butelkę wina i uczciwie na nią zarobiłam.

Chata ogarnięta.

Ręczniki (sterta) poprana.

Nawet nie mam ochoty na obiad, ale mam gotowca, wystarczy odgrzać.

Jak zgłodnieję.

I nie rozumiem wciąż mojej kumpeli, która zachwyca się byciem babcią.

No dobra, zachwycam się, bo nie mam wyboru.

I jakem niemodląca się, modlę się, aby nikt nigdy nie musiał się o mnie troszczyć.

Zejść szybko, zostawić interes na plusie - nie tak, jak mój ojciec zostawił mnie.

Ufff, ale się dziś napisałam, ale opisałam JEDEN dzień detalicznie.

Może i tak warto żyć?

I te moje niedorobione dzieci kocham tak samo wciąż, choć są tak różne.

Bolą mnie wciąż - oba - tak samo.

Bo tak samo nie słuchają, co do nich mówię.

Jako i ja ojca nie słuchałam, chociaż nie do końca nie miał racji, ale za późno zaczął to udowadniać.

Ot, los DDA. 


A jutro znów jak ten slave pokuśtykam do pracy, przesuniętej decyzją pana i władcy o kolejnych kilkanaście godzin, których mi ani nikt nie zapłaci, ani nie odda. 

Ja, z pokolenia boomersów, winna wszystkim grzechom tego świata.

Pracująca do usranej śmierci.

I mimo wszystko szczęśliwa, że żyję i mam tak BOGATE życie.  

Toutes, toutes, toutes, toutes, toutesToutes tes chansonsOnt traversé le temps sans jamais prendre une seule rideDe génération en générationOn les chantera aussitôt que l'on voudraPartir dans les souvenirs
Adieu monsieur tout est fini (darladirladada)Quitte-moi et refais ta vie (darladirladada)Je préférais la fleur des champs (darladirladada)Toi tu préférais les



 

 


czwartek, 16 listopada 2023

Jestem

 FENOMENALNA, Kochany Pamiętniczku, bez bicia przyznaję i bez wstydu.

Idę z duchem czasu nawet w snach.

Tego nikt nie przebije. Dziś śniło mi się, że znów pisałam pracę magisterską. Z jej pisaniem to były naprawdę jaja jak brylanty, bo nie rwałam się do tego. Jako że ostatni rok to było właściwie tylko pisanie pracy, a ja namiętnie chodziłam do kina i nawet seminarium magisterskie raz na tydzień mi przeszkadzało, zatem powiedziałam kochanemu doktorowi W., który prowadził nas zamiast profesora K., który zaniemógł, że ze mnie na seminariach, na których każdy czytał fragmenty swojej pracy nie będzie żadnego pożytku ze względu na mój słuch, że będę w tym czasie pracowała jak ten mrówek i inne takie tam... Uwierzył.

A ja w marcu, wezwana na seminarium bezczelnie oznajmiłam, że temat mi nie leży i chcę go zmienić. Doktor wściekł się (i słusznie), więc podkuliłam ogonek i zabrałam się ostro do roboty. I w terminie obroniłam na piątkę pracę magisterską ze starej książki (moim marzeniem była praca ze starodrukami, wdychanie kurzu dziejów i inne takie tam sranie w banie - nie wyszło). W czterech bibliotekach naukowych mojej wioski przewaliłam setki XVI-wiecznych poloników, szukając ich proweniencji. Każdą książkę musiałam zamówić, ale można z nich było korzystać jedynie w czytelni, przewertować, by znaleźć jej kolejnych właścicieli (to jest właśnie proweniencja), a tym samym prześledzić jej losy przez lata, no i opisać to w pracy magisterskiej. Nieskromnie przyznam, że znalazłam w nich takie zapiski, na podstawie których potem dr W. zrobił habilitację, więc jego miękkie serce się opłaciło, a ja nie byłam taka paskudna, co nie?

No a teraz mój sen: znów piszę tę pracę, temat taki sam (często śni mi się, że zdaję znów egzaminy i nic nie umiem, ale to już inna bajka). I we śnie wpadam na genialny pomysł: skoro mamy już AI (artificial intelligence - sztuczną inteligencję), to co ja się będę wysilała, zlecę jej napisanie pracy magisterskiej, w końcu ona pracuje za darmo (miałam na myśli chat GPT). I tadam, sprawa rozwiązana, a ja wolna i znów mogę bezkarnie latać do kina i do teatru (bilety kosztowały wtedy grosze, gdzieś mam kalendarz - były tygodnie, że co dzień byłam gdzieś, a do teatrów i opery mieliśmy studenckie bilety za darmo. Od chwili zamążpójścia nie odchamiłam się ani razu, pomijając kino. Moje kumpele z prowincji jeżdżą do teatrów, oper, a ja - wstyd - nie bywam. A mogę dostać bilety za friko nawet, mam chody, ale taka chamówa ze mnie, że ojapierdolę. I aparaty mam, więc z nagłośnieniem już nie problem. Może na emeryturze się odchamię, ale teraz nie mam czasu i co pani zrobisz?) :)
Budzę się i... pukam się w ten głupi łeb. Mocno się pukam.

Jaka AI napisze moją magisterkę? Jak ona przewaliłaby te tomiszcza, które ja przewalałam? Jeszcze do dziś w moim śmietniczku co jakiś czas znajduję fiszki z pracy magisterskiej, zamówienia z czytelni na rewersach.

Nie, żadna AI nie przejrzałaby JESZCZE tego, co ja, żeby zostać pleno titulo magistrem bibliotekoznawstwa i informacji naukowej :)

Uczciwie, bo zostałam nim najuczciwiej w świecie, bez kombinowania. Aczkolwiek dziś, biorąc w ręce moją pracę magisterską, pracowicie przepisaną na maszynie do pisania przez poleconą panią, rwę resztę włosków z łysego łba, albowiem jako korektorka widzę już na stronie tytułowej błędy - nie taka spacja, nie taki dywiz, nie tam, nie siam :)

Tak więc życie pędzi coraz prędzej.

A pracowo mnie szlag, bo jak było do przewidzenia, niepotrzebnie mi zawracali gitarę na urlopie, poprzesuwali sobie terminy jak im pasowało, na plakatach seminariów poszło ocielenie klimatu (plakatów nie korekciłam, dosłał je nadgorliwiec, bo miały iść w tym dziełku na forum, za korekcenie plakatów nikt mi nie płaci, marketing jest bóstwem w firmie, a niech mu będzie), sama gazetka przesunęła się znów o dzień...

A co ja się będę stresowała, jebać to, jak i wciąż jebać PiS :) 

Nie daję rady wstawać rano, by zwlec zwłoki gdziekolwiek, więc o 17 zamykam budkę na kłódkę i lecę w świat. Z plecaczkiem albo i z wózeczkiem, bo mogę :D

Co z tego, że ciemno? Ale ciepło i nie pada, a rano i owszem, deszczyk jest.

Zarzuciłam już cieniuteńką kurteczkę, bo jak wiatr pizgnie, to jednak zimno jest (i gardełko pobolewa i inne takie tam). A cienka zimowa po wejściu gdziekolwiek wpycha człowieka do grobu, ale oj tam, oj tam :)

Kalafiorkówna dorobiła się aż 


 

 sześciu kitek (bogatemu to i byk się ocieli).

Alienek ma już dwie łapówki od Zębuszki (dolne jedynki) i aparat, bo jednak zgryz ma nietenteges...

Zdjęcia nie będzie, bo to jednak private :)



Akacje, a przepraszam, robinie, mają się dziś, 16 listopada znakomicie...

A w szparze unijnej był


Miły gest, ale... Kolega, który robił zdjęcia, och i ach i ojapierdolę, że takie piękne zdjęcia robi, że Nikon i niewiarygodne, no dobra, zdjęcia jak robione kalkulatorem :) Moje fotki z ajfonika o niebo lepsze od tego Nikona, och i ach :) Zrobiłam też parę zdjęć swoim Sony zaganiając ludzi, ale potem się już nie wysilałam, bo bateria padała mi w domu po latach nieużywania (no ma się ajfonika i nie łazi od dawna), poza tym wolałam gadać niż focić. Nawet nie zgrałam jeszcze tych zdjęć, bo to cała operacja logistyczna: komp nie widzi Sony, kartę z Sony muszę przełożyć do Canona, znaleźć kabelek do niego - komp widzi kartę w Canonie, zgrać). Nie pali się :) 

Operacja Sleepower at grandma już nagrana. Inżynier chciał się wyrwać na spotkanie z kumplami ze studiów. Spotykają się bez przychówku i bez drugich połów. Ale połowa Inżynierowa czuje się zmęczona Łobuzami... Nie wytrzyma z nimi ten jeden wieczór.

No cóż, ja wytrzymam, po zamykaniu I składki jutro chuj wie do której.
Ogarnianiu noclegu dla sztuk dodatkowych trzech na dwóch kanapach, znaczy się, każdy z nas - i ja, i I. będziemy mieli jednego Łobuza na stanie do spania, znaczy się - nikt się nie wyśpi w sumie. I nie wiadomo, jak Łobuzy ustalą kto z kim ma spać.

Mnie czeka kąpiel Łobuzów, ale to akurat uwielbiam, zwłaszcza we wannie, nie pod ichnim prysznicem :) Mając takie towarzystwo w wannie, wciąż jestem młoda, szczęśliwa, jasno patrzę w przyszłość...

Wpadną na obiad, więc ja będę gotowała, albowiem catering jest w tej chwili tak drogi, że ojapierdolę. I nie, że mnie nie stać, ale... 
Gar rosołu dla Łobuzów (zamienić w razie W na pomidorówkę, proste) i jakieś mięso, ziemniaki i warzywko dla mnie i dla Inżyniera - to się samo w sumie robi, nie licząc obierania warzyw - pestka, a jakieś 150 zł w kieszeni po odjęciu produktów, a i z zamrażalnika znikną zapasy, robiąc miejsce na pierogi...

Te już świąteczne.

Więc Sleepower at grandma w toku.

Bo tak jak ja cierpiałam po tym, jak wiedziałam, że już nikt nie zrobi dla mnie rosołku z makaronem i śmierdziela specjalnie dla mnie, gdy odeszła Ciocia, tak i Inżyniera nikt już nie dopieści, kiedy mnie zabraknie.
Każdy ma swój czas na dopieszczanie w życiu, niech ma i on. 

Pierworodnego męczyłam o opcję prezentową dla jego dzieci.

Bo to nie jest proste - Łobuzy dostaną to, co zamówiły, to już dawno kupione i opłacone. Ale moje starsze wnuki zawsze dostawały kasę, bo nie spędzaliśmy świąt razem. Teraz Łobuzy będą rwały papier, a co z Małą Wiedźmą i Papryczkiem? Pytam ich ojca, co chcą, prezent, czy kasę, ale mają powiedzieć konkretnie co, bo każdy o czymś marzy. Odpowie za tydzień. Tydzień dziś mija, a ja nie mam odpowiedzi.
A mając w perspektywie kolejną pracę, wizytę u okulisty, kolejną gazetkę i inne takie tam - nie wiedząc, co dzieci chcą - a jeszcze w perspektywie aprowizacja na tę wigilię - nawet jak to będzie coś, co można dostać na Alledrogo - to musi jeszcze przed świętami dojść.

I tak wygląda moja proza życia.


I coraz więcej tych typków się złazi, by mnie i interesu pilnować.

Będzie się działo, co nie?



piątek, 10 listopada 2023

Jutro możemy

 być szczęśliwi, jutro możemy tacy być, Kochany Pamiętniczku.
Dzisiejszy wieczór sponsoruje Raz Dwa Trzy.

Lubię wracać.

Tydzień minął niepostrzeżenie, spokojnie, w czwartek zrobiłam sobie dzień gospodarczy i zakupowy, więc luz.

A dziś poleciałam jeszcze, bo wiadomo - 11 listopada to muszą być rogale.

Jako że nie uśmiechało mi się kiblowanie w kilometrowej kolejce jutro, poleciałam dziś do Faworu, no i mam


Kto by tam kalorie liczył :) 

Nawet niedużo zapłaciłam, niecałe 40 zł.

Alienek będzie miał aparat ortodontyczny. Poratowałam. Nie musiałam, nie chcieli, ale mogę, co nie?

Dbają o niego, aparat, logopeda, wszystko prywatnie.

Dwa lata temu starali się o diagnozę, bo podejrzewali autyzm, ale... nie było terminu.

Zacisnęli zęby, poszli prywatnie, zdiagnozowano na całe szczęście tylko SI. Poszedł na Tomatisa, oczywiście prywatnie, w sumie poszło 10 tysięcy, ale dziecko jak marzenie.

A teraz dzwonią z NFZ, czy dalej chcą Alienka zdiagnozować. Gdyby faktycznie miał autyzm, to po tych dwóch latach czekania już byłoby po ptokach.

Więc pomogę, bo mogę. Nie kupię kolejnej plastikowej pierdoły, bo ma ich dość. To całe pińcetplus nie jest nic warte, nie starczy na logopedę na miesiąc. A na NFZ czekają i czekają. A Inżynier płaci składki jak za zboże. No nic.

I tak z tymi rogalami sobie tuptam koło Manhattanu i kątem oka widzę, że stoi jeszcze Pan od Pomidorków, który już stać nie miał. Pomidorów u niego już nie kupię, bo te ostatki mają tak twardą skórkę, że strach, no i niepomidorowe są, słońca nie ma. Ale czemu nie powiedzieć dzień dobry?

Powiedziałam i...


 No co, kto bogatemu zabroni? :) 

A potem jeszcze rajd do Lidla i 


przepyszne mleczko mam i jakem niemleczna i omijam mleko szerokim kołem, tak w butelce zawsze się skuszę (nie piję kawy, więc i żadnego mleka nie mam, a czasem chodzi za mną kakao)...

... i tak, w moim kubeczku Snuggle season mam dziś kakałko


 A brzozy są już jak złote wodotryski...


Może gdzieś jutro wywlokę to leniwe dupsko, a może nie. Bo u mnie w wiosce to make rogal, not war :) 

A potem ciężki tydzień i w sobotę już mam zapowiedziany najazd Hunów.

Szczegółów dowiem się jutro, ale plan brzmi: sleepower at grandma, rodziciel po podrzuceniu Łobuzów idzie do pubu i odbierze je następnego dnia. Nie wiem, czy idzie sam, czy z połowicą, czy będzie u mnie spać (to będzie skomplikowana operacja logistyczna), ale to się dowiem jutro.

Na brak rozrywek, jak widać, nie mogę narzekać, dlatego cenię sobie moje dni, kiedy towarzyszy mi My Shadow :) 

No nic :) 

A gdy się zejdą raz i drugi... 


I tak obserwuję, że znów wraca moda. Modne są swetry, które mam w szafie, z warkoczami, golfy. Nie założę już ich, chociaż się w nie spokojnie mieszczę, bo umarłabym z gorąca :) I kozaki wysokie wracają - pomijając już to, że nogi mam za grube teraz, to też zwariowałabym w takich butach. A większość życia jako chudzielec byłam wiecznie zmarznięta i zziębnięta. Teraz cierpię, gdy wchodzę do sklepu, mimo że jestem lekko ubrana, a tam grzeją... Nie będę się rozbierała, bo starość, kurwa, starość, trzeciej ręki do trzymania kurtki nie mam... :)

środa, 8 listopada 2023

Leci

 jak krew z nosa, Kochany Pamiętniczku...

Powiedziałam, że będę pracowała jak dotrę do kompa i swoje robię, a oni niech czekają.

I znów przerost formy nad treścią. Jedni się uwinęli jak w ukropie, a inni pewno obudzą się w poniedziałek, ale w poniedziałek to już będę pourlopowa i ośmiogodzinna, to w dupie to mam. Choć numer będzie ciężki, ale nie takie świat dramaty zna.

Pomyślę o tym jutro.
Poniedziałek w domu przesiedziałam, bo pogoda barowa, więc zleciał lajtowo.

We wtorek pojechałam na Franowo, kontemplując moją wioskę w jesiennej odsłonie, a listopad mamy piękny tego roku i taki nielistopadowy, że aż strach. 

Cisza, spokój, czerwienie i żółcie, zieleniami przetykane, niebo niebieskie z obłoczkami, muzyka w słuchawkach i cisza, żadnych wrzasków ani "babcia, bo on mnie bije, babcia, bo ona mi zabrała, babcia, babcia". I nie mam oczu dookoła głowy, nie sprawdzam, czy ktoś się w strumyku nie topi albo w pobliskiej kałuży, nie spada po schodach, nie rzuca się na jezdnię...

Aaaa... jakie piękne jest życie :) 

Jechałam po narzutę, kupiłam w Jysk


 bo niestety, z mojej (już! czy dopiero?) dziesięcioletniej kanapy poremontowej z boków odchodzi derma (i zaczynam żałować, że pozbyłam się starej, nic jej nie brakowało w sumie). Nie mam ochoty na kupno nowej kanapy teraz, zresztą poza bokami mojej nic nie dolega i fajnie się na niej śpi. Narzuta 220 x 240 nie była droga, ale... i tak jest za mała, nie zakrywa całych boków, te 220 to za dużo, a 240 za mało. Musiałabym albo sama wydziergać, albo zlecić uszycie na wymiar. Na razie zostanie tak, jak jest, trudno.

Bonus tych zakupów taki, że macając w sklepie narzuty (były tylko srebrne i olaboga pinkowe), przecięłam sobie pazur o tekturę ostrzejszą od moich noży, która opasywała rzeczoną narzutę. Na szczęście w kompleksie po drodze  był Lidl, zatem plaster kupiłam i dobrze, bo w domu okazało się, że krwawiłam jak zarzynane prosię. :)

No i poszłam do starego M1, szukając Action, bo Synowa nie kupiła puzzle z 1000 kawałków za jedyne 14 zł bez jednego grosza i pragnęła go rozpaczliwie. Moje Google mówiło, że Action jest w M1, więc potupałam tam, ale nawet personel tego przybytku nie znał tego sklepu, chociaż moja mapa mówiła, że tu jest. No, ale ja orientację na mapie mam jaką mam, a że uparłam się, że sklep znajdę, to i znalazłam, ale nie w M1 tylko vis z vis Obi. Po drodze jakaś zrozpaczona pani też mnie pytała o jakiś sklep, ale ja jak pijane dziecko we mgle tam byłam :) 

Jeżu kolczasty, jak ja nienawidzę tych molochów handlowych. 

Koniec końcem znalazłam Action, ale byłam już tak zmęczona, bo nadreptałam w sumie prawie 10 tys. kroków, przez większość czasu dźwigając narzutę, a ona swoje waży (normalnie popylam z wózeczkiem, ale do miasta nie lubię, bo nigdy nie mam pewności, że się z nim w zbiorkom wcisnę). Kupiłam więc OSTATNI egzemplarz tego puzzle (hurrrra), a Gapcio dostał braciszka - Rojbra. 


I tak sobie siedzą, chodzą za mną następne gnomy, ale zaczynam ściągać cugle :) 

I kredki kupiłam


no dobra, kredki są mi potrzebne, jak piąte koło u wozu, ale 39 kredek za 18,49  to niezła cena za taki komplet. I od razu bez bicia mówię - kredki, kredkami, ale metalowe pudełko :) Nie wiem, czy zostanie u mnie i będzie robiło za domowy warsztat Łobuzów (podobno kredek poniżej 50 zł nie tykają, bo ich mama jest fanką JAKOŚCI), ale u mnie malują wszystkim, co im w łapy wpadnie i nie marudzą. A pudełko zostanie dla babci, która ma hopla na pudełka.

Albo kredki pójdą do Małej Wiedźmy, która ma talent i maluje pięknie, tylko nie wiem, czy kredkami. Dla niej nawet to pudełko odżałuję, bo co ja w sumie w nim schowam?

No i zagwozdkę mam.

Prezenty dla Łobuzów już wybrane, dla Małego T. też, popłacone i hasta manana.

A  tymczasem jak grom z jasnego nieba wieczorem spada na mnie wieść, że Pierworodny z ekipą będzie na wigilii na włościach, a obstawialiśmy, że pojadą jak co roku do O.

Tym dziwniejsze to, że na włości dojadą, i owszem, autobusem, ale jak stamtąd wrócą? Wszyscy nie zmieścimy się do Inżynierowej bryki, w wigilię nic nie jeździ (w zeszłym roku taksówka, którą zamówiłam w mieście jeszcze odpisała mi koło północy z pytaniem, czy jeszcze na nią czekam, dojechałam dzięki mamie Małego T., bo żaden zbiorkom nie jeździ w wojewódzkim mieście po 17 w Wigilię). Liczą na Ubera, ale nawet jak go załatwią, zapłacą jak za zboże. Ja z tego względu próbowałam się wykpić od rodzinnej nasiadówki, za co okrutnie oberwałam od Inżyniera, z pyskiem i rękoczynami (no do bicia się rwał ;), że przywiezie i odwiezie, że Łobuzy muszą mieć babcię i takie tam sranie w banie, no ale ok... Niby nie mój cyrk i nie moje pchły...

Ale. Mnie to komplikuje życie. Bo ja zawsze na święta dawałam im kasę, a kupowali sobie, co chcieli. Nawet jak jechałam do UK, to dawałam kasę via Inżynier (żeby były funty, on brał za to złotówki na wojaże po PL). Kupowałam tylko duperele, a resztę sami kombinowali - co chcieli. A teraz, ponieważ Łobuzy dostaną fizyczne prezenty (z tym inna historia, bo z matką przeglądają - nie wiem, katalogi? reklamy? i mówią, co chcą, bo nie jestem w stanie ogarnąć sklepików, które mają w swoich pokojach, nie znam się, nie rozumiem, nie ogarniam, po co komu pierdyliard lalek Barbie czy innych Pokemonów, czym się ten plastikowy badziew różni i nie pamiętam, co komu dawałam, ale oni każdą duperelę pamiętają, że to od babci), no to i moje R. muszą mieć fizyczny prezent - więc OJAPIERDOLĘ.

Nie mam psychicznej siły pisać do Pierworodnego, co mam im kupić. Tym bardziej że nie od niego wiem, że będą na wigilii.

W sumie, że tak złośliwie pojadę - znów na krzywy ryj gdzieś.

Jak zwykle, weszło im to w krew. 

Bo to już ponad 3 lata mijają, jak mieszkamy cztery przystanki autobusowe od siebie, a ja byłam u nich dwa (podkreślam, dwa) razy, raz zaproszona z wielką pompą na obiad, na który dostałam zupkę na serku topionym, a raz dlatego, że wpadłam na nich pod ich domem niespodziewanie i nie wypadało mnie nie zaprosić.

O czymś takim, jak niedzielne spotkanie na kawie nie ma oczywiście mowy.

A ja przestałam zapraszać do siebie, bo niby dlaczego ja mam zawsze zostawać ze stosem garów czy naczyń do zmywania?

Mała Wiedźma jak jest z nimi, siedzi ze słuchawkami na uszach, a Papryczek z nudów co kawałek pyta, kiedy pójdzie do domu.

A Synowa z telefonem znika na dłużej w kiblu :)

Więc podziękuję, wolę sama wyciągnąć się na fotelu...

Nigdy, nawet w UK nie zorganizowali nic. Wszystkie wspólne wigilie w UK robił Baran ze mną, Inżyniera wyrzucaliśmy, bo tylko w kuchni przeszkadzał, choć nie powiem, umie w kuchnię :) 

Jedyne wyjście z sytuacji, że znów w Wigilię rano starym śląskim obyczajem na czczo wypiję kieliszek wódki na jedną nóżkę, żeby zdrowie było, potem na drugą, bo jakże inaczej, a potem to już nie będę się niczym denerwowała.

Na tych dwóch się kończy, bo piję sama, bez Barana już nie ma takiej jazdy, ale trudno - c'est la vie.

No nic, pokomplikowało się, ale to dopiero za miesiąc.

Przede mną grudniowy numerek, wizyta w Puszczykowie znów na badaniu pola widzenia.

A co potem - wola boska i skrzypce.

No i taka ze mnie paskudna istota...

Z kronikarskiego obowiązku:




dąb Alienka przeżył wizytę kopytkowych, mimo że nie ma ochrony - Inżynier posiał młodą trawę, która im smakuje lepiej niż stary już dąb :)

A Kalafiorkówna od Alienka przejęła rumień zakaźny.

Biedny Inżynier tyra i użera się z "tato, tato, sprawa się rypła".

Jednak moje macierzyństwo było łatwiejsze niż jego ojcostwo - wróciłam do pracy, gdy Pierworodny miał 12 lat... 

No cóż, każdy ma swoje życie do przeżycia.


piątek, 3 listopada 2023

No i po

freedom, Kochany Pamiętniczku. A tak fajnie się zaczęło.

W poniedziałek pojechałam sobie do Action (zdziwko w oczach Inżynierowej, że jak to, nigdy tam nie byłam, tam tyle fajnych rzeczy jest). No ale jak pytałam, czy coś kupić, to nie, bo ona sama chce tam jechać. Coraz bardziej widzę, że jej wielkie hobby to zakupy wszystkiego i niczego. Sama bez bicia powiedziała, że zaraz po wypłacie prawie pół pensji wydała, zamawiając w necie, bo zamawia, dopóki wie, że ma kasę.

No cóż, nie mój cyrk, nie moje pchły, już nawet nic nie bąkam opłotkami Inżynierowi, bo i tak ma dość stresów. Na pewne rzeczy lepiej spuścić zasłonę milczenia i pomóc po swojemu. I tak sam niesie na plecach ten pierdolony kredyt za chałupę, a pójście żony do pracy nic nie zmieniło.

Mnie się to w pale nie mieści, bo ja w swoim małżeństwie byłam tym Syzyfem, który niósł, pracował, płacił, śpiewał, tańczył, recytował, dawał dupy i gotował :)  

I nie, nie lamencę nad sobą, tak byłam wychowana, że życie kobiety to miecz, na którym pełno jest szczerb,na którym bóg wypisał: zwyciężaj, kochaj, cierp :) Takie tam i z mojego, i z mojej mamy pamiętnika. 

A teraz widzę, że to moi obaj synowie tę rolę przejęli, jestem z SIEBIE dumna, że ich tak fajnie wychowałam. I staram się jak mogę, pomóc im to ogarnąć, no cóż, mój miecz mimo szczerb wciąż gotowy do walki.

Oswoiłam się już z niedoskonałościami włości, już mi zęby tak nie zgrzytają, bo szkoda protez.

I poniekąd w dupie miałam sterty sierści pod wszystkim, a mają ten jeżdżący odkurzacz, i tony błota w wiatrołapie (wzięłam miotłę i pozamiatałam, a co, jako rasowa wiedźma na niej latam, a skrzypiący mi pod podeszwą piaseczek doprowadza mnie do szału). Korona mi z głowy nie spadła, poprawiłam.

Wkurw mnie jednak przerósł na widok dzbanka Britty i "miodu" serwowanego Alienkowi. Miód z plastikowego badziewia, a skład "mieszanka miodów z UE i spoza UE". Za to oberwał Inżynier po powrocie. A Inżynierowa  na zwróconą na to uwagę (bo zwróciłam, bo to ja karmiłam Łobuzów w zastępstwie Inżyniera) odrzekła, że "jemu tak łatwiej, bo inny miód trudno rozsmarować". Kurwa. Mam miodów od metra, różne rodzaje, lejące się, skrystalizowane, stare, nowe (miód może stać latami), wydałam na to masę kasy. I do głowy mi nie przyszło, że coś "trudno rozsmarować". Opierdol dostał, miodu nie, bo jak odwoził mnie do domu, to była masakra. Zaczynał się Ciaran u nas, lało, samochodem rzucało jak na diabelskim młynie na kałużach, Łobuzom papy się nie zamykały, gdy pomykaliśmy wśród tirów na autostradzie w egipskich ciemnościach, a jeszcze miał jechać po żonę przebijając się przez piątkowe korki w mieście, z trajkocącym, upierdliwym Alienkiem, bo Kalafiorkówna padła...

Kiedy ja się wyzwolę z tego jebanego macierzyństwa?

Wzięłam walizeczkę i podygałam do chałupki sama, modląc się, żeby dojechali na włości cali.

Dojechali.

Gdy odbierali Inżynierową, Kalafiorkówna obudziła się na dźwięk jej głosu i z pretensją zapytała: gdzie jest babcia?

Bo przez te dwa dni była takim babcinym przydupasem, przytulasem i fanem, że babcia zdziwiona zastanawiała się, kto jej to półdiablę tak odmienił? Tę niedotykalską, dumną, mnie nie wolno dotykać nikomu tylko mamie, tacie, Alienkowi? Że ja babcię kocham najbardziej na świecie?

Ojapierdolę. Łaska pańska na pstrym koniu jeździ.

Bo Alienek dwa razy kopnął mnie w piszczel, za co później kajał się niesamowicie.

Albowiem nie chciał iść na spacer, a Kalafiorkówna chciała iść. Koniecznie, bezapelacyjnie. A i ja chciałam, bo pogoda była wymarzona do spacerów. Ale że nie mogliśmy iść na plac zabaw, bo kwarantanna Alienka, a to koło przedszkola jest, to: bolały go żebra, głowa, nogi, tylko pieprzu w dupie jeszcze nie miał.

Za to Kalafiorkówna, wulkan energii, chciała iść razem z babcią w stronę słońca, w stronę słońca aż po horyzontu kres.

Jako że te dwie różne opcje były nie do pogodzenia, ciągnięto mnie za ręce w dwie przeciwne strony.

Ponieważ misja podzielenia babci na pół, żeby jedna połowa poszła na spacerek, a druga do domu, zakończyła się niepowodzeniem, zaproponowałam, żeby udać się do sąsiada po piłę i przekroić babcię na pół.

Na to Alienek z zimną krwią: idę do sąsiada, ale będzie za dużo krwi.

Ręce mi opadywły.

Spacerek był krótki, oberwałam po piszczelach.

A w domu ich rozsadzało.

Okoliczna piekarnia już wie, że ta baba, co we wrześniu kupowała tonami ma dwa słodkie dzieciątka,

rachunek za zakupy powinnam posłać ich ojcu, ale mi gada żal.

W Biedronce po drodze Kalafiorkówna zrobiłaby ze mnie złodzieja, ładując mi do torby, zamiast do wózeczka, którym siała spustoszenie w sklepie, jakiś mus w tych woreczkach do wysysania, na szczęście zauważyłam. No dobra, pomyliła się.

Kaki nie kupujemy, nie lubią, nie jedzą.

Zeżarła pól mojego kaki, głaszcząc się po brzuszku, a Inżynierowa: nie kupujemy, bo nie lubi nikt.

Serek nie może być położony na kanapce, musi być położony OBOK, inaczej kanapka jest niejadalna. 

Serek położony obok oraz dżemik położony obok lądują na tejże kanapce, a na szczycie ląduje czarna czarna oliwka.

Takich jogurtów nie lubią, ale z mojego połowę zeżarli na spółkę.

Aaaa.

W Klamerce, gdzie byliśmy na obiadach (nigdy więcej, ceny tak wystrzeliły, że jednak wolę oswoić się z kuchenką indukcyjną i gotować sama) samo wybieranie z menu to było hardcore, a potem zawracanie głowy pani, która po Wszystkich Świętych została porzucona przez szefową i ogarniała sama wszystko, informacjami, jakie pokemony narysowali (pokemony, zmora mych chwil), papy im się nie zamykają, nawet jak jedzą, a na tradycyjne: przy jedzeniu się nie gada, bo opluje się sąsiada, rechocą i zadowoleni mówią: bo opluje się babcię :) 

Dziś, w ulewnym deszczu jedno idzie, drugie się wlecze, Alienek parasolem walczy z Pokemonami, parasol pada na chodnik, dobrze, że nie na jezdnię, bo poleciałby za nim, prosto pod nadjeżdżające auto, a ja mam tylko dwie ręce, w jednej parasol, w drugiej uwieszoną na torbie (takie małe zakupy, pół chleba, dwie bułki, mnóstwo soków, bo brali jak leci, no i dwa żurki dla ich rodziców, a waży jak dla mnie pół tony)...

Przeżyłam, z trudem, ale jednak. 

Okazuje się, że nasze stare bajki typu: Pan kotek był chory są niepedagogiczne, bo jest kara.

I tak sobie myślę, jak bardzo pojebało się to wszystko.

Bo niby zero stresu w wychowaniu, ale coś nie styka.

Bo i rodzice nie wytrzymują i drą się na dzieci jak kalesony na płocie.

A wystarczyło postawić do kąta, co nie?

Nie mówię o biciu, bo sama nie biłam, pomijając pranie, jakie dostali po tym, jak ściągnęłam ich a parapetu 3. piętra i nie, to nie była moja nieuwaga. Nevermind.

Wróciłam do domu zestresowana gorzej niż koń po Wielkiej Pardubickiej :) 

Cisza okazała się dla mnie zabójcza, więc założyłam słuchawki i...

Kocham moje wnuki, miłością wielką jak cały świat. 

Ale siebie też kocham :)



W Action zanabyłam włóczkę, bo tak, w pasmanterii druty, bo łatwiej mi kupić nowe, niż znaleźć stare no i mam już węża do uszczelniania okna, jeszcze zszyć i wypchać, a i pół szalika prawie gotowe (tylko nie wiem, na chuja mi ten szalik, ale włóczka 4,50 za motek), a robienie na drutach uspokaja lepiej niż piguły, no i nie tracę czasu oglądając coś albo czytając :) Tak, dziergam w ten sposób :) 

A to, co na podłodze w kuchni leży to biegacz kuchenny :) Ma spód antypoślizgowy i nie potykam się o niego, a 28 zł nie majątek, Stary dywanik się podwijał, a ja wciąż o mało nie padałam na ten mord zakazany :)


W Halloween parę wizyt miałam, a ta ekipa była najmilsza. Nie wiem, czy coś im się nie pokićkało, bo zamiast brać ode mnie zwykłe cukierasy, dołożyli mi czekoladek i zwiali :) 



Dyni nie drążyłam, ale u mnie już te klimaty i orkiestry w tle (dzisiaj), jest moc i... chillout... 




To z czwartku, gdy jeszcze lato było, no dobra, późna jesień :) 





A dziś nawet jebane sierściuchy, zwłaszcza Arya, która ma na mnie focha, bo zajmuję jej miejscówkę, z politowaniem patrzyły na ludziów idących w świat :) 


A w domu amarylis z czterema kwiatami na mnie czekał.

I emilki na firmowej poczcie, na którą wlazłam, bo tam przychodzą emilki od providera netowego.

I tym pięknym sposobem wracam do pracy nawet nie w połowie urlopu.

Praca kocha mnie, zaraz po moich dzieciach i wnukach najbardziej na świecie.

No i gdzie jest freedom?

Tak, wiem, nie ma ludzi niezastąpionych.

Ale i tak warto żyć :) 

A tutaj bonus dla niemogących się u mnie zalogować do komentowania (nie ukrywam, że miłe są mi komcie).


 

 Wystarczy kliknąć po wejściu na blog  w tę tarczkę zaznaczoną na czerwono. Wyskoczy taki dynks do odznaczania, odznaczyć go i można swobodnie pisać, co kto chce. Zalogowanym będąc.

Prościej już się nie da wytłumaczyć :)

No to się popisałam :P



 



piątek, 27 października 2023

Jesień

 Kochany Pamiętniczku, tylko na niektórych zdjęciach jeszcze piękna, ale tak to już szarobura, a niebo jest takie, jak bali się Gallowie - spada człowiekowi na głowę.

I pada, pada, pada...

A ja?

Szczęśliwa (pssstttt, niech tego nie usłyszy szczęście).

Nieszczęśliwa.

Szczęśliwa, bo wszystko mogę i nic nie muszę do 12 listopada, więc korzystam z tego, robiąc wszystko i nic.

Dziś ogarnęłam chałupkę, wiadomo, dzień gospodarczy, z bólem serca sprzątnęłam też korytarz, bo mój dyżur znów, ale wiem, że jeżeli jutro się obudzę, to będę miała raj i wypas, ogarnięte, łącznie z zakupami, będę delektowała się lenistwem.

Cóż więcej do szczęścia trzeba.

Nieszczęśliwa, bo tak, jak rozchodzą mi się ostatnio pieniądze, to dawno nie było.

Stówa to tak jak splunąć, już boję się gdziekolwiek wchodzić. I nie, że wchodzę i szaleję. Nie.

Ale nic to, na razie jeszcze mam co wydawać.

Dziś, po kolejnych nocnych koszmarach, poleciałam na Manhattan, mając 10 zł w portfelu - no i starczyło. Na dwie główki czosnku :) Więcej nie kupiłam, ale też nie potrzebuję, zapas w lodówce mam, najpierw to wykończę. A nie skusiłam się na nic, bo... wszystkie bankomaty w okolicy padnięte, zatem zostałam z 4 złotymi w portfelu.

Zakupy zrobiłam, bo w sklepach karta działa, w aptece tragedia - polopiryna, herbatka, diosmina, sachol na poratowanie biednych dziąseł, jednak proteza to nie jest ósmy cud świata - i 90 zł poszło w siną dal. 

Dobrze, że mam jeszcze te 90 zł i nie zaglądam zestresowana na konto pod koniec miesiąca. 

Ale zaczynam rozglądać się za promocjami i jak coś mogę kupić okazyjnie, co poleży i się nie zepsuje, to kupuję. 

Pojechałam do Avenidy, bo potrzebuję kalendarz na biurko - żeby widzieć cały miesiąc, z zaznaczonymi dniami dla mnie ważnymi. Niby mam to w kompiku i zabawkach, ale co papier to papier, rzucam okiem i wiem, a nie szukam :)
A takiego kalendarza, jak lubię, znów nie ma nigdzie, w tym roku nie było nawet w Empiku. Dostałam tam jednak znośny. Powoli odechciewa mi się tam chodzić, bo i tam wepchnęli te kasy samoobsługowe, a to jeszcze na dokładkę trzeba w nich rozmagnetyzować zakupione rzeczy, bo oni mają to wszystko zabezpiecznone. Jprdl. Stoją dwie panie i pilnują, a nawet młodzi się z tym męczą, więc ja sobie stanęłam tradycyjnie. Bo, mnie, nikt, kurwa,  nie płaci, za opanowanie obsługi kolejnej wytwórczości AI. Tak, mam kłopoty ze wzrokiem, jedno widzę w okularach, do drugiego muszę okulary zdjąć, pilnować torebki i własnej głowy, żeby mi z karku nie spadła razem z uszami. Jestem już w wieku matuzalemowym, dlaczego mam się dodatkowo przekwalifikowywać na kasjerkę? 

Jak tak dalej pójdzie, będę męczyła Inżyniera i Inżynierową, kupowała online i czekała, aż mi dowiozą do domu.

Coś było na rzeczy z bankomatami, bo i tam były ogonki do nich, co jest raczej niespotykane. No i nie wydał mi potwierdzenia, a chciałam, nie odpisał przy tym, że nie ma papieru. Nie zarobił na oliwę czy czym on się tam żywi :P 

Na Manhattanie do mojego rzeźnika kolejka stała aż na dworze. Zmieniła się ekipa, tylko dwie panie są "czynne", a reszta "uczy się". I idzie, jak idzie. Przede mną stała gościówa w moim wieku, jęcząca jak zarzynane prosię, że tak wolno idzie, że kobitka zamiast pomagać, to sprząta, że ona już 15 minut stoi. Uśmiechałam się i starałam się obrócić wszystko w żart, ale po chwili mnie cholera brała. Takie jęczenie w niczym nie pomagało. Więc gdy weszła do środka, zostałam na zewnątrz, ciepło było, nie padało, a co. Gdy w środku zostały tylko trzy osoby, weszłam i ja, a ta znów zaczęła jęczeć. Że też baby nie zabiłam, to cud :) 

Alienek dziś złapał rumień zakaźny, nie wzięli L4, Inżynier ogarnia stadko pracując. Nie chcą pomocy, tym lepiej dla mnie, na dyżur pojadę dopiero 1 listopada, jak nie zejdzie, będę się z nimi dwa dni w domu kisiła, wystarczy. Inżynier tym razem do Frankfurtu leci, łazęga :)
Na włościa wlazła znów kopytkowa, ponoć nie ruszyła Alienkowego dębu, tylko sobie trawkę poskubała. A trawka ładnie wyrosła :) 


A mój tydzień w fotograficznym skrócie:



Droga na Manhattan coraz bardziej kolorowa...
... a niebo melancholijne...
Na osłodę wieczorków - smalczyk... No dobra, zgrzeszyłam, bo kamionka, nie oparłam się. Smalczyk dobry, chociaż mój lepszy, ale w sumie, jak wytopić taka małą porcyjkę? Nie mam co liczyć, że ktoś wleci po smalczyk, nie wiem, jak Pierworodny, bo znów milczy jak zaklęty, a jak proponuję, to mówi, że właśnie byli w O. i ma od teściowej. Więc co się będę wysilała i wygłupiała, a potem na okrągło jechała na smalcu, aż moja wątroba powie nie :)
I zakopiańskie kapcie kupiłam, jak zawoziłam programy do teatru. Górale wciąż stoją pod Okrąglakiem, choć tam syf i malaria z tą budową nadal. A że u mnie na Manhattanie takie kapcie sprzedaje ten bandyta, tom kupiła od górali :) Bo stare się zdarły i rozklapały, a jak przyjdą zimniejsze dni, to mi nogi marzną przy kompie, a nie lubię skarpet. I jeszcze tyle futerka było, nie wywalam, chodzą za mną węże na okno, zobaczymy, co się wykluje...
Żurawinę, leżącą w zamrażalniku od ubiegłego roku (powinna się przemrozić) wreszcie wyciągnęłam i przerobiłam. Na śniadanko chleboszek z szyneczką i żurawinką - omniomniom, a twaróg i kropelka żurawinki - niebo w gębie, a ser pleśniowy i żurawina... No co :) Nie trzeba się po knajpach szlajać, w domu też można dobrze zjeść :P A żurawina dobrze na nereczki robi, o :)
Samosiejka, niepieszczona, niezadbana. A jak wyrosła. Fakt, pomidorki na niej mikroskopijne, bo za późno wybujała i wciąż zielone, ale zerwane dojrzeją pewno w domu, a zero chemii. I o dziwo, żadnych mączniaków ani innych cholerstw z tym roku na nich nie było.

I znów jesień.

A jutro ma padać namiętnie, więc i ja namiętnie padnę na fotel :) 

Chociaż latam po tych streamingach i trudno coś wyhaczyć. Oglądnęłam Mężczyznę imieniem Otto, z Tomem Hanksem, popłakałam się, a Inżynier pisze, że lepszy oryginał.

Przeprosiłam się z Zatoką Piratów i faktycznie - amerykański remake nie dorasta do pięt szwedzkiemu oryginałowi.

Mimo Toma Hanksa.

A już taka porządna byłam, ale cóż, tak wyszło.

I nie myśleć o tym, co się dzieje w polityce, bo człowieka szlag.

Za prąd rachunek na niecałe 40 zł, to to słynna tarcza.

W sumie za tyle prądu zużywam realnie w ciągu dwóch miesięcy, a te 140 dodatkowych złotóweczek to leci chujwizaco... 

Nie będę się denerwowała...

W takiej chwili serce się nigdy nie myli...