Kochany Pamiętniczku, ojaciępierdolę.
Mnie to życie funduje taki rollercoaster, że klękajcie narody.
Ale nie narzekam, dopóki wszystko ma happy end.
I tak więc, w ramach akcji Sleepover at Grandma pobieżyłam na poranne polowanie, aby dopiąć wszystko na ostatni guzik i zadowolona z wózeczkiem wróciłam do domu, a jakże. Portfel był trochę lżejszy, ale oj tam, oj tam, rosołek, gotowy do zamienienia się w pomidorówkę na życzenie był gotów, na Inżyniera w ramach rozpieszczania (i oczyszczania zamrażalnika, a jakże, bo ileż można w nim trzymać mrożone cuda) czekały: maleńki gulasz wołowy (z żeberek sprzed chyba dwóch lat, kiedy koleżanka z redakcji biła byczka - wyszedł przesmaczny i nikomu nie zaszkodził - ja jadłam, Inżynier nie, co ważne dla dalszego wątku opowieści mej), polędwica wieprzowa i żeberka wieprzowe również - wszystko to przecudnie upieczone w piątek w otoczce papryki i innych nawinie, wyszło MLASK :) W jednym garze, a co, kuchenka ma tylko cztery palniki. Jako że szarych klusek nie było w budce, a kolejki były koszmarne, zanabyłam pyzy drożdżowe, by nie szukać klusek dalej i kapustkę kiszoną chrzanową, zasmażana wyszła ojapierdolę. Nawet sos, mnie, niesosowej do bólu wyszedł piękny i gęsty. Więc obiad jak na cztery gwiazdki Michelin (wiem, wiem, skala ma trzy gwiazdki, ale moja kuchnia wymiata)... :)
I tak sobie czekam, kontemplując

(znaczy się, nie plułam pod kątem, bo nie pluję, ale ciesząc się kompozycją, bo i gwiazdę betlejemską za całe 9,90 z Biedronki przywlokłam i jak pięknie się to skomponowało, że ojapierdolę), Dalida śpiewała, jak to ona, melodyjnie i duszaszczypatielno, a Inżynierostwo jak zwykle miało poślizg, ale Alienek był na przesłuchaniu u logopedy (nareszcie, bo wlecze się to od dwóch lat i poszli wreszcie prywatnie). Logopeda był pod wrażeniem w czasie testu, ale wiadomo, Alienek po babci ogarnięty jak kupa gnoju i jest the best. Zdobył tyle punktów, że zaszokował logopedę. Babcia z tego wrażenia zapłaciła za pierwszą poniedziałkową lekcję. Bo może. Bo pracuje jak ten slave po ty, by móc rozrzucać kasę na prawo i na lewo. Kto bogatemu zabroni? Nie żalę, się, stwierdzam fakt, bez tej jebanej pracy zdechłabym z nudów, a tak mam szerokie perspektywy i nawet przepalający się w najmniej odpowiednim momencie toster nie był w stanie wyprowadzić mnie z równowagi, bo kupiony za grosze, następny też za grosze kupię, ale dopiero za kilka dni, jak się wyrwę z chałupy :)
I tak sobie kontemplując czekam i czekam, aż tu pika MSG od Pierworodnego, czy może wpaść na 10 minut.
Wiadomo, kurwa, jak na 10 minut, to matka do czegoś potrzebna, bo z wizytą to się nie kwapią jakby co... No ale jestem porządną matką, piszę, że zapraszam, bo jakże, serce mam szerokie i te moje niedorobione dzieci kocham jednakowo, a co, może nie?
Wleciał, kawy nie odmówił, pół rogala marcińskiego wszamał (a Inżynierowa mówiła, że Alienek nie tknie rogala, bo są w nim rodzynki - jakie kurwa, rodzynki w rogalu świętomarcińskim, gdzie oni taki szajs kupili? U mnie Alieniątko wszamało rogala i się oblizywało, aczkolwiek przedtem dokładnie obadało, czy nie ma rodzynek, których nienawidzi). No i jak zwykle pierdolenie o Szopenie, o mieszkaniu na wyrost i o tym, że nie jadą do teściów, bo teściowa w środę lamenciła córce, że ma dość obsługiwania tłumów w święta (ma ogromną kuchnię, ze zmywarką i wszystkimi bajerami, ja mam 5 m kwadratowych, z jednej strony ją rozumiem, choć jest sporo młodsza ode mnie, postawiłabym na katering, a reszta w maszyny, wnuki już podrośnięte, to można zagonić do wynoszenia, mają pietro chaty przystosowane do całej bandy Pierworodnego, no ale nie mój cyrk, nie moje pchły), więc wprosili się do Inżynierów. Jak zawsze gdzieś na krzywy ryj. W sobotę teściowa marudziła Pierworodnemu, oburzona, że zostanie sama na święta. A jej rodzona córka jej odszczeknęła: sama tego chciałaś.
Jakby na to nie patrzyć.
Z góry zapowiedziałam, że nie
obsługuję świąt, chcę je spędzać sama, bo: mam małą kuchnię, nie mam
zmywarki i nie mam siły. Możemy się spotkać na kawie, ale na tym kończy
się moja inicjatywa.
IMHO, mogliby mnie do siebie na kawę zaprosić, co jedna dodatkowa osoba, to nie cztery i kundel na dokładkę.
Więc ja, Kochany Pamiętniczku, jestem idealna.
O tym będzie dalej, nie, że się chwalę, ale muszę się dowartościować :)
Moje dzieci nie ośmieliły się do mnie nigdy mówić na ty albo w trzeciej osobie. Synowe mówią mi po imieniu, mnie to rybka - w sumie nic do nich nie mam, ale nie chciałabym mieć żadnej z nich za córkę.
U mnie jest: ale mamo, ale mamo, albo: jak się mama czuje, czy mama weźmie Łobuzy, mogę mamę prosić.
A i ja do wnuków mówię: teraz babcia wam spuści lanie, aż będzie pierze leciało, a i wnuki do mnie: babcia Yoda, co dla nas masz, babcia Yoda, dostanę puzzle?
Więc respekt i szacunek jest :)
No i gadu-gadu, latam do kuchni, bo dają znać, że wyjeżdżają, więc odgrzewam, makaron dogotowuję, Pierworodny odmawia obiadu (a pułk wojska mogłam obdzielić).
I wychodzi szydło z worka.
Wpadł do matki, bo przegubowiec, którego kupili, zeżarł buty.
Pierworodnemu, ale ma zapasowe. A i inni mają, ale Papryczkowi zeżarł jedyny egzemplarz. A w sakiewce dziura, ale nie, nie chce kasy ode mnie na buty. Nosz, kurwa, ja świąteczne wydatki ogarniam już od pół roku, żeby nie zbankrutować, nowe okulary odkładam, bo to wydatek co najmniej pół mojej pensji (tak, mam marną pensję), ścibolę, patrząc w dal, jak mi pralka nie odwirowała (stara, mam już chyba 20 lat, wpadłam w depresję, bo gdzie ja znajdę pralkę, która nie śpiewa, nie tańczy, nie recytuje, nie daje dupy i nie gotuje, ale po prostu pierze?), no i na kolana padłszy ją całowałam, jak się okazało, że wszystko jest OK, choć stać mnie na nową, z palcem w dupie?
A oni kupują Karchera do czyszczenia mebli (kurwa, w tym niesprzątanym bajzlu), podczas gdy ja kanapy sprzątam odkurzaczem i wilgotną szmatką. Ale mamo, ale mamo to kosztowało tylko 20 zł. Serio?
"Kłamie, co pyskiem ruszy". Nie mam już siły z tym walczyć, bo walczyłam z tym, odkąd się urodził. Ten model tak ma. I oczywiście, ma załatwionego Ubera na wigilię (WTF?), który zabierze ich z włości do wioski. Za 70 zł. W Wigilię, podczas gdy ja w ubiegłą Wigilię, chcąc dojechać do domu od I., dojechałam tam dzięki uprzejmości siostry Inżynierowej, która była u nich, albowiem taksówka (sic!) na moje zamówienie odpowiedziała o północy (sic!) z pytaniem, czy chcę jeszcze jechać. A to było w samej wiosce. Więc obawiam się, że zaczną się roszady, typu, że ja pojadę z teściem I., z którym NIE CHCĘ jeździć, bo jest stary, ma grata i szarżuje na drodze śmierci, a I. będzie ich odwoził.
No dobra, kurwa, nie piszę scenariuszy.
Skończyło się na tym, że zapytałam, ile na buty dla Papryczka.
Na początku strzelił 200, ale zeszedł na 150.
No kurwa, ja kupiłam buty za 129 zł.
A plumknął, że są takie po 1000.
Nie dosłyszałam. Mimo aparatów. To, że dziadkowie fundowali im odzież za 800 - w dupie mam. Nie mam 5000 emerytury dziadka plus nie wiadomo, ile babci ani gospodarstwa. Poza tym martwię się sama o siebie od lat, Inżynier, zanim się nie rozwalił przez chałupę (też nie słuchając mnie), dopieszczał mnie systematycznie. A oni miesiącami nie pytali, czy żyję (i nadal nie pytają), licząc na to, że I. ich zawiadomi, że jest kasa po mnie do wzięcia. Bo że mieszkanie, to wiadomo.
Chciałam mu zaraz tę jebaną kasę wysłać, ale co się zbliżałam do kompa, to zakwitał mi za plecami, a ja, sorry, nie będę się spowiadała, ile mam ma koncie.
Więc zeszło, do przyjazdu Inżyniera, który znów się spóźnił, bo wyjechał z domu BEZ płaszcza, więc w połowie drogi wracał po płaszcz.
Kurwa.
A już wstawione pyzy powoli szlag trafiał, makaron się sklejał, a Pierworodny nawijał o cudach wiankach w swojej pracy i o tym, co może Inżynierowi za darmo załatwić (moim zdaniem fajna opcja, ale Inżynier był potem na nie, a ja jestem jak Szwajcaria i w dupie już wszystko mam).
Dojechali wreszcie i zaczęło się PIEKIEŁKO.
Bo musiałam jednocześnie obejrzeć i jednorożca, który będzie ze mną spał, i aparat na zębach Alienka, ogarnąć stertę okryć wierzchnich, na rozłożenie których nie mam miejsca (mieli z tej emigracji nie wracać i mieszkanie jest JENOOSOBOWE), przebrnąć przez rozwaloną w przedpokoju stertę buciorów, nie łamiąc biodra, włączyć i wyłączyć w kuchni co trzeba, nie pozwolić na wyładowanie na JEDYNYM w tym domu stole, tak pięknie chwilę przedtem udekorowanym całej armii Pokemonów (jak ja nienawidzę tego plemienia), podać obiad, pożegnać Pierworodnego, który po otrzymaniu kasy na buty dla Papryczka od razu przestał męczyć młodszego brata o te gratisy i poleciał...
Inżynier, jak i jego dzieci, je obecnie wybiórczo i połowa z żeberek wieprzowych została wydłubana i do wyrzucenia. Kiedyś by zjadł wszystko i jeszcze by talerz wylizał.
Mniejsza z większym.
Zjedli deser - nawet Alienek, który nie tyka rogali marcińskich, bo są w nich (UWAGA, ACHTUNG, WNIMANIJE, POZOR, BUDIET TRYSKAT) rodzynki - zeżarł je, oblizał się i zapytał, skąd takie dobre :)
No jak skąd - od babci :)
Kalafiorkówna wielce zdziwiona, że każę im siedzieć na czterech literach, bo muszę pozmywać, rezolutnie uświadomiła mnie, że ona ma w domu dużą kuchnię, spiżarnię i zmywarkę.
Tom jej wymachnęła ręcami obiema, uświadamiając ją, że to jest moja zmywarka, kuchnia jest mała, spiżarni nie mam i muszę ten bajzel sama ogarnąć.
Tak się dziewczę zszokowało, że dało mi spokój.
Ogarnęłam, Inżynier poszedł w długą, a ja zostałam z Łobuzami.
W międzyczasie dostałam fotkę Papryczka w nowych butach, ale wygląda jak kupa nieszczęścia, na ulicy bym go z trudem poznała - włosy tłuste i zaniedbane, poza ramiona, zęby już stałe (a ostatnio jak go widziałam miał mleczaki górne) - no cóż mam rzec?
To nie jest mój wybór.
Serduszko, cmok i niech mi to będzie zapisane po stronie ma, że mój wnuk dzięki mnie boso nie chodzi.
Mówiłam, że kupowanie kundla (bo za 500 zł to nie jest rasowy pies, nie żebym miała coś do kundli) za ostatnią kasę w tym bajzlu to nie jest dobry pomysł. No ale ja zawsze jestem głupia i mam obiekcje, bo to dla dobra dzieci. Które już teraz mają na przegubowca wyjebane i lata z nim Pierworodny, który zarzekał się, że latać nie będzie. Dlatego sama osobiście nie kupiłam moim dzieciom ani nie zgodziłam się na adopcję żadnej sierści, bo wiadomo było, że zostanie to na mojej głowie, a miałam na niej cały dom i Eksa. Czego nie żałuję, ale rozkładałam moje siły na to, co dałam radę ogarnąć. Trudno, mieli spierdolone dzieciństwo - tak twierdzi zawsze Inżynier i czasami nie wiem, czy żartuje, czy mówi serio.
No cóż, w tej nieświadomości umrę, ceniąc się jak zawsze nisko, jak każde DDA. Szkoda mi teraz kasy na kozetkę u psychologa, żeby mnie prostował.
Umrę zdołowana i tyż piknie.
Inżynier wybył wreszcie na spotkanie z kolegami ze studiów, a ja, no cóż, chciałam się poczuć jak wtedy (nie odpisywałem, bo nie było w pubie zasięgu), ale coś poszło nie tak.
I mój piękny design, że pozwolę sobie użyć tego tępionego przeze mnie słowa zamienił się w

i tylko puzzle z iPada pozwoliło na opanowanie towarzystwa, na trzymanie go w ryzach. Bo na kolację: nie taka bułka, nie takie masło, nie taki obkład, nie takie picie. Jebać zasady niekorzystania z elektroniki. Pokolenie moich dzieci było zdyscyplinowane, pokolenie moich wnuków "ma prawo wybrać to, co chce". Nikt nie myśli o tym, czy mój dom jest przygotowany na to, co wnuki chcą, trudno, żebym miała dyżurne ogórki kiszone, skoro sama je jadam od wielkiego dzwonu, a kiszonej białej rzodkwi, którą jem, nie tknie nikt, bo nawet nie tknąwszy wie, że nie lubi. Z góry wiedzą, że nie lubią tego serka, który mam, lubią inny, którego nie mam, a nie dam rady ubrać całej bandy (bo ubiera się sama, bo ma się ubierać sama, co trwa dwie godziny i nie polecę z nimi do najbliższej czynnej placówki spożywczej po ciemku, by zdobyć produkt, który akurat zjedzą, a jebana zwykła bułka kosztuje jak się okazuje prawie 2 zł - dla mnie szok, bo nie jem bułek, jem chleb. Orkiszowy, bo to zboże zalecane w moich choróbskach).
Los strzegł, że nie pourywałam łebków i ogonków i nie wywaliłam z loggii, bo siedziałaby dziś w pierdlu, a nie pisała tej notki :P
Widok Alienka, szukającego w chlebie orkiszowym ziaren, bo on ziaren kijem nie tknie, a w tym chlebie są ziarna (nie ma, mąka ma jakieś kropki, a właśnie padł mi toster...), z nosem na chlebie - bezcenny...
Ale aparat z zębów zdejmuje idealnie i szoruje zęby po jedzeniu. Zakłada aparat, karnie.
Nie wspominam, ile wody leje się strumieniem w łazience, u mnie, oszczędzającej wodę aż do skąpstwa, bo tak. Bo oszczędzam jak Szkot wyrzucony ze Szkocji za skąpstwo, jak rasowa poznanianka.
Ogarnęłam tę kuwetę, łóżka posłałam, uszykowałam starego iPada, gdzie mam ich profil, bo na nowym mam profil inny i ruszyło clou dnia - kąpiel.
Znienawidzona czynność Inżynierowej, ukochana moja, ale w wannie. Znów byłam młoda, piękna, miałam te 30 parę lat...
Piana wylewała się z wanny, a wrzaski niosły się po całym bloku. Zastanawiałam się, kręcąc zajebiste filmiki, kiedy do mych drzwi zadzwoni policja i opieka społeczna, ale że trzeźwa byłam, aparaty miałam, no i polski znam perfekcyjnie, a z wanny co chwila dochodziło "babciu, kocham cię" w wykonaniu tym razem Kalafiorkówny (serio, da się mnie kochać?), czekałam spokojnie na interwencję służb. Nie doszło do niej, więc widocznie wyżej ani niżej te wrzaski nikomu nie przeszkadzały.
Filmików nie będzie, bo wyszłaby pornografia dziecięca, a oto nie chcę być posądzana, jestem porządną babcią i byle czego nie publikuję.
Kolejne Pokemony spacyfikowały bandę na wielkiej kanapie z IKEA, miała tam spać z rodzicem.
Obeszło się bez książeczki, ale po 15 minutach Kalafiorkówna z ekipy "śpimy tylko z tatą, dajemy babci przestrzeń", na moją zgubę zlądowała w moim łóżeczku :) (Łóżko polowe, zanabyte za mą krwawicę, zabrał na włości Inżynier dla gości) :)
I tu zaczęła się bajka: nie śpij w moim łóżeczku...
Podejrzewam, że Kalafiorkówna ma to samo, co Eks.
Zespół niespokojnych nóg.
Budzi mnie - z powodu mojego słuchu - tylko światło i ruch.
Na początku używałam dwóch kołder. Potem wyniosłam się na amerykankę w pokoju dzieci, co oczywiście utwierdziło Eksa w przekonaniu, że go zdradzam. Aczkolwiek do usług małżeńskich byłam zawsze chętna.
No cóż sfelerowany ze mnie model.
Z Kalafiorkówną nie miałam nigdy zaszczytu spać, z Alienkiem i owszem, ale ten wędruje i spycha z łóżka, nie kopie.
A panienka kopie regularnie co 15 minut i to dokładnie, i systematycznie co 15 minut.
Jak ten|ta z amerykańskich filmów, co to frustracje wyładowuje na worku bokserskim.
Do teraz czuję te ciosy na nereczkach i na żołądku, gdy przewracałam się na drugą szyneczkę :)
Biedna Sześciokitka kajała się za to rano do bólu, ale... No dobra, za ten wrzask w wannie: babcia, ale ja cię kocham najbardziej na świecie - została jej ta noc wybaczona.
Aczkolwiek o 2 w nocy zmęczona do granic możliwości babcia, gdy krótko po 1 po oczach poświecił jej komórką syn marnotrawny, który NIGDY nie siedział tak długo w łazience ( nie mam drzwi, światło z łazienki wali mi po oczach), zwlokła wszystkie szmaty w zasięgu ręki i padła na podłogę, marząc o zaśnięciu, ale szmaty się marszczyły, gniotąc ciałko, kocyk był za cienki, a wstanie z podłogi na siku wymagało operacji większej niż izraelska w sprawie zniszczenia Hamasu...
Próbowałam rano opanować tałatajstwo, które mordę drze na wyprzódki, z miernym skutkiem, z rozpaczą patrząc na maleńkie płatki śniegu za oknem, przeradzające się w zamieć, pisząc scenariusze, zabijające Inżyniera, jego dzieci, drące japę, że nie chcą jajecznicy, że chcą jajecznicę taką jak siostra, ale nie zjedzą pieczywa...
A w loggii konały
... ostatnie pomidorki i papryczki...
W tym bajzlu Inżynier zapuchnięty (w życiu nie jadłam kebaba i tak już zostanie, on jadł i zapłacił za to, a ja przerażona jego jazdą z Łobuzami w tej śnieżycy)...
Kurwa. To już nie na moje nerwy.
Dojechali cali, bo uparł się, że pojedzie, zanim się wszystko zatka.
Inżynierowa: jak się czuje na siłach, niech jedzie.
Ja: zastanawiająca się, jak to przetrwam.
Pierworodny dzwoniący, że Papryczek rzyga.
Ja: zastanawiająca się, co komu jeszcze potrzeba.
Inżynierowa dzwoniąca, że są w chałupie.
Ja - mówiąca sobie, spocznij, wolno pić.
Tak się składa, że mam butelkę wina i uczciwie na nią zarobiłam.
Chata ogarnięta.
Ręczniki (sterta) poprana.
Nawet nie mam ochoty na obiad, ale mam gotowca, wystarczy odgrzać.
Jak zgłodnieję.
I nie rozumiem wciąż mojej kumpeli, która zachwyca się byciem babcią.
No dobra, zachwycam się, bo nie mam wyboru.
I jakem niemodląca się, modlę się, aby nikt nigdy nie musiał się o mnie troszczyć.
Zejść szybko, zostawić interes na plusie - nie tak, jak mój ojciec zostawił mnie.
Ufff, ale się dziś napisałam, ale opisałam JEDEN dzień detalicznie.
Może i tak warto żyć?
I te moje niedorobione dzieci kocham tak samo wciąż, choć są tak różne.
Bolą mnie wciąż - oba - tak samo.
Bo tak samo nie słuchają, co do nich mówię.
Jako i ja ojca nie słuchałam, chociaż nie do końca nie miał racji, ale za późno zaczął to udowadniać.
Ot, los DDA.
A jutro znów jak ten slave pokuśtykam do pracy, przesuniętej decyzją pana i władcy o kolejnych kilkanaście godzin, których mi ani nikt nie zapłaci, ani nie odda.
Ja, z pokolenia boomersów, winna wszystkim grzechom tego świata.
Pracująca do usranej śmierci.
I mimo wszystko szczęśliwa, że żyję i mam tak BOGATE życie.
Toutes, toutes, toutes, toutes, toutes
Toutes tes chansons
Ont traversé le temps sans jamais prendre une seule ride
De génération en génération
On les chantera aussitôt que l'on voudra
Partir dans les souvenirs
Adieu monsieur tout est fini (darladirladada)
Quitte-moi et refais ta vie (darladirladada)
Je préférais la fleur des champs (darladirladada)
Toi tu préférais les